Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

wtorek, 19 sierpnia 2014

Shlomo Sand - Dlaczego przestałem być Żydem. Wypisać się z narodu

Istnieją pewne grupy etniczne, które krytykę znoszą gorzej niż inne. Są również takie, które nie tolerują absolutnie żadnej negatywnej opinii, same oczywiście wypowiadając się pejoratywnie o innych zbiorowościach. Łatwo zgadnąć, że chodzi o Żydów. Antysemityzmem może być więc wszystko: stwierdzenie, że większość funkcjonariuszy UB należała do narodu wybranego, opinia, iż rok 1968 w PRL był tylko wewnątrzpartyjną rozgrywką, czy po prostu krytyka polityki Izraela. Bardzo dobrze, że głosy krytyczne wobec specyficznego charakteru Żydów pochodzą od nich samych. Mowa tu o Normanie Finkelsteinie, autorze chociażby „Przedsiębiorstwa Holocaust”, albo o twórcy omawianej pozycji, Shlomo Sandzie. Jego esej „Dlaczego przestałem być Żydem” nie stanie się ulubioną lekturą czytelników „Gazety Wyborczej”, chociaż sam Sand powiela w nim sporo stereotypów charakterystycznych dla filosemitów.

Ale od początku. Autor z początku zaznacza, że jego tekst nie jest przeznaczony dla antysemitów. Fakt, kłamstwa oświęcimskiego tutaj nie ma, ani też pseudonaukowych opinii na temat rzekomych ewolucyjnych mankamentów Żydów. To nie bibuła dla dziarskich chłopców, ale cenna rzecz, która tłumaczy, w prosty i łopatologiczny sposób, to, kim są dzisiaj Żydzi. Z tożsamością tej grupy etnicznej są problemy i to nie od dzisiaj. Shlomo Sand, jako ateista, niezwiązany nijak ani z religią ani obrzędowością współczesnego judaizmu, zadaje pytanie, czy tożsamość Izraelczyków jest w jakikolwiek sposób powiązana z czynnikami pozareligijnymi. Odpowiedź, jakiej udziela, jest negatywna. Nie mogąc znaleźć swojego miejsca w społeczności, której jedynym spoiwem jest religia, dokonuje dekonstrukcji własnej tożsamości. To jest dopiero początek. Wiadomo: są dwa sposoby, jakimi można stać się obywatelem Izraela. Pierwszym jest udowodnienie własnego pochodzenia z matki Żydówki. Drugim – przyjęcie religii.

Nim przeanalizuję rzeczony esej, kilka słów na temat przekłamań pojawiających się na jego początku. Posługując się wytartymi kliszami na temat historii Żydów, Sand omawia historię diaspory swojego narodu. Nie zauważa specyfiki I Rzeczpospolitej i faktu, że była ona państwem bez stosów. Dokąd z całej Europy uciekali Żydzi? W Polsce na poziomie państwowym nikt nie wymagał od nich zmiany religii, co działo się na zachodzie Europy. Oczywiście, że na płaszczyźnie prywatnej zdarzały się zatargi, ale pamiętać musimy o dwóch rzeczach. Primo, były to zatargi mające obopólne źródło. Secundo, nie wolno nam oceniać antyżydowskich wystąpień miarą holokaustu, a takie ahistoryczne myślenie dominuje we współczesnym dyskursie dotyczącym Żydów. O tym wszystkim Shlomo Sand nie wspomina, dając nieco krzywdzący dla gojów obraz przedwojennej rzeczywistości europejskiej.

Wróćmy do meritum tekstu. A zawiera on sporo niepopularnych, chociaż powszechnie znanych faktów. Przede wszystkim nie pasuje autorowi wyższość, z jaką Żydzi spoglądają na gojów, czyli tych, którzy Żydami nie są. Źródła takiego traktowania bliźnich znajdują się już w Starym Testamencie i Talmudzie. Tworzenie się żydowskiej diaspory miało swój początek nie tylko w wygnaniu, ale również w poczuciu moralnej i społecznej wyższości, którą czuli i czują Żydzi w stosunku do innych obywateli. Konsekwencją takiego myślenia jest agresywna polityka międzynarodowa i wywiadowcza Izraela. Polityka społeczna, której pokłosiem staje się wysyłanie młodych Izraelczyków na wycieczki do Auschwitz-Birkenau oraz podsycanie poczucia krzywdy i nienawiści, skrytykował już żydowski reżyser Yoaw Shamir w głośnym dokumencie „Defamation” (w polskiej wersji „Dezinformacja”, chociaż powinno być raczej „Zniesławienie”). Skoro i Finkelstein, i Shamir, i Sand widzą nieprawidłowości w funkcjonowaniu własnego społeczeństwa, a jest to głos żydowski, nie ma co krzyczeć o antysemityzmie, ale raczej porzucić mity narzucane przez niektórych przedstawicieli tego narodu.

Jednym z nich, rozpowszechnionym na Zachodzie, jest narracja o wyłącznie antyżydowskim charakterze II wojny światowej. Na mocy tej opowieści zdarzały się sytuacje, w których do głosu nie dopuszczano ofiar spośród Cyganów. Bo przecież na cierpienie monopol może mieć tylko jedna nacja. Inny przykład. Nie mówi się, że w obozach zagłady zginęło około 11 milionów ludzi, i że tylko połowa z nich należała do narodu wybranego. Prześledziwszy popularne publikacje historyczne ukazujące się na Zachodzie, zobaczymy, że liczba ofiar stopniała do 6 milionów, i że obecnie w kontekście lagrów niemieckich wspomina się tylko o Żydach. O skandalicznym stosunku osadników żydowskich do własnych, ocalałych z holokaustu współziomków pisał już w „Siódmym milionie” Tom Segev. Określenie „mydło” padające w stronę migrujących do Izraela było powszechne.

Konstatacją eseju staje się teza, że współczesny Izrael jest państwem ksenofobicznym, natomiast jego społeczeństwo jest jednym z najbardziej rasistowskich. Jako lewicowiec, socjalista, Shlomo Sand, nie jest w stanie zrozumieć i tolerować motywacji, jakie rządzą jego narodem. A że ten oparty jest jedynie na spoiwie religijnym, wypisuje się z niego. I może ten gest jest zanadto egzaltowany, staje się ważnym głosem w dyskusji, której głośno prowadzić nie można. Chyba, że chce się być obwołanym antysemitą. Nawet, gdy cytuje się autora, który do antysemityzmu ma stosunek jednoznacznie negatywny. Jak pisał pierwszy rabin osadniczej wspólnoty w Palestynie: różnica między duszą Żyda, z jej wiarygodnością, wewnętrznymi pragnieniami, żądaniami, jakością i postrzeganiem, a duszą wszystkich nie-Żydów, jest większa i głębsza aniżeli różnica pomiędzy duszą człowieka a duszą zwierzęcia.

Shlomo Sand, Dlaczego przestałem być Żydem: spojrzenie Izraelczyka, tłum. I. Badowska wyd. Dialog, Warszawa 2014, ss. 139.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Ilona Wiśniewska - Białe. Dom nad fiordowiskiem

Daleka Północ od dawna fascynowała – najpierw badaczy, potem reporterów. Życie w skrajnie nieprzyjaznych dla człowieka warunkach to wyzwanie, któremu czoła stawiali Fridtjof Nansen czy Roald Amunsen. Ten drugi zresztą zginął podczas wyprawy w okolice Bieguna Południowego. Interesujące jest przyglądać się ludziom żyjącym w takich warunkach z własnej woli. Chociaż technika przyszła im z pomocą i nie muszą oni własnoręcznie przygotowywać lamp z foczego tłuszczu, lub kryć się przed zimnem w odwróconej łodzi jak Nansen ze swoją drużyną, dzień polarny, noc polarna oraz niskie temperatury nie są dla nich naturalnym środowiskiem. Przebywająca od 2010 roku na Spitsbergenie autorka „Białego” Ilona Wiśniewska spróbowała zmierzyć się z polarną materią. Pisarka mieszka tam na stałe, w życiu prywatnym związana jest z Amundsenem Birgerem, redaktorem naczelnym lokalnej gazety; bo i taka tam się ukazuje.

Zacznę od życia prywatnego, bo to widoczny mankament tej książki. Wiśniewska wpada w sentymentalną manierę i miejscami jej reportaż niebezpiecznie zbliża się do granicy, za którą zaczyna się „Dom nad rozlewiskiem”. Życie w cieniu starszego od niej o trzydziestu lat męża może nadawałoby się na jakiś polarny romans, ale nie na tekst, który ze swojej definicji powinien być zobiektywizowany. A z pewnością już reporter ma zostać przezroczysty. Dołącza więc autorka do niesławnego pokolenia Kolosów, które przemierza świat, krzycząc następnie: ja widziałem, ja przeżyłem, ja doświadczyłem. Ja, ja, ja! Opisywany świat staje się tylko tłem dla narcystycznego ja, które staje się w opowieści najważniejszym jej elementem. A przecież nie na tym polega reporterskie opisanie świata. Może odkryję przed Wiśniewską Amerykę, ale czytelnika naprawdę nie interesują szczegóły z życia prywatnego autorki. One nie wnoszą nic do historii. Gdybym nie wiedział, że Birger to mąż reporterki, straciłbym cokolwiek? Wręcz przeciwnie, opowieść zyskałaby na obiektywizmie. A opieranie się na relacjach osoby, z którą pozostaje się w związku uczuciowym, to z pewnością jeden z grzechów głównych niedoświadczonych dziennikarek.

Opisywany w książce Spitsbergen to wyspa – azyl, na której dominują Norwegowie, ale najliczniej występującą mniejszością narodową są… Tajowie. Zaskakujący fakt. Oprócz nich licznie występują Rosjanie. I gdy myślimy o tych ostatnich, powinniśmy wzorem Związku Sowieckiego, poszukać opuszczonych miast. Naturalnie, takie również na wyspie się znajduje, a nazywa się Piramida. Jest także obecny akcent rodzimy w postaci Polskiej Chatki, do której od kilkudziesięciu lat przyjeżdżają ekipy badawcze. Nie obyło się od akcentów polityczno – historycznych; o wprowadzeniu stanu wojennego uczeni dowiedzieli się dopiero kilka dni później. Jeden z nich momentalnie uciekł, prosząc w Norwegii o azyl. Największe miasto Spitsbergenu Lonyearbyen liczy sobie około czterech tysięcy dusz, co również może dziwić laików. Rodzą się dzieci, wypełniają się przedszkola, od czasu do czasu odbywają się koncerty, w tym cykliczne bluesowe i jazzowe festiwale. Tylko szkoda, że black metalu nie ma (albo autorka nie odrobiła pracy domowej i o niczym nie wie, czemu bym się nie dziwił), bo kolebka drugiej fali tego gatunku i sroga zima powinny być naturalnym środowiskiem dla tej stylistyki. Jazz, blues i muzyka elektroniczna – hipsterstwo pełną gębą nawet na Spitsbergenie, ale trudno dziwić się takiemu spojrzeniu, gdy sponsorem książki jest radiowa Trójka (przez złośliwych nazywana Trujką).

Te anegdotyczne historie stanowią jasny punkt „Białego”. Widać, że autorka parę zim na wyspie przeżyła i rozmawiała już z niejednym jej mieszkańcem. Natomiast, czytając reportaż, nie mogłem wyrzucić z pamięci innego tekstu. Mowa o relacji Macieja Wasielewskiego i Marcina Michalskiego z pobytu na Wyspach Owczych, która kilka lat temu ukazała się pod tytułem „81:1”. Gdy zestawimy ze sobą te dwie książki, jasno ukaże się nam, kto w tym pojedynku wygrywa. Brakowało mi w opowieści Wiśniewskiej większego zagęszczenia świrów, którzy przecież daleką Północ wybierają. Nie było wódki, więc nie było historii. Autorka do tematu podchodzi grzecznie, niczym licealistka. Kulturalnie rozmawia, pyta i otrzymuje odpowiedzi, najczęściej czyni to z cienia męża, który na Spitsbergenie jest już instytucją. I potem te grzeczne odpowiedzi łączy w reportaż, w którym absolutnie nie ma flaków, nie ma żadnej duchowości, jest tylko opis świata młodej hipsterki, która dostrzega tylko to, co na powierzchni. Dlaczego nie ma w tej opowieści religii? Kościół jest, więc wystarczyło wejść i powęszyć. Dlaczego autorka poświęca tak niewiele miejsca na opisanie prywatnych pasji i pokrętnych życiowych dróg swoich rozmówców? W końcu ludzie wybierający z własnej woli mieszkanie w tych rejonach nie są typowymi zjadaczami chleba. Uciekają przed czymś, chcą zapomnieć, zacząć nowe życie, albo w spokoju doczekać do śmierci. Ale trzeba pytać, a nie występować jako żona sławnego męża.

Ilona Wiśniewska, Białe: zimna wyspa Spitsbergen, wyd. Czarne, Wołowiec 2014, ss. 205.