Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

środa, 21 stycznia 2015

Wojciech Lis, Tomasz Godlewski. Jaskinia hałasu. Metal prosto z jaskini

Subkultur dzisiaj praktycznie nie ma. Oprócz prężnie rozwijającego się od kilkunastu lat hip-hopu nic w tej materii się nie dzieje. Sytuację tę można tłumaczyć na wiele sposobów; jednym z nich jest z pewnością sytuacja polityczna, społeczna i ekonomiczna. Bunt młodych kanalizuje się w wyjazdach na Zachód, nie mają oni potrzeby, aby tu na miejscu wyrażać swoje niezadowolenie. Inaczej też jak pokolenia wcześniejsze, słuchają muzyki, traktując ją bardziej jak doraźną przyjemność, niż jako sposób na życie lub ideologię. Nie zawsze jednak tak było. W Polsce to lata 80. wykuły większość spotykanych jeszcze dzisiaj reliktów subkultur: punków, metalowców, gotów. Powiedziano o nich wiele mądrych lub mniej mądrych rzeczy, szczególnie z punktu widzenia socjologiczno – pedagogicznego, który zawsze miał tendencje do upraszczania rzeczywistości.

Dwa lata temu ukazała się praca Wojciecha Lisa i Tomasza Godlewskiego opatrzona tytułem „Jaskinia hałasu”, dotycząca polskiej podziemnej sceny metalowej lat 80. I bardzo dobrze, że tak się w końcu stało. Sporo napisano już o punkowcach i są to również opracowania bardzo dobre, rzeczowe i co najważniejsze, pisane z perspektywy ludzi, którzy w tym wszystkim siedzieli. Taką samą sytuację mamy w przypadku omawianej pozycji. „Jaskinia hałasu” jest zbiorem kilkudziesięciu wywiadów z muzykami, edytorami zinów, lub jednymi i drugimi w tej samej osobie. Wywiady te poszatkowane są na kilka działów, z których każdy omawia inny aspekt metalowej rzeczywistości lat 80. Młodzi ludzie, urodzeni już po komunie, niepamiętający tych czasów, będą nieraz przecierać oczy ze zdumienia, spotykając się – może po raz pierwszy – z siermiężnymi realiami Polski Ludowej, która normalnym państwem nie była. I to właśnie te absurdy widziane z perspektywy fanów metalu i muzyków stanowią o specyficznym uroku książki Lisa i Godlewskiego.

Budzi szczery podziw praca, którą autorzy wykonali, zbierając materiał do omawianego opracowania. Jego zbieranie i selekcja z pewnością nie były zadaniem łatwym, ale przyniosły wymierny skutek. Co więcej, Lis i Godlewski dotarli do wielu archiwalnych, niepublikowanych nigdzie zdjęć, które dodatkowo ozdobiły opracowanie, upodabniając je do typowego podziemnego fanzinu. Wypowiadają się w „Jaskini hałasu” osoby bardziej znane, jak chociażby Mariusz Kmiołek – menadżer Vadera, Tomasz Krajewski – szef Pagan Records, czy Jarosław Szubrycht – dziennikarz muzyczny i wokalista Lux Occulta. Oddano jednak głos ludziom do dziś działającym w podziemiu, jak Adrian Pełka – edytor R’lyeh Zine i muzyk Empheris oraz wielu innych undergroundowych kapel. W końcu wypowiadają się tutaj osoby, których drogi z podziemiem się już dawno rozbiegły. Dzięki temu zabiegowi uzyskano wielogłos, który zawiera wiele subiektywnych opinii, niejednokrotnie sprzecznych wobec siebie. Nie jest „Jaskinia hałasu” opracowaniem socjologicznym i bardzo dobrze! Nie jest rolą autorów uogólnianie i tworzenie tabelek czy wykresów. To czytelnik sam ma odnaleźć się w tych wypowiedziach, jeśli pamięta tamte czasy – skonfrontować się z nimi osobiście oraz poznać zdania odmienne od swojego.

Metalowcy sprzed 30 lat jawią się jako zupełnie inna subkultura niż dzisiaj. Co uderza w opowieściach zebranych w tych wywiadach, to poczucie wspólnoty i zaangażowania. W czasach, kiedy każdy koncert był wydarzeniem niezwykłym, ludzie ci potrafili jechać przez całą Polskę, aby obejrzeć występy nieznanych kapel w kiepsko nagłośnionym domu kultury. W czasach, gdy gitara elektryczna kosztowała czterdzieści średnich pensji, jednak znajdowały się osoby, które chciały grać metal. Gdy do punktu ksero trzeba było jechać kilkadziesiąt kilometrów, a dodatkowo nie wolno było bez zgody urzędu cenzury powielać niczego, znajdowali się ludzie, którzy tworzyli fanziny i wysyłali je w świat. Dla dzisiejszego młodego człowieka, fana muzyki, nie do pomyślenia byłby również fakt, że można było jechać kilka godzin po to, aby u znajomego, który miał dobry sprzęt, posłuchać kilku płyt. Że muzykę nagrywało się z radia i to w wersji monofonicznej, że uciekało się ze szkoły, aby posłuchać kilku piosenek w audycji, która zaczynała się jeszcze w porze lekcji. Te wszystkie spartańskie warunki powodowały jedno: wielki szacunek dla muzyki i wielką miłość do niej, graniczącą z fanatyzmem. Teraz wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, a liczba kapel, jakie znają młodzi słuchacze metalu, nawet w połowie nie zbliża się do liczby, którą potrafiono wymienić kiedyś. A czy ktokolwiek z nich słucha zespołów podziemnych? Underground wówczas tworzyli nastolatkowie i osoby dwudziestoletnie. Dzisiaj – czterdziestolatkowie.

Zdaję sobie sprawę z faktu, że historie opowiedziane w „Jaskini hałasu” są subiektywne i że nie wszystko w tamtym świecie było idealne. Bo oprócz zaangażowania przecież były potworne problemy ekonomiczne, wszechobecna agresywna milicja bijąca za nic, walki między metalowcami z różnych miast, również krojenie (sport, który polegał na okradaniu z koszulek, naszywek i emblematów), walki ze skinheadami. Nie był to świat przyjazny, w którym realizowanie pasji było tak proste jak dzisiaj. Ale może właśnie z tego powodu było ono bardziej szczere niż dzisiaj.

Wojciech Lis, Tomasz Godlewski, Jaskinia hałasu, wyd. Kagra, Poznań 2012, ss. 244.

wtorek, 6 stycznia 2015

Kim Hyon Hui - Łzy mojej duszy. Dusza wyprana

30 listopada 1987 roku. Boeing 707 należący do linii Korean Air w wyniku wybuchu spada do Morza Andamańskiego. Kilka godzin wcześniej para północnokoreańskich agentów umieszcza w luku bagażowym specjalnie spreparowaną bombę. W czasie międzylądowania w Abu Zabi dwójka szpiegów opuszcza samolot. Ten wkrótce pogrzebie 115 osób w odmętach słonej wody. Szczątki nigdy nie zostały odnalezione. Para zamachowców ma nadzieję na to, że ich sprawstwo nie zostanie wykryte, i pragnie uciec przez Wiedeń, z powrotem do swojej ojczyzny. Na ich nieszczęście, zostaje zatrzymana przy próbie opuszczenia Bahrajnu. I tutaj kończy się jedna część historii. Obie części, które stanowią życie Kim Hyon Hui, zostały przez nią opisane w swoistej autobiografii wydanej pod typowo azjatyckim tytułem „Łzy mojej duszy”. Ta pasjonująca lektura to świadectwo wielkiego zwiedzenia przez system totalitarny i późniejszego z nim zerwania.

Nikt z czytelników nie wie, co to znaczy mieć na sumieniu 115 ofiar, przypuszczam również, że trudno byłoby znaleźć takiego, którego sumienie obciążałaby chociaż jedna zamordowana osoba. Kim Hyon Hui, podkładając bombę w Boeingu, z pewnością wiedziała, że wysyła na śmierć całą załogę i wszystkich pasażerów samolotu, w większości robotników z Korei Południowej. Aby zrozumieć, jak to się stało, że ta wrażliwa kobieta dopuściła się tak koszmarnego czynu, musimy cofnąć się wraz z jej opowieścią do czasów wcześniejszych. Urodzona w 1962 roku Kim dorasta w państwie kłamstwa niemal doskonałego, w upiornej wizji Orwella. Od najwcześniejszego dzieciństwa uczy się nienawidzić Amerykanów i całego zachodniego świata. Wyrasta w przeświadczeniu, że żyje w raju, a cały świat – poza blokiem sowieckim – to wroga pustynia, Tolkienowski Mordor, rządzony przez imperialistyczne Nazgule. Wszelkie zło bierze się z USA, to Amerykanie są winni głodu, cierpienia na świecie i to z ich powodu Korea Północna musi się zbroić i likwidować wrogów na wszystkich frontach. Religijny charakter ideologii północnokoreańskiej to nie tylko skutek komunistycznych frazesów, ale i nazistowskiego kultu rasy.

Kim Hyon Hui bardzo wcześnie zostaje przechwycona przez wywiad, jako utalentowany szpieg. Zostaje szkolona wedle sprawdzonych sowieckich metod, opisywanych chociażby przez Wiktora Suworowa w „Akwarium” i „Specnazie”. Szkolenie wyrabia karność, uczy instynktownych odruchów; człowiek, który je przejdzie, staje się maszyną zdolną wykonać – bez pytania – wszelkie rozkazy swoich mocodawców. Również – zabić. Nie sposób usprawiedliwić czynu, którego dokonała Kim, ale dzięki nakreślonemu tłu społeczno-politycznemu można przynajmniej zrozumieć mechanizmy, które rządziły morderczynią. Jak to zrozumieć? Czy taki czyn może mieć swoje usprawiedliwienie w odebranym wychowaniu politycznym? Nawet w praniu mózgu? Spróbujmy to powiedzieć rodzinom ofiar, żyjącym do tej pory, które nie pogodziły się z taką stratą. Jakiekolwiek wytłumaczenie wyda się tutaj mętne i nieadekwatne wobec cierpienia, które było (i nadal jest) udziałem rodzin tych, którzy zginęli w tę jesienną noc.

Autorka zamachu opisuje również to, co działo się po jej zatrzymaniu. Naturalnie, postawiona w stan oskarżenia, została skazana na karę śmierci. Jednak odstąpiono od wymierzenia kary, uniewinniając Kim. W sprawę osobiście zaangażował się ówczesny prezydent Korei Południowej, który doprowadził do ułaskawienia oskarżonej. Ten bezprecedensowy obrót sprawy zadziwił nie tylko Kim, ale rodziny jej ofiar, żądające elementarnych zasad sprawiedliwości. I tutaj dochodzimy do sedna konfliktu między sprawiedliwością a miłosierdziem. Bo z jednej strony mamy zmanipulowaną przez polityczną sektę morderczynię, która w powolnym procesie odnajduje prawdę o swoim czynie i o państwie, które ją ukształtowało. Z drugiej są pogrążeni w rozpaczy rodzice, mężowie, żony, synowie i córki tych, którym nie udało się spokojnie wylądować na koreańskiej ziemi. Nie dano im tej szansy, ponieważ reżim Kim Ir Sena z Pjongjangu zażyczył sobie sterroryzować swojego południowego sąsiada i posłużył się do tego celu zaprogramowaną, zmanipulowaną agentką.

Biorąc pod uwagę sprawiedliwość, słuszne wydaje się osądzenie i skazanie na śmierć, jednak może wzięto pod uwagę polityczne skutki tego rozwiązania i w związku z nimi postanowiono ułaskawić agentkę. Nie ulega wątpliwości, że odstąpienie od wyroku mogło być dla Korei Południowej pewnego rodzaju kartą przetargową w rozmowach z Północą. Pewnie ulitowano się również nad Kim i ujrzano w niej przede wszystkim ofiarę. Jak sama pisze, zrozumiała do końca swoje położenie i to, co zrobiła, przeraziło ją. Wykonanie wyroku śmierci mogłoby nie doprowadzić do tej przemiany. Kim Hyon Hui żyje w ukryciu, w Korei Południowej i do końca życia będzie zmagać się ze swoimi demonami. Ma świadomość, że nie zobaczy swojej rodziny, która prawdopodobnie trafiła do łagru, wie również, że tu, gdzie przebywa, również ma ograniczoną wolność. Zawsze się bowiem może trafić ktoś, kto będzie chciał odwetu. „Łzy mojej duszy” są więc świadectwem tragizmu człowieka, który oddaje swoją wolną wolę na żer zbrodniczej ideologii.

Kim Hyon Hui, Łzy mojej duszy, tłum. M. Bręgiel-Benedyk, wyd. Veni Vidi Vici, Kraków 2014.