Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

środa, 19 października 2016

Piotr Lipiński - Cyrankiewicz. Wieczny premier. Żywot człowieka chwiejnego

Był lawirantem. Był oportunistą. Podobno był kolaborantem, chociaż tego faktu akurat mu nie udowodniono. Przed wojną był całkiem porządnym socjalistą z PPS, który wrogo odnosił się do komunizmu. Po wojnie został, jeśli nie komunistą z przekonania, to wiernym członkiem PZPR. Był również, co chyba najważniejsze, najdłużej utrzymującym się premierem w historii PRL. Józef Cyrankiewicz, bo o nim mowa, miłośnik kobiet i życia, bywał również brutalnie szczery, gdy po pacyfikacji robotniczego buntu w 1956 roku wycedził, że kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę odetnie. Nie był ascetą jak Gomułka, zamiast zupy szczawiowej z kartoflami preferował kawior, zamiast czystej wódki – imperialistyczną whisky. Nie miał jednej żony, jak towarzysz Wiesław, ale żenił się trzy razy, w tym po raz pierwszy już przed wojną. Jego drugą i najsłynniejszą żoną była kapryśna aktorka – Nina Andrycz. Kim był właściwie Józef Cyrankiewicz, łysy wieczny premier PRL? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Piotr Lipiński, autor skromnej objętościowo biografii tego niejednoznacznie ocenianego polityka.

Poprzednia książka Lipińskiego była reportażem dotyczącym bulwersującej sprawy Adama Humera, natomiast „Cyrankiewicz. Wieczny premier” pozostając w obszarze Polski Ludowej, dotyka tematyki mniej wstrząsającej, chociaż wciąż związanej z władzą komunistyczną w Polsce. Ta reporterska biografia napisana jest, podobnie jak pozycja poprzednia, sprawnie i lekko, z językową biegłością. Nie wchodzi jednak w banalizowanie, chociaż życiorys najsłynniejszego łysego polityka PRL przedstawia dość pobieżnie, na tle najważniejszych wydarzeń politycznych Polski Ludowej. Pytanie, jakie stawia autor na samym początku, a które dotyczy tajemnicy oportunizmu wiecznego premiera, zostaje na końcu skomentowane jedną z możliwych odpowiedzi, jednak nie wyczerpuje innych możliwych interpretacji. Tak więc poznajemy Cyrankiewicza w przedwojennym Krakowie, jako młodzieńca zafascynowanego ideą socjalistyczną, bez skrzywienia internacjonalistycznego. Potem nadchodzi okupacja niemiecka i czas konspiracji, w końcu punkt zwrotny – osadzenie w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. To tam następuje sekwencja wydarzeń, co do których historycy nie są zgodni. Kolaborował czy nie kolaborował? Był świnią czy nie? Autor odpowiada enigmatycznie, że nie wszystko, co na temat Cyrankiewicza czytamy, musi być prawdą.

Kilka miesięcy dzieliło Cyrankiewicza od spotkania z rotmistrzem Witoldem Pileckim, gdyż ten ostatni uciekł z obozu parę miesięcy przed aresztowaniem przyszłego premiera. Po wojnie, gdy Pilecki będzie czekał na śmierć, polityk, choć o bohaterze słyszał, nie wstawi się za nim do Bieruta. I tu dochodzimy do oportunizmu głównego bohatera. Cyrankiewicz potrafił, co pokazuje Piotr Lipiński, interweniować w sprawach mniejszej wagi i niewymagających nadstawiania karku. Na przykład postarał się o mieszkanie dla wdowy po Witkacym. Natomiast Pilecki był dla niego powietrzem. Podobnie postępował Cyrankiewicz w newralgicznych momentach niepokojów społecznych. Chował się i czekał na stanowisko ważniejszych od niego członków Komitetu Centralnego. Gdy wymagała tego jego własna pozycja, mówił jednym głosem z partyjnym betonem. Jasno potępił Poznań, Wybrzeże, a także List 34 wystosowany przez literatów, którzy czuli się zbyt mocno dociśnięci polityką PZPR. Ale w pojedynczych przypadkach potrafił wstawić się, gdzie było trzeba. Pod jednym warunkiem – że fakt ten nie narazi go na utratę lub zagrożenie stanowiska.

Jako dowód małości Cyrankiewicza przytacza autor fragmenty wiersza Mariana Hemara. W „Nagrobku Józefa Cyrankiewicza” poeta pisze: Stoi opasły i pyzaty przed mikrofonem. Tłustą łapą macha – patrzajcie – polski kapo w sowieckim łagrze. Arcyszelma, co tylko w życiu jeden cel ma. By się parszywej władzy trzymać. Lipiński dodaje, niejako rozmywając odpowiedzialność moralną polityka, że kilka milionów Polaków to Cyrankiewicze, właśnie z powodu oportunizmu i nieetycznych kompromisów, które podejmowano w czasach dyktatury proletariatu.

„Wieczny premier” jest więc niejednoznacznym portretem człowieka władzy, który zawsze zajmował drugą pozycję w państwie i który nie wydawał żadnych niezależnych decyzji, zawsze udając się po wskazówki do Komitetu Centralnego. Cyrankiewicz to człowiek odpowiedni do czasów, w których żył. Z jednej strony służalczy i sterowalny, z drugiej – próbujący nadrabiać stylem życia i niewymuszoną elegancją czy wiedzą, której miał pod dostatkiem, zwłaszcza gdy przyrównamy ją do poziomu umysłowego przeciętnego urzędnika partyjnego. Czy był jak peerelowski mieszczanin, dla spokoju należący do PZPR, ale aspirujący do bycia kimś więcej jak tylko parcianym towarzyszem? Może dlatego cieszył się dużą – jak na ludzi władzy w PRL – sympatią? Może dzięki temu tak długo utrzymał się na stanowisku?

Piotr Lipiński, Cyrankiewicz. Wieczny premier, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 270.

czwartek, 13 października 2016

Wiesław Weiss - Tomek Beksiński. Portret prawdziwy. Romantyk muzyki rockowej

Tomasz czy Tomek? Tytuł biografii młodego Beksińskiego nie pozostawia wątpliwości i chyba mówi coś, czego jej autor starał się w jasny sposób nie wyartykułować. Wiesław Weiss bowiem, oburzony „Ostatnią rodziną” oraz reportażem Magdaleny Grzebałkowskiej – „Portretem podwójnym” – twierdzi już we wstępie, że to właśnie on ukaże z obiektywizmem postać tragicznie zmarłego w 1999 roku radiowca. Jeśli więc Grzebałkowska pisała o tej niedojrzałej części osobowości Beksińskiego, przeciwko czemu oburzył się Weiss, zdrobnienie jego imienia nie pozostawia wątpliwości. Dość jednak analizowania tytułu. Biografia Tomasza Beksińskiego miała swoją premierę w tym samym dniu, co film Matuszyńskiego, trudno więc nie zauważyć tej koincydencji. Po lekturze wstępu już wiadomo, że autor poszedł na wojnę, szczególnie z twórcami filmu. Zarzucił Matuszyńskiemu i Boleście nakręcenie obrazu nikczemnego i nieuczciwego. Wcześniej jeszcze przytoczył słowa samego Beksińskiego, w których ten protestował przeciwko wykorzystywaniu faktów z jego życia: nie pozwolę, żeby jakiś skurwiel ukradł mi choćby cząstkę mnie i wykorzystał, zaśmiewając się przeciwko mnie. A potem usiadł i napisał książkę. Najobszerniejszą biografię Tomasza Beksińskiego, która ujrzała światło dzienne.

Już sam rozmiar książki robi wrażenie: prawie siedemset stron tekstu ilustrowanego sporą liczbą czarno-białych zdjęć. Autor rzadko kiedy pisze od siebie, toteż „Portret prawdziwy” (jasna aluzja do „Portretu podwójnego” Grzebałkowskiej) składa się przede wszystkim z wypowiedzi przyjaciół, kolegów i znajomych Tomasza Beksińskiego. Kogo tu nie ma? Anja Orthodox, Katarzyna Rakowska, Wojciech Szadkowski – postacie ze sceny muzycznej, zaprzyjaźnione z Beksińskim. Pojawiają się jego przyjaciele spoza tych kręgów: Aneta Awtoniuk, George Sliwa, Katarzyna Konopa, ale również pracownicy Polskiego Radia i dziennikarze prasy muzycznej. Mówią Grzegorz Brzozowicz, Tomasz Szachowski, Marek Niedźwiedzki, Roman Dziewoński, ale i swoje trzy grosze dorzuca sam autor. Beksiński to nie tylko radio i prasa, to również tłumaczenia filmów: przygód Jamesa Bonda, obrazów z Clintem Eastwoodem czy „Latającego Cyrku Monty Pythona”. Cytuje więc autor wypowiedzi lektorów filmowych: Macieja Gudowskiego, Jacka Brzostyńskiego i Jarosława Łukomskiego. Knapika w tym towarzystwie nie ma, bo Beksiński go nie znosił i z nim nie współpracował. W sumie w tekście pojawia się blisko sto osób, mniej lub bardziej związanych z głównym bohaterem. I fakt ten trzeba docenić, bo zebranie takiej ilości materiału wymagało nie lada zaangażowania i wysiłku.

Natomiast otwartą pozostaje kwestia gatunku. W zamierzeniu biografia, „Portret prawdziwy” raz po raz udowadnia, że jest reportażem, co nie jest, naturalnie, zarzutem. I wiadomo, że od tego, kogo przepytamy, uzyskamy taki, a nie inny efekt. We wstępie, jak już wspomniałem, Wiesław Weiss zarzuca swoim poprzednikom nieodpowiednie potraktowanie Beksińskiego. I jeśli zgadzam się co do krytyki reportażu Tochmana, bo to autor, który lubi szarżować i obarczać odpowiedzialnością za rzeź w Rwandzie jednego z polskich biskupów, to uważam, że Grzebałkowska potraktowana jest niesprawiedliwie. Owszem, praca Weissa kładzie nacisk na nieco inny aspekt życia Beksińskiego niż jego relacje rodzinne i dysfunkcyjna osobowość. W „Portrecie prawdziwym” główna postać jawi się więc jako dusza towarzystwa, człowiek przyjazny i oddany ludziom. Jednak nie trzeba być psychologiem, aby stwierdzić, że serdeczność i opowiadanie dowcipów nie musi się kłócić z egoizmem i nieumiejętnością wejścia w bliską relację z kobietą. Można więc czytać i Weissa, i Grzebałkowską, nie przekreślając żadnej z obu pozycji. W każdej z nich Tomasz Beksiński jest tajemnicą, którą trudno wyjaśnić kilkoma prostymi zdaniami.

Jako że Wiesław Weiss jest znawcą muzyki rockowej, dużo uwagi poświęcił na muzyczne pasje Tomasza Beksińskiego, czego do końca nie widziała Magdalena Grzebałkowska. Na kartach książki bohater jest maniakiem muzyki, ale również filmu. Z jednej wizyty w Londynie potrafi przywieźć kilkadziesiąt kaset wideo. Posiada obszerną płytotekę, która – co ciekawe – po jego śmierci została przewieziona do radiowej Trójki i leży tam do dziś w zapyziałym magazynku, rozparcelowana w kilku kartonach. Fakt ten mówi więcej o dziedzictwie Beksińskiego, niż niejedna mądra analiza psychologiczna. Bowiem radiowiec żył w świecie wykreowanym przez piosenki zbójeckie. Nawet nie książki (jak Gustaw u Mickiewicza), bo tych – jak opowiada u Grzebałkowskiej jedna z jego kobiet – w zasadzie nie czytał. Beksiński stworzył sobie rzeczywistość złożoną z rocka symfonicznego, progresywnego i gotyckiego, oraz muzyki new romantic, i z niej czerpał wiedzę na temat relacji damsko-męskich. W jego audycjach dominowała muzyka albo smutna, albo mroczna. I chociaż były one majstersztykami, do poziomu których nie zbliży się żaden radiowiec, prezentowały dość jednoznaczną, pesymistyczną wizję świata. I trzeba to powiedzieć głośno, Beksiński fascynował się kiczem i uwierzył, że jest on doskonałą sztuką, która przekazuje prawdę o życiu, w tym o miłości. Do swoich ulubionych płyt lat 90. zaliczył krążki takich zespołów jak Lacrimosa, XIII. Stoleti, Deine Lakaien, Type O Negative, Devil Doll czy Fields of the Nephilim. To dość jednoznaczna deklaracja estetyczna, ale idzie za nią niezdrowa fascynacja warstwą liryczną, w której dominuje zło i rozpacz, a miłość ukazana jest jako perwersja albo cierpienie.

Czy był więc Tomasz Beksiński ofiarą muzyki, której słuchał? Odpowiedź twierdząca byłaby jednak niesprawiedliwa. To bardziej splot różnych czynników i okoliczności: bezstresowego wychowania, obcowania ze sztuką ojca, genów, osobowości, spotkanych ludzi, preferencji estetycznych także. W końcu nie każdy, kto obcuje z mroczną muzyką i fascynuje się horrorami, popełnia samobójstwo. Z wypowiedzi bohaterów książki wynika, że powodem tym było nieszczęście w miłości. Natomiast geneza tego niepowodzenia jest kwestią otwartą. A czytając „Portret prawdziwy”, można próbować odpowiedzieć na to pytanie. Potem jednak warto sięgnąć po „Portret podwójny”.

Wiesław Weiss, Tomek Beksiński. Portret prawdziwy, wyd. Vesper, Czerwonak 2016, ss. 702.

niedziela, 9 października 2016

Luba Winogradowa - Nocne wiedźmy. Jak to na wojence ładnie

Wzgardzona miłość boli najbardziej i najłatwiej przeradza się w swoje przeciwieństwo – nienawiść. Tak było przecież z relacjami Związku Sowieckiego i Trzeciej Rzeszy. Te, tak samo kochające swoich wodzów państwa, padły sobie w ramiona, aby za kilka lat prowadzić ze sobą śmiertelny bój. A gdy ZSSR przystąpił do aliantów, stał się jednym ze sprawiedliwych, którego zbrojnym ramieniem była niezwyciężona Armia Czerwona. Wystarczy jednak sięgnąć po książki Swietłany Aleksijewicz, Wiktora Suworowa czy Nikołaja Nikulina, aby ujrzeć prawdziwy, a nie zmitologizowany obraz konfliktu, nazywanego przez Rosjan Wielką Wojną Ojczyźnianą. Ten fałszywy ogląd rzeczywistości był obowiązujący również w Polsce Ludowej i, mam wrażenie, że jeszcze długo potem. W ostatnich latach, na szczęście, zamiast niezwyciężonej krasnoj armii pojawiać się zaczęli obdarci chłopcy z karabinami na sznurkach. Zamiast etosu walki z faszyzmem – gwałty i rabunek. Do tego pamiętać należy, że Armia Czerwona, poza wygnaniem Niemców, nie przyniosła naszemu rejonowi Europy niczego dobrego.

Ten jednoznaczny obraz zdaje się nieco niuansować Luba Winogradowa, autorka „Nocnych wiedźm”, historycznego reportażu poświęconego kobietom służącym w sowieckim lotnictwie. I to największy szok, który przeżyje czytelnik po zetknięciu się z tym opracowaniem. Bowiem pisarstwo Winogradowej dalekie jest od burzenia mitów, które uprawiają Suworow i Nikulin. Dalekie jest również od detalicznego przedstawiania tragizmu wojny przez Aleksijewicz. „Nocne wiedźmy” są próbą pogodzenia ze sobą dwóch sposobów pisania o wojnie, nie tylko o tym konkretnym konflikcie. Godzą ze sobą tendencje pacyfistyczne i rozrachunkowe, w myśl których wojna to przede wszystkim rzeź, oraz brązownicze, które zamknąć można w cytacie ze znanej piosenki: jak to na wojence ładnie. Nie wszystko bowiem jest u Winogradowej zgodne z oficjalną linią, którą przyjęliby historycy za czasów ZSRR. Autorka raz po raz opisuje sytuacje, które chluby nie przynoszą, ale są nieodłącznym składnikiem wojny. Dzieje się tak, gdy Winogradowa wspomina o samosądach przeprowadzanych na jeńcach niemieckich czy o frontowych miłościach między pilotkami a oficerami. Te ostatnie często traktowane były jako próba ochrony. Autorka jednak miłosiernie milczy, nie wspominając, przed czym miałyby się chronić kobiety w środowisku wyposzczonych mężczyzn.

Widać jednak również, że „Nocne wiedźmy” nie są do końca udaną pozycją. Irytuje w nich przede wszystkim sowiecki triumfalizm. Irytują faszyści, językowy fałsz wyprodukowany w ZSSR, pokutujący do dzisiaj. Są tam Niemcy, są faszyści, ale jakoś brak nazistów, czyli socjalistów ze skrzywieniem nacjonalistycznym. Bo przecież i socjalizm, i rosyjski nacjonalizm (ubrany dla niepoznaki w szatki internacjonalizmu), to jedne z podstawowych składników sowieckiego totalitaryzmu. Autorka chce być obiektywna, co widać w mnogości zebranych przez nią faktów, ale chyba nie do końca panuje nad tak skomplikowaną materią. Ulega przede wszystkim radosnemu nastrojowi większości wspomnień przytaczanych przez weteranki osobiście, lub przeczytanych w archiwach. I to największy zarzut wobec jej tekstu. Wojna u Winogradowej to kobiece przyjaźnie, brawurowe loty, bicie faszystów, słowem – chciałoby się powiedzieć, że wesoła, męska przygoda, tyle że bez mężczyzn w roli głównej.

Z drugiej strony „Nocne wiedźmy” ukazują kawałek historii, do tej pory nie do końca obecny w świadomości społecznej. ZSRR był bodajże jedynym państwem, które w czasie II wojny w takim stopniu angażowało kobiety. Te ostatnie zgłaszały się często na ochotnika, rezygnując z pracy lub studiów. W sytuacji normalnego państwa można by docenić patriotyzm i męstwo wolontariuszek. Natomiast te decyzje, o czym autorka nie wspomina, wydają się nie tyle szczere, co podjęte po wieloletniej już indoktrynacji komunistycznej. System ten działał niczym religia, czego dowody znajdują się również na kartach „Nocnych wiedźm” – rzecz jasna, między wierszami. Kobiet-pilotek było tak wiele, że stworzyły one swój własny pułk lotniczy. A mając doświadczenie w innych działaniach kolektywnych, jak chociażby budowa moskiewskiego metra, z łatwością poddawały się one wojskowemu drylowi. Co ciekawe, dawały niekiedy wyrazy niesubordynacji, szyjąc sukienki ze spadochronów, albo uciekając ze swoich oddziałów po to, aby dostać się do jednostek lotniczych. Winogradowa nie wspomina o surowych karach; w przypadku jej bohaterek taka przygoda zawsze kończy się co najwyżej reprymendą i obcięciem żołdu. Przypomina się dowcip o Leninie z brzytwą, co to mógł zabić, a tylko opieprzył.

„Nocne wiedźmy” mogły być książką bardzo dobrą, a nawet wybitną, bo sam temat jest przecież bardzo ciekawy. Znajdują się jednak gdzieś w połowie między rzetelnym, rzemieślniczym pisaniem a propagandą. Nie wątpię, że książki tej potrzebuje społeczeństwo rosyjskie, żyjące w upadającym, coraz bardziej izolowanym mocarstwie, które próbuje coś znaczyć, angażując się w konflikty w Syrii i na wschodniej Ukrainie. To dla współczesnych Rosjan opisany w tekście obraz chłopa, który wydaje wszystkie oszczędności, aby zafundować Armii Czerwonej samolot, może być atrakcyjny. Poza Rosją wątpliwości budzi samo istnienie takiej sytuacji. Poza tym, na wojence wcale ładnie nie jest, a tego wydają się nie zauważać bohaterki „Nocnych wiedźm”.

Luba Winogradowa, Nocne wiedźmy na wojnie z lotnikami Hitlera, tłum. A. Sowińska, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 398.