Ponad dwadzieścia lat wyrabiania polityki historycznej w duchu zbiorowego wstydu musiało zrobić swoje. Mianowicie, wielu uwierzyło, a przede wszystkim liberalno-lewicowi intelektualiści, że bycie Polakiem łączy się z odwiecznym antysemityzmem, a naród nasz w czasie wojny nie robił niczego innego, jak tylko wydawał Żydów w ręce – nie Niemców – nazistów. W robocie tej przydatne były książki Grossa czy artykuły w gazecie, której imienia wymawiać nie wolno, stawiające tezy, że patriotyzm jest jak rasizm, a powstańcy warszawscy zabijali Żydów. Nie dziwi się fakt, że próby zmiany tego historycznego paradygmatu na bardziej zniuansowany spotyka się z histerycznym wyciem salonowych piesków. Na nic grube tomiszcza, zwane dla niepoznaki reportażami, z których wynika, że polski chłop nie robił niczego, jak tylko uganiał się po swoim polu za Żydami, aby odprowadzić ich na najbliższy posterunek policji – nie niemieckiej – nazistowskiej. Na nic gadanie o innych stodołach, poza Jedwabnem. Nawiasem mówiąc, przypominam, że jakoś nikt poza tym niechlubnym wyjątkiem żadnej innej stodoły nie wskazał. Od kilku lat na szczęście zaczęła zmieniać się narracja, czego wcale nie łączę ze zmianą parlamentarną. Zaczęto głośno mówić o Żołnierzach Wyklętych, a na Polaków w czasie okupacji przestano patrzeć jak na tych, których bano się bardziej niż Niemców. Mimo faktu, że salonowi oskarżyciele Polski i polskości nadal gardłują, ich głos jest już jednym z wielu, a jego znaczenie powoli się zmniejsza.

Ten stan rzeczy zawdzięczamy Janowi Markowi Chodakiewiczowi, Ewie Kurek czy autorowi omawianej pozycji – Dariuszowi Walusiakowi. Jego „Winni” to popularna w formie i treści publikacja dotycząca niełatwych wzajemnych relacji między Polakami a Żydami, począwszy od okresu międzywojennego, aż po drugą wojnę światową. W tym miejscu można by jednak postawić zarzut w stosunku do autora, ale jego odparcie nie będzie specjalnie trudne. Zarzut ten dotyczyć może rozłożenia akcentu, z czego wynika, że postawy szmalcownictwa praktycznie nie istniały, a Polacy nie mają sobie niczego do zarzucenia. To dość jednostronne stanowisko trzeba jednak wytłumaczyć faktem, że „Winni” mają być odtrutką, która faktycznie skupia się na szlachetnych postawach, ale ich uwypuklenie wcale nie musi oznaczać, że zdarzały się w naszym społeczeństwie wręcz przeciwne zachowania. Tyle gwoli wprowadzenia w tematykę książki.

Dariusz Walusiak prowadzi narrację w sposób chronologiczny, rozpoczynając od trudnych lat przedwojennych, w których niechęć do Żydów była zjawiskiem ogólnoeuropejskim, a co ważniejsze – wzajemnym. Istnienie żydowskich bojówek napadających na gojów jest bowiem coraz większym tabu, a w politycznie poprawnych opowieściach nie istnieje. I zdarzało się przecież, jak wspomina autor, że przedwojenni narodowcy, niechętni wobec Żydów z powodów ekonomicznych czy politycznych, podczas wojny angażowali się w ich ratowanie. Znany jest przecież przypadek Zofii Kossak-Szczuckiej, która była główną organizatorką Żegoty. A co zrobił Czesław Miłosz, oskarżający lud Warszawy o zabawę na karuzeli postawionej bezpośrednio przy murach getta? Co więcej, przez myśl mu nie przeszło, aby wspomnieć w swoim oskarżycielskim wierszu („Campo di Fiori”), kto tę karuzelę stawiał, i że wcale nie byli to Polacy. Gdy przychodzi do opisywania działań wojennych, Walusiak stara się nakreślić jak najdokładniej tło wydarzeń, które wcale nie są oczywiste nawet dla ludzi z maturą. Ci najczęściej powtarzają kilka frazesów (jeśli w ogóle wiedzą o II wojnie światowej), w których powtarzają się rzeczowniki: Hitler, Holokaust i Hiroszima.

Taki prosty wykład jest więc potrzebny, nawet po to, aby uporządkować argumenty, które mogą być przydatne w dyskusji z licznymi jeszcze pedagogami wstydu. A przecież zdanie Polacy zabijali Żydów jest tak samo logicznie niepoprawne jak to, że Żydzi zabijali Polaków. W UB przecież nacja ta stanowiła nadreprezentację i piszą o tym nawet historycy lewicowi. Po prostu z faktami się nie dyskutuje. Walusiak stara się więc cierpliwie tłumaczyć, że czym innym było działanie szmalcownika, który wydawał Żydów dla pieniędzy, czym innym działanie partyzantki komunistycznej, która takie grzechy miała na sumieniu, a czymś zupełnie innym wyrok państwa podziemnego na Żydzie, który swoich współbraci denuncjował Niemcom. Poza tym autor wiele miejsca poświęca na kwestie tak oczywiste, jak ratowanie Żydów. I znów tłumaczy, że w całej Europie tylko w naszym kraju za te działania groziła śmierć na miejscu – całej rodziny. I przypomina, który naród ma w swoim gronie najwięcej Sprawiedliwych. I wcale nie jest to Francja. Czytając Walusiaka, frustrujemy się, że przez ponad dwadzieścia lat postkomunistycznej Polski akcentowano i wyolbrzymiano tylko te złe rzeczy, tak jakby chciano wmówić nam, że jesteśmy narodem sprawców. Trzeba mieć nadzieję, że ta narracja odejdzie w zapomnienie, w parze z pewną gazetą, której imienia wymawiać nie wolno.

Dariusz Walusiak, Winni. Holokaust i fałszowanie historii, DW Rafael, Kraków 2016, ss. 444.

Metallica jest jak Lech Wałęsa. Niegdyś wielka, dzisiaj próbująca co jakiś czas zaznaczyć fakt, że nadal jest zjawiskiem ważnym. I podobnie jak w przypadku Wałęsy, zasługi tego amerykańskiego zespołu są skutkiem genialności czy wizjonerstwa, ale rzemieślniczego, robociarskiego podejścia do rzeczywistości i ogromnego wyczucia chwili. Nazwani w latach 80. królami thrash metalu, chłopcy z Metalliki zapełniali stadiony, powodując westchnienia dziennikarzy muzycznych, do tej pory interesujących się popem. W 1991 roku, wydając „Czarny album”, ci już dojrzali, ale jeszcze nie zdziadziali panowie, udowodnili, że popkultura jest odpowiednim miejscem dla zespołu metalowego. I to nie tylko kwestia koszmarnej ballady „Nothing Else Matters”, ale całego albumu, który był pożegnaniem z estetyką thrash metalu i szokiem dla wielu fanów. Szok ten pogłębił się pięć lat później, gdy światło dzienne ujrzał „Load”, ostatni dobry (osobiście uważam go za najlepsze, co zdarzyło się Metallice w ich karierze) album zespołu, na którym estetykę metalową bardzo umiejętnie połączono ze światem bluesa, country, grunge, a nawet amerykańskiego songwritingu. I w tym momencie skończyła się wielka Metallica.

Rok później ukazał się suplement do wyżej wymienionej płyty – „Reload” – po czym nastąpił etap odcinania kuponów, czyli składanka coverów (stara epka wzbogacona o ponad godzinę nowego materiału) i niesłuchalny album koncertowy „S & M”, na którym brzmienie Metalliki zderzyło się z orkiestrą symfoniczną. Osobie, która wpadła na łączenie metalu z symfonią, należałoby zafundować jakieś karne wczasy połączone ze słuchaniem najbardziej groteskowych zespołów tego typu. O pierwszym powrocie Metalliki do korzeni zaczęło się mówić w roku 2003, gdy zespół wydawał „St. Anger”. I chociaż trzeba pochwalić panów za otwartość na eksperymenty, przyznać trzeba, że ten akurat okazał się nieudany. Drugim powrotem do korzeni miał być przedostatni album studyjny „Death Magnetic” („Lulu” nie liczę), ten zaś zirytował wielu fanów kiepskim brzmieniem i potworną nudą lejącą się z głośników. Co z tego, że muzyka kapeli była tutaj szybsza i bardziej metalowa, nie sposób było przesłuchać jeśli całości albumu? I do trzech razy sztuka, bo najnowszy krążek kapeli „Hardwired… to Self-Destruct” miał być kolejnym powrotem do korzeni.

Na pierwszy ogień poszedł tytułowy singiel, który trwał zaledwie trzy minuty i stanowił dość groteskowy przykład produktu metallikopodobnego. Ta, bardziej wprawka muzyczna, niż kompozycja kapeli aspirującej do bycia zjawiskiem, łączyła w sobie thrashmetalowy riff i melodię żywcem zapożyczoną od jakiegoś kampusowego punkrockowego zespołu z USA. Potem okazało się, że płyta zawierać będzie prawie 80 minut muzyki i ukaże się na dwóch krążkach. Z lektury listy kawałków wynikało, iż reszta numerów będzie dość długa, co napawało raczej obawą niż nadzieją. Wielu spodziewało się szeregu nudnych „kloców”, jakie pojawiły się na „Death Magnetic”. Niespodziewanie dwa następne ujawnione kawałki spotkały się z optymistycznym przyjęciem. „Moth into Flame” i „Atlas, Rise!” emanowały bowiem niespotykaną od dawna w Metallice energią i radością grania. Pojawiły się w nich nawet thrashmetalowe riffy; ten drugi w dodatku mógł zaskakiwać cytatami z twórczości Iron Maiden. Te trzy piosenki sugerowały, że zapowiadany album jawił się jako realny powrót do thrashu, i w tym miejscu wielu żywiło nadzieje na taki obrót spraw. W końcu nadszedł 18 listopada i można było zweryfikować swoje oczekiwania.

Ci, którzy spodziewali się ponownego romansu kapeli z estetyką thrash metalu, mogą poczuć zawód. Bowiem oprócz przedpremierowych piosenek jedynie utwór finałowy – „Spit Out the Bone” – można było w ten sposób zaklasyfikować. W dodatku kawałek ten jest niezaprzeczalnie najjaśniejszym momentem omawianego albumu: jest agresywny i zadziorny. Jaka jest więc reszta „Hardwired”? Patrząc na album całościowo, przyznać trzeba, że najbliżej mu do okresu pomiędzy „Czarnym albumem” a „Load”, z pewnymi nielicznymi spojrzeniami w przeszłość. Nie ma jednak mowy ani o agresji „Kill’em All”, ani o ponurych melodiach wypełniających „Master of Puppets”. Te bardziej bezpośrednie i szybkie fragmenty płyty i tak są dość łagodne i możliwe do zaakceptowania przez szerokie audytorium, które metalu nie słucha, czyniąc wyjątek jedynie dla bohaterów tej recenzji. Na płycie dominują więc tempa wolniejsze i dość ciężkie riffy, odnoszące się do takich utworów jak „Sad but True” czy „Wherever I May Roam”. Takimi udanymi powrotami do tej stylistyki są „Dream No More” i „Murder One”. Słychać w nich w dodatku wpływy Corrosion of Conformity czy nowe oblicze Alice in Chains. Dzięki temu są niezwykle chwytliwe i przywołują nieśmiertelne dziedzictwo Black Sabbath. Pozytywnie zaskakuje również najdłuższy na płycie „Halo of Fire”. W tym ośmiominutowym kawałku wyraźnie usłyszeć można trzyczęściową strukturę i kilka zdecydowanych zmian nastroju. Na plus zaliczyć też trzeba brzmienie płyty, które jest miłą odmianą po nieudanych w tym względzie „St. Anger” i „Death Magnetic”.

Natomiast zdecydowaną wadą „Hardwired” jest czas trwania płyty. Gdyby wyrzucono pięć utworów („Now That We’re Dead” z pierwszego krążka i pierwsze cztery z drugiego), rezultat byłby lepszy. Szkoda również, że panowie rozciągnęli swoje utwory ponad miarę, bo skutkiem tego działania nie jest zwiększenie liczby wątków, ale nadmierne powtarzanie tych samych motywów. Innym czynnikiem obniżającym ocenę jest gra Kirka Hammetta, który już od dawna nie zagrał żadnej, chociażby minimalnie interesującej, partii solowej. Te można było wyrzucić zupełnie, bo męczy fakt, że w każdym utworze słyszymy te same sekwencje powtarzających się trzech – czterech dźwięków. Regres przeszedł również Lars Ulrich, którego jednostajne pukanie w zestaw perkusyjny nie irytuje jedynie w wolniejszych kompozycjach. Natomiast podkręcenie tempa powoduje zgrzytanie zębów słuchacza. Ulrich nigdy wirtuozem nie był, tu natomiast popisuje się absolutnym brakiem feelingu.

Niezaprzeczalnie „Hardwired… to Self-Destruct” jest najlepszą płytą Metalliki od dwudziestu lat, co nie było trudne przy „osiągnięciach” takich jak „St. Anger” lub „Death Magnetic”. Natomiast nie spodziewajmy się cudu, a tym byłby powrót do lat świetności. Te panowie mają dawno za sobą. Trudno przeskoczyć spadek umiejętności i kompozytorskich, i technicznych. Skoro Hammett (kto, do cholery nazwał go jednym z najlepszych gitarzystów na świecie?) i Ulrich obniżyli loty, a zawsze byli tylko rzemieślnikami, kwartet z Kalifornii nigdy już wielkiego dzieła nie nagra. Najnowsza płyta Metalliki jest więc poprawnie nagrana i zagrana, w dobrym znaczeniu melodyjna i chwytliwa. Kura nigdy latać nie będzie, więc cieszmy się, że chociaż tym razem jest tłusta.

Metallica - Hardwired... to Self-Destruct, Blackened 2016.
Szaman, fot. W. Grzelak
Wojciech Grzelak nie jest może zawodowym reporterem, ale wie o Rosji więcej niż wielu żurnalistów, którzy mienią się reportażystami i opowiadają swoje historie zza Buga. Człowiek, z którym rozmawiałem, ma o tyle ciekawe spojrzenie, że jego teksty nie dotyczą tylko współczesnej rosyjskiej polityki czy obyczajowości, ale również renesansu wierzeń szamańskich wśród rdzennych mieszkańców Syberii.

Rosja jest często przedstawiana jako metafora matrioszki, w której odkrywamy kolejne warstwy. Na przykład wydaje nam się, że jest ona krajem powrotu do religijności, a tu nagle okazuje się, że na jedną kobietę przypada statystycznie cztery aborcje. Jak więc tę przenośnię ugryźć?
Churchill nazwał kiedyś Rosję sekretem owiniętym w enigmę i schowanym w tajemnicy. Bowiem interesując się tym krajem, odkrywamy kolejne dna, a potem następne i następne. W moim odczuciu taka właśnie jest Rosja. Poznawałem tam ludzi, z którymi potrafiłem się zgadzać w rozmowie, ale w pewnym momencie pojawiał się niesamowity dystans, jakby nagle ze skóry człowieka wyszedł kosmita. I to dotyczyło błahych spraw. Ukazywała się wówczas jakaś specyficzna cecha rosyjskiego myślenia lub mentalności.

O tym dystansie wspomina pan niejednokrotnie w kontekście widzenia historii przez Rosjan. Nasze wizje dziejów są kompletnie nieprzystające i z tego powodu nie potrafimy się porozumieć, szczególnie jeśli chodzi o II wojnę światową.
Rosjanie sami nie mogą poradzić sobie z własną historią, próbują tworzyć jakieś syntezy, nawiązywać do pewnych tradycji: z jednej strony – rosyjskiej, z drugiej – sowieckiej. Ta nostalgia za ZSRR jest silna, bo to również była Rosja, tylko potężniejsza i bardziej znacząca niż obecnie. Ta historyczna schizofrenia najlepiej wyraża się na centralnych placach miast rosyjskich, na których pomniki Lenina sąsiadują z cerkwiami. Jako świętych prawosławnych czci się zamordowanych na rozkaz Lenina członków rodziny ostatniego imperatora Mikołaja II. Rosjanie na co dzień nie zauważają tych sprzeczności, potrafią je jakoś godzić. Dla nas jest to niepojęte. Mentalność Rosjan jest ukształtowana przez dzieje ich kraju, w których wielkie piętno odcisnęła inwazja mongolska.

Grzbiet Saljugen - fot. W. Grzelak


Ta schizofrenia jest widoczna chociażby w Magadanie, gdzie w 1990 roku, czyli już dawno po epoce stalinowskiej, postawiono pomnik budowniczego Gułagu, Mikołaja Bierzina. Może to zbytnie uproszczenie, ale czy można tę rosyjską psychikę potraktować jako zbiorowy syndrom sztokholmski związany z podbojami i okrucieństwem?
Miałem wielokrotnie takie wrażenie, ale muszę pana w tym miejscu trochę zaskoczyć, bo syndrom sztokholmski na tle Rosji obserwowałem również u nie-Rosjan, a konkretnie u Polaków, którzy byli wywiezieni na Syberię. Widać go było na przykład w gustowaniu w piosenkach rosyjskich, które chętnie nucono, a przecież ci ludzie przeszli tam gehennę. Niemniej to były czasy ich młodości, z którymi wiążą się sentyment i nostalgia. Zaskakuje fakt, że mimo cierpień na nieludzkiej ziemi został im jakiś sentyment.

Jeździ pan przede wszystkim do Ałtaju, gdzie oprócz cerkwi prawosławnej widać renesans rdzennych wierzeń szamańskich. Na ile te oddolne ruchy religijne świadczą o prawdziwym odrodzeniu się wiary w Rosji?
To odradzanie się wierzeń szamańskich jest dość ciekawym zjawiskiem, ale nie jedynym. Po latach przymusowej ateizacji nastąpiła pewna eksplozja, może nie religii, co zjawisk parareligijnych, od Kaszpirowskiego, do konsultacji u wróżek. W lokalnych gazetach ukazują się anonse gwarantujące zwrócenie męża, a także powodzenie w wielu dziedzinach życia, związanych np. z pracą czy seksem. Poza tym, w większym stopniu niż na Zachodzie, wierzy się tam w horoskopy. A jeśli rozmawiamy o sprawach ściśle powiązanych z religią, trzeba wspomnieć o niesłychanej eksplozji działalności wszelkich sekt, które spotyka się nawet w najgłuchszych zakątkach Syberii czy Ałtaju. Jeśli chodzi o Ałtaj, rdzenni mieszkańcy powoli zaczynają odzyskiwać pamięć o swoim etnosie. Zrywają z propagandą, wtłaczaną im od lat, według której mieliby być podludźmi. Gdy mówiłem znajomym Rosjanom, że jeżdżę do Ałtajczyków, dowiadywałem się, że to są pół-zwierzęta. Jeden z lokalnych biznesmenów stwierdził nawet, że z małpami interesów nie robi. To jest podejście ludzi mieszkających tuż obok, uważających się za kogoś lepszego. Tymczasem, kiedy poznałem Ałtajczyków, zobaczyłem, że ma się to całkiem inaczej. Przede wszystkim uderzała większa czystość w domach i obejściach niż u Rosjan, a przede wszystkim znajomość swoich przodków. U Rosjan często pytanie o pradziadka powoduje wzruszenie ramion. Słabo kojarzą oni własnych dziadków, tymczasem Ałtajczycy pamiętają swoje genealogie, które zapamiętywane są w bardzo szczególny sposób. Przechowują oni w skórzanych kopertach zasuszone pępowiny chłopców i dziewczynek i wiążą te futerały w długie konstrukcje obejmujące nawet kilkanaście pokoleń. Z tym zjawiskiem wiąże się też odradzanie się tradycji wierzeń ałtajskich, m. in. także fenomenu kamłania, czyli wchodzenia przez szamanów w trans i kontakt ze światem niewidzialnym. Ci szamani w kulturze Ałtajczyków pełnią bardzo różne role. Mogą być na przykład konsultantami medycznymi. Nieprawdą jest, że wszyscy traktowani są z jednakową czcią. Mieszkańcy wiedzą, który z nich ma większą, a który – mniejszą moc, wiedzą, który lubi w czasie kontaktu z zaświatami dodać jakieś informacje od siebie i trochę zaimprowizować. Spojrzenie na szamanów jest więc dość krytyczne, co nie znaczy, że nie ma takich, których ludzie się wręcz boją.

Birkut - polowanie. Fot. W. Grzelak

A gdzie w tym wszystkim jest cerkiew?
Po latach komunizmu, gdy cerkiew była w całości na usługach służb i stanowiła instytucję fasadową, konieczną do utrzymywania pozorów wolności religijnej, zyskała na znaczeniu. Przy różnych uroczystościach musi być obecny jakiś przedstawiciel władz kościelnych. Zbudowano także sporo nowych cerkwi, wiele z nich odrestaurowano. W Bijsku, dwustutysięcznym mieście, co niedzielę przewija się przez cerkiew kilkadziesiąt osób, ale kiedy opowiadałem Rosjanom, że w Polsce w miejscowości o podobnej liczbie mieszkańców kościołów jest co najmniej kilkanaście i w niedzielę wszystkie są zapełnione, nie wierzyli mi. Cerkiew deklaruje się naturalnie jako przeciwnik aborcji i zwolennik ochroną życia, ale z drugiej strony dostojnikom kościelnym zdarzało się przejechać kogoś na pasach i niespecjalnie się interesować losem swojej ofiary. W społeczeństwie rosyjskim nadal pokutuje przekonanie, że cerkiew ciągnie tylko pieniądze, a popi chcą się otoczyć dostatkiem materialnym. W wielu wypadkach jest to prawdą, a wiara niektórych funkcjonariuszy kościelnych jest tylko deklaratywna. W prawosławiu nie ma nawet już silnych tradycji misji. Jedyną misję założono na Ałtaju sto lat temu, więc dzisiaj część mieszkańców deklaruje się jako prawosławni, co absolutnie nie przeszkadza im biegać do szamana. Noszenie krzyżyka wcale nie obliguje do przestrzegania moralności chrześcijańskiej, a nawet do znajomości religii. Nieraz w miastach ludzie w wieku dojrzałym postanawiają się ochrzcić w cerkwi, ale z moich obserwacji wynika, że to często pretekst do urządzenia imprezy towarzyskiej.

Rozmawiamy na razie o samych Rosjanach, pan natomiast wielokrotnie w swoich książkach wspomina o wzajemnych relacjach między nimi a nami. Jak z tamtej strony wygląda Polska?

To jest już kwestia edukacji rozmówcy i jego skojarzeń. Jedni sądzą, że Polska leży gdzieś między Rumunią a Czechosłowacją (nie Czechami!), a inni powtarzają znane powiedzenie: kurica nie ptica. Kobiety czują niekiedy sentyment do mody polskiej, zwłaszcza dla tych w średnim pokoleniu ikoną jest Barbara Brylska. W każdego Sylwestra telewizja puszcza film, w którym grała ona główną rolę. Natomiast, gdy prezentowano „Ekstradycję”, jej nazwisko było wyszczególnione na początku i to dużą czcionką. Chociaż Brylska grała w tym serialu tylko rolę epizodyczną. Polska więc odbierana jest przede wszystkim na zasadzie pewnych skojarzeń. Jednak rozmawiając z historykami czy tymi Rosjanami lub Ałtajczykami, którzy mieli za sobą epizod służby w jednostkach sowieckich w PRL i NRD, spotykałem się z nieco szerszym odbiorem. Pewien mój rozmówca, który 40 lat temu służył w Polsce, bardzo bolał nad zacofaniem naszego kraju. Mianowicie, widział, jadąc pociągiem, chłopa, który orał pole, posługując się koniem. Dla wszystkich żołnierzy sowieckich był to szok. Oczywiście nikt z nich nie zadał sobie trudu zastanowienia się nad tym, że w ZSRR obowiązywała gospodarka kolektywna, zaś w Polsce zachowało się rolnictwo indywidualne i używanie traktora na tak małej powierzchni nie było konieczne. Polska generalnie jest odbierana życzliwie i często się o niej mówi na imprezach. Nieraz w czasie spotkań towarzyskich Ałtajczycy słysząc, że jestem z Polski, chwalą się polskimi przodkami. Zresztą niektórzy z nich noszą polskie nazwiska. Wśród ludności niesłowiańskiej życzliwość do Polski jest więc nawet większa. Rosjanie jednak, poza pewną życzliwością i uprzejmością, odczuwają gdzieś na dnie kompleks polskiej zdrady. Ta zdrada ma parę poziomów: polski katolicyzm, co jest według nich odejściem od prawdziwej wiary, wystąpienie z rodziny państw socjalistycznych, związanie się z Zachodem i bycie prostytutką amerykańską, jak nas nazywają. Poza tym, w czasie nieformalnych spotkań, Rosjanie mówią, że my Słowianie powinniśmy trzymać się razem. Nie rozwijali, przeciwko komu mamy się trzymać, ale jasne, że przede wszystkim przeciwko Ameryce, która jest największym zagrożeniem. To bycie Słowianinem oznaczało, że jestem prawie Rosjaninem, wprawdzie nieco gorszej kategorii, ale jednak swój.

Tęcza pod Ust' Koksą - fot. W. Grzelak

Jak więc my, jako społeczeństwo, a przede wszystkim jako państwo, powinniśmy się odnosić do Rosji, bo w tej chwili przeszliśmy z jednej skrajności z drugą? Przed kryzysem ukraińskim spoglądano na Putina w zasadzie bez zarzutów, szczególnie w okolicach katastrofy smoleńskiej stał się naszym prawie że przyjacielem. Potem zaś narracja wiodących mediów, w tym „Gazety Wyborczej”, odwróciła się o 180 stopni i Adam Michnik z rusofila stał się największym rusofobem III RP.
Ta karuzela jest zabawna. Podobnie przed wojną ZSRR pierwszy wieszał psy na III Rzeszy, a potem stał się jej największym sojusznikiem. Te, nie wiadomo, na czym polegające przy niezamkniętej sprawie Katynia, nawoływania do historycznego pojednania z Rosją w 2010 roku, były żenujące. W tym samym roku przebywałem w sanatorium w Cieplicach koło Jeleniej Góry. 15 sierpnia zorganizowano tam program artystyczny, który składał się z piosenek rosyjskich, co w tym kontekście było obrzydliwe. Pamiętam też sprawę pomnika pod Ossowem, gdzie w jednozdaniowej, krótkiej inskrypcji doliczyłem się, po konsultacji z Rosjanami, czternastu błędów ortograficznych i stylistycznych. Natomiast uważam, że natury niedźwiedzia się nie zmieni i Rosja, nawet po odejściu Putina, zostanie sobą, niemniej sądzę, że w sytuacji Polski powinniśmy wygrywać na tym, ile się da. Przede wszystkim w sytuacji pewnej izolacji międzynarodowej, w której teraz znajduje się Rosja, każdy gest z naszej strony byłby zauważony. Nie mam jednak na myśli gestów wiernopoddańczych, jak w roku 2010, bo one do niczego nie prowadzą. Jeśli Rosja wyczuje słabość przeciwnika, zaczyna nim gardzić. Chodzi o wykonywanie pewnych gestów świadczących o tym, żeby traktować nas nieco inaczej niż całą masę, która jest wrogiem Rosji i wszystkimi sposobami stara się ją stłamsić. Mam na myśli przede wszystkim działalność gospodarczą, co do której Rosjanie byli otwarci i parę razy dawali takie sygnały. Mądra polityka mogłaby temu zaradzić. A że Rosja nie zmieni swojego położenia geograficznego, jesteśmy skazani na to sąsiedztwo. Na pewno powinniśmy zwalczać, jak tylko się da, każdy sojusz niemiecko-rosyjski, a sami zajmować to miejsce, ale takie działania wymagają jakiejś wizji polityki. Niestety, wśród obecnych elit politycznych nie widzę szans powodzenia. Traktowanie Rosji tylko jako wroga niczego dobrego nam nie przyniesie. Można wiedzieć, że to wróg, ale trzeba działać, pamiętając, że podając Rosji ręce należy uważać na palce.

Czyli więcej dyplomacji, a mniej machania szabelką?
Zdecydowanie tak. Rosjanie są bardzo wrażliwi na każdy taki gest, tym bardziej w obecnej sytuacji, gdy Rosja jest tylko jednym z problemów, kto wie, czy naczelnym. To pobrzękiwanie szablą przez Moskwę jest może widowiskowe, ale czy stoi za nim realna siła? Z polskiego punktu widzenia złe relacje ukraińsko-rosyjskie są pożądane, bo jeśli dwa państwa, niekoniecznie nam przyjazne, trzymają się za łby, to trzecie może skorzystać.

Więc uczucia humanitarne w polityce powinny zejść na dalszy plan?
Udało mi się pewnego razu przekonać jednego Rosjanina, że reżim komunistyczny był zły, i od tej pory on, który twierdził, że nie było gorszego systemu niż hitleryzm, zwykł powtarzać wszystkim znajomym, że Stalin był gorszy, bo zabijał swoich, a Hitler – tylko obcych. Gdy odniesiemy tę historię do relacji polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich w czasie wojny, możemy w podtekście zobaczyć, że Polacy byli, co prawda zabijani przez Rosjan, ale z powodu rozkazów, natomiast na Wołyniu swoi mordowali swoich bez rozkazu.
Przytoczę tu jedną przedziwną relację zesłańca. W momencie, gdy wieziono transport do łagru za koło polarne, pociąg stanął w szczerym polu i otworzyły się wszystkie drzwi. Niech pan zgadnie, dlaczego.

Nie mam pojęcia…
Komendant pociągu zadecydował, że będzie bardzo dobrze, jeżeli Polacy będą mogli podziwiać wspaniałą zorzę polarną, która rozkwitła na niebie. Przyszłoby to panu do głowy? Romantyzm i okrucieństwo w jednym.
Czike-Taman. Fot. W. Grzelak




Zabrać dziecko – to bardzo proste. Wystarczy puścić w ruch urzędniczą machinę, która przyglądać się będzie rodzinom, badając, czy te nie odchodzą od ideologii postępu. Ta ostatnia zaś w zlaicyzowanej Europie Zachodniej zastąpiła religię, co oznacza, że posiada również swoje dogmaty, w które liberalne owieczki winny wierzyć. W przeciwnym przypadku owczarnię należy ukarać. Do takich dogmatów należy absolutny zakaz „przemocy” wobec dzieci. I owszem, cudzysłów jest w tym miejscu zamierzony i niezwykle ważny. Bo czy klaps oznacza realną przemoc? Odpowiedź na pytanie zostawiam prof. Stawrowskiemu, który w ostatnich tygodniach toczy bitwę z armią oburzonych. Pomysły na nowoczesne wychowanie dzieci mają, naturalnie, swoją ideologiczną nadbudowę, dla niektórych szlachetną w założeniu. Lecz im bardziej szlachetne są ideologie, im więcej humanitarnych frazesów zawierają, tym skutki bardziej opłakane. Fakt ten doskonale widać w Norwegii, gdzie państwo opiekuńcze pozwala wchodzić sobie na głowę tak bezczelnie, że przegrywa w sądzie z Breivikiem. I ta Norwegia, bezsilna wobec mordercy, pokazuje kły rodzinom winnym tego, że wychowują swoje potomstwo zgodnie z własnymi tradycjami.

Do Norwegii wybrał się młody reporter, Maciej Czarnecki, i tam spotykał się zarówno z rodzinami, jak i urzędnikami. Ci najbardziej władni na wywiady się nie zgodzili, ale to było przecież wiadome. Wizja, jaka wyłania się z „Dzieci Norwegii” może przerazić, a przynajmniej powinna poważnie zaniepokoić. I owszem, zdarzają się w książce takie głosy, które będą bronić tego systemu, lecz więcej jest tych ostrzegających. Państwo to jawi się na kartach reportażu jako socjalna utopia, rozpieszczona dobrobytem, w której życie społeczne oparte jest na luterańskim poczuciu wspólnoty. Naturalnie, ten religijny korzeń nie oznacza gremialnie wyznawanej wiary, a jedynie fałszywie rozumiany humanizm, z człowiekiem jako miarą wszechrzeczy postawionym na centralnym miejscu. I tym człowiekiem jest również dziecko (dziwne, że dopiero po porodzie, ale to temat na zupełnie inny tekst), co więcej, człowiek to najważniejszy, przed którym należy się kłaniać i któremu absolutnie nie powinno się fundować żadnych stresów. Bo przecież młody obywatel Norwegii ma prawo, aby nie zmuszać go do nauki czy nie krzyczeć, jeśli coś zbroi. A jeśli, nie daj Boże, taka sytuacja wystąpi, pojawiają się dzielni emisariusze z Barnevernetu.

Spyta ktoś, i słusznie, co jest w tej sytuacji wyjątkowego, bo przecież dzieci odbiera się rodzicom w całym zachodnim świecie. Tylko, że w Norwegii robi się to prewencyjnie, podobnie jak w „Raporcie mniejszości” postępowano z tymi, którzy dopiero mieli popełnić przestępstwo. Większość rozmówców Macieja Czarneckiego jest zgodnych, że trudno nie narazić się, chociażby jednokrotnie, na spotkanie z Barnevernetem. Fakt ten rodzi strach. Pojawiają się również zdania, że bardziej narażone na kontrolę oraz interwencję opieki społecznej są rodziny imigrantów. Trudno orzec, kto ma rację: ci, którzy takie wnioski wysuwają, czy autor, który zdaje się tonować te rozemocjonowane nastroje. Bo Czarnecki stara się dopuścić do głosu nie tylko tych, którym dzieci odebrano, albo tych, którzy szczęśliwie uciekli za granicę. I jako że reportaż jest wycinkiem rzeczywistości, nie dowiemy się, kto w tym sporze ma bezwzględną rację. Nie jest więc intencją autora, aby tę dyskusję zamykać. Jednak końcowe rozdziały nie pozostawiają wątpliwości: przed sądem większe prawa ma Norweg, imigrant zaś znajduje się na straconej pozycji, nawet gdy to rdzenny mieszkaniec kraju ze stolicą w Oslo ma na sumieniu molestowanie seksualne. Dwie wstrząsające relacje z wątkiem napastowania i gwałtów kończą całość „Dzieci Norwegii”. Skandalem jest zaś fakt, że to strona norweska, mimo ewidentnego przekroczenia prawa, dostała prawo do opieki nad dzieckiem.

„Dzieci Norwegii” można czytać również jako tekst mówiący o tym, do jakich absurdów prowadzi socjalizm, rozumiany nie tylko jako system gospodarczy, ale przede wszystkim wszechwładztwo systemu rządowego. Norwegia jest bowiem przykładem kraju, w którym dzieci uznaje się nie za własność rodziny, ale państwa. A takie postawienie sprawy kończyć się musi kontrolą oraz inwigilacją. Państwo przecież nie uwierzy w szlachetne intencje jakiejkolwiek instytucji, która nie jest państwowa. Natomiast do takich należy rodzina, co czyni ją z definicji czymś podejrzanym. Lektura reportażu Macieja Czarneckiego może być również zimnym prysznicem dla tych, którzy marzą o emigracji do bogatszych państw. Może się okazać, że kraje te są, co prawda, bardziej zasobne materialne, ale panują w nich tak dziwne zasady, że nie sposób w nich normalnie żyć.

Maciej Czarnecki, Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 237.