Historia techniki i wynalazków jest pisana męską ręką. Istnieją, co prawda, pewne wyjątki, ale wystarczy pobieżnie przejrzeć encyklopedię, aby upewnić się w przekonaniu, że kobiety miały i mają nikły wpływ na rozwój nauki oraz techniki. Co jednak z tym faktem zrobić? Konserwatysta machnie na niego ręką i stwierdzi, że tak faktycznie musi być. Nie zmienimy ludzkiej natury – powie, dodając, że to biologia tak wyposażyła człowieka, że obie płcie różnią się dość diametralnie pod tym względem. Co ma jednak poczynić przedstawiciel rewolucji, zetknąwszy się z tak rażącą dysproporcją. Może próbować znaleźć fakty, które przeczą tej obiegowej opinii. Może również ustosunkować się do tej sprawy ideologicznie, szukając przyczyn w wiecznej opresji, której podlegają kobiety. A winnymi są oczywiście mężczyźni. Te dwie rzeczy uczyniła autorka „Pionierek internetu” Claire L. Evans. Z jednej strony wyciągnęła na światło dzienne interesujące fakty, z których wynika wprost, że kobiety miały również wpływ na rozwój informatyki. Z drugiej jednak, pod koniec książki, przestaje się czaić, i wpada w feministyczny ton, który można zamknąć w słowach z „Seksmisji” – „samiec, twój wróg!”. „Pionierki internetu” napisane zostały więc z potrzeby udowodnienia światu, że płeć żeńska nie ma się czego wstydzić w kontekście technologii cyfrowej.


Trochę sobie dworuję, bo bawi mnie taka feministyczna szuria, twierdząca, że rola kobiet jest większa niż w rzeczywistości, ale tak publikacja Evans jest naprawdę interesująca. Przede wszystkim zaś dla laików, do których się zaliczam, co to chcieliby poznać historię informatyki, bo sami ponad połowę życia spędzili przy komputerach i z towarzyszeniem internetu. Historia ta zaczyna się już w XIX wieku, kiedy powstawać zaczęły pierwsze prototypowe maszyny liczące. Projekt jednej z pierwszych machin tego typu opracowała Ada Lovelace, czyli córka lorda Byrona. Interesujący jest również fakt, że w latach po II wojnie światowej programowanie komputerów nie było uznawane za ważną i twórczą czynność, więc – jak pisze autorka – często zajmowały się nim kobiety. Czy zajmowały się nim z tego powodu, trudno stwierdzić, natomiast warto uświadomić czytelnikom, zwłaszcza młodszym, czym były wówczas komputer i programowanie. Ten pierwszy, jak chociażby Eniac, zajmował powierzchnię kilku pokojów i składał się z tysięcy lamp, które dość często się przepalały. Rolą tego urządzenia było wykonywanie obliczeń matematycznych, a że nie było żadnych instrukcji obsługi czy znanych programów, które można by wprowadzić, należało to wszystko opracować. Programowanie takiego monstrum polegało na odpowiednim połączeniu przewodów elektrycznych, co w tych warunkach było istną partyzantką. Tym właśnie zajmowały się opisywane przez Claire Evans bohaterki.

Im dalej w las, tym jednak sprzęt stawał się coraz mniejszy, a na pewnym etapie zaczęto go ze sobą łączyć w sieci – tak powstały początki internetu. Najpierw były to sieci wojskowe, potem uczelniane, a dopiero na końcu powstała sieć taka, jaką znamy dzisiaj. Warto również sięgnąć po „Pionierki internetu”, aby dowiedzieć się, czym było w latach 80. i 90. to tytułowe zjawisko i jak bardzo różniło się od współczesnej jego mutacji. Rzecz jasna, nie było reklam, ale nie było również żadnego guglowania. Ba, nie było żadnych obrazków i nawigacji za pomocą linków. Aby korzystać z tego pra-internetu, trzeba było dość dobrze znać szereg komend. Bez tego ani rusz. W tym wszystkim, na początku ostatniej dekady XX wieku, zaczęła rodzić się specyficzna subkultura, łącząca w sobie idealizm i brutalność skrajnej lewicy oraz anarchistyczne zapatrywania na rzeczywistość. Społeczność internetu tej epoki była przy tym niezwykle twórcza; powstawały sieciowe fanziny i grupy dyskusyjne, spotykano się w sieci, aby dzielić się nie tylko życiem prywatnym, ale przede wszystkim efektami działalności artystycznej. Pisano gry, pisano tysiące artykułów, tworzono abstrakcyjne filmy – tak zwane dema. Internet był miejscem, w którym spotykano się, aby robić coś konkretnego, a przy okazji stanowił demokratyczną przestrzeń, w której każdy mógł zaistnieć na takich samych prawach.

I chociaż sieć od dawna tak nie wygląda, dobrze sobie przypomnieć, czym była, zanim uległa komercjalizacji. Dzisiaj korzystanie z niej jest pewnie łatwiejsze, ale o bardziej ograniczone, chociażby przez wyniki wyszukiwania czy cenzurę. Nie ma też już tego romantycznego, pionierskiego sznytu, który towarzyszył sieciowym poszukiwaniom w pierwszej połowie lat 90. „Pionierki internetu” są więc nie tylko lekturą historyczną, przedstawiającą rozwój technologii cyfrowej, ale także sentymentalną podróżą do początków informatyki oraz globalnej sieci. Tylko szkoda, że ostatnie strony psują nieco odbiór całości, która mogła być przecież innym spojrzeniem na tę specyficzną dziedzinę. Autorka niepotrzebnie uderzyła w ideologiczne tony i zakończyła swoją książkę niemalże manifestem feministycznym. Widać, że nie mogła się opanować, albo swoją publikację napisała właśnie w tym celu.

Claire L. Evans, Pionierki internetu, tłum. M. Rabsztyn-Anioł, wyd. UJ, Kraków 2020, ss. 295.

Czyżby kolejna zakazana książka w niektórych środowiskach katolickich? Wiosna Kościoła od jakiegoś czasu okazuje się mitem, król jest więc nagi, ale czy istnieje lekarstwo na ten kryzys? Pisałem poprzednio w tym kontekście o „Alarmie dla Kościoła” i wywiadach Tomasza Terlikowskiego pt. „Tylko prawda nas wyzwoli”. Oto więc trzecia podobna pozycja, ale ze wszystkich trzech najbardziej wymagająca oraz intelektualna. Również najbardziej krytyczna, szczególnie dla posoborowych zmian takich jak ekumenizm, wolność religijna, tolerancja, charyzmatyzm czy seksualne rozpasanie. „Czas szaleństwa czy czas wiary?” jest bowiem zapisem jedenastu wywiadów, które z Pawłem Lisickim, znanym eseistą i redaktorem naczelnym tygodnika „Do Rzeczy” przeprowadził Tomasz D. Kolanek. Chociaż bliżej tym rozmowom do dialogu niż klasycznego prasowego wywiadu, w którym jeden pyta, a drugi odpowiada. Dzięki temu czytelnik może przeżyć intelektualną ucztę, ale pamiętając jednocześnie, że potrawy, które się w jej czasie serwuje, są gorzkie.

Paweł Lisicki jest autorem, który nie kryje swojego pesymistycznego, albo raczej realistycznego spojrzenia na współczesny Kościół katolicki. Zwraca szczególną uwagę na ruch ekumeniczny, który już jakiś czas temu przestał podejmować próby zachęcania do powrotu na łono rzymskiego katolicyzmu, ale rozpłynął się w niejasnościach. Nie tylko w kontekście relacji wewnętrznych wśród przedstawicieli różnych odłamów chrześcijaństwa, ale także w świecie zewnętrznym, gdzie występuje chociażby islam. Zdaniem redaktora, w relacjach między Kościołem katolickim a religiami niechrześcijańskimi ten pierwszy zdezerterował i głosi dzisiaj jakieś mętne ogólnoludzkie porozumienie. A przecież książka ta wydana była jeszcze przed skandalem z Pachamamą! Relacje, szczególnie z islamem, są zabarwione polityczną poprawnością, która pojawiła się na miejscu prawdy.

Innymi tematami, które poruszają rozmówcy, są kwestie książek Pawła Lisickiego, które autor opublikował w ostatnich latach: „Kto zabił Jezusa” czy „Tajemnicy Marii Magdaleny”. Z rozmów tych wyłania się rasowy znawca historii chrześcijaństwa, uzdolniony teologicznie (szkoła ks. Chrostowskiego) i integralnie wierzący katolik. Jeśli prawda tego wymaga, stać go na niepopularne opinie dotyczące Żydów czy muzułmanów; jest też krytyczny do dzisiejszej instytucji Kościoła, w której zauważa sporo słabości i błędów. Z pewnością jest bardzo krytyczny do obecnego pontyfikatu, ale o samej osobie Franciszka wypowiada się z kulturą, nie imputując mu bycia fałszywym  papieżem. Patrzy również niezwykle surowo na homoseksualne lobby, które w dużej mierze odpowiada za współczesne skandale związane z molestowaniem nieletnich, a którego genezy trzeba upatrywać w złożeniu się dwóch faktów: Soboru Watykańskiego II i jego błędnej recepcji, oraz rewolucji seksualnej w Europie zachodniej i USA. Widocznym znakiem tej rewolucji jest, zdaniem Pawła Lisickiego, zmiana liturgii Mszy świętej. Nigdy bowiem nie było tak, że reforma liturgii odbyła się na zasadzie błyskawicznej podmiany. W tym przypadku wystarczyło kilka lat, aby cały świat odwrócił swoich kapłanów od tabernakulum i wprowadził radykalne uproszczenie całego przebiegu Mszy.

Szczególne miejsce w tych rozmowach zajmuje Marcin Luter, również bohater jednej z książek Lisickiego. Redaktora wciąż bulwersuje fakt praktycznej rehabilitacji tego antykatolickiego rebelianta we współczesnym Kościele katolickim. Boli go ta zdrada, gdy poprzednim pokoleniom katolików przedstawiano Lutra jako heretyka, schizmatyka i figurę tragiczną, zgubioną przez własną pychę, teraz nagle widzi się w nim człowieka, który w zasadzie miał rację. I nie chodzi w tym wszystkim przecież potępianie protestantów, ale o zauważenie jasnego faktu, że rozłamowcy nigdy nie mają racji – tak jak nie przyznaje się jej eks-księżom, nieważne, czy chodzi o Międlara, czy o Obirka. „Czas szaleństwa czy czas wiary” zawiera zatem retoryczne pytanie o miejsce, w którym znajduje się dzisiaj katolicki mainstream. Czy nadejdzie jakieś przebudzenie? Tego oczywiście nie wie nikt, ale trzeba mieć nadzieję, bo jak zapowiedział Chrystus, bramy piekielne Kościoła nie przemogą.

Paweł Lisicki, Czas szaleństwa czy czas wiary, rozm. T. D. Kolanek, wyd. Arcana, Kraków 2019, ss. 286.

Nauka to poważna rzecz. Tak poważna, że od początków jej rozwoju plącze się w zeznaniach, a problemy te zrzuca na karb swojego rozwoju. Kiedyś z powagą głosiła, że Ziemia jest płaska, obecnie z tą samą powaga stwierdza, że niestety, nie jest. Niegdyś rygorystycznie stwierdzała, że absolutnie nie należy się często myć (czyli rzadziej niż raz na miesiąc), bo to wywołuje choroby. Dzisiaj – jest na odwrót, więc myć się trzeba i higienę utrzymywać. Ale popatrzmy na dzisiejsze czasy; do niedawna lekarze polecali wszystkim szpinak (ja też polecam, bo jest smaczny), bo ten zawiera mnóstwo żelaza. Okazuje się jednak, że jakiś cwaniak źle zapisał liczbę po przecinku i w rezultacie to sympatyczne warzywo zawiera taką samą ilość tego pierwiastka co inne rośliny. To dopiero początek, bo nauka myliła się od momentu jej powstania, myli się nadal i nadal będzie się mylić. To, co kiedyś nauką było, zmienia się w bajkę albo w paranaukę. Taki los spotkał alchemię, astrologię czy mesmeryzm. A kolejce czekają te dyscypliny, które dzisiaj mienią się naukowymi: spora część psychologii, socjologia, gender studies, filozoficzny postmodernizm, lwia część nowoczesnej teorii literatury. Byłoby niezmiernie ciekawie doczekać czasów, kiedy te paranaukowe przesądy runą, chociaż na wydziałach humanistycznych mają się nieźle. I szkoda, że Łukasz Lamża właśnie im nie poświęcił swojej skromnej książeczki. Byłoby przynajmniej odważnie.

Już wcześniej zdarzało mi się zauważać, że młodzi pisać nie potrafią. Autor „Światów równoległych”, co prawda, do młodzieniaszków nie należy, lecz z roku jego urodzenia wynika, że jeszcze przez kilkanaście miesięcy mógłby być członkiem wielu organizacji młodzieżowych. Łukasz Lamża napisał bowiem zaledwie szkic do tematu, który odpowiednio poruszony mógłby mieć siłę rażenia. „Światy równoległe” siły tej nie posiadają, a wręcz okazują się zamokłym kapiszonem, który nie dość, że cichy, to jeszcze nie wybucha. Temat paranauki można by przecież potraktować o wiele bardziej kompleksowo – albo jako poważniejszą pozycję, albo jako reportaż. A to drugie rozwiązanie wydaje się szczególnie ciekawe. Gdyby tak oddać głos płaskoziemcom? Gdyby pozwolić mówić miłośnikom kreacjonizmu młodoziemskiego? A co, gdyby w dodatku wypowiedzieli się różdżkarze i ich klienci? Wyszłoby mniej naukowo i ktoś by w ich fantazję uwierzył? I co z tego. Ludzie i bez tego wierzą w niestworzone brednie: istnienie kilkudziesięciu płci lub kontaktowanie się z kosmitami. Trochę więcej zaufania do czytelnika, panie autorze, by nie zaszkodziło.

Brak tej ufności zaowocował książeczką, którą w przypływie dobrego humoru można by nazwać zaledwie pobieżną. Dominuje w niej głos autora, który zarzeka się, co prawda, że nie będzie wyśmiewał się z ludzi wierzących w brednie, ale co chwilę nie potrafi się opanować i drze łacha, a to z antyszczepionkowców, a to różdżkarzy, czy w końcu sceptyków klimatycznych. Poddaje w wątpliwość koncepcje audiofilskie czy te związane z pamięcią wody, ale o dziwo – powiększanie piersi w hipnozie uznaje za prawdopodobne. Mamy Cię, panie autorze – trzeba by zakrzyknąć. Kto wie, jaki cel przyświeca Łukaszowi Lamży, aby wierzyć w tak niestworzone historie? Z drugiej jednak strony wychodzi jednak brzydki zwyczaj tendencyjności, gdy autor pisze o zmianach klimatu. Mam nawet wrażenie, że książeczka ta powstała jedynie po to, aby wpisać się w klimatyczny dyskurs maniaków chcących opodatkować wszystko w imię Matki Ziemi. Rozdział poświęcony tej tematyce jes dziurawy jak szwajcarski ser i nawet nie wspomina o okresowych ochłodzeniach i ociepleniach, które miały miejsce w przeszłości, podciągając wybrane fakty pod bajkę o ogromnym wpływie człowieka na zmiany klimatu.

Lecz nie tylko w tym miejscu autor próbuje ideologicznej gry. To samo dzieje się w rozdziale poświęconym przeciwnikom obowiązkowych szczepień. Łukasz Lamża niby rozumie, że nie w każdym przypadku szczepienie zadziała i że medycyna mówi jedynie o szansach, nie pewnikach. Z drugiej jednak brak mu elementarnego zrozumienia dla jednostkowych doświadczeń tych osób, które z powodu szczepień nabawiły się (albo ich bliscy) powikłań zdrowotnych. Ma dla nich prosty komunikat: słuchajcie, drodzy państwo, nauka jest świetna i nigdy nie byliśmy tak blisko prawdy jak dzisiaj, natomiast wasze przykre sytuacje – no cóż – to ofiara, którą dla nauki warto ponieść. Brzydko się pan autor bawi i wychodzi z niego dziewiętnastowieczny scjentysta-ewolucjonista, który ani w Boga nie wierzy, ani człowieka specjalnie nie szanuje, bo jego celem jest przecież oświecona i postępowa ludzkość. Szkoda tym bardziej, że kilka rozdziałów tej publikacji jest całkiem sensownych. Mowa o homeopatii czy różdżkarstwie. Szkoda tylko, że autor nie próbował przyjrzeć się tym dziedzinom pseudowiedzy z perspektywy duchowej, a przynajmniej kulturowej, bo tajemnicą poliszynela są magiczne podstawy ich obu. Zanosiło się więc na ciekawą lekturę, a ta była zaledwie poprawna, gdyż autor – wzorem młodych publicystów i pisarzy, prześliznął się po temacie, a dodatkowo potraktował siebie jak wyrocznię, nie próbując przyjrzeć się bliżej tym, którzy wyznają tego typu teorie.

Łukasz Lamża, Światy równoległe. Czego uczą nas płaskoziemcy, homeopaci i różdżkarze, wyd.. Czarne, Wołowiec 2020, ss. 203.