wtorek, 5 lutego 2013

Józef Maria Bocheński - Wspomnienia. O filozofie, co pilotem został

W wieku siedemdziesięciu lat zrobił licencję pilota. W czasie II wojny światowej brał udział w walkach pod Monte Cassino. Filozof – tomista, niemówiący prawie nic o religii. Autor klasycznych już „Stu zabobonów”. Człowiek – legenda. Józef Maria Bocheński. Lubię taką literaturę, którą prezentują „Wspomnienia” przedstawionego powyżej człowieka. I lubię takich ludzi, renesansowych, którzy nie mieszczą się do żadnych szufladek, bo te są dla nich zbyt ciasne. Mierząc się z takimi indywidualistami, widzimy wyraźnie własną małość, jak i fakt, że świat, w którym żyjemy, skarlał do niepokojących rozmiarów. Bocheński pokazuje poza tym, że katolik to nie człowiek sentymentalny i lękliwy, ale chłop z jajami i, co ważniejsze, racjonalista. Mnie, będącemu nieco z boku, wydaje się to ciekawym oraz inspirującym połączeniem.

Z licencją pilota sprawa była równie intrygująca. Od zawsze Bocheński interesował się lotnictwem, od dzieciństwa marzył, aby wznieść się w powietrze i nawet kiedyś przepowiedział, pacholęciem będąc, że za czas jakiś ludzie będą kupować bilety na podniebne loty. Rodzina popukała się w czoło, bo co taki smarkacz może wiedzieć. A ten miał wyczucie, intuicję, pies jeden wie, jak to zwać. Szkolenie autor zrobił we Fryburgu, szwajcarskim mieście, z którym był związany naukowo – wykładał na tamtejszym uniwersytecie. Był dokładnie 22 lipca 1972 roku, w PRL święto narodowe. Jako zajadły antykomunista Bocheński być może cieszył się z faktu, że to właśnie w rocznicę uchwalenia osławionego Manifestu PKWN będzie mógł legalnie wznieść się w powietrze. Naturalnym jest, że po uzyskaniu licencji pilota zaczął pilotować samoloty, nie tylko sportowo, ale przede wszystkim długodystansowo. W czasie lotu z Monachium do Berna prawie pożegnał się z życiem, co tylko dodaje smaczku tej męskiej opowieści.

Są jeszcze samochody, do których filozof ma równie żarliwą atencję. Oczywiście, wielokrotnie przekracza dozwoloną prędkość. Ale wówczas nikt jeszcze nie wpadł na genialny wynalazek fotoradaru. Bocheński szarżuje po amerykańskich autostradach, pali papierosy i pozytywnie wypowiada się na temat wojny. Wystarczy, aby dzisiaj zostać obwołanym antybohaterem Eurolandu. – I to jest ksiądz ? – zapytałoby wielu moralistów XXI wieku. Dożyliśmy czasów, które Lem opisywał kilkadziesiąt lat temu w „Powrocie z gwiazd”. Matki odprowadzają dzieci do szkoły, gdy te chodzą już do piątej czy szóstej klasy. Żaden obóz harcerski nie odbędzie się bez plastikowej ubikacji i wykwalifikowanej kucharki. Student potrafi przyjść z rodzicami do dziekanatu, bo profesor nie dał mu zaliczenia. I to, co było kiedyś cnotą, dziś staje się mową nienawiści. Ciekawe, kiedy Tyrtajosa nazwą faszystą?

„Wspomnienia” nie są jednorodnym tekstem pamiętnikarskim, ale raczej przypominają sylwę. Podzielone, nie tylko chronologicznie, ale również tematycznie, dotyczą całego życia Bocheńskiego, począwszy od młodości, aż do późnych lat. Opisuje autor czas spędzony w przedwojennej Polsce, w rodzinie z tradycjami, również wojennymi. Skupia się na swojej drodze zakonnej, ale przede wszystkim tej naukowej, mam wrażenie, że dla profesora ważniejszej. Wplata we wspomnienia swoje wcześniejsze szkice. Szczególnie ciekawy jest jego reportaż (bo tak możemy go śmiało nazwać) opisujący medialne imperium międzywojnia – Niepokalanów i jego głównego bohatera – Maksymiliana Kolbe. Mimo że autor, jako dominikanin, do franciszkanów odnosi się raczej z rezerwą, w tym przypadku musi w sposób obiektywny przyklasnąć całemu przedsięwzięciu.

Interesujące obserwacje czyni Bocheński w USA, dokąd jeździ często, zapraszany przez tamtejsze uniwersytety. Opisuje intelektualną mizerię części kadry naukowej. Te fragmenty są szczególnie zabawne. Możemy przeczytać o matematykach, którzy nie rozumieją podstawowych gałęzi... matematyki. Albo o czarnoskórej studentce z pewnej zapyziałej alma mater, pytającej w czasie wykładu o to, kim byli jezuici. Profesor na pytanie odpowiedział, obserwując przy tym, że połowa sali w tym momencie skrzętnie notowała. Aby dodać smaczku nadmienię, że sprawa miała miejsce na Catholic University w Waszyngtonie. Pozostańmy w dobrym nastroju i nie zadawajmy znajomym tak trudnych pytań. Jeszcze się okaże, że nasz świat to nie tylko „Powrót z gwiazd”, ale „Idiokracja” na dobitkę. Widzi Bocheński w Stanach Zjednoczonych wąskie i świetnie wyszkolone elity umysłowe, spotyka się z czołówką dwudziestowiecznych filozofów, lepszych niż ci ze Starego Kontynentu. Tyle, że te elity niespecjalnie mają z kim rozmawiać. Gros społeczeństwa USA jest intelektualnym grzęzawiskiem. Na którym można jednak spotkać robotnice stojące w kolejkach po płyty Beethovena.

Można się na Bocheńskiego żżymać, że bon vivant, że pisze zbyt apodyktycznie, że widzi jedynie heroiczno – romantyczny obraz wojny. Ale z drugiej strony nie można odmówić mu poczucia humoru, dystansu do siebie i świata, a przede wszystkim solidnej formacji intelektualno – duchowej. Dziś, gdy idolem zostaje pięćdziesięcioletni nastolatek w hipsterskich okularach, albo robiący wrażenie niedorozwiniętego kloszarda syn znanego reżysera, tacy ludzie jak Bocheński są kimś z zupełnie innej galaktyki.

Józef Bocheński, Wspomnienia, wyd. Philed, Kraków 1994, ss. 368.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".
 

0 komentarze:

Prześlij komentarz