Obecnie death metalu słucham mało, z grindcore'a jedynie Napalm Death, ale nie zawsze tak było. Gdy zaczynałem swoją przygodę z ciężkim graniem w 1990 roku, w krótkim czasie, zaczynając od heavy metalu, poprzez thrash metal, dotarłem do gatunku, który odrzucił mnie swoją intensywnością. Jednak wystarczyło kilka miesięcy, abym wsiąkł w takie granie. Death, Obituary, Entombed, Edge of Sanity, Morgoth, Asphyx – zasłuchiwałem się w te kapele. Do żadnej subkultury nie należałem, nie nosiłem się na czarno, nie obchodziła mnie też ani ideologia, ani środowiskowe zasady głoszące, czego warto słuchać, a czego nie. Z tej przyczyny nie przeszedłem fascynacji wątpliwym jakościowo Cannibal Corpse czy nieinteresującym mnie z przyczyn lirycznych Morbid Angel. Słuchałem po prostu muzyki, mając w głębokiej pogardzie jakieś kulty czy uniformizację. Zresztą za chwilę odkrywać zacząłem zupełnie inne dźwięki, a death metal stał się jednym z lubianych przeze mnie stylów w muzyce. Z przyjemnością jednak sięgnąłem po „Oblicza śmierci” Alberta Mudriana, które są najobszerniejszym kompendium wiedzy na temat narodzin oraz ewolucji death metalu. Jest to drugie, uzupełnione wydanie; pierwsze ukazało się około dziesięciu lat temu i nosiło tytuł „Wybierając śmierć”.


Dla kogoś, kto chociażby otarł się o tę stylistykę, jest to pozycja obowiązkowa. Jednak nie tylko dla niego. Każdy, kto słucha szeroko pojętej muzyki rockowej czy popularnej i mieni się jej fanem, winien zapoznać się z tą pozycją. Dla tych, którzy siedzą w takich lub podobnych dźwiekach, będzie to uzupełnienie bądź usystematyzowanie odpowiedniej wiedzy, a ci, którzy lubują się w odmiennej muzyce, będą w stanie zajrzeć do świata, który być może jest hermetyczny, ale za to niezmiernie ciekawy. Death metal bowiem (jak i grindcore) powstał w latach 80. jako produkt ewolucji muzyki metalowej i punkowej. Z jednej strony mieliśmy thrash oraz początki black metalu, z drugiej crust punk – stylistycznie przecież nie tak odległy od tych najbardziej hałaśliwych form muzyki metalowej. To z nich wyewoluował death metal, początkowo tworzony przez zbuntowanych nastolatków, którzy z szokowania uczynili sobie znak rozpoznawczy. Szokowała sama muzyka, niebezpiecznie zbliżając się do zgiełku, szokowały teksty, poruszające tematy bulwersujące oraz skrajne. Szokowały w końcu wokale: bulgoty, wrzaski czy jęki potępieńców. Niektórzy, jak John Tardy z Obituary, młodzieniec o wyglądzie zagubionego chłopca z długimi włosami, wydawał z siebie krzyk godny najbardziej przerażającego zombie polującego na zwierzynę.

I jak to zwykle bywa, początki były najciekawsze i najbardziej twórcze. Najlepsze płyty w tym gatunku powstały w latach 1988-1993, o czym świadczy liczba tych wybitnych, ponadczasowych albumów, wytyczających ścieżki naśladowcom. Potem nastąpił przesyt tego typu graniem oraz kryzys, a zdaniem autora death metal wrócił na prawidłowy tor gdzieś około 1998 roku. Nie do końca się z tym zgodzę, bo uważam, że kryzys oraz uwiąd twórczy trwał nieco dłużej, gdzieś do początków XXI wieku. Z drugiej jednak strony późniejsze albumy ojców założycieli nie były już tak dobre jak ich juwenilia. A powroty po latach, jak At the Gates czy Carcass, były niczym strzał z kapiszona. Autor widzi to jednak inaczej; dla niego większość reaktywacji klasycznych grup deathmetalowych to pozytywne zjawiska owocujące w dodatku bardzo dobrą muzyką. Jest tak faktycznie w przypadku Napalm Death, których ostatnie albumy, wydane w obecnym stuleciu, przewyższają wszystko, co kapela nagrała wcześniej. Jednak ten brytyjski zespół nigdy się nie rozwiązał; w ich przypadku nie ma więc mowy o chwytaniu za instrumenty po kilku czy kilkunastu latach przerwy.

„Oblicza śmierci”, rzecz jasna, nie skupiają się tylko na tych najpopularniejszych zespołach. Autor opisuje w nich scenę brytyjską, amerykańską, holenderską, szwedzką i fińską, co stanowi spore uzupełnienie w stosunku do pierwszej edycji książki. Można by rzec z kolei, że brak tutaj sceny niemieckiej (Morgoth, Dark Millennium, Torchure), francuskiej (Massacra, Misanthrope, Supuration), greckiej (Nightfall, Septic Flesh), a nawet południowoamerykańskiej. Nie czynię z tego braku zarzutu, bo można by tak wymieniać w nieskończoność. Wolę skupiać się na tym, co zostało opisane, a te kilkaset stron druku oraz mnogość czarno-białych zdjęć to jakość sama w sobie. Nie jest to rozdział zamknięty, bo po pierwsze, wciąż trwa, a po drugie, im dalej w las, tym więcej drzew.


Albert Mudrian, Oblicza śmierci. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore'u, tłum. J. Kozłowski, wyd. In Rock, Czerwonak 2020, ss. 571.


Rafał Księżyk to bardzo dobre pióro i szkoda, że tak mało pisze o muzyce. Jego artykuły prasowe czy wywiady zawsze dobrze mi się czytało, a to dlatego, że nie tylko biegle posługiwał się barwną polszczyzną, ale miał niebanalny gust. Nie przeszkadzało mi, że często go nie podzielałem, bo pisał na tyle zajmująco, że jego narracja wciągała. Tym bardziej ucieszyłem się, że w zeszłym roku wyszła jego książka zatytułowana „Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993”. Nie dość, że okres ten obejmuje mój pobyt w liceum, co więcej, wiąże się z transformacją z kogoś, kto słuchał muzyki nowofalowej i new romantic, w człowieka lubującego się w ciężkim metalowym łomocie. Przy tym wszystkim nie byłem jednak ortodoksem i dość szybko mój gust stał się bardzo eklektyczny, a ponadto zawsze interesowałem się, co w piszczy w muzycznej trawie, jeśli nawet nie była to moja trawa. Stąd wszystkie nazwy i nazwiska, które przytacza Księżyk, są mi doskonale znane, a dzisiaj duża ich część ma swoje odwzorowanie w mojej płytotece.


„Dzika rzecz” nie jest jednak tylko opowieścią o muzyce. Co najbardziej sobie cenię w tego typu literaturze, to fakt szerokiego kontekstu kulturowego. Ten zaś, z uwagi na transformację polityczno-gospodarczą, był dość interesujący. Zmieniające się błyskawicznie realia gospodarcze, upadki tysięcy firm i zakładów przemysłowych, hiperinflacja czy terapia szokowa Balcerowicza znalazły swoje odbicie w muzyce, tekstach, a także mentalności ówczesnych twórców i fanów. Czasy faktycznie były dzikie, zarówno jeśli chodzi o kapitalizm, jak i kwestie obyczajowe. W początkach lat 90. wolno było więcej. W Telewizji Polskiej pojawiały się libertyńskie programy dla młodzieży, a nocą szaleli Konjo i Skiba, porażając widzów sporą dawką absurdu i groteski. Dzisiaj – nie do pomyślenia. Nawet gdy rządziła AWS, w TVP pojawiały się ciekawe, prowokujące treści kulturalne. Nie jak obecnie, disco polo oraz sylwestry z upudrowanymi trupami. Twórczy ferment tamtych czasów owocował rewelacyjnymi płytami jak „Legenda” Armii, „Cosmopolis” Brygady Kryzys, debiut Kazika (czy ktoś w końcu wznowi jego dwa pierwsze wydawnictwa?) czy zespołu Kinsky. Wulkanami twórczej energii byli T. Love, Kult, Houk, a także bardziej awangardowe grupy jak Bóm wakacje w Rzymie lub Kormorany, piszący muzykę do spektakli teatralnych. Ten ferment był kontynuacją tego, co działo się w latach 80., ale już bez ograniczającej cenzury.

Czteroletni okres opisany w książce jest również specyficzny dlatego, że polska muzyka rockowa (i okolice) stanęła wówczas obiema nogami między radosnym tworzeniem w podziemiu a komercjalizacją. Za kilka lat po tych dzikich czasach pozostały jedynie wspomnienia i jednorodna papka serwowana przez komercyjne radia. W tym czasie w mediach naprawdę wiele przechodziło, również w tych prywatnych. Prezentowana była różna muzyka. Sam pamiętam jak w okolicach 1994 roku w Toruniu powstało Radio Gra, w którym redaktor Mariusz Składanowski prezentował Alternatywną Listę Przebojów, a sama stacja grała odważnie i niekomercyjnie. Dzisiaj to rozgłośnia jak każda inna, z niezapamiętywalnym muzakiem zamiast ambitnych dźwięków.

Autor opisuje również kluby muzyczne, w tym jedno z bardziej znanych miejsc – warszawskie Fugazi. Co ciekawe, ale dla tamtych czasów znamienne, klub ten miał problemy z mafią. W końcu upadł, również z tego właśnie powodu. Upadło również wiele innych miejsc, większość kapel się rozpadła, a ówcześni muzycy poszli inną drogą. Pozostała jednak barwna historia i sporo ciekawych dźwięków, nawet jeśli dzisiaj niektóre z nich się zestarzały i nie robią takiego wrażenia. „Dzika rzecz” zagląda więc w czasy o wiele bardziej kolorowe niż dzisiaj, pełne niespodzianek, ciekawej muzyki i grającej ją naiwnych freaków. Muzyka ta w większości nie była jeszcze produktem komercyjnym, chociaż – o paradoksie – grały ją największe stacje radiowe i telewizyjne w Polsce.


Rafał Księżyk, Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, ss. 397.


Dorosłe dzieci mają żal za kiepski przepis na ten świat. To cytat z największego przeboju grupy Turbo. I jednego z dwóch, ponieważ ten poznański zespół ma na swoim koncie jedynie dwa hity – „Dorosłe dzieci” z debiutanckiej płyty i „Jaki był ten dzień” z drugiego albumu „Smak ciszy”. Jednak Turbo nie było i nie jest zespołem obliczonym na produkcję szlagierów. Chociaż we wczesnych latach 80. miał ambicję, albo chwilową słabość, aby doszlusować do takich formacji jak Lady Pank, Perfect czy Lombard, próby te, podejmowane między pierwszą a drugą płytą, okazały się artystycznie słabe. Zespół ten zawsze szedł własną drogą, co nie znaczy, że nie zdarzały się na niej błędy. Autor wydanej jakiś czas temu biografii zespołu – Filip Bogaczyk – stawia nawet tezę, że kariera Turbo obarczona jest mnóstwem nieprawidłowych decyzji, a sam zespół można nazwać pechowym. Taki punkt wyjścia nie jest popularnym rozpoczęciem biografii zespołu muzycznego. Autorzy tworzący teksty w tym stylu zwykle piszą je z pozycji kolan, a na pewno są mało krytyczni do obiektów zainteresowania.

Ten ryzykowny początek jednak nie obraca się przeciwko pisarzowi, chociaż z pewnością każdy artysta ma swoich wyznawców, którzy nie pozwolą powiedzieć złego słowa na temat własnego idola. Skoro więc Filip Bogaczyk ustawił się na początku swojej książki jako krytyczny fan i obserwator, warto zatrzymać się nad jego tezami. Przede wszystkim stwierdza on, że zespół przez całe lata 80. ulegał presji zmian. Nie trzeba jednak być aż tak surowym, aby zauważyć to samo. Ekipa dowodzona przez Wojciecha Hoffmanna w na pierwszych dwóch płytach grała czysty heavy metal, potem stała się pomostem między melodyką heavy metalu a bardziej ostrym thrashem. W dalszej kolejności grała ten ostatni gatunek w wersji prostej i brutalnej oraz technicznie zaawansowanej, a na początku lat 90. przerwała na kilka lat swoją działalność jako zespół prawie że deathmetalowy. Nie trzeba tutaj umysłu Herkulesa Poirot, aby skonstatować, że metamorfozy te były ściśle związane z modami, którym ulegała szybko zmieniająca się wówczas muzyka metalowa. Złośliwi do dziś mówią, że to nie koniec gonitwy za trendem. Przecież po reaktywacji Turbo już w nowym wieku wydało album „Awatar”, na którym z kolei chciało przypodobać się miłośnikom nowocześnie brzmiącej ciężkiej muzyce, a odkąd zapanowała moda na retro – znów gra klasyczny heavy metal. Zresztą te wszystkie zmiany wynikały z decyzji lidera i gitarzysty Wojciecha Hoffmanna, który sam przyznaje się, że mógł postąpić inaczej i oszczędzić zespołowi przegranych.

Historia zatoczyła więc koło, a przylepiona w latach 80. łatka zespołu bez tożsamości, który koniunkturalnie zmienia się, wciąż szukając nowych fanów, nie odlepiła się od dzisiaj, chociaż trudno wyobrazić sobie, że Hoffmann i spółka ponownie puszczają oko w stronę thrash metalu. Wciąż jednak, takie można odnieść wrażenie z lektury, mają pod górkę i nie opuszcza ich pech. Nie jest to chyba perspektywa do końca prawdziwa, ale z pewnością dość atrakcyjna, zwłaszcza gdy autor omawia burzliwe losy zespołu w latach 80. Drugim głównym bohaterem, oprócz lidera kapeli, staje się wówczas jej wydawca – Tomasz Dziubiński, kontrowersyjna postać, znienawidzona w pewnych kręgach artystycznych związanych z polską sceną metalową. W związku ze współpracą z tym właśnie człowiekiem zespół dwa razy uwierzył w wielką karierę na Zachodzie. Za żadnym razem nic z tego nie wyszło, a rezultaty były niewspółmierne do poniesionych kosztów i wysiłku. Przyczyną była również izolacja obozu sowieckiego, do którego należała Polska.

W związku wiec z tymi specyficznymi warunkami, Filip Bogaczyk nie może nie pominąć tła społecznego i politycznego. Dopiero w tym kontekście można zrozumieć i pech ścigający muzyków niczym fatum Edypa, i niemożność zrobienia kariery. Kontekst ten rzutuje również na możliwość szerszego spojrzenia na rolę muzyków w PRL. Znane są chociażby fakty ich weryfikacji przed specjalną komisją. Dopiero przejście tego sita pozwalało artystom na lepsze stawki wypłacane za koncerty. I tutaj ciekawostka, niesławną rolę w uwaleniu wokalisty kapeli – Grzegorza Kupczyka – na tym egzaminie, grał Wojciech Młynarski. Swoją drogą nigdy go nie lubiłem, a w porównaniu do Kupczyka umiejętności wokalne Młynarskiego były po prostu śmiesznie niskie. Ale gdy było się pieszczoszkiem komuchów, nie trzeba było umieć śpiewać, aby robić karierę. Autor jednak uczciwie zaznacza, że przy tym wszystkim, trudno było nazwać Turbo zespołem antysystemowym. To miano należało się punkowcom i nowofalowcom; metalowcy grali jednak zawsze muzykę typowo rozrywkową i eskapistyczną. Żadnej walki z systemem politycznym nie prowadzili, chyba że z religią (akurat nie Turbo), czym uzupełniali państwowy bój z Kościołem.

Biografia ta nie ustrzegła się jednak pewnego błędu, chociaż zaznaczyć trzeba, że w jej przypadku jest on dość subtelny. Mianowicie wszystkie tego typu opracowania są najbardziej szczegółowe na początku, a im bliżej końca, tym poziom lakoniczności wzrasta. Autor nie uchronił się w pewnym momencie od opisywania kolejnych płyt i tras koncertowych, ale trzeba mu oddać, że skrupulatnie omówił również projekty i zespoły, w których grali członkowie zespołu. Ten zaś bardzo często ulegał dramatycznym zmianom. Jest więc tutaj mowa o Non Iron czy CETI, a także o solowych dokonaniach Wojciecha Hoffmanna i jego grze w Czerwonych Gitarach. Brakuje jednak, przy jednoczesnej krytyce Tomasza Dziubińskiego, analogicznie cierpkich słów wobec Mariusza Kmiołka, który był wydawcą „One Way” – ostatniej płyty kapeli wypuszczonej na rynek przed rozpadem na początku lat 90. Czyżby pojawiły się przed autorem obiektywne trudności, z powodu których nie można było ruszyć tego tematu?


Filip Bogaczyk, Zetrzyj krew i graj dalej. Historia zespołu Turbo, wyd. Kagra, Poznań 2019, ss. 522.


Fani disco polo mogą poczuć się w tym roku dopieszczeni. Oto bowiem w niedługim odstępie czasowym ukazały się dwie publikacje na temat ich ukochanej muzyki. Pierwszą z nich – „Polski bajer” Moniki Borys – recenzowałem niedawno. Teraz pora na zbiór reportaży Judyty Sierakowskiej, zatytułowany prowokacyjnie „Nikt nie słucha”. W takiej sytuacji trudno pisać o tej książce bez porównań do uprzednio omówionej pozycji. Naturalnym jest pojawienie się pytań o to, która z nich jest lepsza, którą warto nabyć czy która zawiera więcej faktów. Trzeba więc jakoś wybrnąć i odnieść się do obu tomów, mimo że pierwszy z nich pojawił się na blogu dosłownie kilka dni temu. Najprościej można rzec, że „Nikt nie słucha” to klasyczny przykład zbioru tekstów reporterskich, niemających ambicji całościowego przedstawienia tego muzycznego zjawiska. Natomiast publikacja Moniki Borys postawiła tezę o kampowości disco polo i stworzyła z niego raczej pewne wyobrażenie o gatunku niż jego opis sensu stricte. Disco polo u Borys wpisało się w lewicową, klasową wizję rzeczywistości i było głosem wykluczonych, tu zaś wydaje się zwykłym muzycznym genre. Tam autorka zwróciła również uwagę, co stanowiło istotny walor „Polskiego bajeru”, na sporo kuriozalnych zjawisk, szczególnie na początku rozwoju tej muzyki, a walorem „Nikt nie słucha” jest zwyczajny reporterski opis, oddający głos bohaterom. Próżno w nim szukać akademickiego tonu, co w lekturze książki Borys nieco przeszkadzało. Nie ma tu skażenia hipsterskim „Dwutygodnikiem”, jest za to opowieść, której nieźle się słucha.

Głównymi bohaterami książki, pojawiającymi się w wielu jej rozdziałach, są weterani sceny disco polo, muzycy zespołów Top One, Akcent, Bayer Full, Skaner czy Toples. Ich początki, sięgające końcówki lat 80. do złudzenia przypominają początki karier zespołów rockowych. Mamy więc małe miejscowości, garaże i pierwsze instrumenty, kupione za ciężko zarobione pieniądze. Mamy młodych chłopaków, którzy słuchają Depeche Mode i chcą tak jak oni, grać koncerty i bawić ludzi. W początkach polskiej muzyki tanecznej nie ma więc cynicznych producentów i menadżerów, finansowych przewałów, jest za to romantyzm i młodzieńczy idealizm. Zupełnie jak na punkowej czy metalowej scenie, z tą jednak różnicą, że muzycy ci nie słuchają Slayera czy Sex Pistols, a wolą Duran Duran czy Alphaville. I tak jak potem spora część sceny rockowej została pochwycona przez chętne zarobku wytwórnie, tak stało się z większością discopolowych zespołów, które jednak skomercjalizowały się w zdecydowanie większej skali. Jeśli zatem łatwo sobie wyobrazić metalowa kapelę grającą w piwnicy, nieszczególnie nastawioną na sukces czy nawet granie koncertów, to w przypadku disco polo jest to raczej niemożliwe. Specyfika tej muzyki każe wykonawcom konfrontować się z publicznością, bawić ją i wprowadzać w radosne pląsy, a skazanie na garaż czy brudną kanciapę byłoby w tym przypadku jawną sprzecznością.

Komercjalizacja ta jednak nie wszystkim bohaterom reportaży Justyny Sierakowskiej była w smak. Przekonał się o tym były lider zespołu Toples, Marcin Siegieńczuk, który po zerwaniu kontraktu z wytwórnią płytową został na lodzie, bez prawa do nazwy zespołu oraz własnych piosenek. To naturalne w świecie muzyki popularnej, a disco polo bez wątpienia jest najchętniej słuchanym gatunkiem popu w Polsce. Świadczą o tym nakłady płyt, a w latach 90.. kaset, które potrafiły sprzedawać się nawet w kilkuset tysiącach egzemplarzy. Takie szaleństwo jest jednak przeszłością; kryzys fonograficzny dotknął i ten gatunek muzyki. Jego najważniejszym aspektem stały się więc, jak w przypadku innych wykonawców, koncerty. Autorka ze swadą opisuje więc koncertowe przygody gwiazd disco polo, ale przede wszystkim trudy takiego stylu życia. Wśród tych niedogodności na pierwszym miejscu pojawia się alkoholizm, który zdaniem rozmówców Sierakowskiej jest głównym skutkiem ubocznym takiego stylu życia. Sława i rozjazdy potrafią z najsilniejszego człowieka uczynić nałogowca.

Z disco polo wiążą się również inne minusy. Jednym z nich są gangsterskie powiązania muzyków, ale przede wszystkim wydawców. Tak kasowy gatunek przyciągał, zwłaszcza w dzikich latach 90., równie dzikich biznesmenów i mafiosów, upatrujących w nim drogę do szybkiego zarobku. Stąd haracze czy granie na weselach podejrzanych indywiduów. Disco polo to jednak nie tylko płyty i koncerty. To również teledyski czy wielkopowierzchniowe dyskoteki, wyrastające jak grzyby po deszczu na przełomie wieków. To także pionierskie początki, o których pisała również Monika Borys. W „Nikt nie słucha” nie ma jednak co szukać opisów kuriozalnych muzycznych przypadków; autorka skupia się raczej na genezie zjawiska. Disco polo to także kampania prezydencka Aleksandra Kwaśniewskiego; dzisiaj żadna z nich nie może obyć się bez przynajmniej kilkunastu tanecznych piosenek promujących kandydatów do parlamentu czy samorządu.

Najważniejsza jednak w „Nikt nie słucha” jest pasja tworzenia. I chociaż osobiście disco polo nie słucham i uważam za muzyczną tandetę, przyznaję, że autorka tak napisała swoje reportaże, że gdybym nie znał twórczości tych wykonawców, chętnie bym po nie sięgnął z czystej ciekawości. Okazuje się bowiem, że upiększanie świata nie jest tylko domeną beletrystyki, ale że nie jest od niego wolna również literatura faktu. W tym przypadku to nie zarzut. Fani polskiej muzyki tanecznej mają w końcu publikację, która traktuje serio ich ukochane dźwięki, a ci, którzy interesują się popkulturą w ogólności, także nie powinni jej przeoczyć. W końcu to trzy dekady historii polskiego społeczeństwa.

Judyta Sierakowska, Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo, Wyd. Poznańskie, Poznań 2019, ss. 393.

Nie było jeszcze na polskim rynku wydawniczym pozycji książkowych poświęconych disco polo. Aż nagle odchodzący rok 2019 przyniósł dwie! Jedną z nich jest „Polski bajer” Moniki Borys, a o drugiej jeszcze będzie okazja napisać. Wydawać by się mogło, że ten najpopularniejszy gatunek muzyczny, lubiany przez szefa TVP Jacka Kurskiego, a ćwierć wieku temu przez promujących kandydatów do Belwederu – Waldemara Pawlaka i Aleksandra Kwaśniewskiego – już dawno powinien znaleźć swoje miejsce w jakimś zwartym opracowaniu, lecz nic z tego. Z jednej strony disco polo jest bowiem zmorą i koszmarnym snem polskiego inteligenta, z drugiej masową rozrywką zauważoną czas jakiś temu przez uczelniane elity. Wahadło poglądów na ten gatunek muzyki wychyla się więc dość mocno: od pogardy po podziw (co z tego, że ironiczny?). Brakuje jednak środka. Wychodzi toteż na to, że ten dźwiękowy banał rodzi w społeczeństwie prawdziwie gorące spory, na które od kilku lat dodatkowo nałożyła się polityka. Bowiem, zdaniem wykształconych elit, miłość do disco polo łączy się z miłością do programów socjalnych partii rządzącej, zaś niechęć naznacza wyborców innych sił, które chcą jawić się jako europejskie i postępowe. „Polski bajer” próbuje więc jakoś okiełznać ten spór i wychodzi z założenia, że polska odmiana muzyki dyskotekowej jak mało która dziedzina sztuki mówi o dzisiejszej Polsce, ale przede wszystkim o tej z okresu transformacji ekonomicznej.

Disco polo powstało bowiem na początku lat 90. XX wieku i swoją genezę czerpało z twórczości wykonawców polonijnych takich jak Mały Władzio czy Polskie Orły. Patrzyło również w kierunku ludowych przyśpiewek, piosenek weselnych, biesiadnych czy nawet harcerskich, nie zapominając jednak, że produktem ma być muzyka disco. Disco polo to nazwa, która podobnie jak italo disco miała odróżnić rodzimą odmianę tanecznych dźwięków od całej reszty. Początkowy etap tej twórczości był, zdaniem Moniki Borys, pionierski i nieokrzesany. Sam po lekturze jej książki pozwoliłem sobie odsłuchać kilkanaście wspomnianych przez nią piosenek. Niektóre z nich były kuriozalne, a niewielka część ocierała się nawet o groteskę. Słuchając przecież tej wczesnych utworów, można natknąć się nawet na gitarowe solówki, będące domeną rocka, nie twórczości dyskotekowej. Wśród pionierskich discopolowców odnaleźć można nie tylko Akcent czy Milano, by wymienić tych najbardziej znanych również dzisiaj, ale Krzysztofa Krawczyka i Bogdana Smolenia, którzy mając na swoim koncie kariery w PRL, próbowali odnaleźć się w nowej dla rzeczywistości. Mamy również w tych szczenięcych latach disco polo niezwyczajne wolty stylistyczne, jak przemiana artystyczna Piotra Czai, który z blackmetalowego wokalisty w zespole Bundeswehra stał się słodkim dyskotekowym piosenkarzem w kapeli Cin Cin. O tym ostatnim autorka jednak nie pisze, a szkoda.

Nie pisze również o Braciach Figo Fagot, mimo że część swojej książki poświęca współczesnym parodiom tej muzyki. A omawiając rzeczone zjawisko artystyczne, stawia przede wszystkim tezę, że było ono lustrem, w którym odbijała się polska transformacja ustrojowa. Przede wszystkim ta nieudana jej część, czyli przaśny kapitalizm Januszów biznesu. Disco polo było bowiem muzyką, w której odzwierciedlały się lęki i marzenia Polaków wczesnych lat 90. Chcieliśmy być bogaci jak na Zachodzie, jeździć do ciepłych krajów czy jeść wykwintne potrawy, a oto dystans do tego wszystkiego się zmniejszył. Dlatego, tłumaczy Monika Borys, w teledyskach do utworów dyskotekowych, tak wiele egzotyki. Stąd „Egipskie noce” Shazzy czy palmy i krótkie gacie pląsających chłopaków na planach wielu obrazów filmowych kręconych do tanecznych piosenek. Autorka do zjawiska tego podchodzi w sposób antropologiczny, co stanowi jednocześnie i wadę, i zaletę „Polskiego bajeru”.

Zasadniczą wadą tej publikacji jest więc jej przekombinowanie interpretacyjne. Monika Borys chciałaby zauważyć w tej muzyce więcej, niż w niej w zasadzie jest. Osobiście mam wrażenie, jakby według niej była ona jedyną twórczością, która opisywała nasze zmagania z transformacją. A co z punk rockiem, który do połowy lat 90. świetnie sobie radził, co z wczesnym rapem, który pozwolił młodym gniewnym spod klatek schodowych na wielkich osiedlach na zbiorową identyfikację? Przede wszystkim jakoś fałszywie brzmi tutaj ta nuta antropologii kulturowej, jakby na granicy nadinterpretacji. Do tego dochodzi myśl, że disco polo jest w zasadzie czymś więcej niż było i jest: niezwykle prostą muzyką do tańca. Zaletą jest za to poważne podejście do zjawiska, które traktowane było do tej pory po macoszemu. Nie dlatego, że jest wartościowe – tu stawiam się po stronie krytyków disco polo jako muzycznego chłamu – ale dlatego, że faktycznie mówi coś o naszych zbiorowych gustach i definiuje nas jako naród o pochodzeniu chłopskim, nie szlacheckim, jak chciałaby większość, która się tej wiejskości wstydzi.

Według autorki, disco polo, przede wszystkim to wczesne, było mirażem i złudą, którą ta nazwała mianem tytułowego bajeru. Bajerować znaczy bowiem obiecywać pewien fałsz, pewną fatamorganę, wiedząc, że nie będzie można jej podarować. Muzyka ta stanowiła więc obietnicę nie do spełnienia. W realnym świecie nie będzie księżniczek z bajki czy walizek pełnych dolarów, nie będzie ciepłych krajów i egzotycznych przygód miłosnych na plaży, nie będzie dziewcząt uroczych jak modelki w teledyskach. Ale w czasie biedy i niepewności wszyscy potrzebują marzeń i nadziei na lepszą przyszłość.

Monika Borys, Polski bajer. Disco polo i lata 90., wyd. WAB, Warszawa 2019, ss. 284.

Dla przeciętnego odbiorcy pojęcie rosyjskiego undergroundu muzycznego jest tak samo abstrakcyjne jak metalowa scena w Syrii (jest taka!). Ten stan rzeczy może wydać się dziwny, ale w rzeczywistości da się go w prosty sposób wytłumaczyć. Jeśli zinterpretujemy go, idąc za myślą Feliksa Konecznego, okaże się, że panuje tam (w Rosji) zupełnie inna cywilizacja. Stąd pewnie bliżej większości z nas do popkultury zachodniej, niż tej powstałej na przecięciu Europy i Azji. A że w Federacji Rosyjskiej istnieją ogromne przestrzenie kontrkultury, jest rzeczą pewną. Pewne jej odpryski możemy zobaczyć w internecie, w postaci chłopaczków z domu dziecka śpiewających „Biełyje rozy” albo dziewcząt skandujących, że chcą „takiego jak Putin”. W obrębie tych zjawisk mieszczą się także wariaci skaczący na śnieg z czwartego piętra bloku czy wspinający się na wysokie konstrukcje architektoniczne. Jest to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, pod którą kłębi się wielka masa zjawisk, niedostrzeganych przez odbiorców kultury. Czy są one faktycznie wartościowe, jak pisze ich badacz Konstanty Usenko, to zupełnie inna kwestia. Nazwisko autora powinno być znane tym czytelnikom, którzy śledzą mój blog od samego początku. Bowiem pierwsza notka dotyczyła debiutu Usenki zatytułowanego „Historia radzieckiej zabawki”. Tam autor skupiał się na rockowej scenie Sowietów, kończąc już na latach 90. Jelcynowskiej Rosji.

W „Buszującym w barszczu” Usenko idzie o logiczny krok dalej, bo zaczyna od miejsca, w którym skończył, a kończy na dzisiejszej dekadzie. Punktem wyjścia są więc takie zjawiska jak punkrockowa Grażdanska Oborona, albo pretendujący do najważniejszego elementu na rockowej scenie ZSRS zespół Kino. Ta nieistniejąca już grupa, prowadzona przez charyzmatycznego wokalistę Wiktora Coja, stała się dla wielu, również najmłodszych przedstawicieli rosyjskiego undergroundu, bardzo ważnym punktem odniesienia, niekiedy nawet głównym. I to nie tylko dla zespołów rockowych. Rocka jest jednak w książce Usenki niewiele. Dominuje za to elektronika czy muzyka eksperymentalna. W końcu dzisiaj rock nie jest żadnym objawieniem, stanął raczej w miejscu, oddając pałeczkę hiphopowi. Sporo więc miejsca autor poświęca scenie rapowej. Ta niezwykle modna dzisiaj muzyka, nie tylko w Rosji, zdała się zawładnąć sercami młodych ludzi. I chociaż pod względem muzycznym jest to twórczość miałka i nijaka, przede wszystkim operuje tekstem. Nie inaczej jest w Rosji; Usenko poświęca sporo miejsca na omówienie takich zjawisk jak szalenie popularny Oxxxymiron czy bardziej niszowy Husky. Interesująco jest czytać jego publikację, jednocześnie słuchając tych wszystkich wykonawców, o których pisze. Okazuje się wówczas, że to, co na podstawie opisu wydaje się zjawiskiem z głębokiego kosmosu, w rzeczywistości jest nieraz półamatorskim i nieporadnym graniem.

Docenić należy bowiem drobiazgową znajomość faktów przez autora. Jako trochę Polak a trochę Rosjanin Usenko widzi kontrkulturę Federacji w szerokim kontekście: politycznym i społecznym. Widać od razu, że w Rosji bywa i zna ją od podszewki. Dzięki temu „Buszujący w barszczu” jest wartościową pozycją, która nie tylko dotyczy zjawisk artystycznych, ale i społecznych. Natomiast jako entuzjasta opisywanych przez siebie wykonawców Usenko niekiedy nie jest w stanie obiektywnie ocenić, którzy tak naprawdę są wartościowi, a którzy publikują jedynie radosną twórczość, znaną tylko im samym i najbliższych kolegom. Odnoszę wrażenie, że dla niego wszystko jest równie ważne: i zespół Kino, i pośledni raper, o którym w przyszłości mało kto będzie pamiętał. Cennym elementem książki są również obszerne fragmenty tekstów zespołów przytaczane przez autora. Dzięki nim widać, czym żyje środowisko kontrkulturowe w Rosji. Nietrudno się domyślić, że kontestowana jest władza (chociaż bardzo rzadko wprost), ale i stosunki społeczne czy współczesna Cerkiew. Sporo tych tekstów jest o wiele mądrzejszych niż analogiczne utwory z naszego kraju. Sporo jest jednak również bełkotu, który udaje lirykę z wyższej półki.

W tekstach tych widać szeroką gamę tematów, od lewicowych, a nawet skrajnie lewicowych postulatów, aż do narodowego szowinizmu. Jednak zdają się w nich dominować postawy krytyczne wobec religii i władzy. Rosyjska Cerkiew prawosławna – w myśl utartego zwyczaju – idzie ręka w rękę z władzą, więc krytykując tę drugą, artyści często stawiają się w kontrze wobec religii. Niektórzy z nich przeciwstawiają się jedynie sojuszowi tronu z ołtarzem, nie brakuje również tych (należą do nich performerki z Pussy Riot), którzy występują z radykalnymi hasłami współczesnej zachodniej miejskiej lewicy. Bliskie są im postulaty środowisk LGBT, a solą w oku jest ustawa o zakazie propagandy homoseksualnej. Rosyjski underground opisany w „Buszującym w barszczu” jest więc wypadkową zachodnich trendów (hip-hop, anarchizm, feminizm) oraz wschodniej specyfiki będącej połączeniem słowiańskości i azjatyckości. Czyli melancholii i dzikości, łagodności i egzotyki. Dzięki istnieniu na przecięciu kultur jest czasami zaskakujący, czasami niepokojący, a nieraz po prostu zabawny. Po prostu Europa i Azja za jednym zamachem!

Konstanty Usenko, Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji, wyd. Czarne, Wołowiec 2018, ss. 397.

Gdyby istniał literacki odpowiednik filmowych antynagród – Malin lub Węży – główny laur powinien przypaść oficynie Kagra, która co chwilę bije rekordy niechlujności. Nie dość, że tłumaczenia są koszmarne, to jeszcze w publikowanych przez firmę książkach roi się od błędów składniowych, ortograficznych, interpunkcyjnych oraz edytorskich. Z przykrością muszę więc zauważyć, że najnowsza publikacja Wojciecha Lisa jest chyba najgorzej pod tym względem wydaną pozycją. „Metalowe wersety” są bowiem kompilacją wywiadów, które autor na przestrzeni lat przeprowadził z muzykami i animatorami polskiej sceny metalowej. Ich opublikowanie polegało na tym, że Wojciech Lis wysłał surowy tekst, a wydawnictwo puściło go bez żadnej ingerencji edytorskiej, więc z błędami wszelkiej maści. Do tego doszły jeszcze zdjęcia i skany kilku numerów pewnego zina. Jeśli wydawnictwu zależy, aby publikować książki na poziomie komunistycznej Mongolii, to niech potem się nie dziwi, że ludzie psioczą i krytykują, na przykład w tym miejscu. Szkoda zatem, że w pewnej mierze zmarnował się potencjał publikacji, która jest pierwszym tego typu materiałem dotyczącym polskiej sceny metalowej.

„Metalowe wersety” przypominają „Grunt to bunt” Grzegorza K. Witkowskiego. Tamta czteroczęściowa pozycja również stanowi zbiór rozmów, ale z osobami związanymi z festiwalem w Jarocinie. Wypowiadają się w niej organizatorzy, fani i muzycy. Ci ostatni – o bardzo różnej proweniencji. Są wśród nich przedstawiciele środowiska bluesowego, punkowego, nowofalowego, reggae, ci grający klasycznego rocka, a w końcu przedstawiciele świata metalu. I podczas lektury wszystkich tomów „Grunt to bunt” widać jedno: najmniej do powiedzenia ci ostatni. Co więcej, przedstawiciele innych środowisk muzycznych nie traktują ich do końca poważnie. Bo gdy w latach 80. kapele punkowe i nowofalowe grają zaangażowane piosenki, to metalowcy uciekają w opowieści o szatanie i do fantastyki. Ten tani mistycyzm raczej nie zadawał szyku długowłosym jegomościom w dżinsowych kurtkach. I to właśnie ci jegomoście, niezbyt poważnie traktowani przez wrażliwych społecznie muzyków, mają głos w „Metalowych wersetach”. Opracowanie to ma więc zasadniczą zaletę: stanowi gotowiec do badań socjologicznych, jest nieopracowaną surówką, z której można sobie lepić przeróżne wnioski. I jeśli jako codzienna lektura nieco męczy natłokiem podobnych do siebie wywiadów, to jako materiał badawczy jest nieocenionym rezerwuarem informacji.

W „Metalowych wersetach” wypowiadają się nie tylko muzycy (byli lub obecni), ale również organizatorzy koncertów czy wydawcy fanzinów. Wywiady dotyczą przede wszystkim lat 80., czyli okresu młodości wszystkich rozmówców Wojciecha Lisa. Sam autor współtworzył to środowisko, najpierw jako fan, potem – twórca podziemnej gazetki, wiedział więc, o co i jak pytać. Zaletą jest więc otwartość, z jaką pytani odpowiadają na zadane kwestie. Natomiast jakość tych odpowiedzi nie zawsze jest zadowalająca. Bo jeżeli w „Grunt to bunt” poziom interlokutorów był, jak wspomniałem powyżej, zróżnicowany, w „Metalowych wersetach” jedynie mniejszość ma do powiedzenia ciekawsze i mniej standardowe rzeczy. Reszta, co trzeba z całą mocą zauważyć, grzęźnie w mieliźnie intelektualnej. Pierwszym, co widać szczególnie, jest tani antykatolicyzm, rodem z Urbanowego „Nie”. Odnoszę wrażenie, że ci dorośli już ludzie, wchodzący przecież w smugę cienia, pod względem poglądów na religię pozostali zbuntowanymi nastolatkami, nieposiadającymi w dodatku żadnej wiedzy historycznej czy teologicznej. Bredzą więc to samo, co bredzili, mając lat piętnaście. Innym wątkiem, często poruszanym przez metalowców jest picie alkoholu. Panie, kiedyś to było chlanie, ale dzisiaj wątroba już nie ta – zdają się mówić.

Naturalnie jednak wątkiem głównym tych rozmów pozostaje muzyka. Grający opowiadają o trudnościach ze sprzętem, o braku możliwości wydawania płyt, monopolu Tomasza Dziubińskiego na rynku muzycznym. Obraz, jaki wyłania się z tych rozmów, jest typowym szarym okresem schyłkowego Peerelu. Płyt słucha się w kilkanaście osób, bo kosztują tyle, co pół pensji. Muzykę nagrywa się z radia: albo na kasety, albo na szpule, ucieka się również ze szkoły, aby zdążyć na ulubioną audycję. Jeździ się też na koncerty, a że jest ich niewiele, to żal opuścić każdy z nich. Widać w tych wspomnieniach pasję i zaangażowanie, których próżno by szukać dzisiaj, gdy dostępność muzyki jest nieporównywalnie większa. Rozmówcy narzekają więc na młode pokolenie, które jest inne niż trzydzieści lat temu. W tym narzekaniu przypominają starych dziadów, którzy załamują ręce nad dzisiejszą cherlawą młodzieżą. Przyznać jednak trzeba, że warunki, w których dorastali ci młodzi kiedyś chłopcy, były w latach 80. o wiele bardziej surowe. I że od człowieka z pasją wymagały o wiele więcej inwencji. Nie było sklepów z koszulkami, toteż robiono je samodzielnie. Jeśli słuchało się muzyki, to całych płyt, uczono się też na pamięć kolejności utworów i składów kapel. Z punktu widzenia dzisiejszej młodzieży słuchającej losowej listy piosenek ze smartfona jest to kompletną egzotyką.

O tym wszystkim mówią metalowcy, jednak nie różnią się w tym względzie od interlokutorów, z którymi rozmawiał Grzegorz K. Wiśniewski we wspomnianym już jarocińskim opracowaniu. Tak żywe zaangażowanie było po prostu znakiem czasów; muzykę się szanowało, bo była trudno dostępna. Ciekawy jest również w „Metalowych wersetach” zbiorowy obraz fanów muzyki metalowej. Często byli to ludzie chętni do bitki, a postrachem w całej Polsce były grupy ze Szczecina, które zachowywały się jak część dzisiejszych kibiców piłkarskich. Nierzadkie były pobicia, rozboje, kradzieże (zwane eufemistycznie krojeniem). Za nieznajomość składu zespołu delikwent mógł pożegnać się z biletem na koncert, koszulką ulubionej kapeli, a nawet zębami. Mentalność szeregowego metalowca z lat 80. do złudzenia przypominała poziom dzisiejszego dresiarstwa, a fakt ten widać w całkiem sporej części wywiadów. Sam pamiętam, że dorastając pod koniec lat 80., długowłosych widywałem nieporównywalnie częściej niż dzisiaj, a że słuchałem post-punka i nowej fali, środowisko to było dla mnie dość egzotyczne. „Metalowe wersety” zaglądają więc za tę zasłonę egzotyki i są cennym źródłem historycznym, dobitnie pokazując również pustkę intelektualną i duchową pewnej części tego środowiska.

Wojciech Lis, Metalowe wersety, wyd. Kagra, Poznań 2017, ss. 541.

Toruńska Republika była zespołem stojącym w rozkroku. Z jednej strony z powodzeniem funkcjonowała w systemie realnego socjalizmu, wydając płyty, co udawało się nielicznym wykonawcom rockowym. Z drugiej – była wiarygodną kapelą dla zbuntowanej młodzieży, nieufnie patrzącej w stronę „młodzieżowych” zespołów jak Lady Pank, Perfect czy Lombard. Z trzeciej strony – ta wiarygodność została nadszarpnięta po wydaniu drugiego albumu kapeli. Wówczas, pewnego sierpniowego wieczoru na festiwalu w Jarocinie, na scenę, na której Republika rozpoczęła swój występ, poleciał deszcz pomidorów i worków z piaskiem. Grupa wyszła z tego starcia zwycięsko, ale niesmak pozostał. Z perspektywy czasu widać jednak coraz bardziej, że jakakolwiek forma działalności artystycznej w PRL, czy to oficjalna, czy podziemna, okupiona być musiała kompromisami z władzą. Natomiast wizja dzielnych muzyków rockowych walczących z komuną jawi się jako ładna legenda, niemająca wiele wspólnego ze stanem faktycznym. Bo ci, co faktycznie walczyli, nie mieli życia i nie mogli wydawać płyt. Większość jednak chciała jakoś egzystować. I w tej większości znalazł się również toruński zespół.

Wydana pod koniec zeszłego roku biografia Republiki, napisana przez Leszka Gnoińskiego, na szczęście nie podejmuje tak ochoczo wątków kombatanckich i nie robi z kwartetu dowodzonego przez Grzegorza Ciechowskiego bardów Solidarności. Przyznać również trzeba, że pod względem faktograficznym i edytorskim jest to jedna z absolutnie najlepszych książek biograficznych poświęconych muzyce rockowej, nie tylko w Polsce. Napisana jest dobrym językiem, niepopadającym w banał i nieobrażającym inteligencji czytelnika, w czym celują tłumaczenia zachodnich pozycji dotyczących muzyki metalowej. Gnoiński od początku angażuje odbiorcę w proces czytania, co rusz przytaczając ciekawe fakty z dziejów Republiki oraz ich członków. Drobiazgowo opisuje rodzinne i artystyczne korzenie każdego z muzyków zespołu, ale nie wchodzi z butami w ich życie prywatne. Naturalnie, najwięcej miejsca poświęca Grzegorzowi Ciechowskiemu, ale to dlatego, że jego droga twórcza była najbardziej znana słuchaczom i najmocniej rozwinięta. Dowiadujemy się jednak i o Krzywańskim, i Ciesielskim, i Kuczyńskim, w końcu o Leszku Bioliku – basiście, który współpracę z kapelą zaczął po jej reaktywacji, zastępując Pawła Kuczyńskiego. Strony im poświęcone czyta się z takim samym zaciekawieniem, jak te dotyczące lidera i całego zespołu.

Republika na kartach książki Gnoińskiego wydaje się jednym z najbardziej nowatorskich i znaczących zespołów na polskiej scenie muzycznej. Autor nie kryje więc swojego subiektywizmu, rysując obraz zespołu jako swoistego fenomenu, który po raz pierwszy w polskich realiach zaproponował spójną wizję artystyczną łączącą muzykę, wizerunek sceniczny (i poza nią) oraz teksty. Szczególnie na początku działalności grupy wizja ta była czynnikiem wyróżniającym. Na tle leśnych dziadków ze świata Muzyki Młodej Generacji Republika lśniła autentycznym blaskiem, a orwellowski charakter jej tekstów i wizerunku (czerń i biel) uwiarygodniał jej przekaz artystyczny. Nie dziwi więc fakt, że zespół bardzo szybko zaskarbił sobie serca fanów (i fanatyków). Gnoiński umiejętnie opisuje, jak doszło do stworzenia kapeli i do wypracowania tak oryginalnego image. Stawia tezę, że to właśnie ta oryginalna i spójna wizja była przyczyną tak spektakularnego sukcesu. I Republika stała się zespołem wiarygodnym i dla części punków, nieufnie nastawionych do wykonawców z głównego nurtu, i dla całej reszty niezaangażowanej w działalność kontrkulturową młodzieży. Stąd właśnie ten rozkrok, o którym wspomniałem we wstępie.

Omawiana właśnie biografia jest również opowieścią o talencie Grzegorza Ciechowskiego – człowieka, który nie tylko nagrywał solowe albumy, na tamte czasy brzmiące niezwykle świeżo i nowocześnie, ale również tego, kto „wymyślił” kilka znanych do dzisiaj wokalistek: Kasię Kowalską, Justynę Steczkowską czy Katarzynę Groniec. Znamienny jest fakt, że dwie pierwsze z wymienionych pań największe swoje sukcesy odnosiły wówczas, gdy ściśle współpracowały z Ciechowskim. Późniejsze ich dokonania znajdowały się już w cieniu tych pierwszych i nigdy nie odniosły takiego sukcesu. Nie sposób też mówić o książce bez wspomnienia o śmierci Ciechowskiego, która przyszła niespodziewanie pod koniec 2001 roku, a która stanowi punkt kulminacyjny całej opowieści. Była ona końcem dla Republiki, ale spowodowała wiele innych muzycznych wydarzeń, które na artystycznej mapie Polski pojawiają się do dzisiaj. Kariera zespołu, która zaczynała nabierać tempa po bardzo dobrze ocenianej „Masakrze”, została urwana w połowie, co prowokuje do pytań o jej dalszy przebieg.

Dalszego ciągu Republiki nie będzie, ale w życiu po życiu pojawiają się Nowe Sytuacje – koncertowy zespół Krzywańskiego, Ciesielskiego i Biolika, pojawia się Dzień Białej Flagi, niedawno ukazała się książka Anny Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego „My lunatycy” – opowieść fanów o fanach i zespole. Do kompletu trzeba dodać jeszcze tę ostatnią, skromnie zatytułowaną biografię o czarnej okładce z białym logo na środku. Republika wciąż pozostaje dla swoich miłośników ważnym zespołem i przeżyciem pokoleniowym. Co więcej, pojawiają się nowi fani, którzy już nie widzieli zespołu na żywo. Wszyscy oni czują silną identyfikację ze zjawiskiem artystycznym, któremu na imię Republika.

Leszek Gnoiński, Republika. Nieustanne tango, wyd. Agora/Kayax, Warszawa 2016, ss. 762.

Po kontrkulturze lat 60. pozostało mnóstwo świetnej muzyki i tyle samo, albo jeszcze więcej, błędnych ideologicznie haseł, które każdego konserwatystę powinny oburzać albo przynajmniej niepokoić. I przyznać trzeba, że z jednej strony chętnie słuchamy The Beatles, dajemy się ponieść rockandrollowym emocjom przy muzyce The Rolling Stones czy odpłynąć przy psychodelicznych dźwiękach Jefferson Airplane, a z drugiej odrzucamy cały ideologiczny bagaż, który stoi za tą muzyką. Trochę to schizofreniczne, ale żyjemy w dziwnych czasach. Nie tylko ja tupię nogą przy The Doors czy Hendriksie, jednocześnie zauważając niebezpieczny rys całej kontrkultury, która tych wykonawców stworzyła. Bo stworzyła ona nie tylko wykonawców rockowych, ale filmowców, plastyków, performerów, a co najważniejsze – wprowadziła do wielkiej polityki hasła emancypacyjne i pacyfistyczne, czym zadała poważny cios cywilizacji łacińskiej. Pytanie o genezę tej kontrkulturowej rewolty pozostaje jednak bez odpowiedzi: na ile była ona skutkiem oddolnych prądów, nieuniknionych z powodów społecznych, a na ile powstała z inspiracji skrytych w cieniu spiskowców. Jedno jest pewne; nawet gdyby pojawiła się spontanicznie na dole drabiny społecznej, to została potem wykorzystana przez inżynierów współczesnej kultury masowej.

Niestety, kwestii tej nie porusza Jerzy Jarniewicz, autor publikacji „All you need is love”, która nosi podtytuł „Sceny z życia kontrkultury”. Nie jest tajemnicą, że twórca książki jest bezkrytyczny wobec większości działań hipisów i pokrewnych im grup. Już blurb na okładce nie pozostawia wątpliwości: oto do głosu został dopuszczony Jerzy Owsiak zwany Jurkiem, który pokłony bije i publikacji, i ruchom młodzieżowej rewolty lat 60. Zresztą jego festiwal muzyczny jest hołdem dla prawdziwego Woodstock, który w 1969 roku zmienił oblicze muzycznej sceny nie tylko w USA, ale i na świecie. Jarniewicz jest nieco młodszy, jak sam pisze, nie pamięta tych lat, ale są one dla niego czasem mitycznym. Doskonale widać to podczas lektury „All you need is love”. Autor pochwala antywietnamski pacyfizm, cieszą go anarchistyczne akcje sytuacjonistów i innych burzycieli porządku publicznego, zadowolony jest z tego, co kontrkultura swoimi działaniami osiągnęła. A jej osiągnięcia są rewolucyjne. Dzięki nim doprowadzono nie tylko do braku penalizacji homoseksualizmu, ale wmówiono całemu Zachodowi, że jest on naturalnym wariantem życia seksualnego. Dzięki nim, o czym Jarniewicz jednak nie pisze, społeczeństwa Europy i Ameryki Północnej przestały w zasadzie dyskutować nad aborcją, a przestają powoli nad eutanazją. Z tradycyjnego punktu widzenia kontrkultura dokonała więc spustoszenia moralnego i jest za nie odpowiedzialna. Autor, przyjmując lewicowo-liberalny punkt widzenia, zdaje się brać te skutki za dobrą monetę.

Jednak „Sceny z życia kontrkultury” mówią również o negatywnych skutkach młodzieżowej rewolty, nie zatrzymując się jedynie na miłej uchu muzyce i kolorowych paciorkach hipisów. Autor bowiem zwraca uwagę na działania terrorystyczne. Nie pisze, naturalnie o wszystkich, ale wspomina o działalności niemieckiej grupy Baader Meinhof albo o amerykańskich Weathermen. Gdzieś między wierszami wybrzmiewa również zbrodnia Charlesa Mansona, który był przecież produktem ery hipisowskiej. Pojawiają się również na łamach książki bulwersujące fakty przymusu seksualnego, rasizmu wobec białych obywateli czy homoseksualnych perwersji. I to wszystko wśród „miłujących pokój” młodych ludzi, którym zachciało się (albo zostali do tego zachęceni przez kogoś z zewnątrz) walczyć o „lepszy świat”. Czytaj: przeciw religii chrześcijańskiej, rodzinie i własności prywatnej. I być może jest tu winny powojenny hedonizm społeczeństw Zachodu; z tej perspektywy widać, że i agresywny konsumpcjonizm, i lewacka rewolta są w zasadzie dwiema stronami tego samego medalu.

Z perspektywy czasu lepiej widać również, kto robił tę obyczajową i artystyczną rewolucję. Wśród jej uczestników, a przede wszystkim – mocodawców, próżno szukać by ludzi mądrych, świadomych dziedzictwa kulturalnego i tradycji. Dominują za to degeneraci (na każdym kroku autor podkreśla ich miłość do narkotyków), ćpuny, alkoholicy, komuniści zafascynowani zbrodniami Mao Zadonga i Che Guevary, niedouczeni studenci, a przede wszystkim pospolici głupcy, którzy jedynie siłą i w grupie byli zdolni, aby próbować argumentować swoje racje. Może i byli kolorowo ubrani, może i tworzyli ciekawą muzykę, ale pod względem intelektualnym byli po prostu kiepscy. Nadrabiali wojowniczością niczym dzisiejsi aktywiści przeróżnych radykalnych ruchów społecznych, ale ich wiedza składała się z szeregu powtarzanych jak mantry sloganów. Ale byli przede wszystkim niebezpieczni, co bagatelizuje i wykpiwa autor. Jeśli stworzyli świat, w którym można legalnie zabić człowieka, nazywając ten czyn aborcją lub eutanazją, nie należy nabierać się na ich długie włosy, spodnie-dzwony i kolorowe paciorki. Bo o jednym autor nie napisał ani jednego zdania: nie wspomniał mianowicie o okultystycznych inspiracjach dużej liczby kontrkulturowych działań. A fakt ten mocno zmienia spojrzenie na długowłosych miłośników pokoju i wszelakiej tolerancji.

Jerzy Jarniewicz, All you need is love. Sceny z życia kontrkultury, wyd. Znak, Kraków 2016, ss. 335.
Po  podsumowaniu muzycznym pora na przyjrzenie się najciekawszym pozycjom z literatury faktu, które ukazały się w roku 2016. Tradycyjnie, jak dotąd, dominuje Wydawnictwo Czarne, które reprezentują aż cztery książki. Jednak zapowiedzi wydawnicze oficyny nie napawają optymizmem; mam wrażenie, że firma zwolniła obroty. Pozostałe sześć pozycji reprezentuje sześć różnych wydawnictw: Zona Zero (dawna Fronda), Znak, Vesper, Kagra, Karakter i 3S Media. W roku 2016 dowiedzieliśmy się również, że ponad 60 % Polaków nie przeczytało ani jednej książki, co powinno dawać do zastanowienia. Z drugiej strony może faktycznie lepiej nie czytać niczego, niż obcować z arcydziełami celebrytów, którzy udają, że mają coś do powiedzenia? Zapraszam zatem do lektury!


Kościoły, o których wspomina Dennis Covington, to najczęściej małe wspólnoty, leżące z dala od uczęszczanych szlaków. To również budynki przerobione z dawnych stacji benzynowych, albo na wpół zrujnowane świątynie, w których hula wiatr. Wrażenie robi z pewnością prowizoryczność, prymitywizm i brzydota opisywanych miejsc. Nie ma w nich miejsca ani na barokowy przepych czy gotycką surowość katolicyzmu. Co więcej, nawet nie spotkamy się w nich z elegancką ascetycznością luteranizmu. Kościoły snake handlers to paskudne miejsca, w których gra się hałaśliwą muzykę i wpada w trans. Po co jeszcze zdobne portyki, ołtarze i święte obrazy. Taka brzydka świątynia jest nawet bliższa autochtonom, którzy w ciągu własnego życia również nie mają czasu na obcowanie z wyższą kulturą.


W marcu 2016 roku, 33 lata po tragedii ukazuje się – już w innych realiach historycznych – reportaż Cezarego Łazarewicza. „Żeby nie było śladów” – bo taki nosi tytuł – jest z jednej strony rekonstrukcją wydarzeń, które miały miejsce bezpośrednio po morderstwie Przemyka, jak i procesu sądowego, w czasie którego skazano niewinnych sanitariuszy. Z drugiej zaś strony jest ten tekst spojrzeniem pod powierzchnię zdarzeń i dotyczy losów samego zamordowanego, jego matki, czy świadków związanych ze sprawą. Nie ma w nim natomiast wypowiedzi Kiszczaka i Jaruzelskiego. Obaj nie żyją, a i tak nie wiemy, czy zechcieliby mówić. Odpowiedź nasuwa się sama. Zważywszy na fakt, że zwłaszcza Czesław Kiszczak, ówczesny minister spraw wewnętrznych PRL, ręcznie sterował całym procesem, wydaje się, że miałby wiele ciekawego do powiedzenia.


„Tajemnice watykańskich proroctw” starają się więc balansować pomiędzy zdrowym sceptycyzmem a naturalnym dla prostej wiary przeświadczeniem o prawdziwości cudów i wizji. Autor konfrontuje przeciwne sobie stanowiska badaczy i ekspertów, opisując takie zjawiska jak relikwie, objawienia maryjne, Całun Turyński, opętania diabelskie, cuda oraz proroctwa. Zbiór sześciu rozdziałów obszernie charakteryzujących wymienione wyżej zagadnienia zdaje się z grubsza kompletować najważniejsze kategorie zjawisk nadprzyrodzonych spotykanych w Kościele katolickim. Zamieszczone w nich wypowiedzi zainteresowanych ekspertów oscylują, jak wspomniałem powyżej, pomiędzy podejściem sceptycznym, a irracjonalizmem.


Diagnozę rozpadu Republiki Francuskiej widać w wielu tekstach, a jednym z nich są „Emiraty francuskie” Bogdana Dobosza, autora, który od ponad dwudziestu lat współpracuje z tygodnikiem „Najwyższy Czas!”. Przywołana we wstępie teza o początkach śmierci Francji w momencie rewolucji znajduje potwierdzenie w tym, co pisze autor. Co więcej, wskazuje on na absurdalne resetowanie historii w oficjalnym jej przekazie. I tak, dzieci i młodzież nie uczą się już ani o Ludwiku XIV, ani o Napoleonie. Przyjemność ta spotkała z pewnością również Karola Młota. W Kościele francuskim nie obchodzi się już wspomnienia Joanny d’Arc. To tak, jakby w naszych szkołach nie uczyć niczego o Chrobrym i Sobieskim.

6. Jacek Kowalski - Sarmacja. Obalanie mitów

Gdyby wszyscy pisali o epoce staropolskiej tak, jak czyni to Jacek Kowalski, większość uczniów poznawałaby ją z wypiekami na twarzy. Natomiast przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się ona z końmi, paleniem czarownic (zespoły metalowe nawet śpiewają o tym piosenki), a bardziej wykształconemu ćwierćinteligentowi z sarmatyzmem, który utożsamia się z katolicką nietolerancją. Liczba półprawd i przekłamań dotyczących epoki staropolskiej jest wręcz porażająca, okazuje się bowiem, że większość ludzi nie wie na jej temat kompletnie nic! A ich spojrzenie na kulturę szlachecką jest wprost wywiedzione z oświecenia i składa się z wielu nieprawdziwych, przeinaczonych informacji.


W poszukiwaniu kodu kulturowego tamtych lat autorka „Duchologii polskiej” sięga nieraz po zjawiska tyle osobliwe, co zupełnie zapomniane, jak jakieś efemeryczne zespoły discopolowe, czy chałupnicze tłumaczenia powieści fantastycznych. Zauważa mimowolny surrealizm i kamp, również w modzie na wahadełka, różdżki, przepowiednie czy hipnozy Kaszpirowskiego. Nie dworuje sobie jednak wzorem młodzieńców zafascynowanych muzyką alternatywną i estetyką kiczu lat 80., ale stara się zrozumieć, co się wówczas działo. Bo era polskiej duchologii, przypadająca na czas między 1988 a 1994 rokiem, w zasadzie znikła z naszych ulic.


Szansę tę daje „Legenda żeglujących gór”, niezwykły ni to reportaż, ni to relacja z podróży po Italii i jej austriackim, szwajcarskim i słoweńskim pograniczu. Autor porusza się szlakiem alpejskim i zamiast robić rzecz oczywistą, nie zagląda w znane turystom i użytkownikom internetu miejsca. Odwiedza za to zapadłe mieściny, na wpół opustoszałe wioski, w których zatrzymał się czas, i wdaje się w rozmowy z ludźmi, o których współcześni Rzymianie po prostu nie wiedzą. Jest przy tym dość krytyczny wobec własnego społeczeństwa, twierdząc, że zerwało ono więź z naturą i zafascynowało się współczesnym pędem do kariery i sukcesu. Można w tym wyczuć naturę lewicowca i owszem, Paolo Rumiz nie ukrywa swoich przekonań politycznych, ale czyni to na tyle subtelnie, że w efekcie nie zniechęca do lektury konserwatywnego czytelnika.


Oddać trzeba autorowi szacunek, że udało mu się nakłonić do zwierzeń kilkudziesięciu radiowców z różnych pokoleń, wśród których znajdziemy i Marka Gaszyńskiego, i Marka Niedźwieckiego, i Bogdana Fabiańskiego, ale i Przemysława Popiołka, i Bartosza Donarskiego czy Piotra Wierzbickiego. Wypowiadają się na łamach książki również Roman Rogowiecki, Grzegorz Brzozowicz, Maciej Chmiel, Hirek Wrona, Przemysław Thiele, Paweł Sito i wielu innych, również muzyków z metalowych i rockowych składów. Te złote czasy radia, jak trzeba by powiedzieć za Woody Allenem, stają się w opowieściach rozmówców Lisa wiekiem świetności, do których ci powracają z nostalgią. W takim przypadku zawsze trzeba sobie zadać pytanie, na ile ta nostalgia odnosi się do czegoś faktycznie dobrego, a na ile jest ględzeniem starych dziadów, że kiedyś to, panie, było lepiej.


Jako że Wiesław Weiss jest znawcą muzyki rockowej, dużo uwagi poświęcił na muzyczne pasje Tomasza Beksińskiego, czego do końca nie widziała Magdalena Grzebałkowska. Na kartach książki bohater jest maniakiem muzyki, ale również filmu. Z jednej wizyty w Londynie potrafi przywieźć kilkadziesiąt kaset wideo. Posiada obszerną płytotekę, która – co ciekawe – po jego śmierci została przewieziona do radiowej Trójki i leży tam do dziś w zapyziałym magazynku, rozparcelowana w kilku kartonach. Fakt ten mówi więcej o dziedzictwie Beksińskiego, niż niejedna mądra analiza psychologiczna. Bowiem radiowiec żył w świecie wykreowanym przez piosenki zbójeckie. Nawet nie książki (jak Gustaw u Mickiewicza), bo tych – jak opowiada u Grzebałkowskiej jedna z jego kobiet – w zasadzie nie czytał.


Nie było na naszym rynku wydawniczym jeszcze książki tak uważnie przypatrującej się mormonom i mormonizmowi jak „Pod sztandarem nieba” Jona Krakauera. W tym na poły reportażu, a na poły opracowaniu historycznym autor przypatruje się nie tylko narodzinom nowej amerykańskiej religii, ale jej rozwojowi, a co więcej – licznym schizmom, które charakterystyczne są dla każdego wyznania. Jest autor agnostykiem, który na końcu tekstu wyznaje swoje zwątpienie, z tego chociażby powodu jest chłodny w opisywaniu faktów. Ani nie widzi działalności diabła w konkurencyjnym wobec chrześcijaństwa ewangelikalnego kościele, ani nie opisuje gorąco, od wewnątrz, ale bez dystansu, dziejów mormonizmu. Jedna i druga strona będzie miała więc za złe autorowi, że ten zbyt chłodno opisał ten nowy, intrygujący laika ruch religijny.

Nigdy nie wgłębiałem się specjalnie w twórczość Lou Reeda, nie wiem nawet, czy z powodów artystycznych, czy po prostu nie było mi po drodze. Naturalnie, wiem od dawna, kim był artysta, i wcale nie chodzi mi o wydany wspólnie z Metalliką album „Lulu”. Zdaję sobie również sprawę, że Velvet Underground – kapela, w której Reed debiutował – to ważne zjawisko na popkulturowej scenie. Jednak, sięgając po amerykańskich bardów piosenki, zawsze wolałem Johnny’ego Casha, który wydawał mi się mniej zblazowany od jego nowojorskiego kolegi. Ta moja ignorancja być może uratowała mnie przed szokiem, który wiąże się z lekturą biografii rzeczonego artysty, wydaną przez młode wydawnictwo Kosmos Kosmos, prowadzone przez Kazimierza i Karolinę Staszewskich (skądś znamy to pierwsze nazwisko, prawda?). Brak więc jakiegokolwiek emocjonalnego stosunku do Lou Reeda, ani negatywnego, ani pozytywnego, okazał się dobrym kluczem do obiektywnej lektury „Zapisków z podziemia”. Potraktowałem ją nie jako życiorys idola, doskonale znanego z muzyki, ale jako biografię ciekawego człowieka, żyjącego w jeszcze ciekawszych czasach, bo tak widzę lata 60. i 70. ubiegłego stulecia, szczególnie w Stanach Zjednoczonych.

A były to lata burzliwego  rozkwitu kontrkultury, erupcji rockandrolla i rewolty hipisowskiej. Znajomość historii każe patrzeć na tę romantyczną epokę z dużą dozą krytycyzmu, jednak nie zmienia to faktu, że były to lata interesujące. Bohater główny „Zapisków z podziemia”, w tamtym okresie rozpoczynający karierę artystyczną, do idei hipisowskich odnosił się jednak z dużą rezerwa. Bardziej niż noszenie kwiatów we włosach i protestowanie przeciwko wojnie, interesowały go intelektualne aspekty życia. W swoich tekstach do końca życia pozostał nadwrażliwym erudytą, który za maską okrucieństwa ukrywał miękkie wnętrze. Bardziej niż uliczne protesty interesowała go intelektualna atmosfera salonu skupiającego przyjaciół Andy’ego Warhola i samego malarza. Tam czuł się dobrze, do czasu, kiedy nie skłócił się z samym mistrzem. Tę kłótliwość nosił w sobie od początku do końca życia, a jedynym jego harmonijnym związkiem było małżeństwo z Laurie Anderson, do którego doszło już w podeszłym wieku artysty. Wcześniej dopuszczał się i zdrad, i rękoczynów, i grubego słowa. W życiu prywatnym był bowiem skrajnym egoistą i hedonistą, ale czego spodziewać się po stereotypowym artyście?

Czytając „Zapiski z podziemia”, miałem wrażenie obcowania z artystą modernistycznym, przeniesionym w czasie o niemal stulecie. Bohema, do której należał Reed, jest przecież identyczna w każdym czasie i skupia niedopasowanych do świata nadwrażliwców, którzy zamiast nad sobą pracować, woleli dusić się we własnym sosie i poklepywać po plecach. Skoro więc świat ich nie rozumiał, sami nie mieli obowiązku z tym światem koegzystować. Życie Reeda było więc wypadkową tych idei. Istnym cudem jest fakt, że artysta przeżył siedemdziesiąt lat ostrych ekscesów alkoholowych, narkotycznych i seksualnych. W każdym obszarze nadużywał i stąpał po krawędzi. Czytając opisy balang, w których uczestniczył, nie sposób nie poczuć niesmaku. To jednak nie wszystko. Reed w dodatku nie szanował ludzi, z którymi współpracował, był apodyktyczny i niesprawiedliwy w osądach. Znamienne są powtarzające się w książce opinie osób, które poczuły ulgę po zakończeniu współpracy z tak trudnym partnerem. Kolejnym negatywnym aspektem życia Lou Reeda, o którym wspomina autor, było jego nieuregulowane życie erotyczne, w tym biseksualizm.

Jednak biografia ta nie skupia się na skandalach, chociaż od nich nie stroni. Dużą rolę gra w niej muzyka, co jest naturalne. W końcu mówimy o wokaliście, gitarzyście, kompozytorze oraz autorze tekstów piosenek. Ta część życia Reeda jest tutaj opisana bardzo sprawnie, ale czasem dość skrótowo. Poznajemy artystę jeszcze przed założeniem Velvet Undergound, potem autor przedstawia krótkie losy zespołu, a najwięcej uwagi poświęca karierze solowej muzyka. Ta zaś obfitowała w wiele rozczarowań, zrywanych kontraktów płytowych, kiepskich recenzji i determinacji. Rozczarowania wiązały się ze słabą sprzedażą albumów i złymi recenzjami. Wydając kolejną płytę, Reed liczył na odmianę losu, jednak ten był dla niego niespecjalnie łaskawy. Tylko kilka razy udało mu się odnieść sukces, z którego byłby zadowolony. W USA pozostawał artystą niszowym, a największe triumfy odnosił w Europie, zwłaszcza we Włoszech. Do jego fanów należał chociażby Vaclav Havel, nieżyjący już pierwszy prezydent Czech. Ciekawym faktem jest również historia powstania eksperymentalnego albumu Reeda – „Metal Machine Music”, będącego kamieniem milowym w rozwoju hałaśliwej awangardy. Potrzebując wywiązać się z kłopotliwego kontraktu, muzyk potrzebował jeszcze jednego albumu. Jako że nie miał pomysłów, postanowił się odwołać do żartu. Więcej nie zdradzę, natomiast śmieszny jest dzisiejszy zachwyt nad „Metal Machine Music”, któremu ulegają fani głębokiej alternatywy.

„Zapiski z podziemia” są więc interesującym i dobrze napisanym (problemem jedynie są przecinki, ale to kwestia korekty) tekstem biograficznym, który można poznać bez większej znajomości twórczości Lou Reeda. Ten zaś ukazuje się na kartach książki jako naprawdę niegrzeczny chłopiec, jednocześnie antypatyczny i fascynujący, bo złożony z wielu sprzeczności. Te pokomplikowane losy przedstawione są na szerokim tle kulturowym współczesnych Stanów Zjednoczonych. I na koniec warto zaznaczyć, że nierzadko zdarza się, aby książka poświęcona muzyce rockowej posiadała indeks osobowy. W tym przypadku się pojawił, za co wydawcy należą się dodatkowe brawa.

Howard Sounes, Lou Reed. Zapiski z podziemia, tłum. J. Mackiewicz, wyd. Kosmos Kosmos, Warszawa 2016, ss. 494.

Jeśli pamiętacie lata 80., to może obiła wam się o uszy nazwa zespołu Kat. Nazwa ta wymieniana była jako jeden z mocniejszych straszaków na niegrzeczne dzieci, a jego wokalista Roman Kostrzewski został naczelnym satanistą Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Tylko inaczej jak dziś Adam Darski – naczelny satanista III RP, Kostrzewski nie ubierał się w ciuchy dla dziewcząt, nie nosił fikuśnej brody i nie fotografował się na zakupach tekstylnych. Kostrzewski był długowłosy, spocony i nawiedzony. Mówił od rzeczy, ale jak się wydarł, to od razu budził respekt. I nie zamierzam w tym miejscu odnosić się do zjawiska satanizmu, które uważam za ideologię wyjątkowo prymitywną, gdyż opartą na zwulgaryzowanej filozofii Nietschego – człowieka, który żył i umarł zupełnie nie tak, jak głosiły jego nauki. Odszedł z tego łez padołu, na wpół obłąkany i nękany przez chorobę weneryczną. Bycie panem samego siebie, które postulował niemiecki myśliciel, wykpił już sam diabeł w „Mistrzu i Małgorzacie”, więc nie będę się znęcał nad uznającymi tak satanistami, dla których czort (bo mówimy przecież nie o religii, tylko systemie myślowym) jest symbolem życia wolnego i swawolnego, za które najlepiej nie ponieść żadnych konsekwencji. I gdy czytałem kilka lat temu wywiad-rzekę ze wspomnianym wyżej liderem zespołu Behemoth, doszedłem do wniosku, że jego słowa to rojenia pyszałka, który chciałby zostać blackmetalowym poetą doctus. Natomiast zupełnie inne wrażenie zrobił na mnie Roman Kostrzewski.

Chociaż widziałem już kilka wywiadów telewizyjnych, których udzielił wokalista Kata, dopiero ten długi wywiad przeprowadzony przez Mateusza Żyłę uzmysłowił mi złożoność jego osoby. Wcześniej miałem go za wesołka, który nie do końca wie, co mówi, natomiast teraz widzę, że Kostrzewski wydaje się człowiekiem pogubionym. I owszem, nie mówi o tym wprost, ale dlatego ma się rozum, aby czytać również pomiędzy wierszami. A między nimi kryje się sporo odpowiedzi. Satanizm Kostrzewskiego jawi się więc najpierw jako wejście w rolę silnego człowieka, który ma za sobą dzieciństwo spędzone w sierocińcu. Jest to maska, która zakrywała również trudne relacje z matką – alkoholiczką, której zdarzało się sypiać z wieloma mężczyznami i łączyć te zachowania z żarliwą religijnością. O dzieciństwie opowiada więc Kostrzewski bardzo chętnie, przywołując lata środkowego Peerelu, gdy dookoła wszystko było przaśne i bylejakie. Bohater wywiadu nie należał również do wybrańców losu, którzy mieszkając w Warszawie lub Trójmieście, mieli dostęp do przywożonych z zagranicy płyt. Jego droga do muzyki była więc odmienna od tej, o której opowiadali muzycy Dezertera czy Brygady Kryzys. Zresztą, metalowcy, w odróżnieniu od wczesnych punktowców, wywodzili się najczęściej ze środowisk robotniczych, w których takie cymesy jak zachodnie płyty nie były dostępne.

„Głos z ciemności” są więc chronologiczną podróżą przez PRL i III RP, poczynając od młodości, pierwszych prób muzycznych, ale i trudnych lat, gdy Kostrzewski, pracując w kopalni, został organizatorem strajku. To biografia typowo śląska, z kopalnianym epizodem, a potem fascynacją muzyką metalową. Nieprzypadkowo w tym rejonie Polski metalowców było najwięcej. Tych bowiem nie inspirował artystowski klimat stolicy, ani nie pociągały awangardowe poszukiwania chłopaków z Gdańska. Może właśnie dlatego teksty Kata i innych zespołów metalowych prawie nigdy nie odnosiły się bezpośrednio do systemu politycznego panującego w Polsce Ludowej. Na całej scenie alternatywnej to właśnie metal był najbezpieczniejszym wentylem dla władz: poruszał bowiem tematykę diabelską i fantastyczną, słowem – uciekał od rzeczywistości. O tym też wspomina Roman Kostrzewski, który doprawdy jest wspaniałym gawędziarzem. Co więcej, o żadnych diabłach nie mówi, te natomiast przyszły do jego tekstów wprost z twórczości Tadeusza Micińskiego, liryka polskiego modernizmu, który miał wyjątkowo fatalny gust poetycki. Już wiadomo, skąd w tekstach Kostrzewskiego umiłowanie dla kiczu i fascynacja obciachem estetycznym.

Jeśli więc ktoś niezaznajomiony z tematem spodziewa się po „Głosie z ciemności” sensacyjnych, a nawet kryminalnych wynurzeń rockandrollowego muzyka, muszę go w tym miejscu rozczarować. Nieporównywalnie większe rzeczy były udziałem Rolling Stonesów, Iggy’ego Popa czy Lou Reeda. Nasz satanista Roman jest przy nich wszystkich spokojnym, niewadzącym nikomu obywatelem III RP, który ma – co prawda – pokomplikowane życie osobiste, ale żadnych skandali na koncie. Czyta książki, chodzi po górach, gra muzykę, ale z pewnością nie jest osobowością medialną. Jego diabelskie deklaracje trzeba by zatem brać w nawias i dzielić przez dziesięć, dlatego chociażby, że Kostrzewski podczas rozmowy ani razu nie dyszy nienawiścią do nikogo, nawet do katolików. Większych satanistów znajdzie się wśród naszych celebrytów, którzy biorą śluby kościelne, ale łykają wódę litrami, a w weekendy wąchają kokę.

Roman Kostrzewski, Głos z ciemności, rozm. M. Żyła, wyd. Sine qua non, Kraków 2016, ss. 329.

Tomasz czy Tomek? Tytuł biografii młodego Beksińskiego nie pozostawia wątpliwości i chyba mówi coś, czego jej autor starał się w jasny sposób nie wyartykułować. Wiesław Weiss bowiem, oburzony „Ostatnią rodziną” oraz reportażem Magdaleny Grzebałkowskiej – „Portretem podwójnym” – twierdzi już we wstępie, że to właśnie on ukaże z obiektywizmem postać tragicznie zmarłego w 1999 roku radiowca. Jeśli więc Grzebałkowska pisała o tej niedojrzałej części osobowości Beksińskiego, przeciwko czemu oburzył się Weiss, zdrobnienie jego imienia nie pozostawia wątpliwości. Dość jednak analizowania tytułu. Biografia Tomasza Beksińskiego miała swoją premierę w tym samym dniu, co film Matuszyńskiego, trudno więc nie zauważyć tej koincydencji. Po lekturze wstępu już wiadomo, że autor poszedł na wojnę, szczególnie z twórcami filmu. Zarzucił Matuszyńskiemu i Boleście nakręcenie obrazu nikczemnego i nieuczciwego. Wcześniej jeszcze przytoczył słowa samego Beksińskiego, w których ten protestował przeciwko wykorzystywaniu faktów z jego życia: nie pozwolę, żeby jakiś skurwiel ukradł mi choćby cząstkę mnie i wykorzystał, zaśmiewając się przeciwko mnie. A potem usiadł i napisał książkę. Najobszerniejszą biografię Tomasza Beksińskiego, która ujrzała światło dzienne.

Już sam rozmiar książki robi wrażenie: prawie siedemset stron tekstu ilustrowanego sporą liczbą czarno-białych zdjęć. Autor rzadko kiedy pisze od siebie, toteż „Portret prawdziwy” (jasna aluzja do „Portretu podwójnego” Grzebałkowskiej) składa się przede wszystkim z wypowiedzi przyjaciół, kolegów i znajomych Tomasza Beksińskiego. Kogo tu nie ma? Anja Orthodox, Katarzyna Rakowska, Wojciech Szadkowski – postacie ze sceny muzycznej, zaprzyjaźnione z Beksińskim. Pojawiają się jego przyjaciele spoza tych kręgów: Aneta Awtoniuk, George Sliwa, Katarzyna Konopa, ale również pracownicy Polskiego Radia i dziennikarze prasy muzycznej. Mówią Grzegorz Brzozowicz, Tomasz Szachowski, Marek Niedźwiedzki, Roman Dziewoński, ale i swoje trzy grosze dorzuca sam autor. Beksiński to nie tylko radio i prasa, to również tłumaczenia filmów: przygód Jamesa Bonda, obrazów z Clintem Eastwoodem czy „Latającego Cyrku Monty Pythona”. Cytuje więc autor wypowiedzi lektorów filmowych: Macieja Gudowskiego, Jacka Brzostyńskiego i Jarosława Łukomskiego. Knapika w tym towarzystwie nie ma, bo Beksiński go nie znosił i z nim nie współpracował. W sumie w tekście pojawia się blisko sto osób, mniej lub bardziej związanych z głównym bohaterem. I fakt ten trzeba docenić, bo zebranie takiej ilości materiału wymagało nie lada zaangażowania i wysiłku.

Natomiast otwartą pozostaje kwestia gatunku. W zamierzeniu biografia, „Portret prawdziwy” raz po raz udowadnia, że jest reportażem, co nie jest, naturalnie, zarzutem. I wiadomo, że od tego, kogo przepytamy, uzyskamy taki, a nie inny efekt. We wstępie, jak już wspomniałem, Wiesław Weiss zarzuca swoim poprzednikom nieodpowiednie potraktowanie Beksińskiego. I jeśli zgadzam się co do krytyki reportażu Tochmana, bo to autor, który lubi szarżować i obarczać odpowiedzialnością za rzeź w Rwandzie jednego z polskich biskupów, to uważam, że Grzebałkowska potraktowana jest niesprawiedliwie. Owszem, praca Weissa kładzie nacisk na nieco inny aspekt życia Beksińskiego niż jego relacje rodzinne i dysfunkcyjna osobowość. W „Portrecie prawdziwym” główna postać jawi się więc jako dusza towarzystwa, człowiek przyjazny i oddany ludziom. Jednak nie trzeba być psychologiem, aby stwierdzić, że serdeczność i opowiadanie dowcipów nie musi się kłócić z egoizmem i nieumiejętnością wejścia w bliską relację z kobietą. Można więc czytać i Weissa, i Grzebałkowską, nie przekreślając żadnej z obu pozycji. W każdej z nich Tomasz Beksiński jest tajemnicą, którą trudno wyjaśnić kilkoma prostymi zdaniami.

Jako że Wiesław Weiss jest znawcą muzyki rockowej, dużo uwagi poświęcił na muzyczne pasje Tomasza Beksińskiego, czego do końca nie widziała Magdalena Grzebałkowska. Na kartach książki bohater jest maniakiem muzyki, ale również filmu. Z jednej wizyty w Londynie potrafi przywieźć kilkadziesiąt kaset wideo. Posiada obszerną płytotekę, która – co ciekawe – po jego śmierci została przewieziona do radiowej Trójki i leży tam do dziś w zapyziałym magazynku, rozparcelowana w kilku kartonach. Fakt ten mówi więcej o dziedzictwie Beksińskiego, niż niejedna mądra analiza psychologiczna. Bowiem radiowiec żył w świecie wykreowanym przez piosenki zbójeckie. Nawet nie książki (jak Gustaw u Mickiewicza), bo tych – jak opowiada u Grzebałkowskiej jedna z jego kobiet – w zasadzie nie czytał. Beksiński stworzył sobie rzeczywistość złożoną z rocka symfonicznego, progresywnego i gotyckiego, oraz muzyki new romantic, i z niej czerpał wiedzę na temat relacji damsko-męskich. W jego audycjach dominowała muzyka albo smutna, albo mroczna. I chociaż były one majstersztykami, do poziomu których nie zbliży się żaden radiowiec, prezentowały dość jednoznaczną, pesymistyczną wizję świata. I trzeba to powiedzieć głośno, Beksiński fascynował się kiczem i uwierzył, że jest on doskonałą sztuką, która przekazuje prawdę o życiu, w tym o miłości. Do swoich ulubionych płyt lat 90. zaliczył krążki takich zespołów jak Lacrimosa, XIII. Stoleti, Deine Lakaien, Type O Negative, Devil Doll czy Fields of the Nephilim. To dość jednoznaczna deklaracja estetyczna, ale idzie za nią niezdrowa fascynacja warstwą liryczną, w której dominuje zło i rozpacz, a miłość ukazana jest jako perwersja albo cierpienie.

Czy był więc Tomasz Beksiński ofiarą muzyki, której słuchał? Odpowiedź twierdząca byłaby jednak niesprawiedliwa. To bardziej splot różnych czynników i okoliczności: bezstresowego wychowania, obcowania ze sztuką ojca, genów, osobowości, spotkanych ludzi, preferencji estetycznych także. W końcu nie każdy, kto obcuje z mroczną muzyką i fascynuje się horrorami, popełnia samobójstwo. Z wypowiedzi bohaterów książki wynika, że powodem tym było nieszczęście w miłości. Natomiast geneza tego niepowodzenia jest kwestią otwartą. A czytając „Portret prawdziwy”, można próbować odpowiedzieć na to pytanie. Potem jednak warto sięgnąć po „Portret podwójny”.

Wiesław Weiss, Tomek Beksiński. Portret prawdziwy, wyd. Vesper, Czerwonak 2016, ss. 702.

W pewnym starym dowcipie lekarz bada pacjenta. Pokazuje mu różne figury geometryczne, pytając o skojarzenia. Temu zaś wszystko kojarzy się z gołą babą. A kto mi te wszystkie świństwa narysował? – odpowiada pacjent zdziwionemu medykowi. W sytuacji człowieka, któremu wszystko kojarzy się z jednym, stawiają się często poszukiwacze diabelstwa w muzyce. Kiedyś był to członek PRON – Maciej Giertych, potem specjalista od wszystkiego – ksiądz Andrzej Zwoliński, a ostatnio na prowadzenie w tej dziedzinie wyszedł Grzegorz Kasjaniuk, dziennikarz muzyczny, który przed swoim nawróceniem był specjalistą od muzyki metalowej, szefował też festiwalowi rockowemu w Węgorzewie. Jak sam opowiadał wielokrotnie, przeżył ewolucję poglądów, które doprowadziły go do katolickiego radykalizmu. W związku z nim odrzucił dużą część słuchanej przez siebie muzyki. I jego prawo. Natomiast jak większość neofitów poczuł misję odwodzenia maluczkich od tego, z czym sam kiedyś obcował. I od paru lat publikuje w internecie (portal Polonia Chrystiana) i prasie papierowej (pismo „Egzorcysta”) artykuły, w których przestrzega przed złem kryjącym się w muzyce rozrywkowej.

Publikacja, która pojawiła się niedawno na polskim rynku, zatytułowana „Czego słuchasz? Diabelska propaganda” to właśnie kompilacja szeregu artykułów opublikowanych przez autora w różnych źródłach. Z tego właśnie powodu trzeba przyczepić się do jej chaotyczności: niektóre fakty powtarzają się w poszczególnych rozdziałach. Sama treść utrzymana jest w sensacyjnym tonie, z którego wynika, że szatan kryje się dosłownie wszędzie. To niestety rodzaj „skrzywienia zawodowego”, któremu podlegają ci, którzy interesują się diabłem. Tak jak policyjny śledczy w każdym zobaczy potencjalnego przestępcę, bo tak ukształtowała go praktyka zawodowa, tak środowisko skupione wokół „Egzorcysty” w każdym niemal aspekcie kultury popularnej widzi diabła. Co prawda, Kasjaniuk rozpoczyna swoją publikację od omówienia postaci Kinga Diamonda, który deklaruje swoją przynależność do Kościoła Szatana, ale w rozdziałach późniejszych jako zagrożenie duchowe omawiana jest na przykład postać… Boba Dylana. Z drugiej zaś strony wiadomo, że satanizm większości wykonawców przyznających się do niego to tylko medialna wydmuszka. Co jeszcze autor książki uznaje za zagrożenie duchowe? Festiwal muzyki gotyckiej Castle Party, Nicka Cave’a, zespół Faith No More, Deep Purple, Rush, Metallikę, Nightwish, Davida Bowie, Alice’a Coopera, Crowbar, The Doors, Nirvanę, Sepulturę, Motorhead czy Black Sabbath.

Autor wydaje się nie zdawać sprawy z jednego prostego faktu. Nie każdy jest chrześcijaninem, nie każdy również musi wyznawać te same poglądy czy system wartości. A odrzucenie wszystkiego, co nie jest chrześcijańskie, jest niemożliwe, ze względów chociażby technicznych. Bo zawsze będą otaczali nas różni ludzie, i z tym trzeba się pogodzić. I aby być konsekwentnym, należałoby przestać obcować ze sztuką tworzoną przez niechrześcijan, i z taką, która nie mówi o Jezusie. Absurd, prawda? Wyrzućmy więc Mickiewicza, bo babiarz, Mozarta, bo mason, czy Sienkiewicza, bo do kościoła nie chodził. Co w zamian? Grzegorz Kasjaniuk, niegdyś promujący muzykę metalową w eterze Polskiego Radia, ma propozycję. Pieśni uwielbieniowe i polski hip-hop. Nie dworuję sobie z autora; on naprawdę to powiedział. Proponować komuś, kto słucha Rush albo Boba Dylana, aby odrzucił tę muzykę i zaaprobował koślawe rymowanki deklamowane do wtóru komputerowej muzyczki, brzmi jak ponury żart, ale niestety nim nie jest. Racją jest, że raperzy, szczególnie ci nawróceni, rymują szczerze swoje teksty, ale pod względem artystycznym stoi to dość nisko. Drugi gatunek, jakim są pieśni uwielbieniowe, to nic innego jak oazowe piosenki rozciągnięte do pół godziny. A wszystko po to, aby wywołać w modlących się skrajne emocje i wprowadzić ich w trans, co spotyka się w grupach charyzmatycznych. Z uczestnikami takich obrzędów dzieją się rzeczy gorsze niż na koncertach rockowych: ten trans jest faktycznie przerażający i ma wiele wspólnego nie tyle z Bogiem, co z inteligentnymi psychotechnikami.

Autor wydaje się również mieć pretensje do niegdyś ukochanej przez siebie, a teraz odrzuconej, muzyki, że ta prezentuje treści antychrześcijańskie. Niestety, sytuacja nie wygląda czarno-biało. Zdecydowana większość treści atakujących religię i kościoły chrześcijańskie nie pojawiłaby się w tekstach, gdyby wszyscy wyznawcy Chrystusa traktowali jego nauki serio. Praktyka jest zupełnie inna, więc trudno mieć pretensję do artystów, że się buntują, a do wierzących, że słuchają. Problem pogłębia jeszcze pycha i hipokryzja tak zwanych nawróconych muzyków. Pewnie, że szczere nawrócenie jest zawsze cenne, ale to zawsze odbywa się po cichu i w pokorze. Trąbienie zaś przed sobą o własnej przemianie i publiczne nurzanie się w swoich dawnych grzechach budzi jednak nieufność i podejrzenia o nieszczerość intencji.

Natomiast w jednym autor ma ewidentnie rację. Analizując treści zawarte w piosenkach współczesnych gwiazd pop, Miley Cyrus, Keshy, Rihanny czy Nicki Minaj, dochodzi do wniosku, że ich twórczość promuje hedonizm. I jakkolwiek ostra muzyka metalowa czy punkowa może budzić podejrzenia o złe intencje ich twórców, dzieje się to tylko ze względów estetycznych. Natomiast pop i dance, co widać chociażby po teledyskach, najczęściej proponują człowiekowi odrzucenie sfery duchowej i skoncentrowanie się na seksie. W porównaniu do celebrytów popowego światka większość zespołów grających muzykę ekstremalną to harcerze. W końcu ich członkowie to najczęściej stateczni panowie chodzący codziennie do roboty, wychowujący własne dzieci, którzy z muzyki się nie utrzymują. A w ich tekstach można zauważyć nierzadko szczerą troskę o świat, ubraną co prawda w buntownicze frazy, ale taki już urok tych dźwięków. Należy więc uważać, aby odrzucając „złą” muzykę, nie wylać dziecka z kąpielą i nie pozbawić się niewątpliwej przyjemności, jaką jest obcowanie z dźwiękami. Co do szkodliwości, zatruć się można wszystkim, nawet wodą, więc nie przesadzajmy.

Grzegorz Kasjaniuk, Czego słuchasz? Diabelska propaganda, wyd. Monumen, Poznań 2016, ss. 271.