Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

wtorek, 23 sierpnia 2016

Ladyhawke - Wild Things. Pop bez pretensji

Na kolejne albumy Ladyhawke czeka się cztery lata; to w 2012 roku ukazał się drugi i poprzedni krążek tej nowozelandzkiej wokalistki – „Anxiety”. A od debiutu minęło już osiem lat. I to właśnie debiut jest chyba najbardziej udanym dziełkiem artystki. Ten, zawierający kilkanaście bezpretensjonalnych electropopowych piosenek, album do dzisiaj cieszy ucho. Ladyhawke pojawiła się praktycznie znikąd i od razu zaskarbiła sobie serca fanów takiej stylistyki, w której królowały naiwne, ale pełne uroku melodie, ale bez chorych pomysłów artystek takich jak Grimes. Muzyka Ladyhawke nikogo nie gorszyła, ani warstwą tekstową, ani perwersyjnymi wideoklipami. Piosenkarka i kompozytorka kreowała się na dziewczynę z sąsiedztwa, nieco introwertyczną, ale zawsze sympatyczną i budzącą zaufanie. Przy tym jej muzyka nie pojawiała się w naszych stacjach radiowych, widocznie grube misie z marketingu uznały, że lepiej po raz kolejny puścić Hyżego.

Poprzednia płyta, po bardzo dobrym debiucie, prezentowała lekką zniżkę formy: piosenki nie były wciągające, ani specjalnie melodyjne. Czegoś widocznie na „Anxiety” zabrakło. I po kolejnych czterech latach pojawiły się w sieci pierwsze zapowiedzi trzeciego albumu Ladyhawke. Na pierwszy ogień poszedł bardzo przebojowy „A Love Song”, potem mogliśmy usłyszeć „Sweet Fascination” oraz rytmiczny i taneczny „Let It Roll”. Te trzy utwory wystarczyły, aby stwierdzić z pewną dozą zgadywanki, że „Wild Things” będzie płytą bardziej udaną niż poprzedniczka. I faktycznie tak się stało: warto zawiesić ucho na trzecim wydawnictwie tej oryginalnej wokalistki.

Nie znikła z muzyki Ladyhawke swoista naiwność, którą twórczość artystki charakteryzowała się od samego początku. Melodie, a nawet melodyjki, które na „Wild Things” słyszymy, są niezwykle bezpretensjonalne, kojarzące się chociażby z Roxette. Natomiast aranżacje są tutaj typowo elektroniczne, chociaż bardzo staroświeckie. Nie ma tu ani dubstepu, ani witch house, ani również transowego pulsu techno. Sposób aranżacji i komponowania przywodzi na myśl lata 80. z „Japanese Whispers” The Cure (najbardziej popowy album zespołu), ale i takie gwiazdki jak Laura Branigan. Podobne rzeczy robi dzisiaj również Little Boots. Brzmienia syntezatorów są ciepłe i analogowe, bazując na basowych podkładach i synthpopowych, jasnych plamach dźwięków. Gdyby nie tak głośna i sterylna produkcja, można by pomyśleć, że „Wild Things” to jakaś zapomniana perła z tanecznego undergroundu lat 80. Z drugiej strony niekiedy słychać w tej muzyce pewne echa współczesnego indie-popu.

Nie jest może „Wild Things” płytą ambitną, nie zawiera tysiąca smutnych i melancholijnych melodii, ale jej siłą jest połączenie nostalgii za starym popem z lat 80. ze współczesnym podejściem do faktury dźwiękowej. To kilkadziesiąt minut bezpretensjonalnej muzyki zawierającej się w jedenastu piosenkach, których chciałoby się słuchać w radiu. Jeszcze gdyby to wiedziało, że pop nie musi mieć twarzy Justina Biebera i tyłka Beyonce.

Ladyhawke, Wild Things, Polyvinyl Records 2016.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Dayal Patterson - Black metal. Ewolucja kultu.

Gdybym w czasach debiutu Mayhem pomyślał, że kiedyś black metal stanowić będzie temat publikacji historycznych czy rozpraw naukowych, musiałbym chyba popukać się w głowę. Ten najbardziej rebeliancki z podgatunków metalu był wówczas wrogiem publicznym numer jeden, przynajmniej w pewnych kręgach. Nie pamiętam również, kiedy recenzję jakiejkolwiek blackmetalowej płyty zamieścił „Tylko/Teraz Rock”. W każdym razie mamy rok 2016, a na polskim rynku ukazuje się trzecia pozycja książkowa, która traktuje o tym zjawisku artystycznym. Nie jest to dużo, ale zważywszy na fakt, że kiedyś dywagacje na temat rozpraw poświęconych tej muzyce były bajkami science fiction, można się z tego cieszyć. Black metal bowiem, jak żadna inna forma muzyczna, rozpalał dyskusje, budził kontrowersje, protesty i powodował oskarżenia o burzenie porządku publicznego. I nie były to reakcje bezpodstawne, chociaż takie same budził kilkanaście lat wcześniej punk rock. Przy czym, wyrażając skłonności do bójek i autodestrukcji za pomocą alkoholu i narkotyków, punkowcy nie przekroczyli granicy wykroczenia. Przestępstwa zaś, do których należały morderstwa i podpalenia, były na początku renesansu black metalu częstym zjawiskiem na początku lat 90. Autor, Dayal Petterson, opisując zjawisko black metalu, nie ulega jednak pokusie sensacyjności, ale przede wszystkim skupia się na tym, co najważniejsze. Na muzyce.

Pisząc o black metalu, zazwyczaj dzieli się jego rozwój na pierwszą i drugą falę. Do pierwszej z nich zalicza się Venom, Hellhammer/Celtic Frost, Mercyful Fate i Bathory – zespoły, które pod względem muzycznym były od siebie dość odległe. Druga z nich, umownie rozpoczęta od premiery „A Blaze in the Northern Sky” Darkthone, dźwiękowo stanowi, przynajmniej w latach 90., dość jednorodny konglomerat. Tyle ujęcie tradycyjne, jednak Patterson stara się znaleźć między tymi falami pewne punkty pośrednie, co mu się jak najbardziej udaje. Naturalnie więc „Black metal. Ewolucja kultu” rozpoczyna się od przedstawienia sylwetek zespołów tworzących pierwszą falę tego zjawiska. Zatem czytelnik zapoznaje się z hołubiącym rockandrollowy styl życia zespołem Venom, którego satanizm był wyłącznie pozą artystyczną. Z drugiej strony pojawia się traktujący poważnie tę niebezpieczną tematykę zespół Mercyful Fate, w postaci wokalisty Kima Bendixa Petersena (znanego szerzej jako King Diamond). Jednak między tymi sytymi kotami pojawia się niepokojąca postać Toma Fischera dorastającego w patologicznej szwajcarskiej rodzinie, który opuszczony przez ojca i matkę dorastał sam, borykając się z agresją równolatków. Ten to właśnie zakompleksiony i słaby fizycznie nastolatek założy Hellhammer, zespół, z którego w latach 80. wszyscy się śmiali, dziś za to oceniany jako jedna z najważniejszych formacji dla tworzącego się nowego gatunku muzycznego.

Zresztą młody wiek jest również wspólnym mianownikiem dla pozostałych omawianych w tekście zespołów, niezależnie od ich pochodzenia. Czy to w Norwegii, Szwecji, Grecji, czy Polsce – buntownicze i bluźniące w tekstach kapele zakładali piętnasto- czy szesnastolatkowie. Ludzie po dwudziestce byli w tym środowisku rzadkością. I tutaj pojawić się powinno pytanie dotyczące genezy tego zjawiska. Jak to się stało, że w sytej, bezpiecznej i świeckiej Norwegii pojawiły się pierwsze zespoły blackmetalowe, w tak radykalny sposób atakujące chrześcijaństwo i wiązane z czynami kryminalnymi, do których należało chociażby spalenie kilkunastu protestanckich kościołów? Nie daje autor satysfakcjonującej odpowiedzi na tę kwestię. Może brakuje mu dystansu, aby spojrzeć na to zjawisko okiem socjologa? Może brakuje mu również wiedzy humanistycznej, aby wyjść poza zaklęty krąg przedstawiania kolejnych sylwetek zespołów, i spróbować ocenić black metal w jakimś szerszym kontekście? Bo nie przekonują mnie gadki muzyków o rzekomo opresyjnej roli religii w Norwegii. To absurd taki, jak stwierdzenie, że w Korei Północnej panoszy się kapitalizm.

Natomiast gdy potraktować „Ewolucję kultu” jako swoisty przewodnik po muzyce kilkudziesięciu zespołów blackmetalowych, stwierdzić trzeba, że książka ta swoją rolę spełnia więcej niż dobrze. Nawet odbiorca, który orientuje się w scenie metalowej, może niejednokrotnie dotrzeć do ciekawych, a dotychczas mało znanych faktów. Ta drobiazgowość stanowi więc jeden z atutów omawianego opracowania. Patterson nie unika pisania o skandalach, natomiast przede wszystkim omawia twórczość zespołów w kontekście biograficznym i artystycznym. Nie goni za plotką, ani nie tworzy niedorzecznych teorii, które pojawiały się we „Władcach chaosu” – pierwszej na polskim rynku publikacji dotyczącej black metalu. Można natomiast potraktować jako dyskusyjny dobór niektórych zespołów; zabrakło bowiem kilkunastu ważnych kapel, natomiast z niektórych omówionych tu wykonawców można by bez żalu zrezygnować (Cradle of Filth, Dimmu Borgir, Trelldom). Usprawiedliwienie tego faktu można jednak widzieć w tym, że „Ewolucja kultu” jest pierwszym wydawnictwem autora: Patterson wydał już parę innych pozycji poświęconych temu muzycznemu zjawisku.

I na koniec akcent polski i kilka kropel dziegciu. Jako, że autor publikacji poświęca kilka rozdziałów polskiemu black metalowi, rodzimy czytelnik ma szansę na zapoznanie się ze spojrzeniem na tę scenę z zewnątrz. Widać zatem, że opisując polskie podziemie, Patterson zbyt mocno akcentuje obecność NSBM (black metalu propagującego narodowy socjalizm), przy zupełnym pominięciu twórców, którzy nie sięgali do ideologii III Rzeszy. Taka wizja jest, co tu dużo mówić, nieprawdziwa. A granice konfabulacji osiąga autor, pisząc: choć Norwegia nie jest może najbardziej życzliwym krajem na świecie w odniesieniu do imigrantów, Żydzi, czarnoskórzy i inne mniejszości nie spotykają się tam z takim samym poziomem ekonomicznej dyskryminacji, nękania przez policję i drastycznej przemocy, jak w większości krajów Europy Wschodniej. Cóż, na muzyce Patterson się zna, ale w kwestiach społecznych i politycznych (nazizm to dla niego prawica!), reprezentuje poziom typowego niedouczonego kuca z Przystanku Woodstock.

Dayal Patterson, Black metal. Ewolucja kultu, tłum. B. Donarski, wyd. Kagra, Poznań 2016, ss. 485.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Bat for Lashes - The Bride. Nudna melancholia

Bat for Lashes powinna być znana miłośnikom ambitnej alternatywy. Ta brytyjska, o pakistańskim pochodzeniu, wokalistka, wydała właśnie czwarty album zatytułowany „The Bride”. O ile dwa pierwsze albumy. wydany dziesięć lat temu „Fur and Gold” i późniejszy o trzy lata „Two Suns”, były intrygującymi dziełkami, to od poprzedniego wydawnictwa – „The Haunted Man” – Bat for Lashes popadła w kryzys. Jego objawem jest też najnowsza płyta wokalistki, zatytułowana „The Bride”. Po raz pierwszy artystka próbowała zmierzyć się na niej z albumem koncepcyjnym, zawierającym jedną spójną opowieść. I cóż, taka się tutaj pojawia, a dotyczy tytułowej panny młodej, która jadąc na ślub, traci narzeczonego w wypadku samochodowym. Trudno wybrnąć z tak przesadzonej koncepcji, samemu nie popadając w przesadę. Wydumana historia, mająca wyciskać łzy z oczu słuchaczy, zderza się tutaj z równie wydumaną i nieciekawą muzyką. A grzechem głównym „The Bride” okazuje się nuda.

Ta ostatnia jest skutkiem dość odważnego odejścia od rytmu. W większości utworów ten pojawia się dość nieśmiało, albo nie jest podkreślony wcale. W rezultacie otrzymujemy różnorodne plamy dźwiękowe, podkreślane przez charakterystyczne i znane już z poprzednich albumów dźwięki harfy. Taka koncepcja, znana już z wydawnictw sygnowanych w latach 80. logiem wytwórni 4AD, nie wystarczy, aby nagrać intrygujący album. Bo faktycznie, da się wychwycić na „The Bride” wątki i rozwiązania słyszane już wcześniej, chociażby w projektach takich jak His Name is Alive czy This Mortal Coil (na przykład w „Land’s End”). Same inspiracje nie gwarantują jednak dodatniej wartości płyty. Co charakterystyczne dla Bat for Lashes, nadal słychać w jej muzyce surrealistyczną atmosferę amerykańskiej prowincji, żywcem wyjętą z twórczości Davida Lyncha. Najlepszym przykładem takiego utworu jest „Sunday Love”, który mógłby znaleźć się na pierwszych dwóch albumach artystki. Słychać w nim i żwawszy rytm, i w końcu jakąś interesującą melodię. A to przecież już piąta piosenka na płycie!

Przyznać trzeba jednak, że sama oprawa instrumentalna jest dość ambitna. Na płycie pojawiają się różne instrumenty. Oprócz obowiązkowej harfy, często słychać gitarę basową, która podkreśla przestrzeń utworów. Często pojawia się fortepian, który nadaje neoklasycznej atmosfery, a niejednokrotnie usłyszeć można rozmyte plamy syntezatorów, tak że brzmienia akustyczne łączą się z elektronicznymi, co jest dziś znakiem rozpoznawczym tego typu muzyki alternatywnej. Przyznać również trzeba, że Bat for Lashes i tak robi ciekawszą muzykę niż hołubiona przez media Lana Del Rey. I niektóre dźwięki na „The Bride” mogą kojarzyć się z wymienioną wyżej wokalistką. Choć, aby być sprawiedliwym, dodać trzeba, że to raczej Del Rey inspiruje się Bat For Lashes. Dodatkowo da się na „The Bride” usłyszeć dość niepokojące dźwięki zbliżające muzykę artystki do ambientu, chociażby w „Widow’s Peak”. Tylko, że nadal nie można odeprzeć wrażenia nudy i pewnej pretensjonalności, której powodem są teksty: poetyckie, ale w złym tego słowa znaczeniu.

Od smutku i melancholii blisko więc do znudzenia. Za sprawą małego zróżnicowania utworów i mało ciekawych melodii „The Bride” w miarę słuchania coraz mniej zajmuje, a coraz więcej nuży. Nie pomijam faktu, że z pewnością taka była koncepcja tego albumu: miał być on smutny, melancholijny i rozpaczliwy. Ucierpiała na nim nie tylko tytułowa panna młoda, ale przede wszystkim muzyka, w której próżno szukać intrygujących rozwiązań z „Fur and Gold” czy „Two Suns”. Panną młodą nie ma się co przejmować, w końcu to tylko figura literacka, szkoda zaś dźwięków, które tchną banałem i do których nie chce się wracać.

Bat for Lashes, The Bride, Parlophone Records, 2016.

czwartek, 28 lipca 2016

Dionisios Sturis - Gdziekolwiek mnie rzucisz. Dzienniczek obrażonego chłopięcia

O tym reportażu było głośno. Dionisios Sturis, młody Grek z pochodzenia, a Polak z miejsca zamieszkania, wybrał się na wyspę Man, która leży między Wielką Brytanią a Irlandią. Wyspa ta, choć formalnie nie należy ani do Zjednoczonego Królestwa, ani do Unii Europejskiej, jest w naturalny sposób związana z Wielką Brytanią. Miejsca takie jak te, odizolowane od większych skupisk ludzkich, posiadają swoje tajemnice, których nie ujawnia się obcym. Ich społeczności bardzo często reprezentują wyspiarską mentalność: mieszankę nieufności, nacjonalizmu oraz małomówności. Trudno więc reporterowi przedrzeć się przez zwyczajowy small talk, czyli rozmowy o pogodzie czy o filmach z Jamesem Bondem. Trudno również zaskarbić sobie ufność tubylców na tyle, by ci zdradzili się ze swoich głęboko skrywanych myśli. Do tego potrzeba czasu, a i tak nie gwarantuje on powodzenia. Najlepiej, aby być jednym z wyspiarzy, urodzonym i wychowanym w takiej lokacji. Dionisios Sturis udaje się więc z reporterską misją na wyspę Man i – jak można łatwo się domyślić – wraca z niczym.

Nie jest bowiem winą autora, że dowiaduje się rzeczy, których mógłby dowiedzieć się, nie ruszając się z biblioteki w Londynie. Choć i tak znajduje się on w lepszej sytuacji, bo na wyspie przebywał kilkanaście razy, głównie jako gastarbeiter pracujący w przetwórni małży. Tam zawiązał pierwsze znajomości (choć we własnej naiwności narrator twierdzi, że to przyjaźnie) i z tego powodu było mu łatwiej znaleźć punkty zaczepienia, od których mógłby poprowadzić swoją opowieść. A ta, chociaż zamknięta na niemałej liczbie stron, zdaje się naiwną opowiastką o wspaniałej wyspie i wspaniałych ludziach ją zamieszkujących. Co więcej, podtytuł reportażu – „Wyspa Man i Polacy. Historia splątania” – sugeruje jakieś głębsze niż emigracja zarobkowa związki naszych rodaków z Manxami. Jak dobrze pamiętam, w ten sposób tę książkę reklamowano. I owszem, Polacy w śladowy sposób zaznaczyli tam swoją obecność podczas II wojny światowej; większa ich liczba zaczęła przyjeżdżać po akcesji naszego kraju do Unii Europejskiej. „Historia splątania” sugeruje coś więcej, jakieś tajemne powiązania między tubylcami a Polakami. I to nie ostatnie rozczarowanie wiążące się z tekstem Sturisa.

Kolejnym jest płytkość opowieści autora. Zdaje się, że większość rozważań poświęcił Sturis samemu sobie. To taki charakterystyczny rys naszych czasów, w myśl którego sam reporter jako dziennikarski narcyz ważniejszy jest od spraw, które go otaczają. Takie myślenie zauważam u „dziennikarzy wędrownych” – Jastrzębskiego i Morawieckiego, pojawia się ono również u Sturisa. Jeśli czytelnik chciałby poczytać coś o miałkiej egzystencji emigracyjnej, z pewnością sięgnąłby po książkę opatrzoną innym tytułem. Osobiście również spodziewałem się czegoś o sile rażenia pisarstwa Macieja Wasilewskiego, autora relacji z Pitcairn i z Wysp Owczych (tu we współpracy z Marcinem Michalskim), a otrzymałem rozwodnioną papkę pełną słabych obyczajowych obrazków, w dodatku okraszoną wieloma antypolskimi wtrętami. Sturis należy widocznie do tych autorów, którzy chorzy są, gdy nie przywalą naszej ojczyźnie i jej mieszkańcom. Jego praca w TOK FM sporo w tym względzie tłumaczy. Autor co rusz krytykuje więc Polskę, porównując ją do wspaniałej, sielskiej i anielskiej wyspy Man, na której, w przeciwieństwie do ojczyzny, panuje normalność. Cóż, brak wyjścia z poziomu small talku owocuje takimi naiwnymi obserwacjami. Podoba mu się na Man fakt, że nie spotyka się z rozmodleniem i panoszącym się Kościołem.

Dostaje się również Polakom-cebulakom, którzy żyją we własnych skupiskach, nie są otwarci jak ich kolorowi i tęczowi odpowiednicy, nie mówią po angielsku, a w dodatku noszą skarpety do sandałów. Narrator za to zapewne paradował w kolorowych rurkach i koszulkach w paski z modnych sieciówek. Taki ogląd świata powoli robi się nudny i słychać go co chwilę ze skupisk i noclegowni lemingów. Czekam z niecierpliwością, aż wymyślą coś nowego, bo ta pieśń jest już nieco spatynowana. Jak widać, autora ogranicza pewien sposób myślenia i w związku z tym nie potrafi on wpaść na pomysł, jak ugryźć tę nieznaną wyspę. Przecież obyczajowe obrazki z życia tubylców i ludności napływowej, jałowe i powierzchniowe, nie wystarczą, aby oddać specyfikę miejsca. Takie scenki rodzajowe mogłyby mieć miejsce wszędzie, po co więc akurat czytać o wyspie Man?

Mógłby autor wpaść na pomysł, aby odwiedzić polską parafię, ale skoro Kościół go brzydzi, to po co? Mógłby również przyjrzeć się logice własnych wywodów, w których docenia i chwali nacjonalizm. Dobrze przeczytaliście, „Gdziekolwiek mnie rzucisz” staje się mimowolną pochwałą nacjonalizmu, tyle że związanego z wyspą Man. W innym miejscu autor za ten sam gani Polaków. Niech zgadnę, nacjonalizm grecki też pochwala? Z tych wszystkich powodów reportaż Sturisa czyta się wyjątkowo nieprzyjemnie, nawet mimo całkiem ładnego języka, nad którym autor potrafi zapanować. Nie umie jednak zapanować nad własnymi antypolskimi i antychrześcijańskimi fobiami, które w śmieszny sposób wyzierają z tej książki. Bo ta, zamiast być ciekawym reporterskim spojrzeniem na tajemniczą wyspę, staje się pretensjonalnym dzienniczkiem obrażonego na Polskę chłopięcia, w którym kompleksy zderzają się w poczuciem wyższości.

Dionisios Sturis, Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splatania, wyd. WAB, Warszawa 2015, ss. 287.

wtorek, 19 lipca 2016

V.S. Naipaul - Indie. Kraj kontrastów

Gdy w 2001 roku V.S. Naipaul odbierał Literacką Nagrodę Nobla, jej krytycy mogli na chwilę odetchnąć. Bo wcale nie tak często zdarza się, że gratyfikację tę dostaje ktoś, kto faktycznie na nią zasługuje. Dorobek zaś tego brytyjskiego, urodzonego w Trynidadzie w rodzinie indyjskich imigrantów, pisarza jest przebogaty. Obejmuje zarówno prozę, ale również sporą liczbę reportaży, z których trzy zostały przetłumaczone na język polski i opublikowane nakładem Wydawnictwa Czarne. Pierwszym z nich są „Indie”, oryginalnie wydane w roku 1990. W przypadku wznowień lub tłumaczeń literatury faktu po latach musi nasunąć się pytanie o aktualność opisywanych zjawisk czy faktów. To pytanie zasadne jest również przy obcowaniu z „Indiami”, szczególnie dla czytelników, którzy kojarzą „Lalki w ogniu” Pauliny Wilk lub „Dziewięć żywotów” Williama Dalrymple. Myślę, że czas pozytywnie zweryfikował dzieło Naipaula. Szczególnie zaś gdy wyżej wymienione pozycje koncentrują się na cudowności i skandalu.

Jak więc pisze Naipaul? Przede wszystkim zauważyć trzeba, że jego obszerny, jeden z dłuższych na rynku, reportaż, nie atakuje egzotyką, kultem orientalizmu czy naiwnością zagubionego turysty. Atutem największym jest tutaj pochodzenie autora, który urodził się w imigranckiej rodzinie indyjskich braminów – najwyższej kasty. Jego korzenie świadczą więc o tym, że snuta przez niego historia będzie opowieścią człowieka z wewnątrz. Natomiast jego dystans i emigracja pomogą tylko w odpowiednim nakreśleniu wątków. Autor wraca więc do Indii (po raz pierwszy przebywał tam w latach 60.) pod koniec ósmej dekady XX wieku i na samym początku przyznaje się czytelnikowi, że brak mu pomysłu na książkę. To nie autokreacyjny wybieg albo oznaka braku talentu. Naipaul, stanąwszy ponownie na ziemi swoich przodków, widzi skomplikowaną fakturę tego kraju, który nie tylko nie jest jednorodny, ale wiąże w sobie wiele sprzeczności. I aby je dostrzec, nie można być naiwnym podróżnikiem z pokolenia kolosów, który zobaczy tylko powierzchnię i da sobie wcisnąć kit. Trzeba czuć organiczny związek z ziemią przodków, trzeba czuć do niej nie tylko sentyment, ale i szacunek.

I pewnie dlatego „Indie” są tak różne od reportaży podróżniczych czy filmów dokumentalnych, które są owszem ciekawe, ale nie pogłębiają i nie różnicują materiału. W podtytule książki noblisty pojawiają się słowa „miliony zbuntowanych”, i to one są kluczem do zrozumienia tego obszernego tekstu. Przełom lat 80. i 90. to nie tylko przemiany w Europie Środkowo-Wschodniej, ale również przygotowania do skoku gospodarczego, którego Indie dokonały w latach następnych. Ten drugi najludniejszy kraj świata jawi się dzisiaj jako silna gospodarka, ale również państwo silnie rozwarstwione społecznie. Początki tego procesu obserwujemy właśnie w omawianym reportażu i to właśnie ta czujność jest jednym z większych jego walorów. Dlatego właśnie „Indie” się nie zestarzały; zapowiadają bowiem to, co widzimy dzisiaj. Z jednej więc strony są Indie państwem z silną religią, nie tylko hinduizmem w wielu odmianach, ale islamem czy zbuntowanym i siejącym terror sikhizmem. Nie dotarł autor jedynie do chrześcijan. Szkoda, bo poszerzyłby nieco perspektywę. Z drugiej strony Naipaul widzi rosnącą sekularyzację, a nawet wrogość w stosunku do religii. Państwo to jako moloch toleruje obok siebie te sprzeczne poglądy i sposoby życia. Odnosi się wrażenie, że obranie odpowiedniej dla siebie ścieżki jest jedynie kwestią wolnego wyboru i wewnętrznej siły.

Naipaul nie koncentruje się na kwestiach, które interesują przeciętnego człowieka Zachodu, mianowicie nie pisze o seksie, o brudzie czy tajemniczych zjawiskach duchowych. Nie konstruuje prozy sensacyjnej, którą czyta się z wypiekami na twarzy, ale równie szybko zapomina. Jego ambicją jest stworzenie możliwie najszerszej panoramy i pod tym względem jest on inkarnacją dziewiętnastowiecznego realisty tworzącego powieść, która będzie jak zwierciadło przechadzające się po gościńcu (jako rzekł Stendhal). Łowców ciekawostek i popowego reportażu można więc śmiało odprawić z kwitkiem, bo nie znajdą tutaj nic dla siebie. Jeśli zaś ktoś szuka poważnej wiedzy na temat Indii, reportaż Brytyjczyka będzie odpowiednią lekturą.

I chociaż początkowo może przytłoczyć nas ogrom faktów, które przytacza autor, uważne studiowanie jego tekstu przynieść musi intelektualną satysfakcję. Tym bardziej, że Naipaul bardzo często oddaje głos swoim bohaterom, mieszkańcom Indii, którzy opowiadając swoje historie, tworzą niezwykle zróżnicowany obraz własnego kraju. Ich biografie są skrajnie różne: wypowiadają się tu i ludzie głębokiej wiary, i ateiści, i prości chłopi, i przedstawiciele inteligencji. Doświadczenia, którymi dzielą się z autorem, składają się na większą część, która może dać nam już całkiem realny obraz Indii. A jest to gotujący się tygiel, dynamiczny, wciąż w ruchu, nieustannie zmieniający swoje oblicze. I wcale nie jest on tak łagodny, jak chcą go przedstawiać weekendowi podróżnicy. Zabijanie nie stoi w sprzeczności z żadnym kodeksem etycznym – mówi jeden z hinduskich bohaterów „Indii”.

V.S. Naipaul, Indie. Miliony zbuntowanych, tłum. A. Nowakowska, M. Ochab, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 597.

niedziela, 17 lipca 2016

Flotsam and Jetsam - Flotsam and Jetsam. Nowe rozdanie

Gorszy sort thrash metalu nadal w ofensywie. Niedawno pisałem o zaskakująco dobrej nowej płycie Filipińczyków z Death Angel, natomiast kilka słów warto poświęcić innym bohaterom, którzy nie załapali się z Metalliką, Slayerem, Megadeth i Anthrax do tak zwanej Wielkiej Czwórki. Na tym przykładzie widać, co robi z nami reklama. Wielka Czwórka dzisiaj mocno kuleje, a najjaśniejszym światłem świeci zespół Anthrax, którego w czasach świetności gatunku nie traktowano poważnie. Po serii większych lub mniejszych wpadek solidny album udało się nagrać Megadeth. Slayer poważnie skusił na ostatnim krążku. A Metallica? Tutaj proszę się wyśmiać. Flotsam and Jestsam zawsze byli kapelą, która nie do końca sprawiedliwie zaliczana była do drugiej ligi thrash metalu, nawet po dwóch pierwszych, świetnych i szybkich albumach, na których umiejętnie połączyli bardzo szybkie tempa i charakterystyczne, nieco melancholijne choć heavymetalowe melodie. To, co działo się z zespołem później, wielu fanów chciałoby przemilczeć. Tyle że fani kapeli mylą się, nie mają racji i bredzą.

Ten thrash metal na późniejszych wydawnictwach Flotsam and Jetsam zawsze gdzieś w tle się pojawiał, natomiast muzyka grana przez Amerykanów albo skręcała w stronę hard rocka jak na „Drift” czy „High”, albo była po prostu metalowym graniem bez określania się szufladkami. Być może dlatego wielu nie potrafiło zespołowi wybaczyć stylistycznych wolt i poszukiwań. A trzeba dodać, by być uczciwym, że grupa niemal od zawsze modyfikowała swoje dźwięki i szukała nowych rozwiązań, co absolutnie nie jest zasadą na skostniałej i konserwatywnej scenie metalowej. Co zatem nowego u Flotsam and Jetsam?

Zwykło się mówić, że w momencie gdy zespół wydaje płytę sygnowaną własną nazwą i gdy czyni to w środku kariery, oznacza to powrót do korzeni. Faktycznie, czasem jest to sygnał, którego lekceważyć nie można, a czasem pustka zagrywka marketingowa, która ma przykryć niedostatki muzyczne. Gdybym miał wybrać rozwiązanie tej zagadki na nowym albumie Amerykanów, przychyliłbym się do wariantu pierwszego. Już zwiastujący płytę „Iron Maiden” zapowiadał spore zmiany. Tytuł promującego  kawałka pojawił się nie bez przyczyny – to nie cover angielskich lordów heavy metalu, ale piosenka będąca hołdem dla grupy. Słychać w niej charakterystyczne dla Harrisa i spółki riffy i melodyjne solówki, ale i histeryczny refren, żywcem wyjęty z pierwszych płyt Flotsam and Jetsam. Mnie osobiście utwór ten nie przypadł do gustu – za dużo w nim muzeum, za mało autentycznego grzania. Lepsze wrażenie zrobił już kolejny numer promocyjny – „Time to Go” – klasyczny szybki i melodyjny numer, który mógłby znaleźć się na pierwszych dwóch płytach zespołu. Jednak uważny słuchacz znajdzie różnicę, a ta tkwi w doświadczeniach kapeli nabytych na kolejnych wydawnictwach.

Bo to nie jest tak, że Flotsam and Jetsam zapomnieli o wszystkich swoich albumach poza „Doomsday for the Deceiver” i „No Place for Disgrace”. Słychać to chociażby w ciężarze kompozycji, który dominuje na przykład w utworze „Verge of Tragedy”, gdzie muzyka bardzo wyraźnie przywołuje na myśl nieistniejącą dziś kapelę Nevermore. A z takimi brzmieniami zespół bawił się na „The Cold” – płycie wydanej w 2010 roku. Zmianą jest na pewno fakt, że tym razem nie usłyszymy żadnych ballad czy rozbudowanych kawałków rockowych, a te ostatnie dominowały w pierwszej połowie poprzedniego albumu – „Ugly Noise”. Również melodyka niektórych kawałków, jak „Creeper”, przypomina to, co działo się na „High” czy „Drift”, czyli płytach jak najdalszych od thrash metalu. A refren wspomnianego przeze mnie numeru to przecież czyste Seattle – czyli grunge, styl, którego znani mi thrashmetalowcy nie cierpią. Kolejny nietypowy, tym razem bluesujący refren w „Monkey Wrench” to przecież reminiscencje albumu pod tytułem „High”.

„Flotsam and Jetsam” jest więc albumem bardziej metalowym niż poprzednie wydawnictwa, ale nie zapomina o swoim dziedzictwie, które przecież nie kończy się na debiucie i drugim albumie. Jest to płyta na pewno bardziej jednorodna, chociaż nie kładzie tylko nacisku na szybkość. Pewnie jest również albumem thrashmetalowym i mniej nowoczesnym niż szereg poprzednich wydawnictw. Taki krok w tył może być podyktowany zmianą składu, w końcu mało kto z recenzentów zauważył, że w porównaniu do „Ugly Noise” trzy piąte zespołu uległo wymianie. Fakt ten nie mógł nie zaważyć na zaprezentowanej muzyce, bo jeśli zespół chciał powrócić do korzeni, łatwiej było to zrobić z nowymi ludźmi. Jak więc udał się ten powrót do źródeł? Całkiem nieźle i cieszy mnie fakt, że nie całkiem zapomniano tutaj o tym, czym zespół ten był od trzeciej płyty w górę.

Flotsam and Jetsam, Flotsam and Jetsam, AFM Records 2016.

wtorek, 12 lipca 2016

Włodzimierz Kowalewski - Brzydki człowiek. Ładna proza

Włodzimierz Kowalewski publikuje dość rzadko jak na standardy polskich literatów, szczególnie zaś tych dopieszczanych przez media. Może więc dlatego, nie czując presji wydawców czy dziennikarzy, nie musi podlizywać się obu tym grupom i tworzyć na zamówienie kolejnych tekstów. Publikuje nawet rzadziej, niż bym się spodziewał, bo przyznam się do tego, że dałem się nabrać. Nabrałem się na to, że „Brzydki człowiek i inne opowiadania” jest tomem zupełnie nowych tekstów, a opowiadania Kowalewskiego lubię niezmiennie, od kiedy po raz pierwszy się z nimi zetknąłem. Popędziwszy do księgarni i kupiwszy „Brzydkiego człowieka”, zorientowałem się na przystanku, że ponad połowa tekstów pochodzi z wydanego w 2003 roku „Światła i lęku”. Trudno, nie takie rozczarowania człowiek przeżywał, więc i to ze stoickim spokojem musiałem przełknąć. Natomiast jasną stroną medalu jest fakt, że nie kończy się przecież na tekstach starych, bo w skład zbioru wchodzi jeszcze pięć opowiadań, rozproszonych tu i ówdzie, publikowanych w ostatnich kilku latach.

Dlaczego Kowalewski? Ano dlatego, że jest reliktem, skamieliną. Tak, jak on, dzisiaj mało kto pisze. Nie jest to ani proza eksperymentalna czy zaczynająca się od przedrostka „post”. Próżno szukać w niej skandalu, czy bluzgania wykluczonych (jak lubią nazywać się lewicowi aktywiści). Nie operuje Kowalewski ani strumieniem świadomości, ani nie gmatwa niepotrzebnie swojej prozy, aby profani odeszli z kwitkiem. Nie jest też uczniem Gombrowicza, z powodu którego wciąż obowiązującą narracją w literaturze jest burzenie i wsadzanie kija w mrowisko. Ale z drugiej strony przecież autor nigdy nie zniżał się do poziomu pisania seryjnego i produkowania literatury rozrywkowej, królującej na polskich blogach literackich. Ich twórcy (częściej twórczynie) zajmują się zawodową żebraniną książkowej pulpy, którą później koślawą polszczyzną próbują opisywać. Bo trzeba to powiedzieć jasno, Włodzimierz Kowalewski przyszedł na świat o wiele za późno, lecz dzięki temu literatura polska zyskuje pewną deficytową wartość, mianowicie elegancję. I elegancję pióra, i elegancję motywów. Nie o wszystkim przecież można i trzeba pisać, o czym wielu zapomina.

O czym pisze więc autor „Brzydkiego człowieka”? Czytelnikom zaznajomionym z jego prozą nie trzeba przypominać, że głównym problemem, który porusza autor, jest człowiek. Zawsze chodzi o jednostkę, o pojedynczego bohatera, który jednak daleki jest od tego, co nazywamy mianem bohaterstwa. To zawsze ktoś uwikłany w większą historię, której próbuje sprostać. Proza Kowalewskiego jest psychologiczna, dlatego też czytelnik zawsze ma wgląd w umysł, myśli czy uczucia jednostki. Opowiadania olsztyńskiego autora przede wszystkim rysują pojedynczą postać, która dominuje w świecie przedstawionym. Inne osoby, w zależności od wpływu na fabułę, rysowane są mniej lub bardziej grubą kreską. W zasadzie więc Kowalewski reprezentuje nowelistyczne podejście do epiki. Nie tworzy wielowątkowych struktur, ale w sposób niezwykle zdyscyplinowany buduje światy swoich tekstów. I jest przy tym konsekwentny: elegancko domyka fabuły, często stawiając na otwarte zakończenia. Przy czym za stary jest na młodzieńcze, efekciarskie trzy kropki, które mają budować pseudofilozoficzny klimat niedopowiedzenia. U Kowalewskiego niedopowiedzenie jest skutkiem tego, że autor portretuje życie takie, jakim jest, chociaż czasem wprowadza jakiś drobny metafizyczny element.

Ta metafizyka właśnie jest czymś atrakcyjnym i jednocześnie staroświeckim. Bo w czasach panoszącego się kultu mózgu i kognitywistyki pisać o duchowości zakrawa wręcz na skrajną odwagę. Ta metafizyka bierze się z faktu, że pisarz z Olsztyna skupia się w swoich tekstach na przemijaniu. Przemija tytułowy hrabia ze „Śmierci Ostrogskiego”, kończy się życie Krasińskiego ze „Światła i lęku”, w końcu zdają sobie sprawę z upływu czasu tytułowe postaci „Władysia” i „Śmiechowicza”. Pierwszy to emerytowany docent toruńskiej uczelni, drugi – przedwojenny spiker rozgłośni, również nadającej z Torunia. Większość bohaterów Kowalewskiego to uwikłane w czas figury, które balansują na granicy śmieszności, jednak nam czytelnikom nie do śmiechu. Bo te przeciętne do bólu postacie to każdy z nas, wraz z własnymi snami o potędze. A odpowiedź na pytanie o dalsze istnienie pojawia się w jednym z nowych tekstów. Bowiem w „Pomniku” zmarła tragicznie dziewczyna po latach domaga się pamięci.

Jakie są więc te nowe teksty, niezamieszczone uprzednio w „Świetle i lęku”? Niektóre z nich, jak tekst tytułowy czy „Szał uniesień” weszły później w skład powieści Kowalewskiego. Dwa kończące zbiór teksty, „Auta mojego życia” i wspomniany wyżej „Pomnik”, to zaledwie szkice, w których kategorie autora i narratora ulegają wyraźnemu zatarciu. Jest jeszcze „Śmiechowicz” – rzecz z wątkiem fantastycznym o modernistycznym zacięciu. Elegancka to proza, jak już wspomniałem we wstępie. Kowalewski nie chce nikomu niczego udowadniać, nie przymila się do żadnego środowiska, ani koterii, po prostu pisze. A że nadal czyni to wyśmienicie, należy przyklasnąć.

Włodzimierz Kowalewski, Brzydki człowiek i inne opowiadania, wyd. Marginesy, Warszawa 2016, ss. 318.

sobota, 9 lipca 2016

Grzegorz Brzozowicz - Resortowe dziecko rock'n'rolla. Pink Floyd to nuda

Scyzoryk, Scyzoryk – tak na mnie wołają Rogowiecki i Brzozowicz, co się na muzyce znają. To słowa Kazika wyśpiewane w tytułowym nagraniu z „12 groszy”. Tych dwóch dziennikarzy muzycznych wymienionych przez pierwszego rapera Rzeczypospolitej, jak Kazika reklamował ongiś jego wydawca, to jedne z bardziej wyrazistych osobowości polskiej prasy muzycznej i radia przełomu lat 80. i 90. Pierwszy znany był z promocji ciężkich brzmień, a potem w czasach raczkującego kapitalizmu – reklamowania płyt składankowych. Drugi z nich – Grzegorz Brzozowicz – był redaktorem „Non Stopu”, „Machiny”, promował twórczość Gorana Bregovica, był również pomysłodawcą projektów Yugoton i Yugopolis, popularyzujących w Polsce XXI wieku twórczość jugosłowiańskich zespołów rockowych. I to Brzozowicz właśnie jest przedmiotem tej recenzji, bo wydał właśnie zbiór (a raczej zbiorek) wspomnień zatytułowany „Resortowe dziecko rock’n’rolla”. Dlaczego Brzozowicz? Chociażby dlatego, że w środowisku funkcjonował dawniej jako specjalista od wsadzania kija w mrowisko, którego przeklinało wielu twórców. Warto za wstępie zaznaczyć, że jako jeden z niewielu żurnalistów na naszym rynku poznał się na twórczości Pink Floyd. Może dlatego nigdy nie był członkiem „Tylko Rocka” i jego późniejszej mutacji.

Bo czy tak szlachetne gremium mógłby zasilić ktoś, kto przyznaje się do tego, że na koncercie Pink Floyd po prostu zasnął? Wypowiedzenie takich słów w jakiejkolwiek grupie wiekowej grozi przecież ostracyzmem i przyklejeniem łatki muzycznego prymitywa. Wiemy już, że autor „Resortowego dziecka” nie kochał muzyki tak przecież hołubionej przez większość opiniotwórczych dziennikarzy i krytyków muzycznych w Polsce. W swojej książce daje wyraz zdziwienia faktem popularności przeciętnych – jego zdaniem – grup jak Budgie, Marillion lub Archive, przy jednoczesnej nieobecności w szerszym dyskursie twórców takich jak Bob Dylan, Frank Zappa, Dawid Bowie czy Lou Reed. Podobny zarzut czyni naszemu podwórku, na którym królują rzeczy takie jak Lady Pank, Perfect czy Budka Suflera, twórczość zaś Ayi RL lub Lecha Janerki znana jest nielicznym. Za ten stan rzeczy Brzozowicz oskarża dziennikarzy muzycznych właśnie. Zresztą wystarczy sięgnąć po jakikolwiek numer „Teraz Rocka” – niewiele się zmieniło.

Wspomnienia Grzegorza Brzozowicza dotyczą więc muzyki. Autor niewiele zdradza na temat życia prywatnego i ma do tego prawo. Zresztą, takich ekshibicjonistycznych biografii mamy w kraju na pęczki. Fanów i historyków muzyki rockowej interesować będzie właśnie kwestia dźwięków. Zaczyna autor od wspomnień z dzieciństwa i pobytu w Jugosławii, który – jak się okaże później – ukształtuje jego gust do końca życia. Może dlatego nie będzie zachwalał średniej klasy zespołów progresywnych, a zwróci się ku nowej fali, a pod koniec lat 80. zainteresuje się hip-hopem, który jeszcze dziś u wielu szacownych mentorów rocka budzi koszmary nocne. Po Jugosławii nadchodzi moment powrotu do Polski i tutaj autor zajmuje się klubem „Remont”, miejscem kultowym dla sceny muzycznej końca lat 80. Są to schyłkowe lata socjalizmu, a Brzozowicz opisuje je z dużą dozą sympatii, twierdząc, że na żadne kompromisy z władzą nie musiał chodzić. Czy tak było naprawdę, możemy się domyślić. Wspomnienia te zahaczają również o pionierskie lata budowy nowego systemu i przebudowę sceny muzycznej. Jednak ta druga część staje się mniej chronologiczna, a raczej skupia się na konkretnych tematach jak próba budowania radia od zera, zawiadywanie magazynami ilustrowanymi (w tym „Galą”!) i budowa marki Gorana Bregovica w Polsce.

Ta druga część książki robi więc wrażenie rwanej, niedopowiedzianej do końca, zaledwie naszkicowanej, i pozostawia czytelnikom spory niedosyt. Czuć, że Brzozowicz chciałby powiedzieć więcej o znielubionych przez siebie gwiazdach polskiej estrady, natomiast – jak się okazuje – dzisiaj wcale nie można mówić wszystkiego. Za komuny kwestie te ograniczał cenzor z nadania partyjnego, dziś czynią to wielkie korporacje. I jakkolwiek to brzmi lewacko, jest prawdą. Przecież fragmenty wywiadu z Borysewiczem czy opinie na temat Hołdysa dają się czytać między wierszami. I odnosi się wrażenie, że autor ma o granej przez nich muzyce zdanie jak najgorsze. Okazuje się również, że określenie „rolniczy rock” spopularyzowane przez Kazika zostało wymyślone przez Brzozowicza właśnie. I ciekaw jestem, co miałby autor do powiedzenia na temat dzisiejszej (i dawnej) twórczości kapel takich jak Ira, Elektryczne Gitary, Wilki, czy produkcji podpisywanych nazwiskami wypromowanymi w czasie telewizyjnych konkursów śpiewaczych. Niestety, za każdym rogiem kryje się zniesławienie.

Nie zabrakło w „Resortowym dziecku” również nostalgicznego porównywania muzyki dzisiejszej i tej dawnej. I to nawet nie o same dźwięki chodzi, ale o bunt, który ta za sobą niosła. Trudno się w tej kwestii z autorem nie zgodzić. Ani powrót płyty winylowej, ani lawinowy wzrost pojawiającej się muzyki nie zmieni faktu, że muzyka rockowa nie ma dzisiaj żadnego znaczenia dla kultury. Niczego nowego nie tworzy, nie idą za nią żadne zjawiska socjologiczne, nie pojawiają się nowe nurty. Czas rocka – zdaniem autora – przeminął, i trudno się z tym faktem nie zgodzić. Jak mówi w „Birdmanie” córka głównej postaci: to, co robisz, nie jest ważne. Ty nie jesteś ważny. Przywyknij od tego.

Grzegorz Brzozowicz, Resortowe dziecko rock’n’rolla, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2016, ss. 394.

środa, 6 lipca 2016

Lidia Ostałowska - Bolało jeszcze bardziej. Nowelki tendencyjne

Gdy chodziłem do szkoły, moją największą zmorą były pozytywistyczne nowelki. Prus, Sienkiewicz, Konopnicka – nazwiska te budziły moje najgorsze skojarzenia i powodowały zimny pot. Dzisiaj, naturalnie, patrzę inaczej na całokształt twórczości tych autorów, ale i „Janko Muzykant”, i „Antek”, i „Mendel Gdański” to wciąż koszmary, z których trudno mi się otrząsnąć. Zbudowane według schematycznych reguł, epatujące okrucieństwem ponad miarę i oferujące czytelnikowi jedyną słuszną wizję świata. Mistrzynią takiego tendencyjnego opisywania rzeczywistości była z pewnością niewymieniona powyżej Eliza Orzeszkowa, której wczesna twórczość powielała największe grzechy początkowego pozytywizmu. Na czym polega więc literatura tendencyjna? Tajemnicę tę odsłania już sama nazwa: należy pisać tak, aby w sposób skrajnie schematyczny i propagandowy przekonywać czytelnika do swojej racji. Jedynie słusznej – należy dodać. I tę funkcję, jaką w drugiej połowie XIX wieku pełniły łzawe opowiastki z tezą, dzisiaj pełni reportaż. Szczególnie zaś ten związany z „Gazetą Wyborczą”, która również jest pismem z jasno określoną tezą. Natomiast autorzy do niej piszący bardzo często robią to tak, aby daną tezę z góry potwierdzić. Jedną z nich jest Lidia Ostałowska.

Wpadł mi ostatnio w ręce jeden z jej tomików reportaży, uprzednio rozproszonych w „Gazecie Wyborczej”. „Bolało jeszcze bardziej” – bo o nim mowa – obejmuje teksty pisane przez autorkę między 1991 a 2004 rokiem. Najmłodsze z nich liczą więc już ponad dekadę, a najstarszy osiągnął ćwierćwiecze. I czytając Ostałowską, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oto obcuję z cudownie zmartwychwstałą estetyką wczesnego pozytywizmu, czyli z tendencyjnością. Półtora wieku temu teksty takie opisywały smutne niewątpliwie losy chłopów, służących czy robotników – więc według lewicowego dyskursu – wykluczonych. A że każda epoka ma swoich wykluczonych, ci pojawiają się w rzeczonym zbiorze. Kogo więc tu nie ma? Są pracownicy rozwiązanego pegeeru, są chłopcy z osiedla, młodzi artyści hiphopowi, jest molestowana dziewczyna, są w końcu kibice, potomkowie band UPA czy kobiety dokonujące aborcji. Jeśli ktoś medium, jakim jest „Wyborcza”, czyta regularnie, rozpozna wśród tych bohaterów pewne klisze, które pojawiały się już w dziesiątkach, jeśli nie setkach tekstów publikowanych w tym piśmie.

Sam pobieżny przegląd historii daje do myślenia, że łatwo nie będzie i że Ostałowska nie oszczędzi nam brudu, smrodu i ubóstwa. A że reporter powinien zająć się tymi, o których zapomina wielki świat, autorka skwapliwie opisuje ich historie. I nie w doborze tekstów leży największy problem tej książki, ale w sposobie opisywania. Reportaże te zdają się nie niuansować przytaczanych opowieści. Skoro więc Ostałowska poświęca czas chłopaczkom z osiedla, którzy lubią przeszkadzać innym mieszkańcom bloków, musi pojawić się brutalna policja, a potem musimy wysłuchiwać płaczliwych historyjek o tym, jak to trudno żyć w Polsce. Ten konkretny reportaż („Na Bałutach jeszcze Polska”) wpisuje się w dziennikarski paradygmat przełomu wieków: za agresję młodzieży ona sama nie jest odpowiedzialna, za to winny jest system. Dzisiaj zaś ta młodzież założyła bluzy z Wyklętymi i odwołuje się do wartości patriotycznych, więc stała się według reporterów „Gazety” bohaterem negatywnym.

Z kolei czarnymi bohaterami „Bolało jeszcze bardziej” są byli pracownicy pegeeru, którym – co prawda – autorka daje się wygadać, ale zaraz kontruje ich wypowiedzi z miażdżącą krytyką innych mieszkańców wsi. Bo przecież nie dostosowali się do rzeczywistości, piją tanie wina i nie rozumieją, jakie mają szczęście, że żyją w III RP. „Zdarzyło się w Atlantydzie” – bo o nim mowa – jest tekstem bliźniaczym do zmanipulowanej „Arizony” – osławionego paradokumentu, w którym reżyserka stworzyła fałszywy obraz tych, którym w nowej Polsce się nie udało. Lewicowa wrażliwość w przypadku autorki jest zatem dość wybiórcza, co pasuje do złośliwej nazwy, którą krytycy „Wyborczej” lubią określać nielubiane przez siebie medium.

Są w końcu kobiety po aborcji. Przez cały tekst („Czasem odwiedzają mnie demony”) autorka usilnie stara się udowodnić, że syndrom poaborcyjny nie istnieje. Do tego celu zatrudnia rzeszę mądrych sofistów, którzy uczonymi słowy starają się pouczyć szaraczka czytającego tekst. Cierpienie kobiety po dokonanym zabójstwie nienarodzonego dziecka jest więc według reportażu kwestią względną i nie występuje u wszystkich. Jasne, również nie każdy morderca czy gwałciciel czuje wyrzuty sumienia, ale czego to dowodzi? Tekst ten pochodzi jednak sprzed dwunastu lat i aby oddać mu sprawiedliwość, należy dodać, że dzisiaj nie byłoby mowy o żadnym dopuszczeniu do głosu cierpiących po aborcji kobiet. Tylko aplauz i zaakceptowanie – jak powiedział klasyk.

Papierowe postaci, papierowe teksty, żadnego szerszego kontekstu – tylko tu i teraz – tym są reportaże Lidii Ostałowskiej. I nawet gdy zdarzy się ciekawsza, mniej nachalna historia, stanowi ona mniejszość. „Bolało jeszcze bardziej” jako całość męczy więc schematycznością, pozornym zainteresowaniem i tendencją. Bohaterom pozytywnym wolno tutaj wszystko, nawet gdy łamią prawo, a negatywni  przez samo istnienie nie mają racji. Pojawia się w tym zbiorku jeszcze jeden problem: brak wiarygodności. Nie wierzę w słowa niektórych postaci, ponieważ wypowiadają one rażące banałem komunały, a niektóre sytuacje opisane przez autorkę wydają się naciągane. Szczególnie te w historiach o chłopcach z osiedla. A gdyby chcieć dzisiaj stworzyć taką kompilację, do tej ludzkiej menażerii trzeba dodać by byłą zakonnicę, geja oraz uchodźcę.

Lidia Ostałowska, Bolało jeszcze bardziej, wyd. Czarne, Wołowiec 2012, ss. 183.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Death Angel - The Evil Divide. Pochwała różnorodności

Dawno, dawno temu nie było roku, w którym wyszłoby tyle bardzo dobrych thrashmetalowych albumów. Bo umówmy się, thrash metal najlepsze lata ma już za sobą, a jest to przełom 80. i 90. lat XX wieku. I jeśli wliczymy tutaj krótkie zmartwychwstanie gatunku w roku 2004, w którym ukazały się świetne płyty Exodusa i Death Angel, w zasadzie będzie na tyle. Nie bez przyczyny wymieniam tutaj tę drugą kapelę, która w 2004 roku powróciła z niebytu niezwykle udanym albumem zatytułowanym „The Art of Dying”, bo dziś kilka słów poświęcić chcę najnowszemu wydawnictwu tych Filipińczyków (przy niewielkim udziale Amerykanów z USA). „The Art of Dying” był powrotnym materiałem muzyków, na którym ci doskonale oddali to, o co chodzi w niezbyt brutalnym, ale urozmaiconym thrash metalu. I niestety, kolejne albumy rozczarowywały, ponieważ zamiast kontynuować myśl zawartą na powrotnym wydawnictwie, skupiały się na – co prawda – energetycznym i czadowym graniu, zapominając nieco o jego atrakcyjności. Wydawane później albumy Death Angel były więc mocne, parły do przodu niczym czołg, ale okazywały się ciut monotonne.

I to zmieniło się w roku 2016, który, jak wspomniałem, dość zaskakująco okazał się bardzo łaskawy dla zespołów thrashmetalowych, szczególnie tych drugoligowych, albo tych, z których dworowano, że ich członkowie zamiast w skórzanych kurtkach fotografowali się w krótkich spodenkach we wszystkich kolorach postępowej tęczy. Nie wiem, czy śmiano się z Death Angel, ale z pewnością metalowi konserwatyści podejrzliwie patrzyli na kapelę, która wydawała takie albumy jak „Act III”, na którym nie stroniła od rockowych ballad i funkowych rytmów, a potem przepoczwarzyła się w jawnie rockowy The Organization. I gdzie są teraz ci śmieszkowie, kiedy Death Angel, wydając „The Evil Divide”, dowodzi, że nie ma żadnych kompleksów i gra tak, jakby gatunek, którym jest thrash metal, nigdy nie przeżywał żadnego kryzysu?

„The Evil Divide” to dziesięć utworów odegranych w czasie trzech kwadransów. To chyba optymalna liczba kawałków i optymalny czas trwania takiej płyty. A że znów do utworów grupy wkradła się różnorodność i wyparowała z nich monotonia, albumu tego słucha się doskonale. Odkrywcze granie to nie jest, ale w zamian oferuje słuchaczowi mnóstwo energii. Tym bowiem właśnie powinna charakteryzować się każda płyta zawierająca ostre granie, czy to heavy metal, czy thrash, czy punk rock. Nie ma mowy o nudzie, gdy po dwóch początkowych petardach, czyli utworach „The Moth” i „Cause for Alarm”, pojawia się patetyczny i bardzo melodyjny „Lost”. Nie ma mowy o nudzie, gdy po akustycznej kodzie kończącej „Father of Lies” pojawia się skoczny, prawie punkowy „Hell to Pay”. Gdzie tu miejsce na nudę, gdy grupa niezwykle umiejętnie operuje kontrastami, łącząc ciszę i obłędne czady? Dodać do tego trzeba melodyjne, rockandrollowe solówki i „The Evil Divide” staje się dziełem kompletnym. Tę różnorodność zapewniają również wokalizy Marka Oseguedy, który jak trzeba, wrzeszczy, ale nie stroni od bardziej melodyjnych zaśpiewów.

Słowo należy się również produkcji płyty, która zrealizowana została pod czujnym wzrokiem Jasona Suecofa i Roba Cavestany – gitarzysty kapeli. „The Evil Divide” brzmi bardzo organicznie, chociaż poddany został cyfrowej produkcji. Nie jest to ani piwniczne, staroświeckie brzmienie, ani przeprodukowany potworek, które co rusz wypluwają z siebie zespoły metalcore’owe. Takie głębokie, naturalne, choć nowoczesne brzmienie idealnie sprawdza się w thrash metalu, czyli w muzyce, która łączy ze sobą solidną porcję energii z melodyjnością.

Dobrze zespołowi zrobił ten lifting, któremu muzycy poddali swoje dźwięki. I nawet gdyby kolejne płyty kapeli znów miały być powrotem do mało finezyjnego, dość monotonnego grania, „The Evil Divide” na zawsze pozostanie w jej karierze jako płyta niezwykle udana. A jeśli w dodatku kończy się ona takim numerem jak „Let the Pieces Fall”, trzeba zdjąć czapki z głów. Dobrze więc posłuchać płyty, która od początku do końca trzyma w napięciu, a kończy się zaś tak, że chce się ponownie nacisnąć przycisk start. Death Angel w tegorocznym thrashu – póki co – nie mają sobie równych.

Death Angel, The Evil Divide, Nuclear Blast 2016.

piątek, 1 lipca 2016

Trochę więcej chaosu - rozmowa z Olgą Drendą

fot. Felix Omerod
„Duchologia polska”, którą niedawno recenzowałem na blogu, jest specyficznym, ale niewyczerpującym kompendium wiedzy na temat pewnej widmowej epoki. Mowa oczywiście o latach 80. i 90., a w zasadzie o przełomie dekad. Dotychczas ci, którzy zajmowali się popkulturą, pisali o tym okresie mało poważnie, patrząc przez pryzmat gumy Turbo i kreskówek o He-Manie. Olga Drenda stara się przełamać ten impas i wydaje „Duchologię polską”, która nieco inaczej, w bardziej pogłębiony sposób spogląda na ten specyficzny czas. A dlaczego specyficzny? Zapraszam do lektury!

Najpierw była Duchologia na fejsbuku, czyli profil ze zdjęciami i rysunkami retro z okresu transformacji. Aż chciałoby się naiwnie zapytać, skąd u Pani ta fascynacja?
Jeszcze wcześniej był „szkicownik” na Tumblr, gdzie wrzucałam różne luźno powiązane znaleziska z tego okresu. Na pewno na całe duchologiczne przedsięwzięcie złożyło się wiele czynników, ale pierwszym z nich były badania, które prowadziłam 12 lat temu na studiach –badaliśmy pamięć o wydarzeniach historycznych czy o szeroko pojętym zewnętrznym świecie z perspektywy dziecka. Rozmowy z moimi rówieśnikami (urodzonymi w pierwszej połowie lat 80) ujawniały zwykle podobne kluczowe wspomnienia: wybory w roku 1989, śmierć Freddiego Mercury'ego, serial Twin Peaks w telewizji – ale równie częstym wspólnym mianownikiem było poczucie niesamowitości czy niepokoju, które pojawiało się z przywołaniem tych wspomnień, lęk przed czołówką „Panoramy” czy przed programem o Pi i Sigmie. Im bardziej interesowałam się tematem, tym bardziej uświadamiałam sobie, że mało wiadomo o przełomie lat 80. i 90. z punktu widzenia codzienności – wiele napisano o politycznym wymiarze tego okresu, za to prawie nic o „małej historii”. W mojej pamięci też odkryłam dziurę, mylące się daty. Za to na pewno nie odczuwam żadnej nostalgii – gdyby ktoś zaproponował mi wycieczkę wehikułem czasu do roku 1990, zrobiłabym kilka zdjęć, a potem w nogi.

Dla mnie osobiście przełom lat 80. i 90. to okres dorastania, podstawówka na dużym osiedlu, liceum na drugim końcu miasta, pierwsze muzyczne fascynacje – jednym słowem, wchodzenie w świat dorosły. „Duchologia polska” opisuje bliskie mi i mojemu pokoleniu rzeczy, sytuacje, kody kulturowe.
Ja miałam kilka lat, więc siłą rzeczy nasze perspektywy muszą być nieco inne: dla mnie to pierwsze książki, fińskie lody lukrecjowe i miętowe, które na chwilę pojawiły się w zwykle pachnącym kefirem miejscowym sklepie, graffiti depeszowców i punków na murach, ale też muzyka, która zaczęła towarzyszyć mi bardzo szybko. Ale też wspomnienia „ze świata”, zapośredniczone przez zły sygnał TV albo prasę, niezrozumiałe, przypadkowe i groźne: śmierć Ceausescu, mur berliński, „Telewizja Nocą”, bon moty polityków, ulotki straszące rakotwórczym E330 (czyli zwykłym kwasem cytrynowym). Na pewno na kształt książki jakoś wpłynął fakt, że do dziecięcej głowy wpadają informacje w dużej ilości, których nie można jeszcze wstawić w kontekst i zrozumieć, więc układają się przypadkowo i zaczynają znaczyć coś innego.

W jednej z recenzji „Duchologii” przeczytałem pochlebne zdanie mówiące, że nie jest ona książką warszawocentryczną, w której jako symbol tamtych czasów pojawia się guma Turbo. Faktycznie tak jest. To musiało wymagać sporej ilości pracy, odpowiedniej kwerendy, a przede wszystkim żywego zainteresowania.
Przede wszystkim dziękuję. Miałam taki zamiar – denerwowała mnie płaska nostalgia za latami 90., skupiająca się na słodyczach, telewizji i muzyce eurodance. Na pewno takiemu rodzajowi pamięci sprzyja internet – pojawiające się na polskich stronach listy w stylu „10 najlepszych gadżetów z lat 90” nie różnią się od podobnych publikacji z USA. A przecież tak nie było, albo: nie tylko. Zbieranie materiałów było pracochłonne, ale też ciekawe, bo grzebanie w starociach i turystyka krajowa to jedne z moich ulubionych zajęć. Pewnie fakt, że większość życia spędziłam daleko od Warszawy (jestem ze Śląska) na pewno jako ustawił moją perspektywę.

Gdy opisuje Pani wnętrza domów i mieszkań końcówki lat 80., doskonale oddaje to, co faktycznie w nich się znajdowało. W tamtym czasie takich mieszkań widziałem setki, bo jako ministrant chodziłem po kolędzie. I lubiłem je oglądać, ciesząc się, gdy jedno mieszkanie na kilkadziesiąt odbiegało od meblościankowej codzienności.
Od razu muszę zapytać, jak wyglądały te, które się wyróżniały, jestem bardzo ciekawa. Osobiście byłam zaskoczona, że krzesełka dziecięce, które miałam kiedyś w domu, to projekt IKEA z lat 60., ale produkowany w polskich fabrykach i czasem trafiający do sprzedaży, oczywiście bez etykietki. Ale uderzyła mnie typowość większa niż się spodziewałam. Kiedy przeglądałam poradniki majsterkowiczów, „Zrób to sam” itp., miałam wrażenie, że fotograf odwiedził mieszkanie, w którym spędziłam pierwsze kilka lat życia – nawet dywanik łazienkowy w kształcie wielkiej stopy był na swoim miejscu. Pisanie rozdziału o meblach mimowolnie przypomniało mi koszmar wizyt w sklepach z meblami i wyposażeniem, gdzie jeździłam z rodzicami, na przykład do słynnego gierkowskiego centrum handlowego Roździeń w Katowicach. Po nawdychaniu się wszystkich chemikaliów w meblach i wykładzinach każdy posiłek pachniał jak benzyna z klejem.

Zresztą w tym urządzaniu mieszkań dawał o sobie znać anarchiczny charakter Polaków czy szerzej – Słowian. Chodzi mi o używanie mebli niekoniecznie ściśle z ich przeznaczeniem. A może to też kwestia braku i pomysłowości?
Na pewno spotykają się tu różne zjawiska i czynniki. Instytut Wzornictwa Przemysłowego badał w połowie lat 80. to, jak mieszkają Polacy – okazywało się na przykład, jak silnie działają przyzwyczajenia. Ludzie, którzy przeprowadzili się ze wsi do miasta, próbowali czasami odtworzyć układ pokojów typowy dla wiejskiego domu, co w mieszkaniu nie było możliwe. Często też użytkownicy mieszkań działali zupełnie w poprzek pomysłów architektów i projektantów – na przykład meblościanki były pomyślane jako funkcjonalne urządzenia służące oszczędności przestrzeni, a zamiast tego stawały się domowym minimuzeum kryształów, słoników, pamiątek znad morza itp. Często ozdobami stawały się rzeczy, które w zamyśle nie miały pełnić takiej funkcji, np. opakowania po papierosach i napojach.  Okres duchologiczny to też czas triumfu rzemieślników i majsterkowiczów – wielu produktów nie ma w sprzedaży, albo są, ale wybrakowane, więc trzeba radzić sobie w inny sposób. 

fot. Paweł Murański
W „Duchologii” na samym początku w oczy rzuca się światło. Osobiście zapamiętałem je podobnie, jako łagodne, ciepłe, oświetlające nowe bloki, których było po horyzont.
I betonowe donice pełne aksamitek. Jakby cały rok trwało późne lato. Za to wczesne lata 80. są zupełnie bez słońca, bure, trwa w nich zima albo błotniste przedwiośnie, są jak w „Człowieku z żelaza”.

Ta beztroska zdawała się pojawiać wszędzie, na okładkach książek, czasopism, a przecież późny Peerel to nadal ponura epoka, w której nie stroniono ani od inwigilacji, ani od morderstw politycznych. Jest jakieś proste wytłumaczenie, dlaczego tak zapamiętano ten czas?
Możliwe, że to fotografia (starzenie się odbitki albo używane wtedy klisze/odczynniki) jakoś zabarwia nasze wspomnienia, ale podobne opinie słyszę od wielu osób. Ciekawie pisał o okresie „drugiego etapu reformy” Stach Szabłowski i to już dawno, bo w 1998 roku – że system z ponurej machiny opresji zmieniał się coraz bardziej we własną parodię. Oczywiście nadal działała cenzura, trwał poważny kryzys ekonomiczny, strajki, milicja była tak samo brutalna, ale jednocześnie władze starały się pokazywać bardziej ludzką twarz, wprowadzając więcej konsumpcyjnych atrakcji typu teleturnieje, Miss Polonia, „Bliżej Świata”, i różne lokalne mutacje zjawisk znanych z krajów zachodnich. Oczywiście w lokalnych warunkach przybierało to kształt firmy polonijnej albo hot doga z pieczarkami zamiast parówki. Być może to bursztynowe światło jakoś koresponduje z poczuciem większego luzu i normalności?

Rozszerzmy pole. Epoka, o której Pani pisze, to nie tylko schyłek realnego socjalizmu, ale również ustawa Wilczka, najbardziej do tej pory liberalna gospodarczo ustawa dotycząca wolnego rynku. Krótko po niej wybuchł uliczny handel: tureckie swetry, książki sensacyjne w lichych okładkach, kasety.
To ten krótki okres zbudował mit polskiej przedsiębiorczości – faktycznie, przez kilka miesięcy prowadząc kiosk ze słodyczami albo wypożyczalnię, można było zostać prawdziwym bogaczem i zgromadzić pieniądze na domek jednorodzinny. Ale to kończy się dość szybko. Jest taki reportaż Agnieszki Ostrowskiej-Metelskiej o ludziach, którzy dali się porwać tej euforii, po czym okazywało się, że jednak kapitalizm nie jest taki kolorowy, zamykają świeżo założone firmy i zaczynają zaparzać jedną torebkę herbaty coraz więcej razy.

Osobiście jako ktoś, kto pasjonuje się muzyką, najbardziej zapamiętałem właśnie te kasety i związany z nimi romantyzm odkrywania nowej muzyki. Ten krótki okres, w zasadzie trzy lata pomiędzy 1990 a 1993 rokiem to moment, w którym przynajmniej w muzyce metalowej w tym formacie ukazywało się prawie wszystko. To był pionierski okres, w którym człowiek sam mógł kształtować swój gust.
Podobnie było u mnie. Byłam wtedy wielką fanką Guns N' Roses. Kasety kosztowały śmieszne pieniądze, nawet jak na możliwości ośmiolatki, która dostawała od babci kieszonkowe – kaseta kosztowała tyle, co jakieś przeciętne łakocie. Był jeszcze jeden fenomen, dzisiaj trochę zapomniany, który pozwalał odkrywać nową muzykę – programy z MTV, nadawane w telewizji regionalnej. TVP przez jakiś czas miała umowy z nadawcami zagranicznych stacji, więc nawet nie mając TV satelitarnej można było codziennie przez godzinę czy dwie oglądać „Simpsonów” i teledyski z MTV.

Były też prawdziwe duchy: Kaszpirowski, ręce Nowaka, które leczyły, niezwykła popularność spirytyzmu, radiestezji, kluby fantastyki jako przykrywki do spotykania się nakręconych okultyzmem inżynierów Młodziaków. Pod tym względem to okres podobny do przełomu pozytywizmu i modernizmu, z podobnym skrzywieniem spirytystycznym. Jakbyśmy na coś czekali…
To zaczyna się trochę wcześniej, w stanie wojennym – pisze o tym dużo Miron Białoszewski. Jego przyjaciele zapisywali się na lekcje medytacji, chodzili na spotkania z uzdrowicielem Clivem Harrisem. Nigdy wcześniej nie widziano u nas chyba aż tylu latających spodków. Z jednej strony prasa potępiała te „niedorzeczne zainteresowania”, a z drugiej – porady radiestetów ukazywały się w książkach z dziedziny budownictwa. W obrębie chrześcijaństwa to z kolei okres doniesień o cudach i objawieniach, najczęściej nieuznawanych zresztą przez Kościół. Pod koniec lat 80. krążą w druku bezpośrednie kopie rymowanych przepowiedni, rozpowszechnianych kilkadziesiąt lat wcześniej na odpustach (pisał o nich Janusz Dunin w „Papierowym bandycie”). Na pewno wielu ludzi spodziewało się, jeśli nie końca świata, to czegoś podobnego.

To wszystko pokazuje, że rozmawiamy o jakiejś epoce mitycznej i że podobne duchologie już w historii występowały. Bo czym innym jest koloryzowanie międzywojnia czy zachwycanie się początkiem lat 60. jako epoką big bitu i lotów w kosmos?
Ale przełom lat 80. i 90. był trudniejszy do jednoznacznego podsumowania przy pomocy prostych obrazów, piosenek, mód. Myślimy międzywojnie – i w popularnej wyobraźni oznacza to Luxtorpedę, „Ferdydurke” i Eugeniusza Bodo, lata 60. - Filipinki, lądowanie na Księżycu itp. A tu mamy trochę więcej chaosu, okres, który nie do końca należy do lat 80. ani 90., w którym coś się szybko zmienia, ale nie wiadomo jeszcze, jaki przybierze kształt. Najbliższą analogią byłyby chyba lata 1945-48, co świetnie pokazała niedawna wystawa „Zaraz po wojnie” w Zachęcie.

Jakie więc byłyby najważniejsze cechy tego widmowego okresu? Bo moim zdaniem chyba to nieustanne stawanie się czymś innym, transgresja, przekraczanie, gonienie za czymś nowym i nie do końca wiadomym.
I jeszcze brak poczucia teraźniejszości: scenografia pozostawała stara, ale jako zbiorowość często żyliśmy wyobrażeniami o tym, jak chcemy żyć i jak już za chwilę będziemy. To pewnie powód, dla którego ten okres w historii jest słabo udokumentowany fotograficznie, przynajmniej przez fotografów polskich – znalezienie zdjęć przedstawiających życie codzienne było pewnym wyzwaniem, sporo znalazłam u fotografów spoza Polski.

Dla mnie ewidentnym końcem tej epoki jest sprawa Artura Brylińskiego i Sławomira Sikory. Zdałem sobie z tego sprawę, kilka dni temu ponownie oglądając „Dług” Krauzego. Jak się Pani odniesie do tej hipotezy?
Dla mnie przede wszystkim ustawa antypiracka, która ukraca na dobre wydawniczą anarchię na rynku muzyki i wideo, oraz zamknięcie pirackich stacji telewizyjnych, przejętych przez Polonię 1. Wstrząsająca historia z „Długu” na pewno jest symbolem i granicą – mówi już o nowym typie przestępczości, który pojawił się w latach 90. To zbrodnie motywowane pieniędzmi, zjawisko, które pojawiło się u nas wraz z biznesem (o tej zmianie i towarzyszącej jej bezwzględności pisał w jednym z reportaży Mariusz Szczygieł). Wymuszenia, szantaże, gangi, mafia – to wszystko zjawiska typowe dla lat 90. już w pełnym rozkwicie.

I na koniec przywołam pogląd, który dzielą ze sobą, w pewnym sensie, Andrzej Stasiuk i Jerzy Duda-Gracz. Chodzi mi o krytykę naszej gonitwy za Zachodem. Czy nie jest tak, że wybierając ścieżkę pogoni za tamtym światem, nie utraciliśmy tej naszej duchologii, która była może przaśna, ale była własna? Bo wie Pani, źle mi się patrzy na tę imitację zachodnich społeczeństw, którą sobie zafundowaliśmy. Ta sama hipsterska muzyczka, te same modne napoje, te same filmy oglądane w kinie czy w domu. Tym faktem na nikim wrażenia nie robimy, a okaleczamy naszą tożsamość. Nie wiem, czy mam rację.
Z jednej strony – Polska nie była nigdy krajem zamkniętym na globalny obieg kultury, nawet w PRL. Zwłaszcza w latach 80., kiedy za sprawą emigracji, indywidualnej wymiany handlowej (mnóstwo osób zajmowało się przecież importem i eksportem na własną rękę, w plecakach i bagażnikach), przedruków w prasie (czasami całkiem dosłownych przeklejek, z fragmentami podpisów po francusku czy niemiecku), potem telewizji satelitarnej – byliśmy na bieżąco już nie tylko z kulturą wysoką, ale też z popkulturą i alternatywą. Polska tak naprawdę nigdy nie wypadła z obiegu kultury zachodniej i często wnosiła do niej nowe jakości. Ale - w latach 90. stało się coś niedobrego. Hasło „polska marka” zaczęło kojarzyć się źle. Niektórzy uznawali, że teraz z Polski trzeba zrobić Paryż, inni, że Amerykę, a inni – że owszem Polskę, ale XIX-wieczną. W rezultacie własny charakter gdzieś znikał, za sprawą samospełniającej się przepowiedni naprawdę zmieniliśmy się na jakiś czas w biednych, nieśmiałych młodszych kuzynów, którzy próbują udawać kogoś, kim nie są. Przy okazji na mocy złych skojarzeń z dziedzictwem PRL wylano dziecko z kąpielą – załamały się na jakiś czas dziedziny, w których Polska była wybitna, jak grafika, film, plakat, animacja, wzornictwo przemysłowe. Najbardziej ten kiepski imitacjonizm rzucał się w oczy w kinie i muzyce pop. Dla kina lata 90. to epoka wielkiej mizerii – powstaje oczywiście kilka ważnych filmów, ale poza tym reżyserów dopada mania papugowania Hollywood. W muzyce pamiętam nieustanne poszukiwania „polskich Spice Girls”, „polskiej Madonny”. Kiedy recenzenci pisali o Edycie Górniak, nazywali ją „polską Whitney Houston”, tak, jakby nie mogła być po prostu Edytą. Zawsze wtórnie, zawsze o krok do tyłu. Czerpanie z inspiracji światowych odbywało się na zasadzie bezmyślnego kserowania. A to, że ktoś nie czuje się komfortowo we własnej skórze, zwykle widać na pierwszy rzut oka.
To, jak Polska wyglądała w czasach duchologii, to między innymi skutek rozbieżności między tym, jakie mieliśmy plany i ambicje, a jakimi środkami dysponowaliśmy. Paradoksalnie, czasami twórczemu myśleniu sprzyjają ograniczenia – na przełomie lat 80. i 90. powstało sporo ciekawej twórczości użytkowej i amatorskiej, o czym zresztą piszę w książce, ale to były zwykle przypadkowe momenty geniuszu, które powstawały w warunkach niedoboru techniki i umiejętności. Musimy pamiętać, że w latach 80. technologicznie znaleźliśmy się w stanie hibernacji i ujednolicenie, o którym Pan mówi, to po prostu efekt wyrównania tej luki. Myślę, że wejście w globalny obieg produktów i symboli to nieunikniony proces i nie ma w nim nic złego, za to ważne jest, żeby działać w tym obiegu na równych warunkach, mówić własnym głosem, oferować śmiało coś od siebie. Myślę, że znaczenie ma to, w jaki sposób korzysta się z jakiegoś wzorca. Mickiewicz nie wymyślił poezji romantycznej, a Niemen muzyki soul, ale stworzyli coś własnego i znakomitego w ramach nurtów międzynarodowych. W latach 90. przez niemądry „odruch kolanowy” i nieuzasadnione kompleksy zapomnieliśmy o pracy nad naszą własną marką. Zdarzało się, że przypominali nam o niej zachwyceni ludzie z całego świata: kolekcjonerzy płyt i DJ-e, którzy pokochali polski jazz, strony internetowe typu 50Watts, gdzie tysiące ludzi podziwiały polską ilustrację i plakat. Wtedy z zaskoczeniem przypominaliśmy sobie o tym, jak świetne, twórcze zjawiska zaistniały w naszym kraju, a my odesłaliśmy je do lamusa. Dobrze, że to się zmieniło – świetnie ma się dzisiaj polska ilustracja, książka dziecięca, wzornictwo, muzyka niezależna i współczesna, odkryliśmy na nowo polską szkołę reportażu. Podoba mi się też moda na podkreślanie przywiązania do swojego miasta czy regionu. Nawet modne napoje w kawiarniach niekoniecznie pochodzą z importu, równie często mają polskie nazwy i składniki. Myślę, że oduczyliśmy się papugowania. 


wtorek, 28 czerwca 2016

Olga Drenda - Duchologia polska. Widmowa epoka

Przeszłość płata nam figle. A my, chcąc, nie chcąc, uczestniczymy w teatrze cieni, jakim staje się grzebanie we własnych wspomnieniach. Jeśli te zaś wiążą się z naszym dzieciństwem czy młodością, tym łatwiej ulec ich urokowi. Stajemy wówczas w obliczu widmowej epoki, która urasta do rangi prywatnego mitu. Mit ten buduje naszą tożsamość, i tę prywatną, i społeczną. Czymże jest bowiem gremialne odwoływanie się pokoleń do czasów ich młodości, kiedy wszystko było łatwiejsze i piękniejsze. To naturalnie mit, bo historycy mają własne zdanie o wielu epokach dumnych i chmurnych. Jednak mit jest silniejszy niż rzeczywistość. Co jednak by się stało, gdybyśmy chcieli zajrzeć poza kurtynę? Gdyby spróbować uporządkować wielość narracji związanych, powiedzmy, z przełomem lat 80. i 90. Epoka widm – bo z takim obrazem tych kilku lat mamy do czynienia w „Duchologii polskiej” Olgi Drendy – jawi się w rzeczonej pozycji jako okres chaotycznej przebudowy samej Polski i tożsamości społeczeństwa. Trudno więc dokonać spójnej syntezy czegoś, co utkane jest z duchów.

Na początku było światło. Nie chodzi o tę religijną, ewangeliczną wartość, ale jak najbardziej o zjawisko fizyczne, a raczej o jego kolor. Bo od koloru fotografii zaczyna autorka swoją „Duchologię”. Zauważa pewien wspólny rys zdjęć z końcówki lat 80.: ciepłe, sierpniowe światło, które zdawało się wypełniać przestrzenie miast. A te przecież zapamiętaliśmy jako szare i ponure fin de sieclem schyłkowego Peerelu. Olga Drenda pyta o ten fenomen zagranicznych fotografików nawiedzających Polskę w tym okresie. Wszyscy rozmówcy widzą ten wspólny mianownik. I nie wiem, czy za przyczyną faktycznych wspomnień, czy autosugestii wdrukowanej mi przez autorkę, sam przypominam sobie koniec ósmej dekady XX wieku jako czas łagodnego światła. I czas, w którym każdego 22 lipca zawsze świeciło słońce. Poprzestańmy na tym, bo „Duchologia polska” to książka nie tylko o świetle. Przede wszystkim dotyczy zaś tego, co w estetyce tej dziwnej epoki było ważne, a dzisiaj stało się wspomnieniem. Duchem, fantomem, czy jak jeszcze by je nazwać.

Duchów tych autorka szuka w przeróżnych światach, niekoniecznie pokrywających się ze sobą. Zagląda do mieszkań przeciętnych, ale i tych bogatszych Polaków, i szuka w nich spójnej wnętrzarskiej myśli. Przywołuje wszechobecne meblościanki, jak i zestawy Kontiki, widząc pewne zbieżności z takim myśleniem o przestrzeni, które kojarzymy ze szwedzkim koncernem meblowym IKEA. Zajmuje się kreatywnością z epoki, w której niedobór był codziennością, i dochodzi do interesujących wniosków. Przypomina modę na odtwarzacze wideo, zbieranie puszek po napojach i okno na Zachód w postaci programu telewizyjnego zatytułowanego „Bliżej świata”. Autorka, w poszukiwaniu widm przełomu lat 80. i 90., odwiedza dziko i spontanicznie wyrastające targowiska z wszędobylskimi jugosłowiańskimi budkami. Tam spogląda na handlarzy wybuchłą nagle prozą sensacyjną Ludluma i McLeana albo sprzedawców kaset magnetofonowych. Zajmują ją okładki książek, kaset, czasopism, na których widzi rodzący się, ale jeszcze naiwny polski design.

W poszukiwaniu kodu kulturowego tamtych lat autorka „Duchologii polskiej” sięga nieraz po zjawiska tyle osobliwe, co zupełnie zapomniane, jak jakieś efemeryczne zespoły discopolowe, czy chałupnicze tłumaczenia powieści fantastycznych. Zauważa mimowolny surrealizm i kamp, również w modzie na wahadełka, różdżki, przepowiednie czy hipnozy Kaszpirowskiego. Nie dworuje sobie jednak wzorem młodzieńców zafascynowanych muzyką alternatywną i estetyką kiczu lat 80., ale stara się zrozumieć, co się wówczas działo. Bo era polskiej duchologii, przypadająca na czas między 1988 a 1994 rokiem, w zasadzie znikła z naszych ulic. Czasem tylko przypomni o sobie w jakimś cudem ocalałym sklepie powstałym na fali poluzowania gospodarczego ostatniego rządu PRL, czy we wnętrzu mieszkania, w którym właściciele nie dokonywali żadnych zmian. Ale w zasadzie odeszła w niebyt wraz z jej spontanicznością, umiłowaniem krzykliwości i pierwszych zachłyśnięć się zachodnią rzeczywistością. Trzeba oddać autorce, że bardzo umiejętnie i bez zbędnego szarżowania akademickim bełkotem oddała i atmosferę epoki, i dokonała syntezy jej estetyki.

Rzecz jasna, można by powiedzieć, że zabrakło w tym na poły eseju, a na poły reportażu, pogłębienia niektórych zjawisk. Bo „Duchologia polska” jest przyczynkiem do szerszego spojrzenia na ten krótki, ale osobliwy czas. Mnie osobiście zabrakło większej liczby stron poświęconych przemianom muzycznym, znikaniu i przekształcaniu się subkultur, komercjalizacji sceny. Mogła również Olga Drenda mocniej skupić się na całym systemie kolekcjonowania kaset, który nie ominął również i mnie. Mam jednak świadomość, że to zbędne postulaty, bo każdy z nas zapamiętał tamte lata po swojemu. A duchy mają to do siebie, że są ulotne i każdego dnia widać je nieco inaczej.

Olga Drenda, Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji, wyd. Karakter, Kraków 2016, ss. 251.

niedziela, 26 czerwca 2016

Jacek Hugo-Bader - Skucha. Kto wypada z gry?

Kilkanaście miesięcy temu głośno było o sprawie spoliczkowania Michała Boniego przez Janusza Korwin-Mikkego. Do spotkania doszło w Brukseli, gdzie tych dwóch dżentelmenów zasiada w ławach europosłów. Ten akt symbolicznej przemocy Korwin-Mikke zapowiedział już dawno temu, a wiązał się on z kłamstwem lustracyjnym Boniego, o które papież polskich kuców oskarżył dawnego działacza opozycji. A dlaczego tak zaczynam ten tekst? Pojawiła się bowiem „Skucha” – długo wyczekiwany tekst reporterski Jacka Hugo-Badera, którego jednym z bohaterów jest Michał Boni. Książki Hugo-Badera rozpalają dyskusje i prowokują do ferowania skrajnych wyroków. Podobnie było z trylogią rosyjską i reportażem z Broad Peak, nie inaczej jest w przypadku „Skuchy”. Wyraz ten, jak podaje Słownik Języka Polskiego, oznacza pomyłkę w dziecięcej zabawie. Pomyłka ta skutkuje utratą cennych punktów albo nawet wypadnięciem z gry. –Skusiłeś – mówią dzieci i wypychają niechcianego rywala z przestrzeni gry. Ten, który skusił, musi pożegnać się z traktowaną jak najbardziej poważnie zabawą i zostaje na jakiś czas niechcianym podwórkowym pariasem. Okrutne to, ale jakże podobne do tego, co dzieje się w świecie dorosłych.

A w świecie dorosłych najbardziej cenioną zabawą jest polityka. Tę uprawiać można również w warunkach niewoli, wówczas staje się ona jeszcze bardziej krwista i bezlitosna. Pokazały to niesnaski w emigracyjnych obozach partyjnych w czasie zaborów i po drugiej wojnie światowej. Nie inaczej było podczas pierwszej i drugiej Solidarności. „Skucha” traktuje między innymi o tym, ale przede wszystkim pokazuje ludzi, którzy „skusili”, więc z różnych powodów wypadli z gry, którą jest bieżąca polityka. Michał Boni jest pośród nich wyjątkiem, który zawsze kręcił się w okolicy warszawskich salonów i nieraz obejmował intratne stanowiska publiczne. A że podpisał w dawnych czasach zobowiązanie o współpracy, sprawa ta ciągnęła się za nim i – jak sam stwierdza – nie dawała spokoju. To już trudno ocenić, w każdym razie indagowany przez Hugo-Badera polityk kaja się i przeprasza, żałując, że przyznał się tak późno. Obraz Boniego w ogóle jest dość ciekawy: z kart „Skuchy” spogląda na nas człowiek słaby, niemający szczęścia w kolejnych małżeństwach, przyznający się do tego, że liczy na opiekuńczość kobiet, z którymi tworzy związki. Nawet jeśli reporter nie miał zamiaru aż tak odbrązowić swojego przyjaciela, dał paliwo przeciwnikom Boniego i jego politycznej formacji.

O przyjaźni wspomniałem również nieprzypadkowo. Autor „Skuchy” bowiem wraca po latach do swoich byłych konspiracyjnych towarzyszy, aby po latach zadać im pytanie Krzysztofa Kąkolewskiego „co u pana/pani słychać?”. Jak sam przyznaje, jest to jego najdłużej powstająca książka. Przymiarki do niej powstały jeszcze w poprzednim stuleciu, ale praca szła na tyle opornie, że ukończona została dopiero w bieżącym roku. Trudniej przecież rozmawia się ze swoimi, szczególnie gdy większości z nich uroki transformacji ustrojowej nie przyniosły żadnych korzyści: ani materialnych, ani społecznych, ani nawet symbolicznych. Skusili i wypadli z obiegu. Szkoda, że Hugo-Bader nie zadaje tych niewygodnych pytań, które podważają sens całego przedsięwzięcia, jakim była zmiana ustroju. Zadaje za to wiele tych pytań z gruntu osobistych, rozdrapuje rany z życia prywatnego, pyta o rozwody, zdrady, problemy z tożsamością. Jest przy tym bezlitośnie szczery, co spowodowało, że i Andrzej Horubała w „Do Rzeczy”, i Jarosław Czechowicz na blogu Krytycznym Okiem dość ostro zareagowali na jego naturalizm. Bo faktycznie, przyznać im obu trzeba, że Hugo-Bader szarżuje, nie oszczędzając swoich bohaterów. Ale czy zabieg ten faktycznie zasługuje na takie potępienie?

Pojawiają się więc w „Skusze” duchy obecnych i dawnych przyjaciół autora: Ewy Choromańskiej, wspomnianego już Michała Boniego, Ewy Hołuszko (dawniej Marka) i innych. Wśród nich są dwie postacie szczególnie widmowe: Jan Mojka oraz Zyta Rywkin. Po odpowiedź dotyczącą ich widmowości odsyłam do tekstu: odsłania on pod koniec dość zaskakujące rozwiązanie, zdradzając poniekąd czytelnikowi przepis na tworzenie reportaży. Nie wiem, kto oprócz autora byłby w stanie przyznać się do tego, co ten zrobił ze swoimi postaciami. A że tak się robi nagminnie, jestem przekonany. Pisze poza tym autor, że solidarnościowa rewolucja, którą opisuje, została w jego środowisku zrobiona rękoma tajnego współpracownika, więźnia kryminalnego oraz transseksualisty. To również zdanie stworzone niejako po bandzie, przeciwko któremu, jako człowiek również zaangażowany w solidarnościowe podziemie, tak oburzał się Andrzej Horubała. Horubała domagał się odrobiny mitu, odrobiny godności, odrobiny pamięci, w której będzie miejsce na coś więcej niż sama kontrowersja. 

Czy miał prawo Jacek Hugo-Bader tak ocenić solidarnościowe podziemie? Nie mogę mu tego prawa odmówić. W odróżnieniu od Legionów Piłsudskiego, żołnierze Solidarności poszli na pewien coraz bardziej krytycznie oceniany kompromis. Okrągły Stół, bo o nim mowa, nie był czystą rozgrywką, również stopień infiltracji organizacji był przerażający. Poza tym, im bliżej wydarzenia, tym dalej od mitu, który jeszcze nie zdążył okrzepnąć. Może takie biologiczne, krwiste spojrzenie na opozycję antykomunistyczną stanowić będzie przeciwwagę dla tych lukrowanych historyjek, coraz częściej opowiadanych przez te same media, które widzą w Żołnierzach Wyklętych samych zbrodniarzy, a kolaborujących opozycjonistów tłumaczą koniecznością dziejową. Punkt dla „Skuchy” za to, że mimowolnie wyłamuje się z narracji medium, z którym od lat współpracuje jej autor.

Jacek Hugo-Bader, Skucha, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 315.

środa, 22 czerwca 2016

Muzyczny tygiel radiowy - rozmowa z Wojciechem Lisem

Czy dzisiejsze radio różni się wiele od tego, którego słuchano na przełomie lat 80. i 90.? Jeśli tak - to na czym te różnice polegają? Wojciech Lis - autor szeroko komentowanej pozycji - "Decybelowego obszaru radiowego" - próbował na te pytania odpowiedzieć i w tym celu zwrócił się do kilkudziesięciu osobowości medialnych tamtego okresu. W jego książce mówi i Marek Niedźwiecki, i Tomasz Ryłko. Trudno o bardziej skrajny przykład radiowego pluralizmu. Teraz zaś oddaję głos samemu autorowi, który opowie o własnych odczuciach dotyczących polskiego radia i Polskiego Radia.

Czytając „Decybelowy obszar radiowy”, wielokrotnie wracałem do swoich pierwszych przygód z radiem. Bardzo dobrze udało Ci się uchwycić ten radiowy romantyzm, którego dzisiaj raczej nie ma.
Dziękuję. Nie ma dla mnie - autora „Decybelowego obszaru radiowego”, nic milszego niż usłyszeć z Twoich ust takie słowa. To budujące.

Jakie miałeś marzenia o radiu jako młody słuchacz? Co byś chciał w nim wówczas zmienić? Pytam, bo pamiętam narzekania jednego z redaktorów „Magazynu Muzycznego” na temat zbyt dużej ilości gadania i zbyt małej ilości muzyki i to nie do końca komercyjnej.
Ja w „Decybelowym” nie uzurpuję sobie prawa do bycia jakimś reformatorem czy specjalistą od radia – tym zajmują się ludzie znacznie lepiej przygotowani.
 
Jako młody chłopak nie miałem aspiracji, aby w radiu cokolwiek zmieniać. Musimy mieć świadomość tamtych czasów. W 1985 roku (miałem wówczas raptem 9 lat), w Liście Przebojów Programu Trzeciego usłyszałem fragment utworu „Horror” Oddziału Zamkniętego. Byłem pod wrażeniem. Piszę o tym dlatego, że dosyć dobrze zapamiętałem tamten moment. Oddział z tamtego okresu, to do tej pory mój ulubiony zespół i afekt wobec tej formacji zrodził się właśnie w tamtych, formacyjnych latach, gdy zaczynałem słuchać radia.
 
W marcu 1986 w Klubie Stereo (Program Czwarty Polskiego Radia) Marek Gaszyński zaprezentował kilka płyt Led Zeppelin. Te audycje, energia bijąca z emitowanych wówczas płyt Brytyjczyków, wywarły na mnie kolosalne wrażenie. We wrześniu 1987 roku w „Muzyce Młodych” (Program Drugi Polskiego Radia) usłyszałem Motorhead „No Sleep 'til Hammersmith”. To był szok. Czułem się sponiewierany. Niby oba zespoły z Wielkiej Brytanii, ale wtedy Lemmy ryczący do mikrofonu był w zestawieniu z czterema gentlemanami z Zeppelin, jak nieludzki, dziki stwór, ustawiony przy mikrofonie. 

W listopadzie 1989 r. Marek Wiernik zaprezentował w audycji „Cały ten Rock” (Program Trzeci Polskiego Radia) płytę LARD – „The Power Of Lard”. Dzieło dwóch indywidualności sceny niezależnej: Biafry i Jourgensena. To był także duży cios. Przypominam, że miałem wówczas 13 lat. Po co ten skrupulatny i nieco nużący wywód? Aby uświadomić, że w takim radiu, tak dobrym radiu - nic nie chciałem zmieniać. Dla mnie było idealne. Ono mnie kształtowało muzycznie i w tych audycjach radiowych coś dla siebie odnajdowałem. Także w programach Rozgłośni Harcerskiej. Liście Przebojów prowadzonej przez Bożenę Sitek i Pawła Sito. To tu w Rozgłośni usłyszałem pierwszy raz Bieliznę, Piersi czy 1984. Nigdy nie zapomnę też Tomasza Ryłko, który w swoich krótkich audycjach prezentował absolutną dzicz muzyczno-estetyczną. W jego autorskim „Niecałym Rocku” usłyszałem chociażby włoski Wretched czy brytyjski Active Minds. To były najgłębsze czeluści europejskiego podziemia hardcore/punk. 

Co jeszcze? Maciej Chmiel i Robert Tekieli prezentowali w „Zadzwońcie po Milicję” (radiowa Jedynka) duński, punkowy President Fetch czy rodzimy Max i Kelner, Filip Łobodziński w „Demo Top” (radiowa Trójka) grał szczeciński thrashowy Egzekuthor, Maciej Chmiel w „Ręce boksera” krautrockowy, niemiecki Faust, a Roman Rogowiecki w audycji „Metalikus” (radiowa Trójka), prezentuje słuchaczom amerykańskich gigantów death metalu – Obituary. Było w czym wybierać, a to i tak tylko wybiórcze i moje subiektywne wspomnienia

Zatem w tamtym radiu ten muzyczny tygiel bardzo mi pasował. I mówię tu tylko o muzyce, która dla mnie najbardziej się wówczas liczyła – wygrała zresztą z innymi pasjami: najpierw był to waleczny Bruce Lee (w wieku 6 lat twierdziłem zresztą, zapatrzony w swojego idola, że nazywam się Bruce Lis) oraz piłką nożną, którą czynnie uprawiałem w latach 1986-1992, reprezentując barwy KS Siarka Tarnobrzeg.

Pamiętam artykuł Grzegorza Brzozowicza z Non Stopu. Kwestionował hołubienie przez Tomasza Szachowskiego w „Wieczorze Płytowym” (Program Drugi Polskiego Radia) płyt zespołów progresywnych, o których Red. Szachowski mówił w kategoriach wybitnych czy kultowych. Brzozowicz trafnie argumentował, że trzeba ważyć słowa, nie szermować „kultowością” i nie wciskać młodzieży kitu, gdy obok jest tyle wartościowej muzyki.

Oczywiście, marzyłem, aby w radiu prowadzić własną audycję. Ale były to marzenia dziecka, które nagrywało na kasetę zapowiedzi swoich ulubionych piosenek. Po latach to marzenie tylko połowicznie się ziściło. W Radiu Leliwa w Tarnobrzegu pojawiłem się gdzieś pod koniec 1999 roku. I związałem się z nim na 8 lat. Muzyki jednak nie prezentowałem, natomiast pracowałem na antenie i w dziele informacji lokalnych.
 
Rozmawiałeś z kilkudziesięcioma osobistościami radiowymi, z tymi związanymi z państwową rozrywką, jak i pasjonatami, którzy prezentowali na antenie naprawdę ekstremalne dźwięki. Którzy z nich okazali się najtrudniejsi w kontakcie?
Akurat ci, którzy odpowiedzieli na moje pytania, to ludzie, z którymi współpraca układała się bardzo dobrze. Generalnie wszyscy okazali się ludźmi bardzo uprzejmymi i życzliwymi. Hm…Szwankowała jedynie komunikacja między mną a Kamilem Sipowiczem. Cóż, jako zdeklarowany i wielki fan Kory i Maanamu (do płyty „Się ściemnia” włącznie), bardzo chciałem, aby Kora pojawiła się w tej książce. Udało się, choć szło to jak po grudzie. Nie bez znaczenia był udział w książce Bogdana „Bodka” Kowalewskiego, basisty Maanamu. Myślę, że Sipowicz uznał, że skoro jest Kowalewski, to nie może zabraknąć Kory. O innych mogę mówić w samych superlatywach.

Sporo nazwisk wypowiada się w Twojej książce tak, jakby kiedyś w radiu prezentowano tylko dobrą muzykę. A wiemy przecież jak było: Krawczyk czy Sabrina sami się nie puszczali w eter…
Powiem szczerze, że Sabriny to z radia nawet tak nie zapamiętałem, co raczej z telewizji, gdzie pani ta prężyła swoje okazałe muskuły. To chyba radiowa „Jedynka” - taka państwowa i sroga była głównie miejscem, gdzie sporo miejsca znajdowali wykonawcy pokroju Ireny Santor, Mieczysława Fogga, Jerzego Połomskiego czy Krzysztofa Krawczyka. Nie miałem z tym problemu. Wybierałem inny kanał. W książce nie było moją intencją rozprawiania się z kimś, kto emitował muzykę obcą mi stylistycznie. Na obronę „tamtego radia” dodam, że dziś nie do pomyślenie jest wysłuchanie około godziny 15.00 w radiu czegokolwiek cięższego niż seplenienie Artura Gadowskiego, a przecież kiedyś była to pora emisji „Muzyki Młodych”, „Demo Topu”, „Brumu” lub „Niecałego Rocka”, gdzie można było usłyszeć, jak wiesz, spore ilości mocnego rocka.   

Kwestia, którą warto by poruszyć, ale jest dość drażliwa, to fakt agenturalnego umoczenia niektórych radiowych dziennikarzy. Nie sądzisz, że gdy w stanie wojennym prowadzono rekrutację do Trójki, nie weryfikowano dokładnie tego, kogo się do pracy przyjmuje. Jakoś trudno uwierzyć mi w mit niepokorności wszystkich z nich.
Nie analizowałem tego i nie grzebałem nikomu w życiorysach. Starałem się unikać w książce politykowania, a raczej w sposób pluralistyczny zaprosić i zaprezentować sylwetki osób, które zapamiętałem z radia – bez względu na ich obecne lub przeszłe poglądy. Stąd z jednej strony jest Maciej Chmiel („pisowiec”), którego zawsze słuchałem z przyjemnością w „Zadzwońcie po Milicję”, „Dzikiej rzeczy” czy „Ręce boksera”, a z drugiej strony jest Sławomir Zieliński („komuch”), któremu zdarzało się pojawić się w popołudniowym paśmie „Zapraszamy do Trójki”, gdzie rubasznie opisywał okładki płyt prezentowanych przez Romana Rogowieckiego w „Metalowych Torturach”.

Czytam czasem, że coś tam próbuje się wyciągać Markowi Niedźwieckiemu. Dla mnie on zawsze pozostanie świetnym prowadzącym Trójkową Listę Przebojów, dzięki któremu usłyszałem bardzo dużo dobrej muzyki. I to w najwcześniejszym okresie mojego życia. Poza tym Marek Niedźwiecki wbrew swojej pani manager, która mnie od niego nieskutecznie oddzielała, odpowiedział na moje pytania. Tym bardziej mój ukłon wobec Marka Niedźwieckiego.

Mam na karku 40 lat i kim ja jestem, aby kogoś weryfikować, oceniać czy moralizować? Mit niepokorności, o który pytasz zdecydowanie bardziej drażni mnie u ludzi związanych z takimi zespołami jak Perfect, którzy rzekomo mężnie walczyli z komuną, śpiewając „chcemy bić Zomo”. Doprawdy nie wiem, jak Panowie Hołdys czy Markowski, którzy de facto byli beneficjentami tamtego ustroju, kontestowali ówczesny stan rzeczy. Bo w liczbie zagranych koncertów, nagranych płyt, emisji piosenek w ówczesnym radiu czy wypitej wódki z całą pewnością są mistrzami. I być może pod wpływem tej właśnie wódki czasem na koncercie wyrwało się z gardła wokaliście grupy Perfect, że „chce bić Zomo”, dlatego dziś chodzi z tego powodu w glorii i chwale.

Nadeszły lata 90., a z nimi wydawało się, że radio co prawda się zmieni, ale że zostanie na pewnym kontrkulturowym poziomie. Domyślałeś się, że dożyjemy czasów, w których wyraz „radio” stanie się synonimem muzycznego bezguścia?
Pamiętam rok 1990, kiedy z „Muzyki Młodych” nagrywałem jeszcze płyty Nasty Savage – „Penetration Point” czy Sodom – „Agent Orange”. Pamiętam też ostatnią emisję audycji, w której Marek Gaszyński mówił, że audycja zostaje zdjęta z anteny. Miałem 14 lat i było mi przykro. Kończyło się coś, z czym bardzo zżyłem się emocjonalnie. Krzysztof Brankowski apelował wówczas, abyśmy my – słuchacze, pisali do dyrekcji Drugiego Programu Polskiego Radia z monitami o pozostawienie na antenie audycji. I tak nikt nas wtedy nie posłuchał. Nie miałem jednak pojęcia, dokąd to zmierza. Byłem młodym smykiem. Po zawieszeniu „Muzyki Młodych” i generalnie po tym, co zaczynało się dziać w kraju, czułem, że idzie nowe i nieznane. W latach 90., zwłaszcza w tych powiedzmy pięć pierwszych latach dekady było w radiu jeszcze całkiem nieźle. Pojawiły się nowe stacje i nowe twarze (głosy). Część ludzie związanych z Polskim Radiem trafiła do stacji komercyjnych, np. Wojciech Mann do Radia Kolor. Z Rozgłośni Harcerskiej część personelu trafiło do innych stacji radiowych. Tomasz Ryłko wylądował w efekcie w RMF FM, Zbyszek Zegler współtworzył Rock Radio Śląsk, a Paweł Sito – Radiostację. Ale wtedy – tamtego radia słuchałem jeszcze z przyjemnością. Przecież w radiowej Trójce pojawiła się znakomita audycja „Brum”.
Pod koniec lat 90. traciłem zainteresowanie radiem. Wolałem swoje płyty i kasety.

Mówiąc o radiu komercyjnym, nie sposób nie wspomnieć o zaklętym kręgu reklamodawców i rozgłośni. Wiadomo, że radio komercyjne gra chłam, bo korporacyjne grubasy go chcą, a publiczność się do niego przyzwyczaiła. Czasem myślę sobie, czy teoretycznie dałoby się ten zły gust publiczności masowej zmienić.
Wątpię, abyśmy dziś zmienili gust masowej publiczności. Skąd te tłumy na koncercie Zenka Martyniuka na Juwenaliach w moim rodzinnym Tarnobrzegu? Nie byłem – widziałem jedynie zdjęcia. To jest myślenie w kategoriach życzeniowych. Inna sprawa, że o gustach się nie dyskutuje. Dla mnie pan Zenek nie jest interesujący, a znowu dla kogoś moja propozycja muzyczna jest nie do przyjęcia. Nie oszukujmy się - łatwiej przyciągnąć do pozostania przy odbiorniku „szarego Kowalskiego” piosenką Ireny Jarockiej - „Kawiarenki” lub Boney M. – „Rivers of Babylon”, niż utworem The Clash – „London Calling” albo „Changes” Davida Bowiego. Może jestem nieco pesymistyczny w swych ocenach, ale uważam, że „kijem Wisły nie zawrócisz”.

Gdy opowiadam młodszym od siebie ludziom, że kiedyś w RMF FM można było usłyszeć ostrą muzykę metalową, niemal mi nie wierzą. Co zrobiono źle, że z radia wyparowała muzyka ambitniejsza?
Ona chyba aż tak całkiem nie wyparowała. Jest jej zdecydowanie mniej, no i emitowana jest w porach, kiedy śpimy lub układamy się do snu. To są zresztą bardzo indywidualne przypadki. W Trójce są „Ossobliwości muzyczne” Wojciecha Ossowskiego, jest audycja „HCH” - Bartka Chacińskiego i Jacka Hawryluka. W Polskim Radiu RDC Marek Wiernik ma „Rock Wiernika”. W Antyradiu jest Jarek Giers z „Rzeźnią” czy Piotr Makak Szarłacki z audycją „MakakArt /Makakofonia”. W Radiu Rzeszów mamy „Rock Radio” Jerzego Szlachty, w Radiu Kraków „Nocny Szlak” Jerzego Kukuczki. W poznańskim Radiu Afera - „Thrashing Madness” Leszka Malendowskiego. Tymczasem w moim rodzinnym Tarnobrzegu kolega Piotr Duma ma także swoją autorską audycję na falach Radia Leliwa.

Owszem, RMF to kiedyś było inne radio, które chociażby miało patronat medialny nad pierwszą i drugą kasetą warszawskiego LessDress, a Piotr Metz grał po południu utwory z płyty Death „Individual Thought Patterns”. Mało tego - transmitowano koncerty, klasycznych, rockowych grup np. Aerosmith. Do tej pory mam na kasecie ich koncert z Luksemburga z okolic 1994 roku. Pamiętajmy też, że przez kilka lat na swojej antenie RMF FM gościł Tomasza Ryłko z jego audycją „Ryłkołak Horrorshow”.

A może zbyt patrzymy na Zachód i wylewamy dziecko z kąpielą? W USA przecież istnieje sporo stacji grających muzykę rockową, a my przeoczyliśmy ten fakt i daliśmy ludziom najgorszy sort piosenek popowych.
Nie jestem ekspertem, który mógłby dokonywać dosyć trudnych porównań pomiędzy radiofonią Polską a tą w USA. Stany to duży kraj, gdzie podział na przemysłową północ i rolnicze południe jest nadal żywy. Zatem granie w radiu na południu USA piosenek The Allman Brothers lub Lynyrd Skynyrd to dla tych z północy słabe, konserwatywne plumkanie wieśniaków z Alabamy. Na północy preferują coś innego. 

Wydaje mi się, że błędy w Polsce zostały popełnione w latach 90. A odpowiada za to m.in. formatowanie i sieciowanie, czyli mówiąc najprościej - mieszanina muzyki i tematów poruszanych na antenie, które docierać mają do określonego słuchacza. 

W efekcie całkiem niedawno (artykuł z 17.06.2016 r. na portalu wirtualnemedia.pl) na trzecią pozycję podium - z miejsca siódmego - awansowało w Warszawie radio VOX FM, które gra m.in. disco polo. Mówię o raporcie Radio Track Millward Brown za okres od grudnia 2015 roku do maja 2016 roku, a dotyczącego najpopularniejszych stacji radiowych w Warszawie. Tytuł „Disco Polo podbija Warszawę” może i jest trochę na wyrost, ale i tak jest symptomatyczny.

Gdybyś miał wskazać jedną kwestię, której brakuje Ci w dzisiejszym radiu, co by to było przede wszystkim?
To trudne pytanie, bo radio w Polsce to dosyć ogólna formuła. Obecnie radia słucham bardzo mało. Tych komercyjnych bonzów, którzy są na rynku dominujący, kiepsko mi się słucha. Radiowej Jedynki przestałem słuchać. Mimo, że kilka lat temu, gdy Zbyszek Zegler był szefem muzycznym Jedynki, to radio stało się moim ulubionym – zwłaszcza rano od 6.00 z przyjemnością słuchało się muzyki (Zbyszek potrafił zagrać Oddział Zamknięty – „Party” czy Johna Lennona – „Imagine”). W nocy dla odmiany Zbyszek miał swój program „Elektykon”, w którym prezentował bardzo interesującą muzykę. Teraz jednak odpuściłem Jedynkę. Przestała mi odpowiadać. Od lat słucham natomiast lokalnego Radia Leliwa dla wiadomości z mojego regionu.

Abstrahując od polityki, bo to nie jest główny wątek naszej rozmowy, w radiu brakuje mi większego pluralizmu muzycznego, jeśli mogę to tak ująć. Wiadomo, że w komercyjnych stacjach nie usłyszę zespołu Armia lub Vader. Ale w publicznym? Chciałbym.

Jak więc wyobrażasz sobie dzisiaj idealne radio i gdzie jest raczej jego miejsce: w eterze czy w internecie?
Moje idealne radio nie byłoby idealnym ani dla Ciebie, ani też zapewne dla nikogo innego. Bo kto chciałby słuchać radia, gdzie można usłyszeć rotowane nagrania Ultravox, The Stooges, Celtic Frost, Kolaborantów albo Mercyful Fate obok Kate Bush, S.O.D. i Frankie Goes To Hollywood ? Jedynie ja sam. Dlatego, jak wielu moich rozmówców twierdzi, że idealne radio nie istnieje, to ja się z nimi jestem skłonny zgodzić.

Gdy myślę o przyszłości radia, to z jednej strony mam wrażenie, że może być ono wypierane - szczególnie przez internet. Tym samym dla młodego pokolenia może jawić się, jeśli już tak nie jest, jako przeżytek i mało atrakcyjne medium. Z drugiej strony, radio nieprędko powinno zniknąć z naszego życia. Wszak nadal jest spora grupa odbiorców, która korzysta z dobrodziejstwa „obszaru radiowego”, wybierając tylko takie stacje, które uznaje za najbliższe swoim oczekiwaniom.