Taktyka salami polega na stopniowym oswajaniu społeczeństwa z nowinkami, które nie zostałyby zaakceptowane w zwykłym trybie. Przypomina to również gotowanie żaby. Nie wrzucamy jej od razu do wrzątku, ale pozwalamy jej pływać w letniej wodzie i powoli podkręcamy temperaturę. Żaba nie zorientuje się, że właśnie została ugotowana, zaś nieuważny obserwator nie zauważy, że salami, które przed chwilą było jeszcze w całości, teraz jest już nędznym skrawkiem. W ten sposób pogrywa sobie z nami skrajna lewica i jej „zbrojne ramiona” w postaci mniejszości seksualnych, feministek czy zwolenników aborcji na życzenie. Na początku zawsze chodzi im o tolerancję, potem żądania zaczynają eskalować, a na końcu okazuje się, że tolerancja to ściema, bo celem tak naprawdę była hegemonia. Pomagają w tym procederze sztucznie utworzone pojęcia, jak na przykład „mowa nienawiści”, „homofobia”, „transfobia” i tym podobne. W oficjalnej narracji lewej strony są one sensownymi terminami, w praktyce oznaczają zaś narzędzie do kneblowania ust przeciwnikom politycznym. Warto więc dowiedzieć się, skąd takie maniactwo.

Opowiada o nim Marguerite Peeters, która w swojej pracy pt. „Globalizacja zachodniej rewolucji kulturowej” ukazuje proces trwający już od końca XIX wieku, a nasilający się szczególnie po roku 1968. Peeters pracowała w ONZ, toteż widziała od kuchni, jak wdraża się w życie wszelkie anarchiczne idee i jak przedstawia się je społeczeństwom. Chodzi przede wszystkim o podmianę pojęć i tworzenie orwellowskiej nowomowy. Tak wytresowane społeczności są bardziej podatne na propagandę. U źródeł tych przemian leży oczywiście rewolucja seksualna, której patronami byli chociażby Wilhelm Reich, Margaret Sanger czy Simone de Beauvoir. Ich koncepcje były ówcześnie uznawane za wywrotowe, potem zaś stały się aksjomatami nowoczesnej psychologii i socjologii. Natomiast oparte są na kłamstwie i przeinaczeniu. Peeters przedstawia przekonujące dowody, że ci, którzy stoją za dzisiejszą rewolucją kulturową, mają na sumieniu ciężkie przewinienia, nie tylko wobec prawdy naukowej, ale i moralności w życiu osobistym. Aby bowiem zrozumieć, co dzieje się dzisiejszym światem i dlaczego podąża on w tę niepokojącą stronę, trzeba zapoznać się ze wspomnianą wyżej filozofią. Tylko tak dowiemy się, co kryje się za obecnym moralnym rozprzężeniem.

A w parze z nim idzie zmiana paradygmatu nauk społecznych. Co gorsza, pojęcia z nim związane, na długo weszły do języka i posługują się nimi nie tylko ideolodzy skrajnej lewicy, ale w zasadzie wszyscy. Różnorodność kulturowa, zrównoważony rozwój, równość szans, zdrowie seksualne i reprodukcyjne, odpowiedzialność społeczna przedsiębiorstw, edukacja dla pokoju – mógłbym tak wymieniać o wiele dłużej. Jeśli popatrzeć na te (i inne) sformułowania, skojarzenie pojawi się jedno. Socjalizm. I to w najgorszej odmianie, bo nie tylko antykapitalistyczny, ale również antywolnościowy. Szczególną karierę zrobiło pojęcie zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, pod którym kryje się postulat szerokiego dostępu do środków antykoncepcyjnych oraz aborcji (na życzenie, rzecz oczywista). Poprzez bombardowanie tym pojęciem spora część społeczeństw zachodnich uwierzyła, że zabicie nienarodzonego dziecka jest prawem każdej kobiety, a co więcej, należy do sfery jej zdrowia. Z powyższym wiąże się również mit przeludnienia, a w konsekwencji idee depopulacyjne. Już przecież podnoszą się głosy, że posiadanie dzieci jest nieetyczne, bo powoduje ocieplanie się klimatu. Za to zwierzątka należy ratować, bo przecież ziemia należy właśnie do nich, nie do pasożyta, który mieni się koroną stworzenia.

Tutaj pojawia się następne zjawisko, o którym pisze Marguerite Peeters – różnorodność seksualna i związane z nią ideologia gender czy feminizm. Zniewieściali chłopcy oraz wulgarne dziewczęta z manif, to właśnie pokłosie wiary w to, że płeć jest tylko konstruktem kulturowym. Swoją drogą, gdzie podziali się biolodzy? Przecież idea płynności płci jest tak głupia, że wydawałoby się, iż nikt o zdrowych zmysłach jej nie przyjmie. A jednak, co widoczne gołym okiem, bzdury te znajdują swoich zwolenników, zwłaszcza na uczelniach wyższych, rzecz jasna, wśród adeptów nauk humanistycznych. Fakt ten pokazuje, ile dzisiaj warte są te „nauki”.

Co więc powoduje, że te idiotyczne idee znajdują swoich zwolenników, i to na najwyższych szczeblach władzy? Niezwykle cenna pod tym względem jest ta część publikacji, w której autorka opisuje strategie i techniki stosowane przez pionierów przemian społecznych. Tu z pomocą przechodzą niezliczone organizacje pozarządowe, które stosują agresywny lobbing. Nierzadko dokonują manipulacji, stosują nieznoszącą sprzeciwu perswazję oraz szantaż, a to wszystko dzieje się na najwyższych szczeblach władzy. Rządy, tracąc na nieznajomości prawa międzynarodowego, poddają się dyktatowi organizacji, które finansowane są z międzynarodowych źródeł. Finansowanie to ma pomóc w ich efektywnej działalności, a w rezultacie we wpłynięciu na odpowiednich polityków. Słowem-kluczem jest tutaj konsensus, czyli nie kompromis, który z definicji powinien zatrzymać się gdzieś w połowie drogi, ale wmuszenie skrajnie lewicowej ideologii zdezorientowanym decydentom. Tak właśnie gotuje się żabę i podmywa fundamenty cywilizacji łacińskiej.

Marguerite Peeters, Globalizacja zachodniej rewolucji kulturowej, tłum. G. Grygiel, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2010, ss. 257.

Dobrze się stało, że pod koniec zeszłego roku pojawił się konflikt między stroną zwiedzeni.pl a charyzmatykiem Marcinem Zielińskim. Pierwsza ze stron sformułowała szereg zarzutów, głównie natury teologicznej, z których wynikało, że popularny świecki kaznodzieja głosi poglądy bardziej zielonoświątkowe niż katolickie. Druga natomiast, ustami popularnych w internecie duchownych, próbowała te zarzuty oddalić. Nie wyszło, chociaż obaj kapłani byli z siebie zadowoleni. Pierwszy z nich swoją obronę oparł na tezie, że Zielińskiego zna, więc wszystko jest w porządku. Drugi wykpił i wyśmiał twórców krytycznego materiału, że byli sztywni i gadali „blubry”. Gdy nie ma się odpowiednich argumentów, dyskusja teologiczna zamienia się w jej parodię. Nie jest przecież tak, że ruchy charyzmatyczne w Kościele katolickim są sprawą zaakceptowaną przez wszystkich. Fakt, że głosy krytyki wobec nich nie są liczne, wcale ich nie unieważnia. I nie chodzi tu bynajmniej o wykpienie i wyśmianie tej duchowości, ale o prawdziwy niepokój, który pojawia się wśród bardziej tradycyjnej części katolików.

Dobrze więc, że pojawiła się książka pochodząca niejako z wewnątrz ruchu charyzmatycznego. Jej autor, Piotr Nowak, był ponad dwadzieścia lat członkiem katolickiej Odnowy w Duchu Świętym. Ma więc prawo i okazję, aby dokonać krytyki czegoś, z czym się przez prawie ćwierć wieku identyfikował. Nawet jeśli jego argumenty zostaną odparte, warto im się przyjrzeć, bo nie są głosem z zewnątrz, który można by oskarżyć o wypowiadanie się na temat bez niezbędnej wiedzy. Wiedzę taką posiada autor publikacji „Jaka odnowa w Kościele?” i nie waha się, aby jej użyć. Ilekroć w rozmowach pojawia się temat katolickich charyzmatyków, wiąże się on z odchodzeniem przeróżnych grup modlitewnych od Kościoła katolickiego. Ich członkowie, kierując się subiektywizmem w wierze oraz interpretacją Pisma Świętego na własny sposób, bez udziału Tradycji, szybko schodzą na manowce. Są wśród nich również duchowni. Nie znam innej wspólnoty, za przyczyną której tak wielu brałoby rozbrat z instytucją, która przecież tę wspólnotę firmuje. Niepokoi również sposób, w jaki ruch charyzmatyczny pojawił się w Kościele katolickim. Otóż wziął się on z denominacji zielonoświątkowej, wrogo nastawionej do Watykanu i oddzielonej od życia sakramentalnego. Marcin Zieliński nie widzi tutaj niczego złego, co więcej, niczego złego tu nie widzi biskup łódzki Grzegorz Ryś. Czytając publikacje Odnowy i słuchając jej obrońców, mam osobiście wrażenie, że ktoś tu kogoś robi w konia. Prawdopodobnie dzieje się to w dobrej wierze, lecz przecież każda sekta powstawała w ten sposób.

„Jaka odnowa w Kościele?” jest więc poważnym głosem w dyskusji, którego nie powinno się zignorować. Natomiast nie wydaje mi się, że środowiska charyzmatyczne podejmą jakąkolwiek próbę polemiki z autorem. Nie podejmą jej, bo stają się coraz bardziej sprotestantyzowane (nie w duchu luteranizmu, a ruchów zielonoświątkowych) i nie widzą, że głoszą już zupełnie inna naukę niż katolicka. Nie chodzi tylko o uleganie zbiorowym odruchom jak padanie na plecy czy glosolalia (gaworzenie) uznawane za „język aniołów”, ale o to, co w tych wspólnotach się głosi. Głosi się protestancką wizję zbawienia, w której dobre uczynki się nie liczą, ewangelię sukcesu lub sekciarskie rozumienie uzdrowienia. Piotr Nowak bierze te wszystkie poglądy pod lupę i polemizuje z nimi w oparciu o Biblię i teksty mistyków, na przykład świętego Jana od Krzyża. Z polemiki tej wynika jasno, że ruchy charyzmatyczne uprawiają radosną twórczość, nieopartą ani na Piśmie Świętym, ani tradycji Kościoła. W tej przecież nie ma ani mówienia językami rozumianego jako wypowiadanie losowych głosek, ani chrztu w Duchu Świętym (dary Ducha Świętego otrzymuje się w sakramencie bierzmowania), ani w końcu padania na plecy, rzekomo pod wpływem trzeciej osoby boskiej.

Autor podejmuje również temat psychologizacji chrześcijaństwa, chociażby w modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne, której zasady nie zgadzają się ze zdrowym katolickim podejściem do tego tematu. Jest to wręcz rozgrzebywanie własnych zranień, co więcej – zupełnie amatorsko, bez pomocy lekarza psychiatry. Jak mogą się skończyć takie eksperymenty, wiadomo przecież od dawna. W tym procederze oskarża się również własnych przodków o własne grzechy i niepowodzenia, co jako praktyka tak zwanej spowiedzi międzypokoleniowej zostało potępione przez polski episkopat. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, bo tak naprawdę trzeba by zapytać o cały ruch i sens jego trwania, gdy głosi on błędną teologię i flirtuje z praktykami do tej pory obcymi. Jeśli takie pojawiały się w dawnych wiekach, zawsze w sektach, albo prowadziły do ich powstawania. Niepokoi więc fakt zbiorowego wyłączania rozumu w ruchach charyzmatycznych.

Spór ten jest więc na razie nierozstrzygnięty. Brak poważnej dyskusji z tej drugiej strony, brak również przyznania się do błędów teologicznych, podczas gdy są one ewidentne. Czy Duch Święty, ten sam, który nazywany jest duchem mądrości, może powodować, że ludzie zbiorowo walą się na plecy i zanoszą się niepokojącym chichotem? A to przecież nie działo się w jakiejś egzotycznej sekcie z południa Stanów, a podczas spotkania z Marcinem Zielińskim na warszawskim stadionie (zresztą nie tylko tam). Tam gdzie zaczyna się subiektywizm, tam dyskusja nie jest możliwa. Przecież jeśli tysiące młodych osób na tym czy innym spotkaniu powie, że czuje Boga, to gdzie się przez ten jazgot przebije rozsądny głos teologa? Boga czuł przecież Luter, Boga czują sekciarze z USA biorący węże do rąk, w końcu także afrykańscy szamani, którzy oddają się swoim dziwnym praktykom.

Piotr Nowak, Jaka odnowa w Kościele?, wyd. 3Dom, Częstochowa 2018, ss. 147.

Niemiecki obóz pracy zbudowany był jak jeden spójny system, potrzebujący nie tylko krematoriów czy baraków, ale całej infrastruktury, w której skład wchodziły elementy znane spoza drutów. Były więc boiska do gry w piłkę, świetlice czy kuchnie, a także burdele czy pomieszczenia szpitalne. System ten potrzebował również pracowników, bo żadna struktura nie obędzie się przecież bez fachowej obsługi. Jedni gotowali więc posiłki, drudzy badali pacjentów (przy okazji przeprowadzając eksperymenty medyczne), inni w końcu wydawali leki. Należał do nich Victor Capesius, przedstawiciel niemieckiej mniejszości, urodzony i wychowany w małym rumuńskim miasteczku w Siedmiogrodzie. Ten spokojny i przyjazny sąsiadom (również żydom) farmaceuta podczas II wojny światowej dał się poznać jako jeden z ważniejszych urzędników w obozie Auschwitz. Niejednokrotnie zdarzało się również, że zostawał rozpoznany na rampie (tej samej, którą opisywał Tadeusz Borowski) przez swoich rumuńskich sąsiadów. Różnica była jednak taka, że ci przyjeżdżali pociągami na pewną śmierć, zaś ich znajomy z przedwojennych czasów dokonywał ich selekcji. Kim był więc Capesius? Próbuje na to pytanie odpowiedzieć Patricia Posner w reportażu historycznym pt. „Farmaceuta z Auschwitz”.

Tym, co przede wszystkim od razu rzuca się w oczy podczas lektury, jest nijakość i banalność tego człowieka. Przed wojną i na jej początku był mało zwracającym na siebie uwagę poczciwiną. Prowadził aptekę i żył typowym mieszczańskim życiem. Autorka nie przeprowadza wiwisekcji jego duszy, aby odpowiedzieć na pytanie, skąd tak ogromna przemiana. Zamiast tego obserwuje jego decyzje i wybory, aby w końcu pozostawić czytelnika z myślą o banalności zła. To ostatnie nie jest psychopatyczną osobowością kryjącą się za twarzą seryjnego mordercy, ale wynikiem moralnych kompromisów i zaniechań. W przypadku Capesiusa czynnikiem decydującym jest więc konformizm. To on każe mu wykonywać wszystkie rozkazy, włącznie z wydawaniem porcji cyklonu B, selekcją więźniów na rampie oraz akceptowaniem eksperymentów medycznych. Przypadek ten doskonale ilustruje kondycję etyczną Niemców za panowania Hitlera, chociaż autorka z uporem maniaka używa formy „naziści”.

„Farmaceuta z Auschwitz” dotyka również powojennych losów Capesiusa. Nie będzie tajemnicą, gdy zdradzę, że odpowiedzialność, którą ponosi główny bohater tej opowieści, jest symboliczna – kilka lat w więzieniu. Reportaż ten wpisuje się więc w szerszy kontekst, jakim jest los zbrodniarzy niemieckich po II wojnie światowej. Większość z nich, podobnie jak tytułowy pigularz, uniknęła skazania, albo przesiedziała w więzieniu krótki okres. Bardziej bulwersujący jest jednak fakt poczucia bezkarności. Okazuje się bowiem, że mało kto poczuwa się do winy, a na Hitlera głosowały chyba krasnoludki. Naziści wyparowali wraz ze zdobyciem Berlina, zostali zaś sami dobrzy Niemcy. Ten aspekt jest w „Farmaceucie…” dobrze ujęty; podczas lektury przypomina się legendarny reportaż Krzysztofa Kąkolewskiego pt. „Co u pana słychać?”. Tam autor przedstawił kilku zbrodniarzy, którzy po wojnie zupełnie nie czuli odpowiedzialności za to, co robili. Tej odpowiedzialności brakowało również koncernom przemysłowym produkującym śmiercionośne chemikalia służące do eksterminacji ludności cywilnej. Jednemu z nich, IG Farben (dzisiejszy BASF), autorka poświęca sporo miejsca w swojej książce. To tam bowiem wytwarzano cyklon B.

Innym wątkiem poruszanym w publikacji Patricii Posner jest wysiłek nielicznych przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, aby jednak postawić Capesiusa przed sądem. A uda się to dopiero w połowie lat 60. Okazuje się jednak, że większość sędziów i prokuratorów nie była specjalnie skłonna, aby ścigać zbrodnie swoich rodaków. Trzeba było hobbystów i pasjonatów jak Szymon Wiesenthal albo odpowiedzialnych śledczych, którzy nie baliby się oskarżeń o rewizjonizm. W końcu problem niezlustrowanego wymiaru sprawiedliwości nie jest specyfiką tylko państw postkomunistycznych. Denazyfikacja, która za sprawą Norymbergi stała się modelowym przykładem rozliczeń ze zbrodniczą przeszłością, w praktyce objęła pewien ułamek Niemców zaangażowanych w nazizm. Było ich jednak tak wielu, że osądzenie wszystkich sparaliżowałoby powojenne życie społeczne i polityczne w tym kraju. Nie byłoby po prostu odpowiedniej liczby urzędników.

„Farmaceuta z Auschwitz” jest więc czymś w rodzaju rozrachunku z niemieckim wymiarem sprawiedliwości, który nie był skłonny odpowiednio ukarać nawet tych najbardziej winnych. Doskonale ukazuje to chronologiczny układ wydarzeń, z którego wynika, że im dalej od zakończenia wojny, tym pamięć zbiorowa staje się mniej obciążona grzechami z przeszłości, a społeczeństwu mniej zależy na rozliczeniach. Ale jak pokazują pojedyncze przykłady, zdarzały się sytuacje stawiania przed sądami dziewięćdziesięcioletnich staruszków. Ich podeszły wiek i trudności z poruszaniem się mogły wzruszać, lecz wystarczy sięgnąć w przeszłość, aby skutecznie pozbyć się tych sentymentalnych uczuć.

Patricia Posner, Farmaceuta z Auschwitz. Historia zwyczajnego zbrodniarza, tłum. M. Szymonik, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019, ss. 319.

Świat współczesny upodobał sobie przede wszystkim pojęcie szczęścia. To, odmieniane przez wszystkie przypadki, zjawisko stało się kluczem do zrozumienia dzisiejszego człowieka. Ten szczęścia szuka, szczęścia pragnie, a w końcu szczęście może otrzymać. Zresztą tak było zawsze. Chociażby w greckiej epoce klasycznej, gdy zrodziły się dwie podstawowe koncepcje dotyczące szczęścia: hedonizm Arystypa z Cyreny oraz epikureizm. Ten pierwszy był wulgarnym dążeniem do zadowolenia za wszelką cenę, po trupach, bez liczenia się z opinią i wolnością innych ludzi. Drugi zaś koncentrował się na unikaniu cierpienia, a szczęście rozumiał również i przede wszystkim jako doznanie duchowe, które nie kolidowało z drugim człowiekiem. Jak pod tym względem wygląda nasza dzisiejsza rzeczywistość? Czy bliżej nam w tej kwestii do Arystypa czy do Epikura? Innymi słowy, czy szczęście to przeżycie zmysłowe czy psychiczne i czy w dążeniu do niego liczymy się z innymi osobami wokół nas?

Jan Galarowicz, autor rozprawy „Szczęście na manowcach” odpowiada na to pytanie jednoznacznie. Według niego, człowiek stał się monadą (czyli bytem jednostkowym, niewchodzącym w relacje z innymi), która celebruje swój egoizm. W związku z tym nie potrafi otworzyć się na innych i poszukując szczęścia, tak naprawdę nigdy go nie osiągnie. Chociaż mogłoby się wydawać, że jest zupełnie na odwrót, że człowiek współczesny, jak nigdy dotąd, potrafi się bawić i przeżywać swoje szczęście. Autor twierdzi inaczej i ma rację. Bierze pod lupę trzy, jego zdaniem, najważniejsze tendencje filozoficzne, przyświecające dzisiejszym społeczeństwom, liberalizm, hedonizm oraz selfizm. Pierwsza z nich opiera się na nieskrępowanej wolności, opisanej przez autora jako wolność samotnicza. Nie daje ona obiecanego szczęścia, ponieważ opiera się na realizacji celów osobistych, w których brak miejsca na doświadczenia wspólnotowe. Nie bierze również pod uwagę religii i Boga, a nie otwierając się na transcendencję, zamyka się na niezwykle ważny obszar rzeczywistości. Człowiek współczesny chce wyzwolić się ze wszystkich więzi: rodzinnych, społecznych, religijnych i w tym upatruje drogi do spełnienia. Jest przepełniony pychą i z jej powodu błądzi.

Społeczeństwa XXI wieku są również przepełnione hedonizmem, a zdaniem autora tendencję tę widać w zajęciu przez psychologię poczesnego miejsca wśród nauk. To ona stała się królową i wpływa na wybory współczesnego człowieka Zachodu. Z lektury pism i poradników możemy się dowiedzieć przede wszystkim, jak osiągnąć szczęście, tożsame z biblijnym rajem. Z pomocą przychodzi więc spełnianie zachcianek i gonitwa za rozkoszą. Autor nie jest jednak rygorystą i nie stoi na stanowisku chrześcijańskiej ascezy. Będąc katolikiem, patrzy na kwestię przyjemności w sposób dość rozsądny. Nie widząc w niej niczego złego, podkreśla jej uboczny charakter i stwierdza, że nie zawsze jednak można się nią kierować. Selfizm zaś to trzecia tendencja, z którą Jan Galarowicz polemizuje. Krytykuje ją przede wszystkim za przyjęcie założenia o wrodzonej dobroci istoty ludzkiej. Zauważa w niej również obecność tendencji do pozytywnego myślenia, które wcale nie oznacza optymizmu, ale wiąże się raczej z projektowaniem własnego umysłu. Wnioskiem, który wypływa z analizy tych filozoficznych tendencji, jest stwierdzenie o pustce duchowej człowieka, która wcale nie znika pod wpływem korzystania z ich dobrodziejstw.

„Szczęście na manowcach” podaje jednak recepty na odnalezienie prawdziwej radości z życia. Autor, wychodząc z tendencji personalistycznych oraz filozofii dialogu, widzi je przede wszystkim w otwarciu się na innych, zauważenie ich potrzeb i kierowanie się altruizmem. Nie jest to jednak altruizm świecki, bowiem Galarowicz widzi rozwiązanie w religii chrześcijańskiej. Powołuje się przy tym na Karola Wojtyłę czy Dietera von Hildebrandta, którzy widzieli zależność między szczęśliwym a religijnym życiem osoby ludzkiej. Natomiast pojawia się tutaj jeden zasadniczy szkopuł. Wszystko zależy przecież od odrodzenia się chrześcijaństwa w Europie. Jeśli to nie nastąpi, będziemy mieli do czynienia ze spektakularnym upadkiem cywilizacji zachodniej. W miejscu dzisiejszej nieskrępowanej wolności pojawi się islam, który wcale nie będzie dialogował. Innym rozwiązaniem problemu, o którym wspomina autor, jest realizowanie własnego powołania. Słowo to ma dzisiaj nienajlepszą prasę, jeśli w ogóle jest używane. Powołanie jest czymś innym niż samorealizacja; to termin o wiele głębszy i mający przełożenie na całe ludzkie życie, nie tylko pojedyncze projekty. Bez powrotu do tego terminu nie będzie mowy o faktycznym odnalezieniu sensu życia.

Jan Galarowicz, Szczęście na manowcach. Liberalizm, hedonizm, selfizm, wyd. Marek Derewiecki, Kęty 2017, ss. 222.

Gdy walił się Związek Sowiecki, a państwa Układu Warszawskiego odzyskiwały suwerenność, wielu z nas wydawało się, że dziadek Marks został już na wieki pogrzebany. Z powodu ograniczonego dostępu do informacji nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w świecie zachodnim ten brodaty maniak ma się całkiem nieźle, a jego filozofia tak naprawdę nigdy nie przestała być atrakcyjna. Ta świadomość pojawiła się nieco później, gdy na polskich uczelniach pojawił się kierunek zwany kulturoznawstwem. Ta pozornie niewinna dziedzina, łącząca wiedzę z zakresu teatrologii, filmoznawstwa czy antropologii, okazała się tak naprawdę projektem ideologicznym przemycającym treści, z którymi rzekomo mieliśmy się pożegnać po upadku żelaznej kurtyny. Tak się jednak nie stało, bo filozofia Karola Marksa okazała się niezwykle żywotna. Widoczna była w ruchu tak zwanej nowej lewicy czy teorii krytycznej, potem wybuchła wraz z rewoltą młodzieżową roku 1968, by następnie w wyniku marszu przez instytucje skazić życie społeczne Zachodu. Jej prawdziwym obliczem jest bowiem nieustanna destrukcja zastanego porządku, nienawiść do chrześcijaństwa, a bohaterami, którzy zastąpili robotników, są homoseksualiści, feministki czy jakiekolwiek mniejszości kontestujące konserwatywną wizję świata.

Zjawisko to, pewnie w sporym uproszczeniu, nazwane zostało marksizmem kulturowym. Nie mam pojęcia, kto po raz pierwszy użył tego sformułowania, ale spopularyzował je Krzysztof Karoń. Toteż Dariusz Rozwadowski, autor publikacji pod tytułem „Marksizm kulturowy”, obficie pierwszego autora cytuje i porządnie się u niego zadłuża. Kto więc czytał, słuchał lub oglądał Karonia, ten nie znajdzie u Rozwadowskiego niczego odkrywczego. Można wręcz powiedzieć, że autor recenzowanej pozycji odsiał z wykładów Karonia to wszystko, co niebezpośrednio wiązało się z tematem, i na tej podstawie stworzył swoją książkę. Nie jest to bynajmniej zarzutem, zwłaszcza że nie wszyscy muszą znać Karonia, a poza tym temat potrzebował prostego, popularnonaukowego ujęcia. Inaczej niż w „Historii antykultury” tego pierwszego, w której dygresja goni dygresję, w „Marksizmie kulturowym” mamy do czynienia z historycznym wykładem dotyczącym tytułowego zjawiska.

A powinno ono budzić przynajmniej niepokój. Tymczasem opakowane jest w humanitarne hasła i emancypacyjne pomysły. Co więcej, takiemu myśleniu ulegają również te środowiska, które tradycyjnie były odporne na lewicową nowomowę. Bo jeśli przedstawiciele Kościoła katolickiego mówią o „homofobii” czy „mowie nienawiści”, to wiedz, że coś się dzieje. W końcu przyjęcie języka wroga jest pierwszym krokiem do przegranej. „Marksizm kulturowy” może więc być pomocą dla każdego, kto chciałby rozszyfrować to, co dzieje się we współczesnym życiu społecznym. Autor w czytelny sposób omawia poglądy filozoficzne najważniejszych myślicieli nowej lewicy, którzy wpłynęli i nadal wpływają na poglądy ludzi polityki, kultury i sztuki. Niepokoi również fakt, że poglądy te przyjmowane są przez sporą część młodzieży, tylko że akurat większość tej grupy nie potrafi ich nazwać ani odpowiedzieć, po kim powtarza. A powtarza chociażby po Herbercie Marcuse, który w eseju „Tolerancja represywna” wyłuszczył, że tolerancja powinna działać tylko w jedną stronę, zaś ludzie lewicy mają wręcz obowiązek nienawidzić wszystkiego, co związane z prawą stroną życia politycznego. Powtarza również po Theodorze Adorno, który pragnął sztuki ideologicznie zaangażowanej i miałkiej w treści. Stąd w dzisiejszym życiu artystycznym kult performensu, happeningu czy wszelakiej awangardy, która nie znaczy nic, jeśli uprzednio nie opatrzy się jej odpowiednim ideologicznym przekazem.

Adorno był również twórcą pojęcia „osobowości autorytarnej”. Pojęcie to oznacza, że konserwatywne wzorce wychowawcze muszą prowadzić do faszyzmu. Aby więc uniknąć tego ostatniego, należy zrezygnować z tradycyjnej rodziny, chrześcijaństwa, patriotyzmu czy nacjonalizmu. To wszystko, zdaniem Adorna i jego współpracowników, jest oznaką choroby psychicznej. I teraz, kilkadziesiąt lat po publikacji rzeczonego filozofa, Michael Haneke, austriacki reżyser filmowy, kręci „Białą wstążkę”, która oskarża konserwatywne rodziny o przemoc, a w rezultacie o narodziny nazizmu. Hitler, jak wiadomo, był przecież członkiem takiej mieszczańskiej rodziny. W końcu dojść możemy do źródła całego zjawiska. A jest nim teoria krytyczna Maxa Horkheimera, która w istocie jest zakamuflowanym nihilizmem skłaniającym do destrukcji zastanego świata. Co w zamian? Kolejna dekonstrukcja i tak bez końca.

W świetle tych faktów nie dziwi więc inne zjawisko omawiane przez autora: islamizacja Europy. Skoro dla dzieci pokolenia 1968, dzisiaj panów w wieku coraz bardziej starczym, które jako politycy wpływają na kształt dzisiejszej Europy, tak ważna jest nienawiść do tradycji i chrześcijaństwa, będą one robić wszystko, aby tylko zetrzeć je z powierzchni ziemi. Podobnie jest z patriotyzmem, który wedle tych upiornych staruszków stał się tożsamy z szowinizmem narodowym oraz faszyzmem. Takie myślenie nie wzięło się z powietrza, a jego przyczyny doskonale widać w „Marksizmie kulturowym” Dariusza Rozwadowskiego.

Dariusz Rozwadowski, Marksizm kulturowy. 50 lat walki z cywilizacją Zachodu, wyd. Prohibita, Warszawa 2018, ss. 318.

Tysiąc lat, tysiąc pier*** lat, wykrzykiwał pewien kabaretowy artysta z Pomorza. Jego piosenka nosiła tytuł „Chwała mordercom Wojciecha” i odnosiła się do męczeńskiej śmierci tytułowej postaci z rąk pogańskich Prusów. Piosenkarz ten, zdeklarowany wróg chrześcijaństwa, zwany przez liberalnych duchownych jasełkowym szatanem, został wspomniany przez Wojciecha Szydę w ostatniej jego powieści. Tom ten, noszący tytuł „Sicco, został wydany we wspominanej już przeze mnie serii „Zwrotnice czasu. Historie alternatywne”. Swoją drogą, ten utwór to była jakaś neopogańska chała, demoniczna cepelia dla ubogich (…). Ciosy toporem i toporne dźwięki. Jakby dzieci tego świata próbowały ponownie zabić ciało już zabite. Demon mógł się tylko miotać, bezradny wobec fenomenu świętości i zwycięstwa Wojciecha zza grobu – pisze autor na temat kontekstu tego metalowego utworu i tytułuje swoją książkę imieniem mordercy praskiego biskupa. Sicco to nie tylko postać historyczna, to również pseudonim, który – dość bezmyślnie i w przypadkowych okolicznościach – nadaje sobie główny bohater. Jego droga prowadzić będzie od nieszczęścia, przez świętokradztwo, aż do pokuty, a w końcu odkupienia.

To nic nowego, w końcu literatura karmi się tym schematem od zarania dziejów. Tutaj schemat ten jest ubrany w szaty na poły fantastyczne, a na poły symboliczno-realistyczne. Może zamiast fantastyki bardziej pasowałoby określenie wizyjność. Klasycznej nierealności nie ma bowiem w „Sicco” wcale. To powieść podobna bardziej do „Fausterii” niż do typowo fantastycznego „Hotelu Wieczność”. Chociażby dlatego, że nawiązuje wprost do katolicyzmu. Tam punktem wyjścia była święta Faustyna Kowalska i pomysł na to, jak mógłby wyglądać świat bez miłosierdzia. Tutaj wszystko rozpoczyna się od wyprawy świętego Wojciecha do zimnej, ponurej północnej krainy zamieszkanej przez bałwochwalczy lud. Powieść Szydy dzieje się na kilku planach czasowych i przyznać trzeba, że autor tego zabiegu nie popsuł. Inaczej niż Twardoch, który moim zdaniem nie poradził sobie z tą materią ani w „Wiecznym Grunwaldzie” ani w „Drachu”. „Sicco” jest pod tym względem czytelna i nie popada w bełkot czy grafomanię. Plan najwcześniejszy to oczywiście końcówka wieku X i historia świętego Wojciecha, przy czym powieści tej nie można nazwać historyczną. Wspomniane fakty są tylko punktem odniesienia do tego, co dzieje się na planach współczesnych.

Mamy więc rok 1923 i głośną sprawę skradzenia głowy świętego z gnieźnieńskiego relikwiarza. Sprawę, która zbulwersowała przedwojenną opinię publiczną i która nie została rozwiązana. Sprawców nie ujęto, głowy również nie odnaleziono. Następnym czasem akcji jest rok 1986, w którym z Archikatedry Gnieźnieńskiej zniknął z kolei srebrny relikwiarz, dzieło holenderskiego złotnika. Sprawy te, będące w powieści przedmiotem alternatywnej historii, przenikają się z planem najbardziej współczesnym, w którym poznajemy głównego bohatera. Sicco to student, który po latach przyjeżdża na Pomorze, blisko miejsca, w którym zginął święty Wojciech. Jest rok 2014, ale narrator wprowadzając retrospekcje, cofa czytelnika do roku 1997 (tysięczna rocznica męczeństwa) i 2000 (błędnie określonego przez autora ostatnim rokiem XX wieku). Główna postać jest obarczona pewną tajemnicą z przeszłości, która odsłaniana jest odbiorcy bardzo oszczędnie. Dopiero pod koniec powieści dowiemy się, co tak naprawdę się stało. Ten zabieg został przez autora rozegrany równie dobrze co podział na plany czasowe.

Szyda nie byłby sobą, gdyby po raz kolejny nie wprowadził szeregu aluzji, zwłaszcza literackich. O nawiązaniu do pomorskiego błazna już pisałem, ale został jeszcze „Hamlet”. Już po zakończeniu akcji powieści, w ramach posłowia, autor dokonał porównania obu postaci. Osobiście jednak sądzę, że Hamleta przypomina również tytułowy Sicco. Jego wahania i rozterki związane z czynem z przeszłości oraz rodzinną tragedią, która spowodowała zagubienie duchowe, upodobniają go do postaci Szekspirowskiego duńskiego księcia. W odróżnieniu jednak od swojego pierwowzoru bohater Wojciecha Szydy potrafi jednoznacznie się zdeklarować. Innym tekstem, który przebija spod warstwy fabularnej, jest „Zbrodnia i kara”. Student, zbrodniczy czyn z przeszłości, próba odkupienia – czyli coś, co jednoznacznie kojarzy się z konceptem Dostojewskiego. Nawet północ, choć nie tak odległa jak Petersburg, ale również bliskość Morza Bałtyckiego, to motywy nawiązujące do twórczości rosyjskiego literata.

Dochodzimy w końcu i do Historii, tej pisanej dużą literą. Bohaterów jest w niej dwóch, bowiem nie tylko święty Wojciech, kojarzony z Gnieznem, ale i święty Stanisław z Krakowa. Symboliczna rywalizacja między nimi zamyka się w pytaniu: który z nich miałby zostać patronem Polski. To pęknięcie autor rozciąga na całe dzieje naszej ojczyzny, a przyczynę wszelkich kryzysów, tych dawnych i dzisiejszych, zdaje się widzieć w rozbiciu dzielnicowym. Pyta więc, czy i kiedykolwiek mieliśmy państwo tak naprawdę wolne i niezawisłe. Pytania te jednak nie stanowią głównego zagadnienia „Sicco”. Wybrzmiewają gdzieś w tle, gdy my śledzimy losy tajemniczego studenta, który utknął gdzieś na północy Polski, tak jak Hamlet w swojej ukochanej i przeklętej Danii.

Wojciech Szyda, Sicco. Powieść o świętokradztwie i szaleństwie, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2014, ss. 248.

Filmowy i literacki obraz mafii bardzo często ukazywany był przez pryzmat romantycznych historii. Mafię tworzyły więc jednostki wyjęte spod prawa, kierujące się specyficznym honorem, a sama instytucja okryta była tajemnicą. Składały się na nią dziwne rytuały, niejawne powiązania na samym szczycie gospodarki i polityki oraz mrożące krew w żyłach historie, czasami przedostające się do mediów. Wówczas dziennikarze mieli używanie, sprzedając odbiorcom przejaskrawiony obraz mafijnych struktur, a odbiorca wyobrażał sobie, że cały świat jest owładnięty przez typów spod ciemnej gwiazdy. Obok mafii włoskiej, znanej chociażby z „Ojca chrzestnego” lub „Gomorry”, medialną sławą cieszy się również yakuza, czyli mafia japońska. Ta druga jest bardziej egzotyczna, w końcu mówimy o dalekim wschodzie, mającym swoją oryginalną kulturę i swoje osobliwe zwyczaje.

Dziennikarski obraz japońskiej mafii został odmalowany przez Jake’a Adelsteina, który w „Człowieku yakuzy” opisał losy jednego człowieka. Człowiek ten przebył długą drogę – najpierw, aby do półświatka wstąpić, potem, aby z niego się „wypisać”. I okazuje się, że to drugie nie jest takie proste. Łatwiej bowiem zrezygnować z mafijnej profesji, niż odnaleźć się potem w społeczeństwie. Trudno znaleźć mieszkanie (ceny nieruchomości spadają, jeśli w okolicy mieszka obecny lub były mafiozo), pracę czy odbudować dobre relacje ze społeczeństwem. Wieloletni członek yakuzy już na pierwszy rzut oka odróżnia się od reszty obywateli, chociażby z uwagi na tatuaże czy odcięte palce. Z tymi ostatnimi wiąże się jeden ze zwyczajów, opisany zresztą przez autora. Zostać mafiosem również łatwo nie jest: głównemu bohaterowi reportażu, Makoto Saigo, zajęło to dobrych kilka lat. Trzeba wkupić się w łaski podejrzanych typów, a to kosztuje spore sumy pieniędzy. Sama mafijna rzeczywistość jest za to bardziej banalna, niż mogłoby się wydawać. Walki z konkurencyjnymi gangami i wykańczanie przeciwników jest tylko epizodem, który wcale nie jest w życiu yakuzy najważniejszy. Co jest więc najważniejsze, można by zapytać? Kiedyś był to specyficznie pojęty honor, na który składało się mnóstwo drobiazgowych zwyczajów. Kultura japońska jest o wiele bardziej skonwencjonalizowana niż kultury zachodnie, więc młody adept przestępczego życia musiał odnaleźć się w gąszczu przeróżnych, pisanych i niepisanych zasad.

Cała historia, którą opowiada Adelstein, utrzymana jest w nostalgicznej atmosferze. Bohater opowieści, Saigo, zaznacza wyraźnie, że dzisiejsza i przeszła mafia to zupełnie inne historie. Można mu pewnie uwierzyć, bo status yakuzy w japońskim społeczeństwie zaczął zmieniać się dopiero w ostatnich latach. W poprzednim wieku instytucja ta była tolerowana przez świat polityki oraz policję. Przynależność do niej nie była zakazana, a ukrycie się za jej parawanem dawało konkretne atuty. Trzeba było działać tak, aby nie cierpieli postronni ludzie, a sporo uchodziło na sucho – przede wszystkim w kwestii finansowej. Oszustwa, wyłudzenia, haracze – tym przede wszystkim zajmowały się gangi. A te szanujące się posiadały swoje wtyczki w organach ścigania. Sytuacja zaczęła zmieniać się dopiero w XXI wieku. Utrudnienia prawne spowodowały, że liczba członków yakuzy zaczęła maleć. Gdzieś uleciał starodawny honor, a na jego miejsce weszła pospolita brutalność. Tak przynajmniej sprawę tę prezentuje Saigo, były już członek gangu. Czy ma rację? W przypadku tematów tak egzotycznych jak ten trudno określić, czy mówi prawdę. Konkurencyjnych źródeł nie ma, poza paroma popularnymi filmami dokumentalnymi, które z definicji spłycają temat.

Czytając „Człowieka yakuzy” możemy ponadto odnieść wrażenie, że jego autor, słowami własnego bohatera, przedstawia losy uwikłanego w przestępczość człowieka jak historię życia biznesmena czy aktora. Zło w tym przypadku jest banalne i łatwo pomylić je z dobrem. Winny jest tutaj subiektywny charakter opowiadania czy utrata dystansu, który powinien dzielić dziennikarza od tematu? Trudno orzec, ale w każdym razie reportaż ten miejscami traci na wyrazistości. Jest cenny przede wszystkim, gdy zajmuje się opisywaniem specyficznych realiów japońskiego życia, historii mafii czy kulis jej działalności. Natomiast osobisty ton opowieści głównego bohatera wydaje się nieco stępiony. Nie czuje się, że Saigo wikła się w rzeczywistość gangu, a w rzeczywistość korporacyjną, w której czasami reguły są bardziej poważne niż w zwykłych firmach. Być może (a w zasadzie na pewno) nie mógł powiedzieć wszystkiego – co przypomina casus byłego członka masonerii. Być może również nie czuł, że większość swojego dorosłego życia poświęcił czynieniu zła. To może być dobry trop, ponieważ Saigo wystąpił z mafii nie z pobudek moralnych, ale dlatego, że zabrakło mu pieniędzy. A jeżeli bohater nie zdaje sobie sprawy z własnego dna moralnego i swoją działalność interpretuje niczym pracę w biurze, jego historia musi utknąć na mieliźnie banału.

Jake Adelstein, Człowiek yakuzy. Sekrety japońskiego półświatka, tłum. B. Gutowska-Nowak, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018, ss. 316.

Wiek, w którym biskupi przechodzą na emeryturę, wynosi 75 lat. Jednak dzieje się tak jedynie w teorii. Bywa również tak, że niektórych w stan spoczynku przenosi się w sile ich wieku. To casus arcybiskupa Jana Pawła Lengi, który skończył posługę w Kazachstanie, mając zaledwie 61 lat. Jak mówi sam zainteresowany, powodem była jego niechęć do nowych praktyk duszpasterskich: ruchów charyzmatycznych i związanych z nimi kursów Alfa. Fakt, że dzisiaj w Kościele katolickim formy te prawie nikogo nie niepokoją, wcale nie jest argumentem za ich poprawnością. Pojawiają się jednak pojedyncze głosy (abp Schneider, abp Burke), które przestrzegają przed niefrasobliwością podczas korzystania z dobrodziejstw posoborowych ruchów duszpasterskich, przede wszystkim pochodzących z denominacji ewangelikalnych czy flirtujących z judaizmem. Jednym z nich jest abp Jan Paweł Lenga, który, zamiast posługiwać w poddanej mu diecezji, zamieszkuje w domu Księży Marianów w Licheniu.

Na nazwisko arcybiskupa można trafić na przykład w jutubowej przestrzeni medialnej i wysłuchać jego rozmów z Michałem Murgrabią z nieodżałowanego kanału Apologeticum TV czy Stanisławem Krajskim. Niniejsza publikacja „Przerywam zmowę milczenia” jest właśnie z jednej strony zapisem wywiadu z wymienionym wyżej publicystą, związanym niegdyś z Radiem Maryja. Z drugiej stanowi rozważania abp. Lengi na temat kondycji dzisiejszego katolicyzmu. A nie jest z nim najlepiej. To tylko radośni twórcy z liberalnych mediów katolickich czy katolickopodobnych twierdzą, że kryzysu nie ma, albo upatrują jego symptomów zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Arcybiskup nie widzi więc problemów chrześcijaństwa w zamykaniu granic na imigrację ekonomiczną (nie uchodźców wojennych) z Azji i Afryki lub w jedzeniu mięsa. Tam widzi je Szymon Hołownia, co nie znaczy, że te problemy istnieją naprawdę. Prawdziwych kwestii do rozwiązania abp Lenga upatruje przede wszystkim w protestantyzacji Kościoła, a raczej w jego uleganiu ruchom zielonoświątkowym. Zauważa również, że biskupi w dużej mierze czczą święty spokój i nie podnoszą głosu w sprawach, w których powinni. Fakt ten podyktowany jest przede wszystkim powiązaniami tronu z ołtarzem. Hierarchowie, nie chcąc więc narazić się politykom, w imię źle pojętego kompromisu nie podnoszą na forum najbardziej palących problemów (aborcja, feminizm, gender, Unia Europejska). Zdaniem byłego arcybiskupa Karagandy stanowczo za mało mówi się o zbawieniu.

Tę krytykę autor kieruje również w stronę papieża Franciszka, co dla niektórych czytelników może być trudne do przełknięcia. Wystarczy jednak przypomnieć sobie kilka najbardziej kontrowersyjnych wypowiedzi i decyzji biskupa Rzymu, aby zastanowić się przynajmniej, kto w tym sporze ma rację. Przecież to nikt inny jak Franciszek sprzeciwia się tak zwanemu prozelityzmowi. A słowo to jest po prostu negatywnie zabarwionym synonimem nawracania. W książce dostaje się również ekumenizmowi, w myśl którego wszystkie odłamy chrześcijaństwa są sobie równe i nie ma różnicy, czy ktoś wierzy w rzeczywistą obecność Chrystusa podczas mszy, czy tej wiary nie podziela. Jeśli Franciszek świętuje w 2017 roku pięćset lat reformacji, czyli de facto rozłamu Kościoła, to jak tego faktu nie krytykować? Słowa arcybiskupa Lengi mogą być więc nie do zaakceptowania przez czytelników Deona czy Aletei, ale kto powiedział, że te portale są zgodne z katolicką ortodoksją?

„Przerywam zmowę milczenia”, poza sensacyjnym tytułem, nie zawiera jednak żadnych sensacyjnych faktów, a raczej porządkuje katechizmowe informacje, czyniąc to w duchu katolickiego tradycjonalizmu. Nie dziwi więc fakt, że autor poddaje krytyce jeszcze inne zjawiska, jak udzielanie Komunii przez świeckich szafarzy, brak mówienia o grzechu i Boskiej sprawiedliwości czy niechęć do nawracania żydów. Te, wydawałoby się, oczywistości, dzisiaj w Kościele istnieją gdzieś na marginesie głębokiej niszy, mimo że przecież kilkadziesiąt lat temu były na językach większości hierarchów. Nie jest to więc żadna sensacja, ale konieczność, aby zachować integralny charakter katolickiej wiary. Zdaję sobie jednak sprawę, że to, co mówi arcybiskup, jest dzisiaj niepopularne. Nie tylko w świecie, ale i w Kościele katolickim, który w ostatnich dziesięcioleciach kompletnie zmienił swoje oblicze. Z Polski tej zmiany jeszcze tak dokładnie nie widać, ale wystarczy rzucić okiem na zachód. Biskupi akceptujący aborcję czy błogosławienie związków homoseksualnych to przecież codzienność w Niemczech. Podobnie widok dzieciarni w trampkach udzielającej sobie Komunii świętej na mszy. Arcybiskup Lenga pisze więc o religii, która wymaga od hierarchów, kapłanów i wiernych, a nie jest pluszową parodią chrześcijaństwa, w którym najważniejszym problemem jest sortowanie śmieci i przytulanie się na znak pokoju.

Abp Jan Paweł Lenga, Przerywam zmowę milczenia, wyd. św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 2018, ss. 180.

Fakt, że psychologia stała się nową świecką religią, jest niezaprzeczalny. Ale że religia dostąpiła tego samego zaszczytu i stała się psychologią, to już informacja nie tak powszechnie znana. Dzisiejszy człowiek wydaje się bezkrytycznie przyjmować za pewnik wszelkie psychologiczne tendencje, nawet gdy te oparte są na ezoteryce i okultyzmie. Najczęściej jednak tego drugiego dna nie widzi, biorąc za dobrą monetę to, co słyszy od – jak mu się wydaje – mądrzejszych od siebie. Psychologia stała się przecież jednym z najbardziej obleganych kierunków studiów, a jak mówią złośliwi, dominują na niej ci, którzy sami mają problemy z własną psychiką. Pakiet wiedzy, który otrzymują, powoduje, że albo tracą wiarę w Boga, albo wpadają w jeszcze większy zamęt. Również religia chrześcijańska staje się doraźnym narzędziem do rozwiązywania problemów, a w dodatku tendencje pojawiające się w łonie katolicyzmu mogą naprawdę niepokoić. Mowa tu przede wszystkim o ruchu charyzmatycznym, który od pewnego czasu jest dominującą formą duchowości, a jego obrońcy twierdzą, że wręcz jedyną. Problem ten zauważa Anna Wasiukiewicz we wznowionej w zeszłym roku publikacji „Psychologia jak religia, religia jak psychologia”.

Dwie części, z których składa się książka Wasiukiewicz, to dwa krytyczne obrazy. Jeden dotyczy psychologii jako zjawiska przecenianego, drugi współczesnej duchowości w Kościele katolickim, która dotknięta jest źle rozumianą psychologią. W pierwszej z nich autorka mocno krytycznie patrzy na dokonania swojej przecież dziedziny wiedzy, w końcu sama jest psychologiem. Według niej głównym problemem dzisiejszego oblicza tej sfery nauki jest właśnie jej nienaukowość, a w dodatku antychrześcijański charakter. Począwszy od Freuda, twórcy psychoanalizy, który stworzył swoją teorię na bazie własnego nieuporządkowania w sferze seksualnej, aż do dzisiejszych przedstawicieli tak zwanej psychologii humanistycznej, dziedzina ta opiera się na przesłankach, których nie można połączyć ani z nauką, ani z religią. Autorka wspomina chociażby o okultystycznych zainteresowaniach Junga czy fascynacji afrykańskim szamanizmem przez Berta Hellingera – twórcy kontrowersyjnej terapii ustawień rodzinnych. Dzisiejsza psychologia, pisze Wasiukiewicz, kontestując chrześcijański porządek rzeczy, zdjęła z człowieka odpowiedzialność, a jego wolną wolę zastąpiła determinizmem. Nie ma więc już grzechu, a tylko choroba, zło nie pochodzi z wewnątrz, ale z otoczenia. To oczywiście słuszna krytyka, ale autorka wylewa dziecko z kąpielą, odcinając się od pewnych nurtów filozoficznych, które nie muszą wcale antychrześcijańskie. Przykładem Kant, który jest ostatnim przecież nowożytnym myślicielem niesprzeciwiającym się Bogu. Poza tym zastanawia potępianie w czambuł dziedziny, która dla autorki jest przecież źródłem utrzymania.

Celniejsza jest pod tym względem druga część książki, dotycząca niepokojących zjawisk w łonie Kościoła katolickiego, szczególnie zaś w ruchach charyzmatycznych. Swoją drogą, nie rozumiem, jak można było dopuścić do sytuacji, w której coś, co jeszcze pół wieku temu uznane byłoby za szamanizm i gusła, dzisiaj jest głównym nurtem. Autorka dotyka genezy problemu, o którym mówił już ks. Karl Stehlin w wykładzie „Koń trojański w Kościele” czy Michał Murgrabia na kanale Apologeticum. Problem ten jest poważny i prowadzi nie tylko do banalizacji liturgii (popatrzmy chociażby, co dzieje się u Jezuitów w Łodzi), ale do sytuacji, w której każdy może przeżyć stany mistyczne. Tradycja Kościoła radziła tych stanów przede wszystkim unikać. Nawet mistycy, tacy jak św. Jan od Krzyża, którzy przecież ich doświadczali, pisali, że w zasadzie jedynym sposobem jest ich odrzucanie. Jeśli nie ma pewności, skąd one pochodzą, lepiej za nimi nie iść. Dzisiejsza praktyka charyzmatyczna mówi co innego: im więcej cudowności, tym lepiej. Bo za tym przecież idzie Duch Święty. Ale czy Duch Święty rzuca ludzi na plecy albo każe im czołgać się po podłodze i szczekać jak pies? Wystarczy obejrzeć kilka filmików przedstawiających zjawisko Toronto Blessing, aby się o tym przekonać. Tylko że, gdy błogosławieństwa z Toronto broni biskup Grzegorz Ryś, to o czym w ogóle mówimy?

Autorka bierze więc pod lupę takie fenomeny jak chrzest lub spoczynek w Duchu Świętym czy glosolalię (nazywaną również mówieniem językami), widząc przede wszystkim ich psychiczną genezę. Jakimś cudem te upadki (zawsze na plecy, nigdy na twarz) pojawiają się na wielkich zgromadzeniach z towarzyszeniem emocjonalnej muzyki (tak zwanej muzyki uwielbieniowej), która charakteryzuje się prostym rytmem i banalną melodyką. Nigdy ich nie doświadczono w czasie Mszy świętej. Czy więc Duch Święty działa szczególnie na stadionowych spędach, również tych heretyckich, a nie ma go podczas najważniejszego katolickiego obrzędu, jakim jest Eucharystia? Takie rozumienie chrześcijaństwa staje się religijną psychologią, w której człowiek staje się ofiarą losu i koncentruje się na własnych zranieniach. Zdarza się również, że na msze lub występy artystyczne z modlitwą o uwolnienie czy uzdrowienie chodzą wciąż ci sami ludzie, jeżdżąc za tymi samymi charyzmatykami. Również wówczas, gdy tego uzdrowienia (rzekomego lub prawdziwego – nie ma tu czasu na komisje lekarskie i żmudne badanie przypadków) dostąpią, a ono jakimś trafem się cofnie.

Dokonuje się tutaj więc nie tylko psychologizacja ale protestantyzacja Kościoła w duchu zgromadzeń zielonoświątkowych. Wierni dialogują z demonami, widzą działanie diabelskie tam, gdzie go nie ma, więc pod płaszczykiem walki z szatanem zaczynają niezdrowo fascynować się tą sferą. Tak rozumiana religia wcale nie wycisza, a powoduje narastający niepokój. Mało mówi się o tych, którzy wyszli ze wspólnot charyzmatycznych poranieni, w gorszym stanie, niż do nich wstąpili, z poważnymi zaburzeniami psychicznymi. Ten nacisk na cudowność, na spektakularne znaki, na wciąż rozbudzone emocje może więc skutkować zdziecinnieniem, problemami psychicznymi, a na płaszczyźnie religijnej odejściem z Kościoła. Skoro modlitwa z popową muzyczką, na której ludzie bełkoczą i padają jak muchy, staje się bardziej atrakcyjna niż „nudna” msza, taki finał musi nastąpić. Ten skutek to subiektywizacja wiary, w której nie liczy się już „martwa religia”, ale „osobisty kontakt z Bogiem”, przy czym każdy ma takiego Boga, jakiego sobie narysuje. Z myśleniem katolickim nie ma to nic wspólnego, a jest się po prostu herezją.

Anna Wasiukiewicz, Psychologia jak religia, religia jak psychologia, wyd. Bollinari, Warszawa 2018, ss. 124.
Pewien znany bloger napisał ostatnio, że „Ziemia jałowa” Magdaleny Okraski to książka słaba. Fakt, nie ma w niej mowy o niedolach polskich palaczy marihuany, o problemach z dostępnością do ścieżek rowerowych czy trudnym żywocie wegan. Nie odnajdzie się w niej więc miejski aktywista, co to by bardzo chciał, aby było jak na Zachodzie, albo i bardziej. Bo „Ziemia obiecana” nie opowiada o niczym, o czym by chcieli pisać panowie z dzisiejszych salonów i saloników, nie tylko warszawskich. Nie jest to więc opowieść, po którą chętnie sięgnie nasza kawiorowa lewica, dla której najważniejsze jest, aby przed wegańskim bistro znalazł się stojak na rowery. W kolorach tęczy, oczywiście! Nie znaczy to, że książka ta nie porusza problemów, ważnych szczególnie dla tych, którzy serce mają po lewej stronie. Mowa w niej o temacie wstydliwym, czyli o nieudanej transformacji gospodarczej, która uderzyła w Zagłębie.

Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie to bowiem region zapomniany przez Boga i ludzi. Region, który twórcy mało śmiesznych memów i jutubowego szmelcu widzą przez pryzmat Sosnowca. Ten zaś sam stał się dla nich miastem-memem. Inni Zagłębie mylą ze Śląskiem, nie patrząc na to, jak silne animozje trwają między mieszkańcami obu tych regionów. Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza, Będzin czy w końcu miasto zamieszkania autorki – Zawiercie – to rejon niejednorodny i mało wyrazisty. Z jednej strony oparty o Śląsk, z drugiej o Jurę Krakowsko-Częstochowską, stał się w latach 70. ubiegłego wieku ziemią obiecaną, do której z całej Polski zjeżdżano za pracą. Powstawały huty, kopalnie, prężnie działał przemysł wytwórczy – miano więc po co tutaj przyjeżdżać. A ci, którzy tutaj osiadali, zakładali rodziny i powoli wrastali w to miejsce, które stawało się ich własnym. Po ponurej dekadzie lat 80., gdy za sprawą Leszka Balcerowicza wdrożono szokową terapię gospodarczą, zaczęły się kłopoty. I ziemia obiecana stała się dziś – za Eliotem – ziemią jałową. Scenariusz był zawsze podobny, gdzieś w połowie lat 90. fabrykę wyprzedawano za bezcen, a nowy właściciel – szybciej lub wolniej – zwijał interes. Winnych nie było, bo tłumaczono, że tak musiało być, bo przecież polski przemysł taki niewydolny i gdzie mu do niemieckich wzorców. Jakimś cudem Czesi większość swojego przemysłu uratowali, o czym doskonale wiedzą ci, którzy mieszkają przy granicy i dojeżdżają tam do pracy.

Obraz Zagłębia, który pojawia się na kartach „Ziemi obiecanej” jest więc ponury. Ponury był też przed wojną, o czym autorka również wspomina. Tutaj bezrobocie zawsze było problemem, zdaje się mówić, przytaczając fragmenty pamiętników tamtejszych mieszkańców. Nie inaczej jest dzisiaj, ponieważ proceder wyprzedaży majątku publicznego, który odbywał się we wtórze z pieśnią o nierentowności, większość Zagłębiaków pozbawił pracy. A poradzili sobie nieliczni; reszty nie przekonały motywacyjne gadki o wędce i rybie. Magdalena Okraska pokazuje więc, jak kolejne rządy nie miały pomysłu na tych ludzi. Jak niefrasobliwie pozbawiano ich miejsc pracy, nie dając niczego w zamian. I nie łudźmy się, podobne historie czekają Śląsk, gdy pod dyktatem Unii Europejskiej zaczniemy rezygnować z wydobycia węgla. Walka ta wcale nie toczy się o ekologię, jak chcieliby co niektórzy. To będzie drugi akt tej ponurej historii.

A historia ta, opisana na kartach reportażu przez młodą autorkę, jest ukazana na szerszym społecznym tle. Jej lokalny patriotyzm widać szczególnie, gdy opisuje swoje miejsce zamieszkania – Zawiercie. Pisze nie tylko o biedzie i bezrobociu – pokazuje gierkowskie osiedla mieszkaniowe, wędrując po położonymi pomiędzy nimi wertepach. Opisuje koloryt lokalnego targowiska, a także więzi międzyludzkie, które pojawiają się w takich niewielkich ośrodkach. Oprowadza czytelnika po księżycowych krajobrazach powstałych z nieistniejących zakładów przemysłowych. Pisze tak, aż prawie chciałoby się tam zamieszkać. Tylko że stamtąd się raczej ucieka. Nie jest to więc, jak chciałby pewien wspomniany przeze mnie bloger, słaba publikacja. Jest wręcz przeciwnie, a „Ziemia jałowa” stanowi wyrzut sumienia dla tych, którzy zdecydowali się niszczyć polski przemysł. Obojętnie, w imię jakich ideałów. Nie mam również złudzeń, że tematyka ta zostanie podjęta przez polską lewicę. Ta ma przecież zupełnie inne problemy, a problemami socjalnymi przestała zajmować się już dawno.

Magdalena Okraska, Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2018, ss. 263.