Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

wtorek, 6 grudnia 2016

Filip Springer - 13 pięter. Mieszkaniowy pat

Mieszkać każdy gdzieś musi. Jedni wynajmują, inni biorą kredyty, szczęściarze dziedziczą, nieliczni wygrywają nagrody pieniężne i własne lokum kupują za gotówkę. Nie dziwi więc, że problem mieszkaniowy odmieniany jest przez wszystkie przypadki, dotyczy przecież całego społeczeństwa. A że nasi rządzący nie radzą sobie z nim nie od dzisiaj, jest truizmem. Nie radzono sobie z nim w PRL, również po transformacji ustrojowej kwestia ta przerosła wielokrotnie moc oraz inwencję naszych państwowych włodarzy. I skoro za socjalizmu realnego mieszkanie się dostawało, czekając nań kilkanaście lat, to w III RP trzeba je sobie kupić. Nieważne, że króluje podejście ze znanego powiedzonka „zastaw się, a postaw się”. Zapomina się za to o innej maksymie: „dobry zwyczaj, nie pożyczaj”. Od ponad dziesięciu lat wiodące media ustami tak zwanych ekspertów i wysługujących się bankom pseudo-dziennikarzy ekonomicznych namawiały Polaków do zapożyczania się na kilkadziesiąt lat tylko po to, aby ci byli niby na swoim.

Sprawę tę poruszył Filip Springer, znany już z innych reportaży dotyczących polskiej architektury. Aby było bardziej pikantnie, dodać trzeba, że publikuje autor w „Gazecie Wyborczej”, tej samej, która szła na czele frontu zachęcającego do brania kredytów hipotecznych. Jak okazało się w wielu przypadkach, udzielonych osobom bez zdolności kredytowej. Reportaże zebrane w „13 piętrach” dotyczą wszelakich patologii związanych z naszym chorym rynkiem mieszkaniowym. Dotykają bulwersujących historii o czyścicielach kamienic, którzy uprzykrzając życie lokatorom, zmuszają ich do opuszczenia swoich mieszkań. Opowiadają historie małżeństw, które po rozwodach zostały razem, bo połączył ich kredyt, silniejszy niż wcześniejsza decyzja o byciu ze sobą do końca życia. Mówią o wynajmujących lokale, którzy borykają się z brudem, złymi warunkami oraz kłopotliwymi właścicielami. Nad wszystkim zaś unosi się widmo propagandy sukcesu, który został nam wmówiony przez liberalne media. Przecież jeszcze niedawno krzyczano o 25 latach wolności i związanej z nimi dumie. Przecież to nie krasnoludki opisują Polskę jako lidera przemian w dawnym obozie państw zależnych od Związku Radzieckiego. Czynią to politycy rządzącej partii oraz dziennikarze periodyku, w którym publikuje autor. Skoro jest tak świetnie, dlaczego w Wilnie koszty utrzymania mieszkania wynoszą mniej niż dziesięć procent domowego budżetu? A to podobno Polska jest liderem przemian.

Z tym, co przedstawia Springer słowami swoich rozmówców, opowiadających niekiedy wstrząsające historie, nie sposób się nie zgodzić. Sytuacja jest nienormalna i nie zanosi się na jej poprawę. Autor krytykuje pośrednio utrudnienia, jakie narzucono Towarzystwom Budownictwa Społecznego oraz osławione rządowe programy dopłat do lokali, które spowodowały tylko wzrost ich cen. Jedna rzecz natomiast mrozi. Mowa o krytyce uwłaszczenia lokali. Gdyby nie ta może i niedoskonała decyzja, większość Polaków mieszkałaby u Niemca. O tym wspomina jeden z rozmówców autora i – rzecz jasna – ubolewa, że tak się nie stało. Warto na ten fragment zwrócić uwagę, bo pokazuje on myślenie decydentów, którzy wszystko, co polskie, chcieliby wyprzedać, a z narodu uczynić niewolników. Wydaje mi się, że między wierszami autor „13 pięter” zgadza się, niestety, z takim myśleniem. Jest tu jeszcze jeden szczegół, chociaż lepiej powiedzieć, że chodzi o pierwszą połowę książki. Autor opisuje w niej, wykorzystując materiały archiwalne, sytuację budownictwa mieszkalnego w XX-leciu międzywojennym. Widać z niej, że kłopoty z dostępem ludności do lokali występowały także wtedy. Nie wspomina jednak Filip Springer, że inna była natura tych braków. Wówczas odzyskaliśmy własną państwowość i suwerenność, próbując po 123 latach niewoli na nowo stworzyć państwo. A dzisiaj po okresie już dłuższym niż lata 1918-1939 sytuacja jest zbliżona, co więcej, mam wrażenie, że dzisiaj państwa nikt nie buduje, a kolejne ekipy rządzące rozwalają tylko to, co zostało jeszcze we względnym ładzie. Nie wiem, jakie wrażenie ma wywołać zestawienie II oraz III Rzeczypospolitej. W dodatku jako bohaterowie pozytywni występują w tej części Wanda Wasilewska i Bolesław Bierut, jako obrońcy robotników, którzy walczą o godne warunki życia dla ludzi pracy. Obrzydliwość!

Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że książki nie polecam. Wręcz przeciwnie, dzięki części dotyczącej współczesności stanowi ona zestaw argumentów sprzeciwiających się tym, którzy nadal kredyt hipoteczny utożsamiają z dojrzałością. „13 pięter” ujawnia cyniczne zagrania bankowców i naszych liberałów, którzy wmówili narodowi, że jedynie własne, kupione na kredyt mieszkanie jest oznaką dorosłości i wartości człowieka. O tych, którym się nie udało i zostali z gigantycznym długiem, lepiej jednak nie wspominać, bo być może ktoś się rozmyśli i pieniędzy już nie pożyczy. A to strata i dla banku i dla deweloperów. Jest w końcu „13 pięter” oskarżeniem 25 lat przemian ustrojowych, które zupełnie przespały kwestię polityki mieszkaniowej. Na ile jest to indolencja, na ile celowe działanie, autor nie odpowiada.

Filip Springer, 13 pięter, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 273.

czwartek, 1 grudnia 2016

Sumerlands - Sumerlands. Siła epickiego metalu

Wytwórni Relapse do tej pory z heavy metalem nie kojarzono. To zasłużona już dla ekstremalnego metalu stajnia, znana przede wszystkim z nieortodoksyjnych odmian łomotu jak grindcore, mathcore czy sludge. Jedno łączy zdecydowaną większość albumów wydanych przez tę firmę: zero popeliny, a zamiast jałowych wycieczek w stronę metalowej konfekcji dla Niemców konkretne dźwięki, pełne szaleństwa i pasji. Obecność heavymetalowego bandu może w tym kontekście dziwić, bo nurt ten – już do cna wyeksploatowany – z awangardowymi poszukiwaniami nie ma nic wspólnego. Jednak, jak pokazuje debiutancki album pochodzącej z niebytu kapeli Sumerlands, można nagrać heavymetalowy krążek, który daleki jest od średniej światowej. Próżno na nim szukać radosnych melodyjek jak u Finów z Sonaty Arktiki, próżno również tęsknić za kwadratowym graniem w stylu Sabatona (swoją drogą, że do tej pory nikt jeszcze nie dał im medalu z kartofla za bycie najgorszą kapelą heavymetalową wszech czasów?). Sumerlands to album zapatrzony w złote lata czystego jak łza heavy metalu, ale z drugiej strony jest w nim coś dziwnego.

Zespół ten dla znających się na rzeczy nie powinien być jednak tworem anonimowym, gdyż za śpiew odpowiedzialny jest w nim niejaki Phil Swanson, autor wokaliz na płytach domowego Atlantean Kodex. Ci, którzy znają tę kapelę, mogą spodziewać się, że na debiucie Sumerlands nie będzie również żadnych piszczących, falsetowych partii. Są również tacy, którzy porównują jego wokal do Carla McCoya z Fields of the Nephilim. Osobiście sądzę, że to porównanie dokonane jest nieco na wyrost, ale rozumiem intencje. Śpiew Swansona jest bowiem głęboki, a bardziej niż weterana gotyckiego rocka przypomina wokale Briana Rossa z legendy brytyjskiego heavy metalu – Blitzkrieg. Jest w podobny sposób niewymuszony i słychać w nim emocje dojrzałego człowieka. Miejscami jego barwa przypomina również późnego Ozzy’ego Osbourne’a – bardziej z solowych płyt, niż z Black Sabbath. Jeśli do tej interesującej i mało typowej jak na klasyczny heavy barwy dodamy bardzo ciekawe, nieco melancholijne melodie, rzecz jawi się naprawdę interesująco. Między innymi z tego powodu stwierdziłem na początku, że „Sumerlands” jest płytą nieco dziwną.

Tę dziwność słychać jeszcze w konstrukcji gitarowych riffów, czerpiących z dokonań brytyjskiego heavy metalu lat 80., ale i od grup amerykańskich jak Queensryche czy Omen. Słychać więc w tej muzyce i echa prostego, melodyjnego metalu i grania bardziej progresywnego, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co dzieje się między wierszami. Nie jest to więc muzyka agresywna, ale dość stonowana, nie epatuje nadmiernym hałasem i zgiełkiem, jak czynią to niezgrabnie zespoły niemieckie. Brak tu również kwadratowych zagrywek i przesadnie cyfrowego brzmienia. To ostatnie w tradycyjnym graniu przeszkadza jak mało co, powodując, że muzyka brzmi bezdusznie. I jeżeli pamiętacie debiut Amerykanów z Züül, możecie w dobry sposób określić to, co dzieje się na pierwszym albumie ich kolegów z Sumerlands. Z jedną różnicą: Züül byli barbarzyńscy, nieokrzesani i dzicy, a Sumerlands są szlachetni i stonowani. Jednych i drugich zaś łączy dbałość o porządne melodie, akustyczne brzmienie i nostalgia za złotymi latami heavy metalu. Już pierwszy riff rozpoczynający „The Seventh Seal” – pierwszy numer na płycie – przywołuje „Ain’t Talking ‘bout Love” Van Halen, a dalej jest równie szlachetnie. Utwory płyną (szkoda, że jest ich tylko osiem, w tym instrumentalne outro na koniec), łącząc w sobie i siłę, i smutek. Szkoda tylko, że album kończy się po trzydziestu dwóch minutach.

Sumerlands, Sumerlands, Relapse Records 2016.

środa, 23 listopada 2016

Dariusz Walusiak - Winni. Odtrutka na Grossa

Ponad dwadzieścia lat wyrabiania polityki historycznej w duchu zbiorowego wstydu musiało zrobić swoje. Mianowicie, wielu uwierzyło, a przede wszystkim liberalno-lewicowi intelektualiści, że bycie Polakiem łączy się z odwiecznym antysemityzmem, a naród nasz w czasie wojny nie robił niczego innego, jak tylko wydawał Żydów w ręce – nie Niemców – nazistów. W robocie tej przydatne były książki Grossa czy artykuły w gazecie, której imienia wymawiać nie wolno, stawiające tezy, że patriotyzm jest jak rasizm, a powstańcy warszawscy zabijali Żydów. Nie dziwi się fakt, że próby zmiany tego historycznego paradygmatu na bardziej zniuansowany spotyka się z histerycznym wyciem salonowych piesków. Na nic grube tomiszcza, zwane dla niepoznaki reportażami, z których wynika, że polski chłop nie robił niczego, jak tylko uganiał się po swoim polu za Żydami, aby odprowadzić ich na najbliższy posterunek policji – nie niemieckiej – nazistowskiej. Na nic gadanie o innych stodołach, poza Jedwabnem. Nawiasem mówiąc, przypominam, że jakoś nikt poza tym niechlubnym wyjątkiem żadnej innej stodoły nie wskazał. Od kilku lat na szczęście zaczęła zmieniać się narracja, czego wcale nie łączę ze zmianą parlamentarną. Zaczęto głośno mówić o Żołnierzach Wyklętych, a na Polaków w czasie okupacji przestano patrzeć jak na tych, których bano się bardziej niż Niemców. Mimo faktu, że salonowi oskarżyciele Polski i polskości nadal gardłują, ich głos jest już jednym z wielu, a jego znaczenie powoli się zmniejsza.

Ten stan rzeczy zawdzięczamy Janowi Markowi Chodakiewiczowi, Ewie Kurek czy autorowi omawianej pozycji – Dariuszowi Walusiakowi. Jego „Winni” to popularna w formie i treści publikacja dotycząca niełatwych wzajemnych relacji między Polakami a Żydami, począwszy od okresu międzywojennego, aż po drugą wojnę światową. W tym miejscu można by jednak postawić zarzut w stosunku do autora, ale jego odparcie nie będzie specjalnie trudne. Zarzut ten dotyczyć może rozłożenia akcentu, z czego wynika, że postawy szmalcownictwa praktycznie nie istniały, a Polacy nie mają sobie niczego do zarzucenia. To dość jednostronne stanowisko trzeba jednak wytłumaczyć faktem, że „Winni” mają być odtrutką, która faktycznie skupia się na szlachetnych postawach, ale ich uwypuklenie wcale nie musi oznaczać, że zdarzały się w naszym społeczeństwie wręcz przeciwne zachowania. Tyle gwoli wprowadzenia w tematykę książki.

Dariusz Walusiak prowadzi narrację w sposób chronologiczny, rozpoczynając od trudnych lat przedwojennych, w których niechęć do Żydów była zjawiskiem ogólnoeuropejskim, a co ważniejsze – wzajemnym. Istnienie żydowskich bojówek napadających na gojów jest bowiem coraz większym tabu, a w politycznie poprawnych opowieściach nie istnieje. I zdarzało się przecież, jak wspomina autor, że przedwojenni narodowcy, niechętni wobec Żydów z powodów ekonomicznych czy politycznych, podczas wojny angażowali się w ich ratowanie. Znany jest przecież przypadek Zofii Kossak-Szczuckiej, która była główną organizatorką Żegoty. A co zrobił Czesław Miłosz, oskarżający lud Warszawy o zabawę na karuzeli postawionej bezpośrednio przy murach getta? Co więcej, przez myśl mu nie przeszło, aby wspomnieć w swoim oskarżycielskim wierszu („Campo di Fiori”), kto tę karuzelę stawiał, i że wcale nie byli to Polacy. Gdy przychodzi do opisywania działań wojennych, Walusiak stara się nakreślić jak najdokładniej tło wydarzeń, które wcale nie są oczywiste nawet dla ludzi z maturą. Ci najczęściej powtarzają kilka frazesów (jeśli w ogóle wiedzą o II wojnie światowej), w których powtarzają się rzeczowniki: Hitler, Holokaust i Hiroszima.

Taki prosty wykład jest więc potrzebny, nawet po to, aby uporządkować argumenty, które mogą być przydatne w dyskusji z licznymi jeszcze pedagogami wstydu. A przecież zdanie Polacy zabijali Żydów jest tak samo logicznie niepoprawne jak to, że Żydzi zabijali Polaków. W UB przecież nacja ta stanowiła nadreprezentację i piszą o tym nawet historycy lewicowi. Po prostu z faktami się nie dyskutuje. Walusiak stara się więc cierpliwie tłumaczyć, że czym innym było działanie szmalcownika, który wydawał Żydów dla pieniędzy, czym innym działanie partyzantki komunistycznej, która takie grzechy miała na sumieniu, a czymś zupełnie innym wyrok państwa podziemnego na Żydzie, który swoich współbraci denuncjował Niemcom. Poza tym autor wiele miejsca poświęca na kwestie tak oczywiste, jak ratowanie Żydów. I znów tłumaczy, że w całej Europie tylko w naszym kraju za te działania groziła śmierć na miejscu – całej rodziny. I przypomina, który naród ma w swoim gronie najwięcej Sprawiedliwych. I wcale nie jest to Francja. Czytając Walusiaka, frustrujemy się, że przez ponad dwadzieścia lat postkomunistycznej Polski akcentowano i wyolbrzymiano tylko te złe rzeczy, tak jakby chciano wmówić nam, że jesteśmy narodem sprawców. Trzeba mieć nadzieję, że ta narracja odejdzie w zapomnienie, w parze z pewną gazetą, której imienia wymawiać nie wolno.

Dariusz Walusiak, Winni. Holokaust i fałszowanie historii, DW Rafael, Kraków 2016, ss. 444.

sobota, 19 listopada 2016

Metallica - Hardwired... to Self-Destruct. Znowu w siodle?

Metallica jest jak Lech Wałęsa. Niegdyś wielka, dzisiaj próbująca co jakiś czas zaznaczyć fakt, że nadal jest zjawiskiem ważnym. I podobnie jak w przypadku Wałęsy, zasługi tego amerykańskiego zespołu są skutkiem genialności czy wizjonerstwa, ale rzemieślniczego, robociarskiego podejścia do rzeczywistości i ogromnego wyczucia chwili. Nazwani w latach 80. królami thrash metalu, chłopcy z Metalliki zapełniali stadiony, powodując westchnienia dziennikarzy muzycznych, do tej pory interesujących się popem. W 1991 roku, wydając „Czarny album”, ci już dojrzali, ale jeszcze nie zdziadziali panowie, udowodnili, że popkultura jest odpowiednim miejscem dla zespołu metalowego. I to nie tylko kwestia koszmarnej ballady „Nothing Else Matters”, ale całego albumu, który był pożegnaniem z estetyką thrash metalu i szokiem dla wielu fanów. Szok ten pogłębił się pięć lat później, gdy światło dzienne ujrzał „Load”, ostatni dobry (osobiście uważam go za najlepsze, co zdarzyło się Metallice w ich karierze) album zespołu, na którym estetykę metalową bardzo umiejętnie połączono ze światem bluesa, country, grunge, a nawet amerykańskiego songwritingu. I w tym momencie skończyła się wielka Metallica.

Rok później ukazał się suplement do wyżej wymienionej płyty – „Reload” – po czym nastąpił etap odcinania kuponów, czyli składanka coverów (stara epka wzbogacona o ponad godzinę nowego materiału) i niesłuchalny album koncertowy „S & M”, na którym brzmienie Metalliki zderzyło się z orkiestrą symfoniczną. Osobie, która wpadła na łączenie metalu z symfonią, należałoby zafundować jakieś karne wczasy połączone ze słuchaniem najbardziej groteskowych zespołów tego typu. O pierwszym powrocie Metalliki do korzeni zaczęło się mówić w roku 2003, gdy zespół wydawał „St. Anger”. I chociaż trzeba pochwalić panów za otwartość na eksperymenty, przyznać trzeba, że ten akurat okazał się nieudany. Drugim powrotem do korzeni miał być przedostatni album studyjny „Death Magnetic” („Lulu” nie liczę), ten zaś zirytował wielu fanów kiepskim brzmieniem i potworną nudą lejącą się z głośników. Co z tego, że muzyka kapeli była tutaj szybsza i bardziej metalowa, nie sposób było przesłuchać jeśli całości albumu? I do trzech razy sztuka, bo najnowszy krążek kapeli „Hardwired… to Self-Destruct” miał być kolejnym powrotem do korzeni.

Na pierwszy ogień poszedł tytułowy singiel, który trwał zaledwie trzy minuty i stanowił dość groteskowy przykład produktu metallikopodobnego. Ta, bardziej wprawka muzyczna, niż kompozycja kapeli aspirującej do bycia zjawiskiem, łączyła w sobie thrashmetalowy riff i melodię żywcem zapożyczoną od jakiegoś kampusowego punkrockowego zespołu z USA. Potem okazało się, że płyta zawierać będzie prawie 80 minut muzyki i ukaże się na dwóch krążkach. Z lektury listy kawałków wynikało, iż reszta numerów będzie dość długa, co napawało raczej obawą niż nadzieją. Wielu spodziewało się szeregu nudnych „kloców”, jakie pojawiły się na „Death Magnetic”. Niespodziewanie dwa następne ujawnione kawałki spotkały się z optymistycznym przyjęciem. „Moth into Flame” i „Atlas, Rise!” emanowały bowiem niespotykaną od dawna w Metallice energią i radością grania. Pojawiły się w nich nawet thrashmetalowe riffy; ten drugi w dodatku mógł zaskakiwać cytatami z twórczości Iron Maiden. Te trzy piosenki sugerowały, że zapowiadany album jawił się jako realny powrót do thrashu, i w tym miejscu wielu żywiło nadzieje na taki obrót spraw. W końcu nadszedł 18 listopada i można było zweryfikować swoje oczekiwania.

Ci, którzy spodziewali się ponownego romansu kapeli z estetyką thrash metalu, mogą poczuć zawód. Bowiem oprócz przedpremierowych piosenek jedynie utwór finałowy – „Spit Out the Bone” – można było w ten sposób zaklasyfikować. W dodatku kawałek ten jest niezaprzeczalnie najjaśniejszym momentem omawianego albumu: jest agresywny i zadziorny. Jaka jest więc reszta „Hardwired”? Patrząc na album całościowo, przyznać trzeba, że najbliżej mu do okresu pomiędzy „Czarnym albumem” a „Load”, z pewnymi nielicznymi spojrzeniami w przeszłość. Nie ma jednak mowy ani o agresji „Kill’em All”, ani o ponurych melodiach wypełniających „Master of Puppets”. Te bardziej bezpośrednie i szybkie fragmenty płyty i tak są dość łagodne i możliwe do zaakceptowania przez szerokie audytorium, które metalu nie słucha, czyniąc wyjątek jedynie dla bohaterów tej recenzji. Na płycie dominują więc tempa wolniejsze i dość ciężkie riffy, odnoszące się do takich utworów jak „Sad but True” czy „Wherever I May Roam”. Takimi udanymi powrotami do tej stylistyki są „Dream No More” i „Murder One”. Słychać w nich w dodatku wpływy Corrosion of Conformity czy nowe oblicze Alice in Chains. Dzięki temu są niezwykle chwytliwe i przywołują nieśmiertelne dziedzictwo Black Sabbath. Pozytywnie zaskakuje również najdłuższy na płycie „Halo of Fire”. W tym ośmiominutowym kawałku wyraźnie usłyszeć można trzyczęściową strukturę i kilka zdecydowanych zmian nastroju. Na plus zaliczyć też trzeba brzmienie płyty, które jest miłą odmianą po nieudanych w tym względzie „St. Anger” i „Death Magnetic”.

Natomiast zdecydowaną wadą „Hardwired” jest czas trwania płyty. Gdyby wyrzucono pięć utworów („Now That We’re Dead” z pierwszego krążka i pierwsze cztery z drugiego), rezultat byłby lepszy. Szkoda również, że panowie rozciągnęli swoje utwory ponad miarę, bo skutkiem tego działania nie jest zwiększenie liczby wątków, ale nadmierne powtarzanie tych samych motywów. Innym czynnikiem obniżającym ocenę jest gra Kirka Hammetta, który już od dawna nie zagrał żadnej, chociażby minimalnie interesującej, partii solowej. Te można było wyrzucić zupełnie, bo męczy fakt, że w każdym utworze słyszymy te same sekwencje powtarzających się trzech – czterech dźwięków. Regres przeszedł również Lars Ulrich, którego jednostajne pukanie w zestaw perkusyjny nie irytuje jedynie w wolniejszych kompozycjach. Natomiast podkręcenie tempa powoduje zgrzytanie zębów słuchacza. Ulrich nigdy wirtuozem nie był, tu natomiast popisuje się absolutnym brakiem feelingu.

Niezaprzeczalnie „Hardwired… to Self-Destruct” jest najlepszą płytą Metalliki od dwudziestu lat, co nie było trudne przy „osiągnięciach” takich jak „St. Anger” lub „Death Magnetic”. Natomiast nie spodziewajmy się cudu, a tym byłby powrót do lat świetności. Te panowie mają dawno za sobą. Trudno przeskoczyć spadek umiejętności i kompozytorskich, i technicznych. Skoro Hammett (kto, do cholery nazwał go jednym z najlepszych gitarzystów na świecie?) i Ulrich obniżyli loty, a zawsze byli tylko rzemieślnikami, kwartet z Kalifornii nigdy już wielkiego dzieła nie nagra. Najnowsza płyta Metalliki jest więc poprawnie nagrana i zagrana, w dobrym znaczeniu melodyjna i chwytliwa. Kura nigdy latać nie będzie, więc cieszmy się, że chociaż tym razem jest tłusta.

Metallica - Hardwired... to Self-Destruct, Blackened 2016.

środa, 16 listopada 2016

Lenin i cerkwie: historyczna schizofrenia - rozmowa z Wojciechem Grzelakiem

Szaman, fot. W. Grzelak
Wojciech Grzelak nie jest może zawodowym reporterem, ale wie o Rosji więcej niż wielu żurnalistów, którzy mienią się reportażystami i opowiadają swoje historie zza Buga. Człowiek, z którym rozmawiałem, ma o tyle ciekawe spojrzenie, że jego teksty nie dotyczą tylko współczesnej rosyjskiej polityki czy obyczajowości, ale również renesansu wierzeń szamańskich wśród rdzennych mieszkańców Syberii.

Rosja jest często przedstawiana jako metafora matrioszki, w której odkrywamy kolejne warstwy. Na przykład wydaje nam się, że jest ona krajem powrotu do religijności, a tu nagle okazuje się, że na jedną kobietę przypada statystycznie cztery aborcje. Jak więc tę przenośnię ugryźć?
Churchill nazwał kiedyś Rosję sekretem owiniętym w enigmę i schowanym w tajemnicy. Bowiem interesując się tym krajem, odkrywamy kolejne dna, a potem następne i następne. W moim odczuciu taka właśnie jest Rosja. Poznawałem tam ludzi, z którymi potrafiłem się zgadzać w rozmowie, ale w pewnym momencie pojawiał się niesamowity dystans, jakby nagle ze skóry człowieka wyszedł kosmita. I to dotyczyło błahych spraw. Ukazywała się wówczas jakaś specyficzna cecha rosyjskiego myślenia lub mentalności.

O tym dystansie wspomina pan niejednokrotnie w kontekście widzenia historii przez Rosjan. Nasze wizje dziejów są kompletnie nieprzystające i z tego powodu nie potrafimy się porozumieć, szczególnie jeśli chodzi o II wojnę światową.
Rosjanie sami nie mogą poradzić sobie z własną historią, próbują tworzyć jakieś syntezy, nawiązywać do pewnych tradycji: z jednej strony – rosyjskiej, z drugiej – sowieckiej. Ta nostalgia za ZSRR jest silna, bo to również była Rosja, tylko potężniejsza i bardziej znacząca niż obecnie. Ta historyczna schizofrenia najlepiej wyraża się na centralnych placach miast rosyjskich, na których pomniki Lenina sąsiadują z cerkwiami. Jako świętych prawosławnych czci się zamordowanych na rozkaz Lenina członków rodziny ostatniego imperatora Mikołaja II. Rosjanie na co dzień nie zauważają tych sprzeczności, potrafią je jakoś godzić. Dla nas jest to niepojęte. Mentalność Rosjan jest ukształtowana przez dzieje ich kraju, w których wielkie piętno odcisnęła inwazja mongolska.

Grzbiet Saljugen - fot. W. Grzelak


Ta schizofrenia jest widoczna chociażby w Magadanie, gdzie w 1990 roku, czyli już dawno po epoce stalinowskiej, postawiono pomnik budowniczego Gułagu, Mikołaja Bierzina. Może to zbytnie uproszczenie, ale czy można tę rosyjską psychikę potraktować jako zbiorowy syndrom sztokholmski związany z podbojami i okrucieństwem?
Miałem wielokrotnie takie wrażenie, ale muszę pana w tym miejscu trochę zaskoczyć, bo syndrom sztokholmski na tle Rosji obserwowałem również u nie-Rosjan, a konkretnie u Polaków, którzy byli wywiezieni na Syberię. Widać go było na przykład w gustowaniu w piosenkach rosyjskich, które chętnie nucono, a przecież ci ludzie przeszli tam gehennę. Niemniej to były czasy ich młodości, z którymi wiążą się sentyment i nostalgia. Zaskakuje fakt, że mimo cierpień na nieludzkiej ziemi został im jakiś sentyment.

Jeździ pan przede wszystkim do Ałtaju, gdzie oprócz cerkwi prawosławnej widać renesans rdzennych wierzeń szamańskich. Na ile te oddolne ruchy religijne świadczą o prawdziwym odrodzeniu się wiary w Rosji?
To odradzanie się wierzeń szamańskich jest dość ciekawym zjawiskiem, ale nie jedynym. Po latach przymusowej ateizacji nastąpiła pewna eksplozja, może nie religii, co zjawisk parareligijnych, od Kaszpirowskiego, do konsultacji u wróżek. W lokalnych gazetach ukazują się anonse gwarantujące zwrócenie męża, a także powodzenie w wielu dziedzinach życia, związanych np. z pracą czy seksem. Poza tym, w większym stopniu niż na Zachodzie, wierzy się tam w horoskopy. A jeśli rozmawiamy o sprawach ściśle powiązanych z religią, trzeba wspomnieć o niesłychanej eksplozji działalności wszelkich sekt, które spotyka się nawet w najgłuchszych zakątkach Syberii czy Ałtaju. Jeśli chodzi o Ałtaj, rdzenni mieszkańcy powoli zaczynają odzyskiwać pamięć o swoim etnosie. Zrywają z propagandą, wtłaczaną im od lat, według której mieliby być podludźmi. Gdy mówiłem znajomym Rosjanom, że jeżdżę do Ałtajczyków, dowiadywałem się, że to są pół-zwierzęta. Jeden z lokalnych biznesmenów stwierdził nawet, że z małpami interesów nie robi. To jest podejście ludzi mieszkających tuż obok, uważających się za kogoś lepszego. Tymczasem, kiedy poznałem Ałtajczyków, zobaczyłem, że ma się to całkiem inaczej. Przede wszystkim uderzała większa czystość w domach i obejściach niż u Rosjan, a przede wszystkim znajomość swoich przodków. U Rosjan często pytanie o pradziadka powoduje wzruszenie ramion. Słabo kojarzą oni własnych dziadków, tymczasem Ałtajczycy pamiętają swoje genealogie, które zapamiętywane są w bardzo szczególny sposób. Przechowują oni w skórzanych kopertach zasuszone pępowiny chłopców i dziewczynek i wiążą te futerały w długie konstrukcje obejmujące nawet kilkanaście pokoleń. Z tym zjawiskiem wiąże się też odradzanie się tradycji wierzeń ałtajskich, m. in. także fenomenu kamłania, czyli wchodzenia przez szamanów w trans i kontakt ze światem niewidzialnym. Ci szamani w kulturze Ałtajczyków pełnią bardzo różne role. Mogą być na przykład konsultantami medycznymi. Nieprawdą jest, że wszyscy traktowani są z jednakową czcią. Mieszkańcy wiedzą, który z nich ma większą, a który – mniejszą moc, wiedzą, który lubi w czasie kontaktu z zaświatami dodać jakieś informacje od siebie i trochę zaimprowizować. Spojrzenie na szamanów jest więc dość krytyczne, co nie znaczy, że nie ma takich, których ludzie się wręcz boją.

Birkut - polowanie. Fot. W. Grzelak

A gdzie w tym wszystkim jest cerkiew?
Po latach komunizmu, gdy cerkiew była w całości na usługach służb i stanowiła instytucję fasadową, konieczną do utrzymywania pozorów wolności religijnej, zyskała na znaczeniu. Przy różnych uroczystościach musi być obecny jakiś przedstawiciel władz kościelnych. Zbudowano także sporo nowych cerkwi, wiele z nich odrestaurowano. W Bijsku, dwustutysięcznym mieście, co niedzielę przewija się przez cerkiew kilkadziesiąt osób, ale kiedy opowiadałem Rosjanom, że w Polsce w miejscowości o podobnej liczbie mieszkańców kościołów jest co najmniej kilkanaście i w niedzielę wszystkie są zapełnione, nie wierzyli mi. Cerkiew deklaruje się naturalnie jako przeciwnik aborcji i zwolennik ochroną życia, ale z drugiej strony dostojnikom kościelnym zdarzało się przejechać kogoś na pasach i niespecjalnie się interesować losem swojej ofiary. W społeczeństwie rosyjskim nadal pokutuje przekonanie, że cerkiew ciągnie tylko pieniądze, a popi chcą się otoczyć dostatkiem materialnym. W wielu wypadkach jest to prawdą, a wiara niektórych funkcjonariuszy kościelnych jest tylko deklaratywna. W prawosławiu nie ma nawet już silnych tradycji misji. Jedyną misję założono na Ałtaju sto lat temu, więc dzisiaj część mieszkańców deklaruje się jako prawosławni, co absolutnie nie przeszkadza im biegać do szamana. Noszenie krzyżyka wcale nie obliguje do przestrzegania moralności chrześcijańskiej, a nawet do znajomości religii. Nieraz w miastach ludzie w wieku dojrzałym postanawiają się ochrzcić w cerkwi, ale z moich obserwacji wynika, że to często pretekst do urządzenia imprezy towarzyskiej.

Rozmawiamy na razie o samych Rosjanach, pan natomiast wielokrotnie w swoich książkach wspomina o wzajemnych relacjach między nimi a nami. Jak z tamtej strony wygląda Polska?

To jest już kwestia edukacji rozmówcy i jego skojarzeń. Jedni sądzą, że Polska leży gdzieś między Rumunią a Czechosłowacją (nie Czechami!), a inni powtarzają znane powiedzenie: kurica nie ptica. Kobiety czują niekiedy sentyment do mody polskiej, zwłaszcza dla tych w średnim pokoleniu ikoną jest Barbara Brylska. W każdego Sylwestra telewizja puszcza film, w którym grała ona główną rolę. Natomiast, gdy prezentowano „Ekstradycję”, jej nazwisko było wyszczególnione na początku i to dużą czcionką. Chociaż Brylska grała w tym serialu tylko rolę epizodyczną. Polska więc odbierana jest przede wszystkim na zasadzie pewnych skojarzeń. Jednak rozmawiając z historykami czy tymi Rosjanami lub Ałtajczykami, którzy mieli za sobą epizod służby w jednostkach sowieckich w PRL i NRD, spotykałem się z nieco szerszym odbiorem. Pewien mój rozmówca, który 40 lat temu służył w Polsce, bardzo bolał nad zacofaniem naszego kraju. Mianowicie, widział, jadąc pociągiem, chłopa, który orał pole, posługując się koniem. Dla wszystkich żołnierzy sowieckich był to szok. Oczywiście nikt z nich nie zadał sobie trudu zastanowienia się nad tym, że w ZSRR obowiązywała gospodarka kolektywna, zaś w Polsce zachowało się rolnictwo indywidualne i używanie traktora na tak małej powierzchni nie było konieczne. Polska generalnie jest odbierana życzliwie i często się o niej mówi na imprezach. Nieraz w czasie spotkań towarzyskich Ałtajczycy słysząc, że jestem z Polski, chwalą się polskimi przodkami. Zresztą niektórzy z nich noszą polskie nazwiska. Wśród ludności niesłowiańskiej życzliwość do Polski jest więc nawet większa. Rosjanie jednak, poza pewną życzliwością i uprzejmością, odczuwają gdzieś na dnie kompleks polskiej zdrady. Ta zdrada ma parę poziomów: polski katolicyzm, co jest według nich odejściem od prawdziwej wiary, wystąpienie z rodziny państw socjalistycznych, związanie się z Zachodem i bycie prostytutką amerykańską, jak nas nazywają. Poza tym, w czasie nieformalnych spotkań, Rosjanie mówią, że my Słowianie powinniśmy trzymać się razem. Nie rozwijali, przeciwko komu mamy się trzymać, ale jasne, że przede wszystkim przeciwko Ameryce, która jest największym zagrożeniem. To bycie Słowianinem oznaczało, że jestem prawie Rosjaninem, wprawdzie nieco gorszej kategorii, ale jednak swój.

Tęcza pod Ust' Koksą - fot. W. Grzelak

Jak więc my, jako społeczeństwo, a przede wszystkim jako państwo, powinniśmy się odnosić do Rosji, bo w tej chwili przeszliśmy z jednej skrajności z drugą? Przed kryzysem ukraińskim spoglądano na Putina w zasadzie bez zarzutów, szczególnie w okolicach katastrofy smoleńskiej stał się naszym prawie że przyjacielem. Potem zaś narracja wiodących mediów, w tym „Gazety Wyborczej”, odwróciła się o 180 stopni i Adam Michnik z rusofila stał się największym rusofobem III RP.
Ta karuzela jest zabawna. Podobnie przed wojną ZSRR pierwszy wieszał psy na III Rzeszy, a potem stał się jej największym sojusznikiem. Te, nie wiadomo, na czym polegające przy niezamkniętej sprawie Katynia, nawoływania do historycznego pojednania z Rosją w 2010 roku, były żenujące. W tym samym roku przebywałem w sanatorium w Cieplicach koło Jeleniej Góry. 15 sierpnia zorganizowano tam program artystyczny, który składał się z piosenek rosyjskich, co w tym kontekście było obrzydliwe. Pamiętam też sprawę pomnika pod Ossowem, gdzie w jednozdaniowej, krótkiej inskrypcji doliczyłem się, po konsultacji z Rosjanami, czternastu błędów ortograficznych i stylistycznych. Natomiast uważam, że natury niedźwiedzia się nie zmieni i Rosja, nawet po odejściu Putina, zostanie sobą, niemniej sądzę, że w sytuacji Polski powinniśmy wygrywać na tym, ile się da. Przede wszystkim w sytuacji pewnej izolacji międzynarodowej, w której teraz znajduje się Rosja, każdy gest z naszej strony byłby zauważony. Nie mam jednak na myśli gestów wiernopoddańczych, jak w roku 2010, bo one do niczego nie prowadzą. Jeśli Rosja wyczuje słabość przeciwnika, zaczyna nim gardzić. Chodzi o wykonywanie pewnych gestów świadczących o tym, żeby traktować nas nieco inaczej niż całą masę, która jest wrogiem Rosji i wszystkimi sposobami stara się ją stłamsić. Mam na myśli przede wszystkim działalność gospodarczą, co do której Rosjanie byli otwarci i parę razy dawali takie sygnały. Mądra polityka mogłaby temu zaradzić. A że Rosja nie zmieni swojego położenia geograficznego, jesteśmy skazani na to sąsiedztwo. Na pewno powinniśmy zwalczać, jak tylko się da, każdy sojusz niemiecko-rosyjski, a sami zajmować to miejsce, ale takie działania wymagają jakiejś wizji polityki. Niestety, wśród obecnych elit politycznych nie widzę szans powodzenia. Traktowanie Rosji tylko jako wroga niczego dobrego nam nie przyniesie. Można wiedzieć, że to wróg, ale trzeba działać, pamiętając, że podając Rosji ręce należy uważać na palce.

Czyli więcej dyplomacji, a mniej machania szabelką?
Zdecydowanie tak. Rosjanie są bardzo wrażliwi na każdy taki gest, tym bardziej w obecnej sytuacji, gdy Rosja jest tylko jednym z problemów, kto wie, czy naczelnym. To pobrzękiwanie szablą przez Moskwę jest może widowiskowe, ale czy stoi za nim realna siła? Z polskiego punktu widzenia złe relacje ukraińsko-rosyjskie są pożądane, bo jeśli dwa państwa, niekoniecznie nam przyjazne, trzymają się za łby, to trzecie może skorzystać.

Więc uczucia humanitarne w polityce powinny zejść na dalszy plan?
Udało mi się pewnego razu przekonać jednego Rosjanina, że reżim komunistyczny był zły, i od tej pory on, który twierdził, że nie było gorszego systemu niż hitleryzm, zwykł powtarzać wszystkim znajomym, że Stalin był gorszy, bo zabijał swoich, a Hitler – tylko obcych. Gdy odniesiemy tę historię do relacji polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich w czasie wojny, możemy w podtekście zobaczyć, że Polacy byli, co prawda zabijani przez Rosjan, ale z powodu rozkazów, natomiast na Wołyniu swoi mordowali swoich bez rozkazu.
Przytoczę tu jedną przedziwną relację zesłańca. W momencie, gdy wieziono transport do łagru za koło polarne, pociąg stanął w szczerym polu i otworzyły się wszystkie drzwi. Niech pan zgadnie, dlaczego.

Nie mam pojęcia…
Komendant pociągu zadecydował, że będzie bardzo dobrze, jeżeli Polacy będą mogli podziwiać wspaniałą zorzę polarną, która rozkwitła na niebie. Przyszłoby to panu do głowy? Romantyzm i okrucieństwo w jednym.
 
Czike-Taman. Fot. W. Grzelak



wtorek, 8 listopada 2016

Maciej Czarnecki - Dzieci Norwegii. Uwaga, socjalizm

Zabrać dziecko – to bardzo proste. Wystarczy puścić w ruch urzędniczą machinę, która przyglądać się będzie rodzinom, badając, czy te nie odchodzą od ideologii postępu. Ta ostatnia zaś w zlaicyzowanej Europie Zachodniej zastąpiła religię, co oznacza, że posiada również swoje dogmaty, w które liberalne owieczki winny wierzyć. W przeciwnym przypadku owczarnię należy ukarać. Do takich dogmatów należy absolutny zakaz „przemocy” wobec dzieci. I owszem, cudzysłów jest w tym miejscu zamierzony i niezwykle ważny. Bo czy klaps oznacza realną przemoc? Odpowiedź na pytanie zostawiam prof. Stawrowskiemu, który w ostatnich tygodniach toczy bitwę z armią oburzonych. Pomysły na nowoczesne wychowanie dzieci mają, naturalnie, swoją ideologiczną nadbudowę, dla niektórych szlachetną w założeniu. Lecz im bardziej szlachetne są ideologie, im więcej humanitarnych frazesów zawierają, tym skutki bardziej opłakane. Fakt ten doskonale widać w Norwegii, gdzie państwo opiekuńcze pozwala wchodzić sobie na głowę tak bezczelnie, że przegrywa w sądzie z Breivikiem. I ta Norwegia, bezsilna wobec mordercy, pokazuje kły rodzinom winnym tego, że wychowują swoje potomstwo zgodnie z własnymi tradycjami.

Do Norwegii wybrał się młody reporter, Maciej Czarnecki, i tam spotykał się zarówno z rodzinami, jak i urzędnikami. Ci najbardziej władni na wywiady się nie zgodzili, ale to było przecież wiadome. Wizja, jaka wyłania się z „Dzieci Norwegii” może przerazić, a przynajmniej powinna poważnie zaniepokoić. I owszem, zdarzają się w książce takie głosy, które będą bronić tego systemu, lecz więcej jest tych ostrzegających. Państwo to jawi się na kartach reportażu jako socjalna utopia, rozpieszczona dobrobytem, w której życie społeczne oparte jest na luterańskim poczuciu wspólnoty. Naturalnie, ten religijny korzeń nie oznacza gremialnie wyznawanej wiary, a jedynie fałszywie rozumiany humanizm, z człowiekiem jako miarą wszechrzeczy postawionym na centralnym miejscu. I tym człowiekiem jest również dziecko (dziwne, że dopiero po porodzie, ale to temat na zupełnie inny tekst), co więcej, człowiek to najważniejszy, przed którym należy się kłaniać i któremu absolutnie nie powinno się fundować żadnych stresów. Bo przecież młody obywatel Norwegii ma prawo, aby nie zmuszać go do nauki czy nie krzyczeć, jeśli coś zbroi. A jeśli, nie daj Boże, taka sytuacja wystąpi, pojawiają się dzielni emisariusze z Barnevernetu.

Spyta ktoś, i słusznie, co jest w tej sytuacji wyjątkowego, bo przecież dzieci odbiera się rodzicom w całym zachodnim świecie. Tylko, że w Norwegii robi się to prewencyjnie, podobnie jak w „Raporcie mniejszości” postępowano z tymi, którzy dopiero mieli popełnić przestępstwo. Większość rozmówców Macieja Czarneckiego jest zgodnych, że trudno nie narazić się, chociażby jednokrotnie, na spotkanie z Barnevernetem. Fakt ten rodzi strach. Pojawiają się również zdania, że bardziej narażone na kontrolę oraz interwencję opieki społecznej są rodziny imigrantów. Trudno orzec, kto ma rację: ci, którzy takie wnioski wysuwają, czy autor, który zdaje się tonować te rozemocjonowane nastroje. Bo Czarnecki stara się dopuścić do głosu nie tylko tych, którym dzieci odebrano, albo tych, którzy szczęśliwie uciekli za granicę. I jako że reportaż jest wycinkiem rzeczywistości, nie dowiemy się, kto w tym sporze ma bezwzględną rację. Nie jest więc intencją autora, aby tę dyskusję zamykać. Jednak końcowe rozdziały nie pozostawiają wątpliwości: przed sądem większe prawa ma Norweg, imigrant zaś znajduje się na straconej pozycji, nawet gdy to rdzenny mieszkaniec kraju ze stolicą w Oslo ma na sumieniu molestowanie seksualne. Dwie wstrząsające relacje z wątkiem napastowania i gwałtów kończą całość „Dzieci Norwegii”. Skandalem jest zaś fakt, że to strona norweska, mimo ewidentnego przekroczenia prawa, dostała prawo do opieki nad dzieckiem.

„Dzieci Norwegii” można czytać również jako tekst mówiący o tym, do jakich absurdów prowadzi socjalizm, rozumiany nie tylko jako system gospodarczy, ale przede wszystkim wszechwładztwo systemu rządowego. Norwegia jest bowiem przykładem kraju, w którym dzieci uznaje się nie za własność rodziny, ale państwa. A takie postawienie sprawy kończyć się musi kontrolą oraz inwigilacją. Państwo przecież nie uwierzy w szlachetne intencje jakiejkolwiek instytucji, która nie jest państwowa. Natomiast do takich należy rodzina, co czyni ją z definicji czymś podejrzanym. Lektura reportażu Macieja Czarneckiego może być również zimnym prysznicem dla tych, którzy marzą o emigracji do bogatszych państw. Może się okazać, że kraje te są, co prawda, bardziej zasobne materialne, ale panują w nich tak dziwne zasady, że nie sposób w nich normalnie żyć.

Maciej Czarnecki, Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 237.

środa, 19 października 2016

Piotr Lipiński - Cyrankiewicz. Wieczny premier. Żywot człowieka chwiejnego

Był lawirantem. Był oportunistą. Podobno był kolaborantem, chociaż tego faktu akurat mu nie udowodniono. Przed wojną był całkiem porządnym socjalistą z PPS, który wrogo odnosił się do komunizmu. Po wojnie został, jeśli nie komunistą z przekonania, to wiernym członkiem PZPR. Był również, co chyba najważniejsze, najdłużej utrzymującym się premierem w historii PRL. Józef Cyrankiewicz, bo o nim mowa, miłośnik kobiet i życia, bywał również brutalnie szczery, gdy po pacyfikacji robotniczego buntu w 1956 roku wycedził, że kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa tę rękę odetnie. Nie był ascetą jak Gomułka, zamiast zupy szczawiowej z kartoflami preferował kawior, zamiast czystej wódki – imperialistyczną whisky. Nie miał jednej żony, jak towarzysz Wiesław, ale żenił się trzy razy, w tym po raz pierwszy już przed wojną. Jego drugą i najsłynniejszą żoną była kapryśna aktorka – Nina Andrycz. Kim był właściwie Józef Cyrankiewicz, łysy wieczny premier PRL? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Piotr Lipiński, autor skromnej objętościowo biografii tego niejednoznacznie ocenianego polityka.

Poprzednia książka Lipińskiego była reportażem dotyczącym bulwersującej sprawy Adama Humera, natomiast „Cyrankiewicz. Wieczny premier” pozostając w obszarze Polski Ludowej, dotyka tematyki mniej wstrząsającej, chociaż wciąż związanej z władzą komunistyczną w Polsce. Ta reporterska biografia napisana jest, podobnie jak pozycja poprzednia, sprawnie i lekko, z językową biegłością. Nie wchodzi jednak w banalizowanie, chociaż życiorys najsłynniejszego łysego polityka PRL przedstawia dość pobieżnie, na tle najważniejszych wydarzeń politycznych Polski Ludowej. Pytanie, jakie stawia autor na samym początku, a które dotyczy tajemnicy oportunizmu wiecznego premiera, zostaje na końcu skomentowane jedną z możliwych odpowiedzi, jednak nie wyczerpuje innych możliwych interpretacji. Tak więc poznajemy Cyrankiewicza w przedwojennym Krakowie, jako młodzieńca zafascynowanego ideą socjalistyczną, bez skrzywienia internacjonalistycznego. Potem nadchodzi okupacja niemiecka i czas konspiracji, w końcu punkt zwrotny – osadzenie w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. To tam następuje sekwencja wydarzeń, co do których historycy nie są zgodni. Kolaborował czy nie kolaborował? Był świnią czy nie? Autor odpowiada enigmatycznie, że nie wszystko, co na temat Cyrankiewicza czytamy, musi być prawdą.

Kilka miesięcy dzieliło Cyrankiewicza od spotkania z rotmistrzem Witoldem Pileckim, gdyż ten ostatni uciekł z obozu parę miesięcy przed aresztowaniem przyszłego premiera. Po wojnie, gdy Pilecki będzie czekał na śmierć, polityk, choć o bohaterze słyszał, nie wstawi się za nim do Bieruta. I tu dochodzimy do oportunizmu głównego bohatera. Cyrankiewicz potrafił, co pokazuje Piotr Lipiński, interweniować w sprawach mniejszej wagi i niewymagających nadstawiania karku. Na przykład postarał się o mieszkanie dla wdowy po Witkacym. Natomiast Pilecki był dla niego powietrzem. Podobnie postępował Cyrankiewicz w newralgicznych momentach niepokojów społecznych. Chował się i czekał na stanowisko ważniejszych od niego członków Komitetu Centralnego. Gdy wymagała tego jego własna pozycja, mówił jednym głosem z partyjnym betonem. Jasno potępił Poznań, Wybrzeże, a także List 34 wystosowany przez literatów, którzy czuli się zbyt mocno dociśnięci polityką PZPR. Ale w pojedynczych przypadkach potrafił wstawić się, gdzie było trzeba. Pod jednym warunkiem – że fakt ten nie narazi go na utratę lub zagrożenie stanowiska.

Jako dowód małości Cyrankiewicza przytacza autor fragmenty wiersza Mariana Hemara. W „Nagrobku Józefa Cyrankiewicza” poeta pisze: Stoi opasły i pyzaty przed mikrofonem. Tłustą łapą macha – patrzajcie – polski kapo w sowieckim łagrze. Arcyszelma, co tylko w życiu jeden cel ma. By się parszywej władzy trzymać. Lipiński dodaje, niejako rozmywając odpowiedzialność moralną polityka, że kilka milionów Polaków to Cyrankiewicze, właśnie z powodu oportunizmu i nieetycznych kompromisów, które podejmowano w czasach dyktatury proletariatu.

„Wieczny premier” jest więc niejednoznacznym portretem człowieka władzy, który zawsze zajmował drugą pozycję w państwie i który nie wydawał żadnych niezależnych decyzji, zawsze udając się po wskazówki do Komitetu Centralnego. Cyrankiewicz to człowiek odpowiedni do czasów, w których żył. Z jednej strony służalczy i sterowalny, z drugiej – próbujący nadrabiać stylem życia i niewymuszoną elegancją czy wiedzą, której miał pod dostatkiem, zwłaszcza gdy przyrównamy ją do poziomu umysłowego przeciętnego urzędnika partyjnego. Czy był jak peerelowski mieszczanin, dla spokoju należący do PZPR, ale aspirujący do bycia kimś więcej jak tylko parcianym towarzyszem? Może dlatego cieszył się dużą – jak na ludzi władzy w PRL – sympatią? Może dzięki temu tak długo utrzymał się na stanowisku?

Piotr Lipiński, Cyrankiewicz. Wieczny premier, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 270.

czwartek, 13 października 2016

Wiesław Weiss - Tomek Beksiński. Portret prawdziwy. Romantyk muzyki rockowej

Tomasz czy Tomek? Tytuł biografii młodego Beksińskiego nie pozostawia wątpliwości i chyba mówi coś, czego jej autor starał się w jasny sposób nie wyartykułować. Wiesław Weiss bowiem, oburzony „Ostatnią rodziną” oraz reportażem Magdaleny Grzebałkowskiej – „Portretem podwójnym” – twierdzi już we wstępie, że to właśnie on ukaże z obiektywizmem postać tragicznie zmarłego w 1999 roku radiowca. Jeśli więc Grzebałkowska pisała o tej niedojrzałej części osobowości Beksińskiego, przeciwko czemu oburzył się Weiss, zdrobnienie jego imienia nie pozostawia wątpliwości. Dość jednak analizowania tytułu. Biografia Tomasza Beksińskiego miała swoją premierę w tym samym dniu, co film Matuszyńskiego, trudno więc nie zauważyć tej koincydencji. Po lekturze wstępu już wiadomo, że autor poszedł na wojnę, szczególnie z twórcami filmu. Zarzucił Matuszyńskiemu i Boleście nakręcenie obrazu nikczemnego i nieuczciwego. Wcześniej jeszcze przytoczył słowa samego Beksińskiego, w których ten protestował przeciwko wykorzystywaniu faktów z jego życia: nie pozwolę, żeby jakiś skurwiel ukradł mi choćby cząstkę mnie i wykorzystał, zaśmiewając się przeciwko mnie. A potem usiadł i napisał książkę. Najobszerniejszą biografię Tomasza Beksińskiego, która ujrzała światło dzienne.

Już sam rozmiar książki robi wrażenie: prawie siedemset stron tekstu ilustrowanego sporą liczbą czarno-białych zdjęć. Autor rzadko kiedy pisze od siebie, toteż „Portret prawdziwy” (jasna aluzja do „Portretu podwójnego” Grzebałkowskiej) składa się przede wszystkim z wypowiedzi przyjaciół, kolegów i znajomych Tomasza Beksińskiego. Kogo tu nie ma? Anja Orthodox, Katarzyna Rakowska, Wojciech Szadkowski – postacie ze sceny muzycznej, zaprzyjaźnione z Beksińskim. Pojawiają się jego przyjaciele spoza tych kręgów: Aneta Awtoniuk, George Sliwa, Katarzyna Konopa, ale również pracownicy Polskiego Radia i dziennikarze prasy muzycznej. Mówią Grzegorz Brzozowicz, Tomasz Szachowski, Marek Niedźwiedzki, Roman Dziewoński, ale i swoje trzy grosze dorzuca sam autor. Beksiński to nie tylko radio i prasa, to również tłumaczenia filmów: przygód Jamesa Bonda, obrazów z Clintem Eastwoodem czy „Latającego Cyrku Monty Pythona”. Cytuje więc autor wypowiedzi lektorów filmowych: Macieja Gudowskiego, Jacka Brzostyńskiego i Jarosława Łukomskiego. Knapika w tym towarzystwie nie ma, bo Beksiński go nie znosił i z nim nie współpracował. W sumie w tekście pojawia się blisko sto osób, mniej lub bardziej związanych z głównym bohaterem. I fakt ten trzeba docenić, bo zebranie takiej ilości materiału wymagało nie lada zaangażowania i wysiłku.

Natomiast otwartą pozostaje kwestia gatunku. W zamierzeniu biografia, „Portret prawdziwy” raz po raz udowadnia, że jest reportażem, co nie jest, naturalnie, zarzutem. I wiadomo, że od tego, kogo przepytamy, uzyskamy taki, a nie inny efekt. We wstępie, jak już wspomniałem, Wiesław Weiss zarzuca swoim poprzednikom nieodpowiednie potraktowanie Beksińskiego. I jeśli zgadzam się co do krytyki reportażu Tochmana, bo to autor, który lubi szarżować i obarczać odpowiedzialnością za rzeź w Rwandzie jednego z polskich biskupów, to uważam, że Grzebałkowska potraktowana jest niesprawiedliwie. Owszem, praca Weissa kładzie nacisk na nieco inny aspekt życia Beksińskiego niż jego relacje rodzinne i dysfunkcyjna osobowość. W „Portrecie prawdziwym” główna postać jawi się więc jako dusza towarzystwa, człowiek przyjazny i oddany ludziom. Jednak nie trzeba być psychologiem, aby stwierdzić, że serdeczność i opowiadanie dowcipów nie musi się kłócić z egoizmem i nieumiejętnością wejścia w bliską relację z kobietą. Można więc czytać i Weissa, i Grzebałkowską, nie przekreślając żadnej z obu pozycji. W każdej z nich Tomasz Beksiński jest tajemnicą, którą trudno wyjaśnić kilkoma prostymi zdaniami.

Jako że Wiesław Weiss jest znawcą muzyki rockowej, dużo uwagi poświęcił na muzyczne pasje Tomasza Beksińskiego, czego do końca nie widziała Magdalena Grzebałkowska. Na kartach książki bohater jest maniakiem muzyki, ale również filmu. Z jednej wizyty w Londynie potrafi przywieźć kilkadziesiąt kaset wideo. Posiada obszerną płytotekę, która – co ciekawe – po jego śmierci została przewieziona do radiowej Trójki i leży tam do dziś w zapyziałym magazynku, rozparcelowana w kilku kartonach. Fakt ten mówi więcej o dziedzictwie Beksińskiego, niż niejedna mądra analiza psychologiczna. Bowiem radiowiec żył w świecie wykreowanym przez piosenki zbójeckie. Nawet nie książki (jak Gustaw u Mickiewicza), bo tych – jak opowiada u Grzebałkowskiej jedna z jego kobiet – w zasadzie nie czytał. Beksiński stworzył sobie rzeczywistość złożoną z rocka symfonicznego, progresywnego i gotyckiego, oraz muzyki new romantic, i z niej czerpał wiedzę na temat relacji damsko-męskich. W jego audycjach dominowała muzyka albo smutna, albo mroczna. I chociaż były one majstersztykami, do poziomu których nie zbliży się żaden radiowiec, prezentowały dość jednoznaczną, pesymistyczną wizję świata. I trzeba to powiedzieć głośno, Beksiński fascynował się kiczem i uwierzył, że jest on doskonałą sztuką, która przekazuje prawdę o życiu, w tym o miłości. Do swoich ulubionych płyt lat 90. zaliczył krążki takich zespołów jak Lacrimosa, XIII. Stoleti, Deine Lakaien, Type O Negative, Devil Doll czy Fields of the Nephilim. To dość jednoznaczna deklaracja estetyczna, ale idzie za nią niezdrowa fascynacja warstwą liryczną, w której dominuje zło i rozpacz, a miłość ukazana jest jako perwersja albo cierpienie.

Czy był więc Tomasz Beksiński ofiarą muzyki, której słuchał? Odpowiedź twierdząca byłaby jednak niesprawiedliwa. To bardziej splot różnych czynników i okoliczności: bezstresowego wychowania, obcowania ze sztuką ojca, genów, osobowości, spotkanych ludzi, preferencji estetycznych także. W końcu nie każdy, kto obcuje z mroczną muzyką i fascynuje się horrorami, popełnia samobójstwo. Z wypowiedzi bohaterów książki wynika, że powodem tym było nieszczęście w miłości. Natomiast geneza tego niepowodzenia jest kwestią otwartą. A czytając „Portret prawdziwy”, można próbować odpowiedzieć na to pytanie. Potem jednak warto sięgnąć po „Portret podwójny”.

Wiesław Weiss, Tomek Beksiński. Portret prawdziwy, wyd. Vesper, Czerwonak 2016, ss. 702.

niedziela, 9 października 2016

Luba Winogradowa - Nocne wiedźmy. Jak to na wojence ładnie

Wzgardzona miłość boli najbardziej i najłatwiej przeradza się w swoje przeciwieństwo – nienawiść. Tak było przecież z relacjami Związku Sowieckiego i Trzeciej Rzeszy. Te, tak samo kochające swoich wodzów państwa, padły sobie w ramiona, aby za kilka lat prowadzić ze sobą śmiertelny bój. A gdy ZSSR przystąpił do aliantów, stał się jednym ze sprawiedliwych, którego zbrojnym ramieniem była niezwyciężona Armia Czerwona. Wystarczy jednak sięgnąć po książki Swietłany Aleksijewicz, Wiktora Suworowa czy Nikołaja Nikulina, aby ujrzeć prawdziwy, a nie zmitologizowany obraz konfliktu, nazywanego przez Rosjan Wielką Wojną Ojczyźnianą. Ten fałszywy ogląd rzeczywistości był obowiązujący również w Polsce Ludowej i, mam wrażenie, że jeszcze długo potem. W ostatnich latach, na szczęście, zamiast niezwyciężonej krasnoj armii pojawiać się zaczęli obdarci chłopcy z karabinami na sznurkach. Zamiast etosu walki z faszyzmem – gwałty i rabunek. Do tego pamiętać należy, że Armia Czerwona, poza wygnaniem Niemców, nie przyniosła naszemu rejonowi Europy niczego dobrego.

Ten jednoznaczny obraz zdaje się nieco niuansować Luba Winogradowa, autorka „Nocnych wiedźm”, historycznego reportażu poświęconego kobietom służącym w sowieckim lotnictwie. I to największy szok, który przeżyje czytelnik po zetknięciu się z tym opracowaniem. Bowiem pisarstwo Winogradowej dalekie jest od burzenia mitów, które uprawiają Suworow i Nikulin. Dalekie jest również od detalicznego przedstawiania tragizmu wojny przez Aleksijewicz. „Nocne wiedźmy” są próbą pogodzenia ze sobą dwóch sposobów pisania o wojnie, nie tylko o tym konkretnym konflikcie. Godzą ze sobą tendencje pacyfistyczne i rozrachunkowe, w myśl których wojna to przede wszystkim rzeź, oraz brązownicze, które zamknąć można w cytacie ze znanej piosenki: jak to na wojence ładnie. Nie wszystko bowiem jest u Winogradowej zgodne z oficjalną linią, którą przyjęliby historycy za czasów ZSRR. Autorka raz po raz opisuje sytuacje, które chluby nie przynoszą, ale są nieodłącznym składnikiem wojny. Dzieje się tak, gdy Winogradowa wspomina o samosądach przeprowadzanych na jeńcach niemieckich czy o frontowych miłościach między pilotkami a oficerami. Te ostatnie często traktowane były jako próba ochrony. Autorka jednak miłosiernie milczy, nie wspominając, przed czym miałyby się chronić kobiety w środowisku wyposzczonych mężczyzn.

Widać jednak również, że „Nocne wiedźmy” nie są do końca udaną pozycją. Irytuje w nich przede wszystkim sowiecki triumfalizm. Irytują faszyści, językowy fałsz wyprodukowany w ZSSR, pokutujący do dzisiaj. Są tam Niemcy, są faszyści, ale jakoś brak nazistów, czyli socjalistów ze skrzywieniem nacjonalistycznym. Bo przecież i socjalizm, i rosyjski nacjonalizm (ubrany dla niepoznaki w szatki internacjonalizmu), to jedne z podstawowych składników sowieckiego totalitaryzmu. Autorka chce być obiektywna, co widać w mnogości zebranych przez nią faktów, ale chyba nie do końca panuje nad tak skomplikowaną materią. Ulega przede wszystkim radosnemu nastrojowi większości wspomnień przytaczanych przez weteranki osobiście, lub przeczytanych w archiwach. I to największy zarzut wobec jej tekstu. Wojna u Winogradowej to kobiece przyjaźnie, brawurowe loty, bicie faszystów, słowem – chciałoby się powiedzieć, że wesoła, męska przygoda, tyle że bez mężczyzn w roli głównej.

Z drugiej strony „Nocne wiedźmy” ukazują kawałek historii, do tej pory nie do końca obecny w świadomości społecznej. ZSRR był bodajże jedynym państwem, które w czasie II wojny w takim stopniu angażowało kobiety. Te ostatnie zgłaszały się często na ochotnika, rezygnując z pracy lub studiów. W sytuacji normalnego państwa można by docenić patriotyzm i męstwo wolontariuszek. Natomiast te decyzje, o czym autorka nie wspomina, wydają się nie tyle szczere, co podjęte po wieloletniej już indoktrynacji komunistycznej. System ten działał niczym religia, czego dowody znajdują się również na kartach „Nocnych wiedźm” – rzecz jasna, między wierszami. Kobiet-pilotek było tak wiele, że stworzyły one swój własny pułk lotniczy. A mając doświadczenie w innych działaniach kolektywnych, jak chociażby budowa moskiewskiego metra, z łatwością poddawały się one wojskowemu drylowi. Co ciekawe, dawały niekiedy wyrazy niesubordynacji, szyjąc sukienki ze spadochronów, albo uciekając ze swoich oddziałów po to, aby dostać się do jednostek lotniczych. Winogradowa nie wspomina o surowych karach; w przypadku jej bohaterek taka przygoda zawsze kończy się co najwyżej reprymendą i obcięciem żołdu. Przypomina się dowcip o Leninie z brzytwą, co to mógł zabić, a tylko opieprzył.

„Nocne wiedźmy” mogły być książką bardzo dobrą, a nawet wybitną, bo sam temat jest przecież bardzo ciekawy. Znajdują się jednak gdzieś w połowie między rzetelnym, rzemieślniczym pisaniem a propagandą. Nie wątpię, że książki tej potrzebuje społeczeństwo rosyjskie, żyjące w upadającym, coraz bardziej izolowanym mocarstwie, które próbuje coś znaczyć, angażując się w konflikty w Syrii i na wschodniej Ukrainie. To dla współczesnych Rosjan opisany w tekście obraz chłopa, który wydaje wszystkie oszczędności, aby zafundować Armii Czerwonej samolot, może być atrakcyjny. Poza Rosją wątpliwości budzi samo istnienie takiej sytuacji. Poza tym, na wojence wcale ładnie nie jest, a tego wydają się nie zauważać bohaterki „Nocnych wiedźm”.

Luba Winogradowa, Nocne wiedźmy na wojnie z lotnikami Hitlera, tłum. A. Sowińska, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 398.

czwartek, 29 września 2016

Klemens Rudnicki - Na polskim szlaku. Arcypolska epopeja

Ciekaw jestem, ile jeszcze takich pereł kryje się w archiwach. Wydaje się nam, że o II wojnie powiedziano wszystko, a co jakiś czas okazuje się, że na światło dzienne wychodzą kolejne wspomnienia i pamiętniki. Ten zaś jest szczególny, bo jego autor, Klemens Rudnicki, walczył najpierw w Kampanii Wrześniowej, potem został aresztowany na terenach zajętych przez Związek Sowiecki a po zawarciu układu Sikorski – Majski ruszył na bojowy szlak z armią generała Andersa, po czym osiadł na emigracji w Londynie. Jego opowieść jest więc symbolem tułaczki polskiego żołnierza oraz tragicznej historii Polski. „Na polskim szlaku” ukazało się najpierw w Londynie, nakładem oficyny Gryf. Potem w latach 80. opublikowano tę książkę w drugim obiegu. W trakcie przemian ustrojowych publikacja miała dwie, niezależne od siebie edycje. Pierwsza z nich wyszła dzięki Ossolineum, druga – wydawnictwu Rytm, wcześniej podziemnemu. Dzieje, które opisuje autor, są uniwersalne, wspólne dla dziesiątków tysięcy Polaków, rozczarowanych klęską wrześniową, a potem dobitych utratą nadziei na wolne państwo i skazanych na wychodźstwo z kraju. W przeciwnym razie ich los byłby przypieczętowany przez stalową pięść NKWD.

Wspomnienia te ukazują się w dodatku w szerszej edycji, gdyż do tekstu głównego zostało dołączonych kilka aneksów. Pierwszym z nich są „Obrazki rodzinne” napisane przez siostrę autora – Wandę. Pod względem literackim są dość przeciętne, ale za to ciekawe faktograficznie. Zawierają relacje z Kresów, które obejmują nie tylko historię rodziny Rudnickich, ale obserwacje obyczajowe i etnograficzne. Ten niedługi tekst ukazuje przedwojenną, inteligencją mentalność kresowych ziemian, co dzisiaj jest dla niektórych przedmiotem tęsknoty, a dla lewicowców dowodem na nieuleczalną pańskość Polaków. Uzupełnia publikację wywiad z córką autora – Leną Rudnicką, siostrą zakonną należącą do zgromadzenia, z którym wiąże się historia polskiego szlaku, który przeszedł twórca omawianego tekstu. Klemens Rudnicki wspomina bowiem, że wszystko zaczęło się od poświęcenia sztandaru pułku i przysięgi złożonej w Jazłowcu, w klasztorze sióstr niepokalanek. Potem przewaliła się przez Polskę miesięczna kampania zakończona podpisaniem aktu kapitulacji.

Czytając wspomnienia Rudnickiego, nie sposób nie zwrócić uwagi na honor autora. Dzisiaj interpretowany może być on jako naiwność. Z opisu walk wrześniowych wyłania się smutna obserwacja. Mianowicie, nikomu nie śniło się wówczas, że Niemcy zdolni będą do takich okrucieństw. Oficerowie, nauczeni doświadczeniem poprzednich konfliktów i wychowani na romantycznym kulcie powstań narodowych, armię niemiecką traktowali tak samo jak równorzędnego przeciwnika, któremu należy się walka zgodna z pewnymi konwencjami. Z tego też powodu po 17 września autor zbagatelizował zagrożenie sowieckie. Skoro widział we Lwowie obdartych Azjatów i niegroźny chaos, który powodowali, zdawało się mu, że ZSRR nie jest państwem tak niebezpiecznym jak III Rzesza. Już po amnestii dla więźniów politycznych w Związku Sowieckim dziwił się Rudnicki nieobecności oficerów z obozów jenieckich w Starobielsku i Ostaszkowie, ale nie spodziewał się tego, co stało się w Katyniu. Jako przedstawiciel polskiej ziemiańskiej inteligencji autor co rusz zadziwia prawością myślenia. Nawet wówczas, gdy po zdradzie jałtańskiej wciąż deklaruje się, że wierzy Zachodowi… na przyszłość.

Ta prawość przydaje się Rudnickiemu w sowieckich więzieniach, w których obcuje nierzadko z elementem przestępczym. Nie jest to jednak prawość słaba czy naiwna. Więzień polityczny, jakim był autor, wychowany w ziemiańskich, ale dość surowych warunkach, jest w stanie sprostać i odosobnieniu, i skrajnym warunkom życia, i niebezpiecznym współwięźniom. Tym ostatnim okazuje szacunek, słucha ich, idzie na kompromisy, w związku z czym nigdy nic złego ze strony tych ludzi go nie spotyka. Jakże to inna postawa w porównaniu z dzisiejszymi inteligentami, mądrzącymi się z ekranu czy gazetowych szpalt i narzekającymi na rzekomych Hunów najeżdżających polskie morze!

Wspomnienia Klemensa Rudnickiego to spotkanie ze światem już nieistniejącym, nie tylko z powodu kresowej mentalności autora, ale i gruntownej wiedzy humanistycznej. Dziś powiedzielibyśmy, że żołnierzowi niepotrzebnej. Czy na pewno? Kolejnym powodem jest wewnętrzna siła polskiego oficera. Autor, co zaznacza zaledwie kilka razy, przez całą wojnę nie widział ani żony, ani córek. Nie wiedział, co się z nimi stało, nie mając pewności, czy przeżyły wkroczenie Armii Czerwonej. Nie myślał o sobie czy o szczęściu własnym, mając jeden cel – niepodległą Rzeczpospolitą. A że w dodatku opisuje swoje przeżycia ze swadą, nierzadko z poczuciem humoru i bez fatalizmu, czyta się je jak awanturniczą powieść przygodową.

Klemens Rudnicki, Na polskim szlaku. Wspomnienia z lat 1939-1947, wyd. LTW, Łomianki 2016, ss. 382.

sobota, 24 września 2016

New Model Army - Winter. Wyjątkowo gorąca zima

Gdy kilka miesięcy temu pojawiły się pierwsze konkretne informacje na temat nowego albumu New Model Army, niektórzy przecierali oczy ze zdumienia. Zespół zapowiedział bowiem powrót do mocniejszego, bardziej wyrazistego grania, jakim parał się na pierwszych wydawnictwach, którymi definiował na początku lat 80. muzykę nowofalową. I w zasadzie od lat 90. kapela nieco zmieniła swoje utwory, bardziej stawiając na przestrzeń i atmosferę niż na mocne rockowe uderzenie. Albumy takie jak „Love of Hopeless Causes” czy „High” zawierały tylko pojedyncze żwawsze piosenki, a w głównej mierze skupiały się na kreowaniu klimatu. I chociaż zdarzył się zespołowi bardziej bezpośredni materiał („Today is a Good Day” z 2009 roku), na poprzednim regularnym wydawnictwie zatytułowanym „Between Dog and Wolf” muzycy zagrali tak nostalgicznie, jak jeszcze nigdy dotąd. „Winter” miała być odmianą, chociaż zapowiadający płytę utwór tytułowy jeszcze do końca nie odkrywał kart. Jak więc wygląda prawda?

New Model Army nigdy nie nagrali albumu, który byłby nieciekawy czy kiepski. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Ponadto zespół ten jest nazbyt świadomy własnej twórczości, aby mechanicznie przenosić się w lata 80. Nie ma więc mowy o jakimś kopiowaniu pomysłów z przeszłości. Jedno jest jednak pewne, „Winter” to najbardziej dynamiczne wydawnictwo kapeli od czasów… Właśnie, od kiedy? Pomijając „Today is a Good Day”, trzeba stwierdzić, że zespół nie grał tak drapieżnie od przełomu lat 80. i 90., czyli od „Impurity”, a nawet „Thunder and Consolation”. Nie zwiastuje tego faktu jeszcze pierwsze nagranie – „Beginning” – ale już drugi numer – „Burn the Castle”  - to punkowy rocker, w którym Justin Sullivan śpiewa na krawędzi krzyku, z mocną chrypką. I takich energicznych piosenek jest na „Winter” o wiele więcej niż na płytach poprzednich. Dość by wymienić jeszcze takie tytuły jak „Eyes Get Used to the Darkness”, „Born Feral”, „Devil”, „Echo November” czy finałowy „After Something”. To nie znaczy jednak, że pozostałe utwory to liryczne ballady. Z pewnością nie są to utwory bezpłciowe, od których roi się scena muzyki indie zaludniona przez zniewieściałych chłopców śpiewających falsetem o swoich smartfonach. New Model Army to dziady, a dziady dzisiaj są bardziej świadome, męskie i zbuntowane niż nastoletni chłopcy: odwrotnie niż jeszcze 20 lat temu.

„Winter”, w odróżnieniu od większości rockowych albumów nagrywanych w ostatnich latach, to płyta niezwykle zróżnicowana i obdarzona świadomą dramaturgią. Nie chodzi nawet o konstrukcję utworów, chociaż i ta nie jest banalna. Piszę tu o dramaturgii tego godzinnego wydawnictwa, która w trzynastu numerach nie zawiera ani minuty nudy. Dzisiaj to osiągnięcie prawie że niemożliwe. Nie ma tu miejsca, aby przeanalizować układ piosenek, ale wystarczy jedno przesłuchanie płyty (osobiście zbliżam się do dziesięciu), aby uznać, że „Winter” jest spójną całością. I zapewniam, że pierwszy kontakt z tym albumem to dopiero początek przygody, ponieważ sporo się na nim dzieje, również na drugim i trzecim planie, gdzieś w tle, co najłatwiej odkryć, korzystając ze słuchawek.

Co więc dzieje się na „Winter” poza tymi wymienionymi już utworami? Mam wrażenie, że album ten jest najbardziej „amerykańskim” wydawnictwem New Model Army. Ten zawsze do bólu brytyjski zespół brzmi tutaj miejscami jak rasowy folkowy band z południa USA. A niektóre momenty płyty kojarzyć się mogą ze sceną gothic americana. Tak dzieje się na przykład w „Drifts”, który dodatkowo zaskakuje atmosferą niczym z pieśni Nicka Cave’a. Ten specyficzny klimat zresztą rozpoczyna cały album; „Beginning” to długi, ponad siedmiominutowy kawałek, w którym na początku słyszymy przesterowany bas i głęboki śpiew Sullivana. Utwór rozwija się powoli: pojawiają się gitary, później słyszymy fortepianowe akordy, napięcie zaś powoli wzrasta aż do dramatycznego, w zasadzie gotyckiego finału. Natomiast wszystkie utwory łączy jeden wspólny mianownik, którym są emocje. New Model Army zawsze grali muzykę romantyczną (w odróżnieniu od sentymentalnej, czyli płaczliwej), w której słychać było i bunt, i zaangażowanie. Nie inaczej jest na „Winter”, jedynie jeszcze bardziej intensywnie. Emocje te przekładają się na piękne i przebojowe melodie i na teksty, w których głównym bohaterem zdaje się być natura.

Ostatnią kwestią jest brzmienie. Dzisiejsze standardy przyzwyczaiły wielu słuchaczy do sztucznego, wystudiowanego dźwięku. Natomiast słuchając najnowszego albumu Brytyjczyków, odnoszę wrażenie, że znajduję się razem z nimi w sali prób. Brzmienie jest bezpośrednie, akustyczne, oparte na dudniącej gitarze basowej i perkusji, która absolutnie nie brzmi jak z komputera (komputer to kolejna bolączka współczesnego rocka produkowanego jak z taśmy). Wokal znajduje się na pierwszym planie, blisko słuchacza, gitary brzmią surowo, natomiast dodatkowe instrumenty, takie jak fortepian, skrzypce i syntezatory, pojawiają się niezwykle rzadko i wybrzmiewają gdzieś w tle. Na tle dzisiejszej skomercjalizowanej i wyzutej z ducha rockowej sceny „Winter” jawi się więc jako fenomen: płyta uduchowiona, dynamiczna, emocjonalna, męska, a przede wszystkim nieoglądąjąca się za jakimikolwiek modami. Bo te są dla gówniarzy, nie dla mężczyzn. Dla mnie to płyta roku (jeszcze trwającego) i jeden z najlepszych albumów New Model Army w całej ich historii.

New Model Army, Winter, Attack Attack Records, 2016.

czwartek, 22 września 2016

Filip Springer - Miasto Archipelag. Smuta postwojewódzka

Co łączy ze sobą Włocławek, Kalisz, Bielsko-Białą, Tarnobrzeg czy Sieradz? Dla młodszego pokolenia, nienawykłego do nauki geografii, nazwy te są pewnie puste i jednoznaczne, jak pisał Różewicz. Ci zaś, którzy pamiętają podział kraju na czterdzieści dziewięć województw, powinni skojarzyć od razu. Te i inne ośrodki miejskie, w sumie tworzące archipelag trzydziestu jeden wysp na mapie Polski, łączy jedno. Chodzi o utratę statusu wojewódzkiego. Reforma administracyjna, wprowadzona w 1997 roku przez rząd Jerzego Buzka, była dla zdecydowanej większości tych ośrodków początkiem degradacji. I chociaż pozornie miasta te, lub wręcz miasteczka, w większości wyglądają schludnie, odnowione dzięki pieniądzom unijnym i polskim kredytom, ich społeczności zdają się mieć świadomość straty. Ośrodek wojewódzki się oddalił, a Warszawa to już mglisty horyzont, znany najczęściej z seriali i wiadomości telewizyjnych. Do tych trzydziestu jeden miast wybrał się Filip Springer, nie bez kozery nazywany jednym z najzdolniejszych polskich pisarzy, nie tylko tych tworzących literaturę faktu.

Co wynikło z tej wyprawy, a raczej serii podróży? „Miasto Archipelag” – bo pod takim tytułem ukazała się seria tych reportaży – to migotliwy patchwork, złożony z niejednoznacznych, nierzadko niepasujących do siebie elementów. Trudno byłoby zachować encyklopedyczny porządek przedstawiania faktów, zwłaszcza że mamy do czynienia nie z rocznikiem statystycznym, ale rasowym reportażem. Że Springer pisze świetnie, udowodnił już nie raz, przy okazji „Miedzianki” czy „13 pięter”. W jego polu zainteresowań leży miasto i jego architektura, toteż autor w bardzo krótkim czasie stał się ekspertem w tej dziedzinie. Jednak spod tej warstwy zawsze wyziera człowiek ze swoimi problemami i bolączkami. Nie inaczej jest w omawianym właśnie tekście. Mieszkańcy post-wojewódzkich ośrodków miejskich zdają się grać tutaj pierwsze skrzypce, chociaż umieszczeni są w konkretnych przestrzeniach. Pisze Springer o wyrastających niczym grzyby po deszczu galeriach handlowych, nowoczesnych pasażach pełnych aptek i banków, świecących fontannach czy zrewitalizowanych budynkach fabrycznych. Jednak to nie one są tutaj najważniejsze, stanowiąc jedynie tło do opowiadanych historii.

Na końcu reportażu autor zdradził nieco tajniki warsztatu, bo przyznał się, że w wielu opisywanych miejscach miał swoje „wtyczki”: ludzi sobie znanych, którzy mogli go wtajemniczyć w konkretne przestrzenie. Dzięki temu obraz tych trzydziestu jeden miast nie jest jednoznaczny i nie przypomina produkcyjniaków reportażowych poświęconych beznadziei polskich miasteczek (z domysłem: bierzcie nogi za pas do Anglii). A taka poetyka zdaje się dominować, chociaż w ostatnich latach coś w tej kwestii zaczyna się zmieniać. Pasjonaci własnych miast, ci, którzy wbrew wszystkiemu powrócili w rodzinne strony, pozostawiają nadzieję na to, że nie wszyscy uwierzyli w mit, iż Polska to Warszawa, Wrocław, Gdańsk i Kraków. Kłam tej tezie zadają młodzi mieszkańcy Zamościa czy Suwałk, którzy z powodzeniem znaleźli sposób na siebie, nie wyjeżdżając do stolicy czy za granicę. A to przecież najłatwiejsza droga.

Co jeszcze interesujące, to układ tekstów. Nie występują one w ścisłym porządku i nie są uporządkowane według miast, ale stanowią układ problemowy, dzięki czemu na jedno zagadnienie można spojrzeć z perspektywy kilku ośrodków. Na przykład modernizacja. Po 1975 roku, kiedy Edward Gierek zarządził podział na czterdzieści dziewięć województw, aby dowartościować mniejsze miasta, w wielu z nich zabrano się za unowocześnianie ich centrów. Tak stało się chociażby w Ciechanowie, Łomży czy Koszalinie. W tym ostatnim wyburzono jedną pierzeję rynku, aby puścić tamtędy czteropasmową ulicę, dzisiaj nie do końca potrzebną. W Ciechanowie pobudowano nowe wieżowce, które dziś straszą odrapanymi elewacjami, i budynek urzędu wojewódzkiego, oszklony gmach typu Lipsk. Innym wspólnym problemem jest upadłość. I tu, jako miasta strachu, występują Radom, Częstochowa, Wałbrzych i Włocławek. Dwa pierwsze, jeszcze ponaddwustutysięczne, warszawka traktuje jako synonimy obciachu, zaś one same zdają się nie mieć na siebie pomysłu. Wałbrzych z kolei jest miastem pogórniczym, o największej liczbie dzielnic grozy. We Włocławku zaś ścisłe centrum ze staromiejską zabudową to osiedle latających noży, gdzie łatwo dostać po twarzy.

„Miasto Archipelag” to więc podróż po trzydziestu (zaraz wytłumaczę, skąd ta zmiana liczby) ośrodkach, w których beznadzieja łączy się z innowacją, a masowa emigracja z nielicznymi powrotami. To podróż po miejscach, gdzie upadł przemysł, albo ledwo dyszy, gdzie dominują Kaufland z Biedronką, ale również gdzie znaleźć można argumenty przeciwne. Zmiana liczby bierze się stąd, że w całym archipelagu znajduje się jedna wyspa oszczędzona przez złodziejską transformację, będąca wyjątkiem od reguły. To Bielsko-Biała, która jako jedyne miasto nie ma kompleksu utraconego województwa, gdzie pracują liczne zakłady przemysłowe, a bliskość ośrodków turystycznych dodatkowo nakręca dobrą koniunkturę. Trudno powiedzieć, dlaczego właśnie tam udało się to, co w reszcie Polski wyszło tak sobie. Ciekaw jestem, jak książkę tę odbierze warszawka. Czy znów skończy się na wzruszeniu ramion i pogardliwym stwierdzeniu o Polsce B?

Filip Springer, Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast, wyd. Karakter, Kraków 2016, ss. 317.

wtorek, 20 września 2016

Piotr Wroński - Spowiedź życia. Banalne życie szpiega

Jam jest Jacek Soplica – to słowa rozpoczynające najsłynniejszą polską spowiedź literacką. Ich bohater, nabroiwszy srogo, kaja się na łożu śmierci przed swoim największym wrogiem. Wyznanie to oddziałuje na nas niezwykle silnie, bo my Polacy tak mamy. Lubimy bohaterów na bakier z prawem ludzkim i boskim, którzy w odpowiednim momencie, niech to będzie nawet ostatnie tchnienie, nawracają się i proszą o przebaczenie. Autor współczesnej spowiedzi życia, bo tak zatytułowane są jego wyznania, to Piotr Wroński, znany już czytelnikom z dwóch powieści, „Spisku założycielskiego” oraz „Weryfikacji”. W tomach tych opisał kulisy działań Służby Bezpieczeństwa, z czasów morderstwa księdza Popiełuszki i przekształceń ustrojowych. A że nie wszystko chciałby czy mógłby zwerbalizować w formie literatury faktu, uciekł się do częstego w takich sytuacjach fortelu, do beletrystyki. Trzecia pozycja podpisana przez tego byłego pracownika SB oraz działającego już w III RP Urzędu Ochrony Państwa powieścią jednak nie jest. To niezwykle popularna w latach 90. forma wypowiedzi, mianowicie wywiad-rzeka. W porównaniu z innymi tekstami utrzymanymi w tej właśnie formie, otrzymujemy nader skromną rzeczkę, bo liczącą tylko dwieście stron.

Jest w niej jednak sporo faktów. I czytelnik, który szczególnie interesuje się czasami PRL, może śmiało po nią sięgnąć. Wroński bowiem w chronologicznym układzie opowiada o swoim życiu i własnych wyborach. Poznajemy go na początku jako jednego z wielu studentów polonistyki, który wybrał pracę w tej specyficznej instytucji, nie do końca wiedząc, co się w niej robi. Autor wywiadu zdaje się bagatelizować swoje decyzje, zwracając uwagę przede wszystkim na biurokratyzm Służby Bezpieczeństwa. Na korytarzach i w gabinetach SB nie zionie się ogniem, ani nie podpisuje paktu ze złem. To komórka taka sama jak inne w Polsce Ludowej – przeżarta procedurami, biurokracją i specyficzną urzędniczą atmosferą. Historia jednak przedstawia nam nieco inne oblicze SB, bardziej demoniczne, i czytając wypowiedzi Wrońskiego zaczynamy się buntować. Z drugiej jednak strony czy nie na tym polega spojrzenie od środka? Nie musi ono zgadzać się z wyrobionymi już opiniami. Jednak czytając wspomnienia Piotra Wrońskiego, pamiętać należy, żeby dać się skusić wizji wszechogarniających barw moralnej szarości, słowem – by nie zrelatywizować prawdy. To jedyne niebezpieczeństwo tej lektury, które jednak wyrobionego historycznie czytelnika powinno ominąć.

Praca w aparacie bezpieczeństwa ukazana w tej rozmowie bardziej przypomina drobiazgową dłubaninę połączoną z lawirowaniem między zwierzchnikami i kolegami z pracy. To samo dotyczy również pracy wywiadowczej, która w popularnych powieściach i w kinie przedstawiana jest najczęściej jako romantyczna przygoda pojedynczego śmiałka walczącego z całym światem. A to przecież nieprawda. I z lektury „Spowiedzi życia” można wywnioskować po raz kolejny, że wywiad to bardziej nudne i żmudne zajęcie, niż mogłoby się wszystkim wydawać. Przy okazji autor korzysta z okazji, aby skrytykować (nie podając nazwiska i tytułu książki) wizję szkoły szpiegów w Kiejkutach ukazaną przez Piotra Pytlakowskiego w jego dość głośnym reportażu. Przy okazji dowiadujemy się, że co prawda na świecie ze służb się nie odchodzi, nawet na emeryturze, u nas jednak nie jest to prawdą. Żegnając się z karierą wywiadowczą, robimy to definitywnie. Dość trudno uwierzyć w taki obraz, zwłaszcza mając w pamięci zupełnie inne opinie. Problem, jaki się pojawia w „Spowiedzi życia”, polega więc na jej przynależności gatunkowej. Autor z różnych powodów nie mówi wszystkiego, bo tekst ten nie jest powieścią i nie da się drażliwych faktów przedstawić w sposób fikcyjny.

Może więc dlatego „Spowiedź życia” dla niektórych okaże się rozczarowaniem. Ci, którzy spodziewają się nie wiadomo jakich sensacji, nie dostaną ich tutaj. Nie będzie śmierdzieć siarką, a bohater nie sprzymierzy się z diabłem. Natomiast czytelnik ciekawy tego, jak wyglądała codzienna praca operacyjna służb wywiadowczych PRL, dostanie sporą dawkę wiedzy. Dodatkowo Piotr Wroński okazuje się rozmówcą dość intrygującym. Nie mówiąc wszystkiego, zostawia furtkę do domysłów. A czytając jego słowa, lub słuchając ich w mediach (mediach ostatnich miesiącach autor dość często wypowiada się w stacjach telewizyjnych), nie można nie odnieść wrażenia, że nawrócony esbek częściej mówi prawdę niż uznani bohaterowie opozycji. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, jest banalnie prosta. Nawróceni esbecy kłamać nie muszą, bo nie mają nic do stracenia. Natomiast umoczone w agenturalną współpracę i niezdrowe kompromisy „autorytety moralne” muszą łgać do końca życia. Inaczej stracą twarz.

Piotr Wroński, Spowiedź życia. U wrót czyśćca, rozm. P. Wojciechowski, wyd. Editions Spotkania, Warszawa 2016, ss. 210.

środa, 14 września 2016

Marcin Cielecki - Miasto wewnętrzne. Nasza powierzchowna duchowość

Bóg, miłość i śmierć. Nie ma w literaturze i sztuce poważniejszych i ważniejszych tematów. Może niektórzy nie zgodzą się z moim zdaniem, ale w takim razie czekam na sensowniejsze propozycje. Dam sobie rękę uciąć, że albo ich nie będzie, albo nazwane zostaną inaczej, a i tak mieścić będą się tych trzech pojęciach. Tego zdania jest również Marcin Cielecki, autor zbioru esejów wydanych pod tytułem „Miasto wewnętrzne”. Jestem również przekonany, że podzielają jego pogląd ci, którym na sercu leży cywilizacja łacińska. Poważne podejście do kultury, w której żyjemy, musi zaowocować takim właśnie wnioskiem, że to właśnie Bóg, miłość i śmierć są jej budulcami. I to niezależnie, czy się w Stwórcę wierzy, czy też tej wiary się nie podziela. Wystarczy zajrzeć do Dostojewskiego, który jak mało kto potrafi babrać się w ludzkich bebechach, a przy okazji widzi człowieka szerzej niż tylko byt materialny. Czy zrozumienie rosyjskiego badacza ludzkiej duszy byłoby możliwe bez odwołania do chrześcijaństwa? Czy malarstwo Nowosielskiego można by poważnie zinterpretować bez odniesienia do pojęcia Boga?

Zanim autor odpowie nam na te pytania, zaprasza nas na wędrówkę po Kortowie, dzielnicy Olsztyna zaludnionej przez studentów i naznaczonej dzisiaj pełnym hedonizmu życiem żaków. Na współczesny obraz tej wesołej i kojarzonej z odpoczynkiem przy jeziorze dzielnicy nanosi Marcin Cielecki dawne, niepokojące szkice związane z niemiecką historią miasta. Stolica Warmii jest przecież pełna śladów niepolskiej przeszłości, jak wszystkie ziemie odzyskane po II wojnie światowej. Te kortowskie opowieści kryją nie tyle zwyczajne pruskie życie, co szaleństwo, a to wiąże się ze szpitalem psychiatrycznym, który w tym miejscu funkcjonował przez długie lata. Banalna wędrówka z synem po Kortowie staje się dla autora przyczynkiem do rozważań na temat narodzin sztuki medycznej i związanych z nią eksperymentów. Te zaś zawsze były dokonywane na ludzkim ciele i duszy. Na te obrazy nakładają się losy Olsztyna po wojnie, związane nieodłącznie z barbarzyństwem Armii Czerwonej. Do tego dochodzą rozważania na temat miejscowych pierwotnych wierzeń związanych ze śmiercią i pamięcią o zmarłych. Już pierwszy esej proponuje więc czytelnikowi podróż po gąszczu tematów, swoistą silva rerum. Marcin Cielecki zanurzony jest w miejsce, w którym mieszka na co dzień, czujnie opisując jego historię, przy czym bardzo sprawnie tworząc sugestywne obrazy.

Ale co z Bogiem, miłością i śmiercią? Ta trójca wychodzi na jaw się w kolejnych szkicach zawartych w „Mieście wewnętrznym”. A te dotyczą przede wszystkim literatury i sztuki. Pojawia się w nich wspomniany już Fiodor Dostojewski, którego autor darzy wielką estymą. Jego literatura jest bowiem niedoścignionym wzorcem pisania o mrokach duszy ludzkiej. Pisarz nie unika odniesień do transcendencji, czym zdecydowanie odróżnia się od dzisiejszych zafascynowanych nim literackich nihilistów, którzy potrafią jedynie pławić się we własnej depresji i paranojach spowodowanych nadmiernym dostatkiem i zerwaniem z duchową tradycją Europy. Ta bez chrześcijaństwa przecież istnieć nie może i to zdaje się mówić autor. Jednak czyni to bez konfesji; nie jest nawiedzonym poszukiwaczem zła we współczesnej kulturze. Stara się raczej zaglądać tam, gdzie poszukiwania duchowości nie wydają się oczywiste. Stąd w jego esejach pojawia się twórczość brytyjskiej pisarki Iris Murdoch, niesłusznie kojarzonej z mieszczańskim romansem. Pojawia się również popkultura. Ta ostatnia pokazuje swoją twarz w postaci Jokera, demonicznej postaci z komiksów i filmów o Batmanie.

Nie jest więc Cielecki eseistą poruszającym się po bezpiecznych przestrzeniach, oswojonych przez Kościół i religię, ale sięga głębiej, tam, gdzie wielu sięgać się nie ośmiela. Jakże marnie wyglądają przy jego tekstach te produkcyjniaki rodem z pisemek o egzorcyzmach tworzone dla przestraszonej młodzieży oazowej. Kultura, jak zauważa czujnie autor, bardziej niż bluźnierstwa, powinna wystrzegać się kiczu. Również tego religijnego. Bluźnierstwo jest bowiem najczęściej zaproszeniem do dyskusji, a kicz raczej usypia i żadnej dysputy nie prowokuje. I można, naturalnie, nie zgodzić się z wizją autora, nota bene wierzącego katolika, ale nie można przejść obok niej obojętnie. „Miasto wewnętrzne” prowokuje, jątrzy, chociażby przypominając mało znane dzisiaj średniowieczne obrzędy Święta Głupców, zakazane po Soborze Trydenckim. A przecież były one wentylem bezpieczeństwa dla surowej, ascetycznej religijności wieków średnich i odrodzenia. To podczas nich świątynia stawała się przestrzenią grubego żartu, dzisiaj jednoznacznie ocenionego jako obrazoburczy.

Nasze mroczne chrześcijaństwo, tak tytułuje autor podrozdział jednego z esejów. Obecność mroku w religii zbliża autora do duchowości prawosławnej, a z drugiej strony – tradycyjnie ewangelickiej. Zwracając uwagę na aspekty ciemności, strachu i w religii, i w kulturze, zdaje się Marcin Cielecki protestować przeciwko zdziecinniałej, kierowanej do dorastających, egzaltowanych nastolatek, twarzy dzisiejszego Kościoła katolickiego. Twarz ta, doskonale widoczna podczas Światowych Dni Młodzieży oraz słyszana w słowach papieża Franciszka zdaje się zapominać o dziedzictwie przedsoborowego katolicyzmu. Dziś mamy radosne pląsy, rockandrollowe piosenki o Bozi i klaskanie w dłonie. Ani Dostojewski, ani Nowosielski nie podzieliliby zdania o słuszności tej wizji. „Miasto wewnętrzne” również tego nie czyni. Zwraca za to uwagę na to, co można przeoczyć, idąc za powierzchowną duchowością ery kilkusekundowych filmików w mediach społecznościowych.

Marcin Cielecki, Miasto wewnętrzne, wyd. Benedyktynów Tyniec, Kraków 2015, ss. 300.

poniedziałek, 12 września 2016

Wojciech Grzelak - Matrioszka od środka. Rosyjskie klimaty

Wojciecha Grzelaka zawsze warto poczytać. I przyznam się, że gdy chcę dowiedzieć się czegoś o Rosji, najchętniej sięgam po tego właśnie autora. Dlaczego? Z błahych powodów, ale nie tak oczywistych dla większości piszących o Federacji Rosyjskiej. U Grzelaka bowiem nie ma blagi, nie ma szpanowania ani hipsterskiego wąsa, który ironicznie zwiedza obce mu przestrzenie. Jest za to doświadczenie, również związane z wielomiesięcznymi pobytami w tym kraju, jest erudycja, dowcip, ale i krytycyzm. Bo o Rosji ostatnio pisze się albo skrajnie negatywnie, albo na kolanach (co skończyło się w zasadzie po aneksji Krymu). Wyparowali gdzieś Daniel Olbrychski i Adam Michnik pełni zachwytu dla naszego wschodniego sąsiada, co tłumaczyć trzeba wyłącznie polityczną grą. Natomiast Grzelak nie jest ani bezmyślnym chwalcą Federacji, ani nie bawi się w walenie cepem na oślep. Potrafi za to spojrzeć w sposób niejednoznaczny, co stanowi potężny atut jego publicystyki. „Matrioszka od środka” jest trzecim tomem poświęconym sprawom polityki i życia społecznego Rosji. Autor tym razem mniej dotyka tej pierwszej, skupiając swoją uwagę przede wszystkim na ludziach.

Książki Grzelaka można podzielić na dwie skromne kategorie, pierwszą z nich opisałem powyżej. Druga natomiast zajmuje się syberyjskim szamanizmem i jest równie interesująca. Jak było już wspomniane, „Matrioszka od środka” skupia się na życiu codziennym Rosji, nierzadko sięgając w czasy jeszcze sowieckie. Teksty zawarte w publikacji dotyczą bardzo różnych tematów, zaczynając od rosyjskich i sowieckich świąt, poprzez kosmonautów, film, a nawet drogi wschodniego imperium. Taki natłok bardzo różnej tematyki powinien spowodować chaos, zwykle niepożądany w literaturze faktu. Nic takiego jednak się nie dzieje, nawet mimo bardzo prostej konstrukcji książki. Tematy, którymi autor się zajmuje, nie krzyżują się ze sobą, ale koegzystują w osobnych rozdziałach. Jest więc „Matrioszka…” sposobem na fragmentaryczne poznanie kilku aspektów życia związanych ze współczesną Rosją.

Nie dziwi w tym kontekście fakt, że spora część książki dotyczy tożsamości narodowej Rosjan. Dość znany jest tutaj pociąg do świętowania, który Grzelak opisuje, pamiętając o całej jego złożoności. W Rosji bowiem wciąż popularnym świętem jest 1 maja, jednak w ostatnich latach obchodzony mniej hucznie niż w czasach komunizmu. Wciąż niesłabnącą popularnością cieszy się za to Dzień Kobiet. W państwie Putina to dzień wolny od pracy; zresztą był nim i w Związku Sowieckim. Natomiast wspominany tu i ówdzie powrót do prawosławnej religijności nie wydaje się znaczący. Cerkiew, uwikłana przecież w ZSRR w agenturalne związki z KGB i aparatem państwowym, nie jest miejscem, do którego przychodzą szerokie rzesze wiernych, czym wyraźnie różni się od pozycji Kościoła katolickiego w Polsce. Przy okazji opisywania świętowania autor nie może nie wspomnieć również o związanej z nim mentalności Rosjan. A ta staje się niezwykle spontaniczna, a człowiek rosyjski poddaje się uroczystemu biesiadnemu nastrojowi nader łatwo.

Interesujące są również ustępy poświęcone rosyjskiemu kinu, zwłaszcza dzisiaj, gdy filmów stamtąd nie uświadczy się w kinach, a pojedyncze przebłyski pojawiają się gdzieniegdzie na festiwalach offowych. Aby zrozumieć Rosjan, trzeba – zdaniem autora – nauczyć się kodu kulturowego obecnego w rosyjskim kinie. My mamy „Misia”, „Rejs” czy „Chłopaki nie płaczą” i cytatami z nich przerzucamy się w czasie spotkań towarzyskich czy dyskusji internetowych. Tam kultowe komedie kręcił Leonid Gajdaj. To jemu poświęca autor sporą część rozdziału poświęconemu kinu w Rosji.

Jaki więc obraz wyłania się z „Matrioszki”? Trzeba przyznać, że niejednoznaczny. Wojciech Grzelak nie pała bezkrytyczną miłością do imperium na wschodzie, rozumie za to i lubi jego mieszkańców. To zresztą dość częste spostrzeżenie w naszej literaturze: mieszkańcy Rosji dają się lubić, za to władza – już niekoniecznie. Czytając „Matrioszkę” i inne publikacje autora, możemy choć na trochę zbliżyć się do prawdy na temat Rosji i jej mieszkańców.

Wojciech Grzelak, Matrioszka od środka, czyli rosyjskie klimaty, wyd. Wektory, Wrocław 2016, ss. 244.

środa, 7 września 2016

Drauzio Varella - Klawisze. Bohaterowie zza krat

Gdy pewnego październikowego dnia 1992 roku na terenie brazylijskiego więzienia Carandiru wybuchł bunt osadzonych, z początku wszystko wydawało się rutynowe. Więźniowie od zawsze byli niezadowoleni z warunków, w których przebywają, a strażnicy byli od tego, aby powściągać ich reakcje. Nawet sam moment buntu nie zrobił na nikim większego wrażenia. Dopiero wpuszczenie policji wojskowej na teren placówki zaowocował tragedią. Podczas zamieszek zginęło 111 osób, a wiele setek zostało rannych. Gdy po pewnym czasie opadł bitewny pył, okazało się, że moment masakry w więzieniu w Sao Paulo był jasną cezurą, po której nic już nie było takie jak przedtem. Rządy w brazylijskich placówkach odosobnienia przejęły brutalne gangi wraz z najbardziej agresywnymi przestępcami na czele. Nie znaczy to jednak, że wcześniej panowała sielanka. Natomiast naruszone zostało pewne kruche status quo, w wyniku którego sytuacja zmieniła się na gorsze. O tym wszystkim pisze, po raz kolejny, brazylijski lekarz więzienny, Drauzio Varella. Jego pierwszą opowieść mogliśmy przeczytać dwa lata temu: „Ostatni krąg” opowiadał o kilkudziesięciu więźniach, nie tylko z Carandiru. Natomiast niedawno wydani w Polsce „Klawisze” mówi przede wszystkim o strażnikach, co zapowiada już sam tytuł.

Literatura więzienna, szczególnie ta znana w naszym kraju (Niesiołowski, Nasierowski, Sikora) siłą rzeczy koncentruje się na osadzonych, ignorując świat strażników, lekceważąco nazywanych klawiszami. Ten ostatni jest więc światem nieprzeniknionym, który znany jest tylko z opowieści jednej strony, przy czym są to opowieści skrajnie subiektywne. Już mniej pisze się o stresie, któremu podlegają więzienni nadzorcy. Pamiętać należy jeszcze o jednej sprawie. Mianowicie, warunki panujące w ośrodkach penitencjarnych w Polsce i Ameryce Łacińskiej są niezwykle różne. Gdy porównamy je ze sobą, okaże się, że w naszym kraju więźniowie żyją na wczasach. Varella pisze, że jeszcze do niedawna więzienia brazylijskie niczym nie różniły się od tych sprzed stu i więcej lat. Ale nie to jest najważniejszym motywem „Klawiszy”. Są nim natomiast ci, którym w większości publikacji dotyczących więzień nie poświęca się wiele miejsca.

Pisząc na tak trudny temat, łatwo popaść w manierę i albo szarżować emocjami i sensacją, albo złapać zbyt duży dystans, co skutkować będzie naukowym chłodem. Drauzio Varella, jako człowiek znający się na rzeczy, bo kilkadziesiąt lat pracujący w różnych ośrodkach, znajduje inny, lepszy sposób opisania rzeczywistości. Nie epatuje niepotrzebnym okrucieństwem, ale w naturalnym tonie snuje swoje opowieści. Tekst jego składa się z trzydziestu kilku drobnych obrazków napisanych według zasady minimum słów, maksimum treści. Nie szarżuje więc autor armią przymiotników, ani nie wyraża oburzenia opisywanymi zdarzeniami. Oddaje głos swoim bohaterom, którzy w końcu mają sposobność mówić. I z pewnością pozycja ta nie powstałaby, gdyby nie zaufanie, którym obdarzyli strażnicy skromnego więziennego lekarza. To chyba sposób bycia Varelli i jego umiejętność słuchania spowodowały, że na kartach książki pojawiło się tak wiele fascynujących opowieści. A te napisane są językiem prostym, obrazowym i niezwykle klarownym. To duża umiejętność, aby wyrazić myśli w sposób mało skomplikowany, ale jednak elegancki i daleki od banału.


Czytając reportaż Brazylijczyka, dopiero zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, pod jak ogromną presją znajdują się jego bohaterowie. Słabo opłacani, narażeni na notoryczny stres więzienni strażnicy opisani przez autora, jeśli tylko nie zejdą na drogę występku, są prawdziwymi bohaterami. Dziwi także fakt, że wielu spośród bohaterów tekstu wybrała ten zawód z powołania. Niektórzy nawet od dziecka marzyli o tym, aby pracować za murami. Niektórych zaś wybrana w młodości profesja uratowała od zejścia na złą drogę. Zafascynowani buntem i życiem na krawędzi, wybrali bardziej moralne zajęcie. Varella poświęca uwagę również tym strażnikom, którzy skuszeni przez sposobność zarobienia łatwych pieniędzy decydują się na współpracę z osadzonymi. Przemycają narkotyki, ułatwiają ucieczkę, czym skazują się na ten sam los, co więźniowie. Większość jednak – zdaniem autora – to ludzie prawi, uczciwi, co nie znaczy, że zawsze działający zgodnie z mieszczańskim kodeksem. Co ma bowiem zrobić funkcjonariusz, który został postawiony w sytuacji ekstremalnej? Rozmowa często nie ma sensu, pozostaje tylko siła pięści. Z drugiej strony nieraz, aby dojść do prawdy o tym, co dzieje się w celach, trzeba korzystać z usług informatorów. To jednak połowa sukcesu; pozostają jeszcze dyplomatyczne umiejętności, dzięki którym nie wolno zdradzić, kto donosi. W warunkach brazylijskiego więzienia kapusiowi grozi śmierć.

Jeśli mówimy więc o południowoamerykańskich ośrodkach dla osadzonych, musimy użyć metafory dżungli. Zarówno więzień, jak strażnik, każdego dnia toczy w niej walkę o przetrwanie. Nie bez przyczyny niektórzy z opisanych przez autora bohaterów przed przejściem przez więzienną bramę wykonują znak krzyża. Ten świat bowiem wymaga nieustannego wyostrzenia zmysłów, a jedna drobna pomyłka oznaczać może pożegnanie się z życiem. Są jednak tacy, którzy chcą płacić tę cenę, tacy, których ciągnie za mur i którzy spełniają się, pracując z ludźmi nierzadko nieprzewidywalnymi i zdemoralizowanymi. To, co mają do powiedzenia, jest czasem wstrząsające, nieraz specyficznie dowcipne, ale zawsze interesujące.

Drauzio Varella, Klawisze, tłum. M. Lipszyc, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss. 219.