Debiutancka powieść Marty Kwaśnickiej czekała dwa lata, aż zauważyło ją jakiekolwiek wydawnictwo. Jak pisze autorka w posłowiu, przez ten czas nikt się nie zainteresował jej „Pomyłką”. W sumie ten fakt nie dziwi, bo podczas jej lektury nie znalazłem ani jednego wulgaryzmu, opisu aktu seksualnego, obyczajowych perwersji czy bluźnierstw. Nie ma także mowy ani o grotesce, ani o absurdzie czy o podpieraniu się autorytetem Gombrowicza. Narratorka i główna bohaterka, co prawda, zamieszkuje w dużych miastach, ale ani razu nie odwiedza wegańskiej knajpki, nie drze się podczas manif, a także nie wymachuje tęczową flagą. Nietrudno się więc domyślić, że takie treści nie przejdą, podobnie jak faszyzm. A zresztą to jedno i to samo. Jak bohaterka Kwaśnickiej śmie przyznawać się do wiary katolickiej? Jak śmie opisywać burżuazyjne życie elit włoskiego renesansu i hiszpańskich pisarzy przełomu XIX i XX wieku? Przecież nie wolno pisać w ten sposób! W dodatku fabuła tej powieści jest jasna, prosta i przejrzysta. Żadnych eksperymentów formalnych, żadnego mnożenia czy zaburzenia płci. Żadnych cyrków językowych – materia ta jest przezroczysta, służy tylko opowiadaniu, a w dodatku jest niezmiernie elegancka, a nawet – co gorsza – mieszczańska.

Nie znam esejów Marty Kwaśnickiej, a wydała już dwa tomy, nie czytałem jej bloga, więc do materii jej literackiego debiutu podchodzę bez uprzedzeń. Nie nastawiam się ani pozytywnie, ani negatywnie, ale pierwsze, co daje się zauważyć, to staroświeckość sposobu opowiadania i samej fabuły. Dzisiaj prawie nikt tak nie pisze. Kobiece autorki albo babrzą się w swoich bebechach, uprawiając psychologiczny i skatologiczny ekshibicjonizm, albo śladem Olgi Tokarczuk tworzą sążniste teksty o niczym. Ich utwory zawsze muszą wpisać się w pewien dyskurs: feministyczny, ekologiczny a najlepiej w oba z dodatkiem antykatolickiego hejtu. Autorka „Pomyłki” w ten sposób nie pisze, chociaż wyraźnie zaznacza kobiecy punkt widzenia. Sposobem na jej debiut jest jej własna biografia, ale tylko jako szkielet fabuły; resztę stanowią fikcyjne wydarzenia i takie postacie. Powieść ta, a może zbiór opowiadań, bo i tak można czytać „Pomyłkę”, układa się chronologicznie, od czasów studiów bohaterki, do jej obecnej pracy. Zabieg ten przypomina debiutanckiego „Skorunia” Macieja Płazy. Wszystkie wydarzenia opisywane przez autorkę dzieją się niespiesznie, swoim tempem, i nie ma w nich żadnych kontrowersji. Największą z nich jest utrata wiary postaci (przy późniejszym jej odzyskaniu), ale nawet ten fakt przedstawiony jest spokojnie i bez krzyku.

Dalej podróżujemy z bohaterką przez jej życiowe wybory: przeprowadzki, zmiany pracy, poznanych ludzi, ale także przez przemyślenia. Te ostatnie może nie są filozoficzne, ale swoją głębią przekraczają średnią krajową. Widać więc doskonale, że autorka czyta coś więcej niż Paolo Coelho czy wynurzenia Kory lub Katarzyny Nosowskiej. A jej lektury są na tyle nieoczywiste, że tworzą w „Pomyłce” ciekawe odniesienia. Pisarka wplata w akcję swoich tekstów chociażby wątek przyjaźni Michała Anioła i nietłumaczonej na język polski poetki Vittorii Colonny. Stanowi to interesującą warstwę, która zbliża niektóre części powieści do esejów. Im dalej postępujemy w lekturze, tym mniej samej bohaterki, a jej losy stanowią jedynie pretekst do snucia opowieści o innych ludziach. Zresztą Marta Kwaśnicka kilka razy powtarza, że życie autora jest nieciekawe, w przeciwieństwie do tego, jak ten widzi świat, jak go przefiltrowuje. Przyznać bowiem trzeba, że pierwsze, obyczajowe tło pomyłki wpada czasem w banał: niezdecydowana doktorantka, która za długo studiuje i nie wie, co ze sobą zrobić, młoda adeptka wielu zawodów, do których się nie przywiązuje, bo gna ją gdzieś indziej. Trochę to wszystko zalatuje klasycznym snujem, tu w wydaniu kobiecym.

Natomiast warstwa głębsza wpada nieraz w bardzo ciekawe gawędziarstwo, szczególnie w opowiadaniu „Lawa” poświęconym wspomnianym już renesansowym artystom, i w „Triumfie”, który opowiada o Miguelu Quirodze – nieznanym hiszpańskim autorze jednej tylko powieści. Losy tej postaci zdają się komentować samą autorkę. Quiroga pochodził z prowincji, a wyjechał do Madrytu, wówczas półmilionowego miasta (przełom XIX i XX wieku), aby ogrzać się w świetle lokalnej cyganerii, wydał „Ślimaka” – jedyne swoje dzieło, które przez ponad rok nie odbiło się żadnym echem w krytyce literackiej. Tytułowy triumf przyszedł niespodziewanie i tak jak się pojawił, tak szybko zgasł. Autor zaś wyjechał prawdopodobnie w swoje rodzinne strony i słuch po nim zaginął. Tekst ten komentuje więc nie tylko samą autorkę „Pomyłki”, ale jest uniwersalnym zapisem losu zdecydowanej większości pisarzy, która i tak w ciągu życia zajmuje się czymś innym, a tworzy od przypadku do przypadku, nierzadko również zatrzymując się na jednym utworze.

Jak będzie z samą Kwaśnicką? Salony jej na razie nie zauważają, a sama pisze ze swojej niszy, będąc związana z katolickim pismem „Christianitas”. Wydaje się również, że nie zależy jej na poklasku tłumów, tym bardziej że pisze niemodnie, bo elegancko i niekontrowersyjnie. Na pewno jej „Pomyłka” jest ciekawą propozycją, tym bardziej, że nie znam żadnej współczesnej autorki, która pisałaby w taki sposób. To oczywiście atut, ale nie tylko o oryginalność tutaj chodzi, a przede wszystkim o wartości, które przekazuje ta proza, mimo swoich – rzecz jasna – niedociągnięć. Nie są one jednak na tyle ważne, że zabierają przyjemność obcowania z debiutancką ksiażką krakowskiej autorki. „Pomyłka” jest bowiem solidną powieścią, ani trochę nieprzypominającą bełkotu tworzonego przez piosenkarki, którym wydaje się, że są literatkami.

Marta Kwaśnicka, Pomyłka, wyd. Benedyktynów, Kraków 2019, ss. 318.

Rewolucja obyczajowa weszła już w nową fazę i wyraźnie przyspieszyła. Do skrótu LGBT wciąż dołączają nowe literki i plusy, a liczba płci rośnie. Coraz młodsze dzieci zachęca się do zmiany z dziewczynek na chłopców i odwrotnie. Piosenkarki dokonują aborcji, bo mają za małe mieszkania, a mając do wyboru dziecko czy kota, preferują zwierzę. Z kolei jedzenie mięsa zaczyna zakrawać na zbrodnię, czemu przyklaskują również celebryci mieniący się katolickimi. Tolerancja obejmować ma wszystkich ludzi, naturalnie z wyjątkiem białych heteroseksualnych mężczyzn. Mężczyźni zaś homoseksualni powinni, a nawet muszą brać udział w świeckich procesjach, zwanymi marszami równości. Tak, proszę państwa, cywilizacja wydaje kryzysowe jęki, a próbuje je przekrzyczeć Marek J. Chodakiewicz. Świat stanął na głowie, co wielu przywodzi na myśl czasy ostateczne, natomiast jak będzie w rzeczywistości, wie tylko sam Bóg. Na razie jednak mamy „O cywilizacji śmierci”, czyli zbiór felietonów Chodakiewicza poświęcony zmianom obyczajowym ostatnich dwudziestu kilku lat.


Chyba najciekawsze jest w tym tomie konfrontowanie się z najstarszymi tekstami, publikowanymi przez autora już w latach 90. Widać w nich nieśmiałą jeszcze polityczną poprawność, a większość eksperymentów społecznych jak gender czy adopcja dzieci przez – jak to pisze Chodakiewicz – „wesołków” – nie stanowi jeszcze głównego hasła lobby homoseksualnego. Jeszcze nikomu nie śnili się ksiądz Charamsa czy ksiądz Kachnowicz, którzy zrzuciwszy sutanny, stanęli w awangardzie tęczowej rewolty, ale to, co autor opisywał na przykładzie Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka na co dzień, może kojarzyć się z obecną polską rzeczywistością. Teksty późniejsze to przede wszystkim tematy bieżące, w których publicysta zdaje się być zdominowany przez tematykę elgiebete. Obserwacje ma słuszne, ale nagromadzenie tylu podobnych w wymowie felietonów powoduje, że zamiast zaciekawienia czuje się znużenie. Kolejne teksty zlewają się ze sobą, mimo że pochodzą z różnych lat i czasopism. W każdym razie najlepsze są tutaj kawałki amerykańskie, w których Chodakiewicz ciekawie opisuje życie codzienne mieszkańców USA: elity naukowe, artystyczne a w końcu zwykłych ludzi. Stany Zjednoczone jawią się w „O cywilizacji śmierci” jako kraj religijny, chrześcijański, którego elity pozostają ślepe i głuche na idee wyznawane przez większość mieszkańców.

Fakt ten może dziwić niektórych czytelników, którzy USA kojarzą przez pryzmat amerykańskich produkcji filmowych rodem z najbardziej świeckiego i postępowego stanu, jakim jest Kalifornia. Spora część tego kraju, zwłaszcza zaś południe, jest wciąż konserwatywna, chociaż protestancka. Ten konserwatyzm jest jednak kontestowany na większości uczelni, w których panuje lewicowy paradygmat, wedle którego im głupiej, tym lepiej. A im mocniej kopie się chrześcijaństwo, tym mocniej jest się docenionym w kręgach akademickich. To, co opisuje Chodakiewicz z perspektywy amerykańskiej, jest już, niestety, normą na większości polskich uczelni, na których króluje pokolenie nowych marksjan. Autor, opisując Stany Zjednoczone, nie stroni również od tematyki krajowej czy watykańskiej. Zjawiskiem, które potępia szczególnie, jest lawendowa mafia w łonie Państwa Kościelnego. Pisze też o pornografii, tatuażach, kulturze hedonizmu, feminizmie i innych patologiach, wśród których na prowadzenie wysuwa się perwersyjny homoseksualizm. I tu autor stara się odróżnić aktywistów gejowskich od ludzi, którzy mając tę przypadłość, nie narzucają jej innym.

Siłą rzeczy ten felietonistyczny styl powoduje, że „O cywilizacji śmierci” jest zaledwie ślizganiem się po trudnych tematach dotyczących rozkładu zachodniego świata. Felieton zawsze lepiej sprawdza się w gazecie jako doraźny tekst komentujący zastaną rzeczywistość, niż w grubym tomie, w którym sąsiaduje z wieloma innymi tekstami. A spora ich liczba powtarza te same tezy, bo przecież drukowane były w różnych miejscach i o różnym czasie. Ten krytyczny ton nie odnosi się oczywiście do poruszanych treści, bo te bulwersują, a sam autor ma rację, gdy piętnuje opisywane zjawiska. Tu potrzeba by jednak bardziej pogłębionej analizy, którą dają chociażby książki E. Michaela Jonesa. Publikacja Marka Chodakiewicza stanowi zaledwie zarys problematyki, który koniecznie trzeba uporządkować i zsyntetyzować.

Marek Chodakiewicz, O cywilizacji śmierci, wyd. 3S Media, Warszawa 2019, ss. 345.

Jacek Kowalski już po raz drugi obala mity. Pierwszy raz czynił to kilka lat temu w „Sarmacji”, w której rozprawiał się skutecznie z wieloma nieprawdziwymi obiegowymi sądami na temat polskiego Baroku. Dostało się przede wszystkim pojęciu „sarmatyzm”, które zdaniem autora nie istnieje. Przyznać trzeba, że wartki język i erudycja autora, w przypadku rzeczonej pozycji, stanowiły mocny atut, a „Sarmację” można było polecać wszystkim zainteresowanym zmianą spojrzenia na kulturę szlachecką w Polsce. Nie inaczej jest w przypadku drugiego „Podręcznika bojowego” (podtytuł obu tomów), poświęconego wiekom średnim. Czarna legenda, która przykleiła się do tego długiego, bo tysiącletniego okresu, pojawiła się w epoce Oświecenia i trwa do dzisiaj, powtarzana przez podręczniki do historii i języka polskiego, a nawet przez ludzi wykształconych, zwłaszcza tych z kręgów tak zwanych świeckich humanistów (czytaj: ateistów). Bzdury te są do dzisiaj tak silne, że nie tylko idiota, ale nieraz profesor uniwersytecki powie coś o paleniu czarownic, inkwizycyjnym terrorze czy ciemnocie oraz zabobonie. Już nie mówiąc o większości muzyków metalowych i pisarzy fantasy, którzy sprzedają swoim fanom skrzywioną do bólu wizję Średniowiecza. Tym bardziej warto pochwalić Jacka Kowalskiego za to, że postanowił zebrać wszystkie te opowieści dziwnej treści i dokonać ich dekonstrukcji.

A jest tutaj co obalać, bo i zabobonów co niemiara. Począwszy od krucjat, przez kulturę rycerską, życie religijne, dualizm ciała i duszy, aż do życia artystycznego i Państwa Krzyżackiego, autor ze swadą przedziera się przez gąszcz półprawd, herezji a nawet zmyśleń i proponuje odkłamaną wersję, w którą pewnie nie wszyscy uwierzą. Może będzie im wadzić katolicyzm autora, albo tak naczytali się fantasy, że mylą już rzeczywistość z bajką. Taką bajką jest na przykład anonimowość dzieł średniowiecznych. Od razu dodać trzeba, że w przypadku tej anonimowości fakty mieszają się z konfabulacją. Bo prawdą jest, że artyści wieków średnich rzadziej podpisywali się pod swoimi wytworami, ale nie znaczy to, że w ogóle tego nie robili, a co ważniejsze, że brak sygnowania związany był z tworzeniem na chwałę Bożą. To ostatnie zdanie autor uznaje za mit i stwierdza, że brak informacji o twórcy był podyktowany raczej zwyczajem, nad którym nikt się wówczas nie zastanawiał. Analogicznie, dlaczego dzisiaj nikt nie pyta o to, kto odpowiada za skład komputerowy książki?

Sporą część rozważań Jacek Kowalski poświęca katedrze gotyckiej i samemu gotykowi, wokół którego również narosło sporo nieprawdziwych informacji, a niektóre z nich są nawet przekazywane przed przewodników znających się na rzeczy. Na przykład kwestia przekrzywionego prezbiterium w Gnieźnie, które rzekomo ma naśladować w ten sposób przechylenie głowy Chrystusa na krzyżu. Nierówność ta nie ma niczego wspólnego z naśladowaniem sacrum, a jej powód jest tak banalny, jak tylko można sobie wyobrazić, bo związany jest z opadaniem gruntu. Próbuje również autor odmitologizować Krzyżaków, przedstawiając ich historię niejako w kontrze do ujęcia Sienkiewiczowskiego. Noblista bowiem sam był znany z niezwykle mitotwórczej prozy, która wpłynęła na widzenie przez wielu historyków nie tylko tej kwestii, ale również dziejów XVII-wiecznej Polski. I chociaż nie wszyscy się na tę niejednoznacznie złą wersję dziejów Zakonu niemieckiego zgodzą, jest ona zgodna z prawdą. Można zżymać się na Jacka Kowalskiego, czytając „Konrada Wallenroda”, ale obiektywnie przyznać trzeba, że konflikt pogańskiej Litwy z chrześcijańskim Zakonem był sporem, w którym po jednej stronie walczyli ci, którzy czcili bałwany.

Ostatnia część „Średniowiecza” poświęcona jest Żydom i pewnym legendom, które wiązały się chociażby z oskarżeniami o profanację hostii. Okazuje się bowiem, że Jan Długosz, któremu przypisuje się oskarżenie Żydów o zbezczeszczenie Ciała Pańskiego, wcale tego nie uczynił. Sama historia wzięła się zupełnie skądinąd. Autor w tej części próbuje również oddemonizować czarną legendę pogromów i wystąpień antyżydowskich, których nieprzyjaźnie nastawieni do Średniowiecza intelektualiści chcieliby widzieć w jakiejś ogromnej liczbie. Faktem jest zatem, że było ich o wiele mniej, niż niektórzy mogliby się spodziewać. Generalnie więc wieki średnie ulegają w publikacji Jacka Kowalskiego znacznej redukcji. Mniej stosów (a w zasadzie brak), mniej teocentryzmu, mniej szlachetnej rycerskości, mniej jednorodności, a więcej niuansów i różnorodnych odcieni. Przecież wrzucić do jednego worka dziesięć wieków i opatrzyć go napisem „wieki ciemne” to gorzej niż głupota. Na szczęście mamy na nią lekarstwo.

Jacek Kowalski, Średniowiecze. Obalanie mitów, wyd. Zona Zero, Warszawa 2019, ss. 432.

Katedra gotycka to szczyt cywilizacji łacińskiej i miejsce szczególne, w którym niebo łączy się z ziemią. Miejsce kultu Boga i symbol katolicyzmu. Budowana niespiesznie, często przez kilkadziesiąt lat, dzisiaj byłaby nie do odtworzenia. Taką próbą, średnio udaną, był dziewiętnastowieczny neogotyk. Obawiam się jednak, że początek XXI wieku nie byłby nawet w stanie stworzyć wyżej wymienionych form. Mógłby wybudować szklany wieżowiec, ewentualnie wielką rybę, przez którą przechodziliby ludzie. Ta druga, niestety, istnieje i łączy w sobie większość nadużyć we współczesnym posoborowym katolicyzmie. Wesołe pląsy, kult młodości, sacro-polo i liturgiczne deformacje. A wszystko po to, aby było radośnie, aby trafić do młodych i przyciągnąć ich do Kościoła. Tylko czy ktoś zastanowił się, ilu tak przyciągniętych młodych zostaje w tym Kościele na stałe? W końcu na dyskotekę można iść gdzie indziej i popląsać przy lepszych piosenkach niż przy „Barce”. Co zatem z katedrą, tym centrum kultury i kultu katolickiego nie tylko w średniowieczu? Na pewno można jej dotknąć w najnowszej książce Ewy Polak-Pałkiewicz, zatytułowanej nomen omen „Cafe Katedra”. Ten tom jest zbiorem esejów, publikowanych wcześniej w prasie, i premierowych, a ich wspólnym mianownikiem jest Tradycja, koniecznie pisana przez duże T.

Autorka jest bowiem jej obrończynią i admiratorką. Drażni ją posoborowy bałagan, nie tylko estetyczny, zwłaszcza teologiczny. Ten ostatni wcale nie zaczął się od połowy lat 60. XX wieku, a szukać jego genezy należałoby we wcześniejszym wieku. Wtedy rozpoczęła się w Kościele katolickim pełzająca rewolucja modernistyczna. To właśnie ze względu na jej rosnące wpływy Pius X w 1907 roku ogłosił encyklikę „Pascendi dominici gregis”. To z jej powodu trzy lata później ten sam papież zobowiązał kapłanów do wygłaszania roty przysięgi antymodernistycznej. Po Soborze Watykańskim II słuch o niej zaginął i nie trzeba było się nią przejmować. Ewa Polak-Pałkiewicz słusznie zauważa, że pretensje do Franciszka za jego dziwne poglądy i deklaracje trzeba by kierować przede wszystkim nie do niego, ale do twórców dokumentów soborowych. To wszystko, co głosi obecny biskup Rzymu, jest tylko konsekwentnym rozwijaniem tez zawartych w tych tekstach. A że są one mętne i wieloznaczne, zauważy nawet dziecko. Tutaj autorka dość mocno sprzeciwia się hermeneutyce ciągłości, według której dokumenty SW II można i trzeba interpretować w duchu tradycji. Zauważa, że istnieją w niej takie ustępy, których nijak nie można pogodzić z tym, co w kwestiach doktrynalnych Kościół katolicki głosił wcześniej.

Ratunku upatruje w katolickiej tradycji, która – jej zdaniem – przechowała się w Bractwie św. Piusa X, założonym przez abp. Marcela Lefebvre. Tylko trzymanie się zdrowej nauki Kościoła jest w stanie – jak pisze Polak-Pałkiewicz – uratować katolicyzm, który poza tą małą wysepką stracił już swój smak niczym biblijna sól. To właśnie dzisiejsza katedra. I chociaż można by się z autorką nie zgodzić, że tylko rzeczone bractwo przechowuje depozyt wiary – istnieją wszak również inne – trzeba natomiast potwierdzić jej niewesołe diagnozy. Nie jest przecież wymysłem tradycjonalistycznych szurów stwierdzenie, że współcześni hierarchowie zabraniają nawracać i modlą się z heretykami. Przecież to nie Franciszek całował Koran i modlił się wspólnie z poganami. Ten mentalny pachamamizm wkradł się do Kościoła za sprawą Jana Pawła II. Autorka, wspominając o nim, dwukrotnie przywołuje jego dramatyczny apel „módlcie się za mnie”, który ten wypowiadał pod koniec życia. Módlcie się za mnie, nie do mnie, prosił papież – dodaje gorzko. Zaczęło się więc ponad sto lat temu, a skończyło się na potępianiu nawracania niekatolików, błogosławieństwie par homoseksualnych w Niemczech i pogańskich obrzędach w Ogrodach Watykańskich z udziałem papieża Franciszka. To kiedy koncert Nergala?

Jednak nie ze wszystkim idzie się zgodzić. Autorka, co prawda, niewiele pisze o polityce, ale zahaczając o nią, wygłasza dosyć dziwne tezy. Chociaż sam w 2015 roku mocno liczyłem na ekipę rządzącą, upatrując w niej nadzieję na zmianę. Teraz za to mamy cztery lata później, gdy w dalszym ciągu nie zrobiono porządku ani z legalną wciąż aborcją, ani Konwencją Stambulską. Nie usunięto gender studies z państwowych uczelni, a z państwowej kasy wciąż finansuje się antykatolicką prasę „kulturalną” czy zdegenerowane teatry. Nie wspominając już o galopującym socjalistycznym rozdawnictwie. Ewa Polak-Pałkiewicz za to wciąż upatruje w Kaczyńskim i Dudzie (sic!) obrońców cywilizacji łacińskiej. Co więcej, dość krytycznie patrzy na obrońców życia. Kto jak kto, ale politycy partii rządzącej wpisują się w kremówkowo-wadowicki katolicyzm z pląsaniem i klaskaniem. W co zaś wierzy Jarosław Kaczyński, sam Bóg raczy wiedzieć. Tych zgrzytliwych fragmentów jest co prawda niewiele, jednak i tak stanowią sporą zagadkę. Czy zatem poglądy autorki są spójne? Czy są tak ortodoksyjne, jak je przedstawia?

Mimo wszystko i tak warto przeczytać „Cafe Katedra”. Będzie to z pewnością dobra lektura duchowa, w której zaczerpniemy ze źródeł katolicyzmu. Spotkamy świętych, pisarzy, kapłanów i prostych wiernych. Znajdziemy apologetyczne odpowiedzi na zarzuty modernistycznych chrześcijan. Dotkniemy historii Europy i Polski (tej ostatniej, niestety, w duchu mesjanistycznym), a przede wszystkim spoczniemy w cieniu murów katedry, która – wedle słów ostatniego eseju – jest jak las. Bo z kart tej książki tchnie spokój i jakaś osobliwa pewność, że czasy zamętu w końcu muszą minąć.

Ewa Polak-Pałkiewicz, Cafe Katedra. Szkice o rewolucji w Kościele, wyd. Wolumen, Warszawa 2019, ss. 386.

Dla dzisiejszych młodych ludzi Edmund Niziurski znaczy tyle co Andrzej Strug, czyli nic. Jest to – mimo nieustających wznowień jego powieści – autor nieznany. Dzisiejsza młodzież zwróciła się ku pogrobowcom Harrego Pottera i opowieściom o wampirach, czyta poślednią fantastykę, w której chodzi li tylko o wulgarnie ukazaną przygodę. Żadnego drugiego dna, żadnej gry z czytelnikiem – dlatego utwory te są dla ludzi dorosłych niestrawne. Inaczej Niziurski, który dla mojego pokolenia był wspólnym przeżyciem. Jego utwory, mimo że adresowane do czytelników młodych, mogą być z powodzeniem czytane przez dorosłych. Dlatego, że ten nie robił z odbiorców idiotów, którzy mogą pojąć tylko najprostszy przekaz, ale podejmował z nimi specyficzną grę. Można ją nazwać działaniem intertekstualnym; Niziurski niechcący stał się pierwszym polskim postmodernistą. Chwyty przez niego stosowane to aluzje, czytelne tylko dla wyrobionych moli książkowych, wszędobylski absurd, zabawa konwencją czy w końcu zacieranie granic pomiędzy światem przedstawionym a czytelnikiem. Dziwi więc fakt, że do teraz nie było na rynku żadnego opracowania dotyczącego tego niebanalnego autora.

Napisał je prozaik Krzysztof Varga, znany nie tylko z powieści, ale reportaży dotyczących Węgier, i zrobił to koncertowo. Owszem, można mu zarzucić brak pogłębienia niektórych wątków biograficznych czy niedosyt związany z omawianiem utworów, ale przy tych wszystkich niedociągnięciach jest to książka ciekawa, a przede wszystkim napisana z pasją przez człowieka, który autentycznie kocha swój temat. Nie chcę wiedzieć, co z Niziurskim zrobiłby uczelniany mędrek piszący artykuł dla punktów. A „Księgę dla starych urwisów” przede wszystkim czyta się z zainteresowaniem. Jest dobra i językowo, i faktograficznie. Jest w stanie autentycznie zainteresować czytelnika, a jeśli trafi na nią ktoś, kto nigdy Niziurskiego nie czytał, gwarantuję, że po lekturze zacznie.

Jestem z pokolenia, które – podobnie jak autor biografii Niziurskiego – zaczytywało się w jego powieściach. W „Szkolnym ludzie” szukałem odbicia swoich wojen z nauczycielami, a w „Siódmym wtajemniczeniu” śladów niesamowitości na blokowiskach. Powieści i opowiadania warszawskiego pisarza były z naszą generacją tak silnie zespolone, że aż niewiarygodny wydaje się fakt, iż dzisiaj nikt ich nie czyta. Młodzież wyrosła na czymś zupełnie innym, trudno powiedzieć, na czym, skoro spora jej część niczego nie czyta. Nawet dzisiejsi trzydziestolatkowie sięgali raczej po „Harry’ego Pottera”, woląc świat magii niż absurdalno-groteskową rzeczywistość peerelowskiej szkoły. A kto tę szkołę przeżył, ten Niziurskiego ze swojej biblioteki nie wyrzuci. Czytanie jego utworów było więc przeżyciem pokoleniowym, co zauważa Krzysztof Varga i często podkreśla. Zaznacza również fakt, że dzisiejsza młoda publiczność literacka woli obcować z innymi tekstami. A gdyby zechciała spotkać się z Niziurskim, trzeba by polecić jej klasyczne dzieła autora.

Faktem jest, że autor, po długiej serii artystycznych triumfów i powodzeń, „wyprał się” i zaczął pisać koszmarki, w których nie nadążał za zmieniającą się rzeczywistością. Najlepszy Niziurski to ten sprzed przemian ustrojowych, a w okresie pierwszych eksperymentów z polskim kapitalizmem zaczął niepotrzebnie eksperymentować z fabułami, które składały się z natłoku opisanych niewiarygodnych zdarzeń. Nic z nich nie wynikało, na czym cierpiały i powieści, i czytelnicy. Autor, chcąc nadążyć za zmieniającymi się czasami, uczynił błąd i zamiast pozostać tam, gdzie uwił sobie bezpieczne gniazdo, wyprawił się na nowe tereny. Wstyd przyniosły również filmy, których na podstawie prozy Niziurskiego powstało kilka. Żadnego z nich nie dało rady oglądać bez zażenowania. Cieszy fakt, że Varga o tym wszystkim pisze i nie pozostaje bezkrytyczny wobec idola z dzieciństwa.

Nie zmienia to przecież faktu, że Edmund Niziurski pozostanie ważną postacią dla tych czytelników, których dzieciństwo chociaż nieco otarło się o przaśność Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Był jak paczka z Niemiec przywieziona przez wujka, albo list z Ameryki, który potrafił wprowadzić w szarą rzeczywistość realnego socjalizmu absurd oraz wartkie przygody. Co ciekawe, pisał również dla dorosłych, ale te utwory dawno zalegają w literackim czyśćcu i nie wiadomo, czy kiedyś z niego wylezą. A jego powieści młodzieżowe bronią się przede wszystkim faktem, że tak naprawdę mogą być z powodzeniem czytane przez dorosłych i nie tracą na swojej atrakcyjności.

Krzysztof Varga, Księga dla starych urwisów, wyd. Czerwone i czarne, Warszawa 2019, ss. 280.

Wojciech Chmielewski jest jednym z nielicznych polskich współczesnych prozaików, którego twórczość poznaję regularnie i na bieżąco. To artystyczny syn Marka Nowakowskiego, który podobnie jak starszy i nieżyjący już pisarz, opisuje Warszawę. Jego poprzednie tomy prozy, wśród których mamy i zbiory opowiadań, i powieści, czyniły to samo. Ich bohaterowie przemierzali ulice stolicy i byli wrośnięci w to miasto całym sercem. To nie snobistyczni studenci wyrwani z prowincji czy nieco od nich starsi zadłużeni na setki tysięcy niewolnicy korporacyjni, ale często ludzie, którym współczesna polska proza odbiera głos. Prawdziwi wykluczeni, nie zaś ci z głośnych marszów, krzyczący w liberalnych gazetach i tygodnikach o swoim rzekomym męczeństwie. Tych Chmielewski omija; nie ma ich w jego prozie. I dobrze, bo nie mają oni nic do powiedzenia poza stekiem bzdur i nienawiścią. Autor za to pochyla się z czułością nad kobietami z muzeum, mężczyzną uwikłanym w trudne małżeństwo czy starym ćpunem, który jedyną szansę widzi w kontynuowaniu swojego nałogu. Tłem dla akcji wielu z tych opowiadań jest świat ducha, tu reprezentowany przez kościoły, bez znaczenia czy katolickie czy protestanckie. To tam Chmielewski widzi światło, jednak nie wszyscy z jego bohaterów są w stanie je ujrzeć.

Najnowszy tom opowiadań „Magiczne światło miasta” zaczyna się raczej niepozornie, od tekstu „Umierać po chorwacku”, w którym zawiązaniem akcji jest śmierć dawnej nauczycielki głównego bohatera. Takie sympatyczne „snuje” czytało się już w poprzednich książkach autora. Natomiast kto nie zna jego wcześniejszych tekstów, być może zdziwi się, ile już w pierwszym opowiadaniu normalności. Zamiast krzykliwego absurdu i zjadliwej groteski współczesnych pogrobowców Gombrowicza i Mrożka dostajemy mały realizm i wnikliwy portret człowieka. Wnikliwy i niejednoznaczny, bowiem każdy z bohaterów „Magicznego światła miasta” jest w pewien sposób połamany przez życie. Przy czym ciekawa sprawa, proza ta nie jest wcale depresyjna. Jest melancholijna, jest smutna, ale jakimś mądrym smutkiem, nie zaś krzyczącym w twarz światu rzygiem, jaki jest modny w literackim mainstreamie.

Mógłbym się więc przyczepić do pierwszych opowiadań, że powielają znane już patenty: topograficzność opisów Warszawy, aluzje do muzyki rockowej czy bohaterów pozornie nieciekawych. Jednak w kilku tekstach autor wzniósł się na wyżyny własnej twórczości i stworzył naprawdę przejmujące studia ludzkiej psychiki. Chyba najlepszym z całego zbiorku jest „Koliber i ja”, opisujące psychikę kobiety tracącej męża na wojnie w Afganistanie. Mógłby w tym miejscu Chmielewski pójść na skróty i zafundować czytelnikowi publicystykę w dosadnych tezach o brudnej wojnie lub błędach naszej polityki zagranicznej. Nie czyni jednak tego i rysuje niejednoznaczne tło. Najważniejsza jest jego bohaterka i jej sposób na radzenie sobie z bólem. Równie dobrym opowiadaniem jest „Korytarz”, który w erudycyjny sposób opisuje szarą egzystencję pracowników Muzeum Narodowego przy Alejach Jerozolimskich oraz rzeczywistość wiszących w nim obrazów. Wszystko zaś doprowadzi czytelnika do wstrząsającego finału, którego trudno się spodziewać. Pewną nowością są więc w tej prozie płynne przejścia między scenami. Pojawiają się również w „Bajce spod szaletu”, swoistym monologu ćpuńskiego weterana, tam jednak są wymuszone przez mieszające się ze sobą majaki i obrazy realnego świata. W końcu zaś dochodzimy do wniosku, że może żadnej realności nie było, a wszystko to narkomański majak.

Bohaterowie Chmielewskiego, tak jak w wyżej wymienionym opowiadaniu, są więc poranieni przez życie, często z własnej winy, ale mają swoją godność. Są ludzcy i są ludźmi, nie papierowymi charakterami z jedną dominującą cechą charakteru. Godność ma również Warszawa, miasto, którego nie oszczędziła ani II wojna światowa, ani okres komunizmu. Stolica ma w tej prozie naczelne miejsce i podobnie jak ludzie, staje się bohaterem. Wyraźnie czuć jej melancholijny nastrój, gdy postacie spacerują po Parku Krasińskich czy w deszczowe dni siedzą po knajpach. Warszawa jest miejscem, dla którego prozaik ma tyle samo zrozumienia i miłości, co do wykreowanych przez siebie bohaterów. Kocha je jak podmiot liryczny w znanej piosence T. Love.

I tylko jedno tak naprawdę mi w tej prozie przeszkadza. Nie, że niektóre opowiadania są podobne do poprzednich. Przecież ludzkie losy bywają do siebie zbliżone, więc nie mam o to pretensji. Nie wiem natomiast, po co Chmielewskiemu pojawiające się rzadko i znienacka wulgaryzmy odnoszące się do opisów aktów seksualnych. Może to celowy zamysł, może złamanie konwencji eleganckiej i stonowanej prozy, ale zabieg ten wydaje mi się wymuszony. Nie mam ochoty czytać, co kto komu robił i gdzie, tym bardziej, że takie wtręty nie mają żadnego umotywowania fabularnego. Tym bardziej żal, że kilka takich zdań jest w stanie popsuć odbiór i zniweczyć nastrój kreowany umiejętnie przez pisarza. W ostatecznym rozrachunku ta proza przekonuje do siebie brakiem publicystyki i sympatią do bohaterów, mimo że niektórzy z nich są nieźle pokręceni.

Wojciech Chmielewski, Magiczne światło miasta, wyd. Arcana, Kraków 2019, ss. 202.

W zeszłym roku minęło pół wieku od masakry, którą urządziła grupa Charlesa Mansona. W związku z okrągłą rocznicą tych zbrodni nastąpił wysyp publikacji z nimi związanych. Jedni piszą o samym Mansonie, drudzy o społecznym tle, które go wykreowało. Z kolei amerykańska autorka Nikki Meredith poświęciła swój reportaż kobietom, które należały do tej kalifornijskiej sekty, a które do dzisiaj odsiadują wyrok za wielokrotne morderstwa. Mowa o Leslie Van Houten i Patricii Krenwinkel, które z zimną krwią zarżnęły kilka osób pod dyktando ich guru – Charlesa Mansona. Sama autorka spędziła na rozmowach z więźniarkami całe dwie dekady, więc materiału zgromadziła aż nadto. Przynajmniej kilkadziesiąt spotkań, dziesiątki wymienionych listów, w końcu setki stron zapisków – oto surowy materiał, który posłużył do napisania „Ludzkich potworów”. Meredith zadała pytanie, co sprawiło, że dwie dwudziestoletnie hipiski, zafascynowane wolną miłością i nucące piosenki o Kalifornii, zrobiły coś tak przerażającego i przez kilka lat po procesie oraz wyroku nie wykazały cienia skruchy. Dzisiaj, jak wspomina, są one już innymi osobami: żałują popełnionych zbrodni i chcąc wyjść na wolność, regularnie piszą monity o zwolnienie warunkowe.

Nietrudno wyobrazić sobie, że osądzone zbrodniarki mogły się zmienić. W końcu w momencie zbierania materiałów przez autorkę były przynajmniej o dwadzieścia kilka lat starsze. Miały wiele czasu, aby przemyśleć, co zrobiły, i zwrócić się ku prawdzie. Ich przemiana (rzekoma czy faktyczna, o tym za chwilę) może dawać nadzieję na skuteczność kary. Pamiętać należy jednak, że wyrok wydany na nie jest wyrokiem dożywotniego więzienia, więc szanse na wcześniejsze zwolnienie są raczej nikłe. Z zapisu rozmów z morderczyniami dowiadujemy się o manipulacji, jakiej uległy; grupa Mansona działała jak sekta, zaś samozwańczy jej guru był tyranem, którego należało słuchać. Oto totalitaryzm w miniaturze. Leslie i Patricia wspominają również o plastyczności człowieka, o tym, jak można mu wszystko wmówić. Ich oraz autorki rozważania tłumaczą niejako, jak doszło do tak drastycznej przemiany. Do tego dochodzi, rzecz jasna, tło społeczne, na które składa się rewolucja obyczajowa roku 1968 i związane z nią swobody oraz anarchiczne tendencje dominujące wówczas w społeczeństwie amerykańskim, szczególnie zaś w środowisku uniwersyteckim oraz wśród młodzieży.

Ta toksyczność rewolucji seksualnej nie została, niestety, dobrze przez autorkę przedstawiona; Meredith wydaje się bagatelizować ten problem w kontekście grupy Mansona, a jest on przecież kluczowy. Głównym zagadnieniem poruszanym w „Ludzkich potworach” jest za to kwestia zrozumienia: reportaż ten staje się mową obrończą wobec bohaterek, zwłaszcza Leslie Van Houten. Nikki Meredith chce omawiane postacie zrozumieć, więc idzie za sfalsyfikowaną tezą Zimbardo, która zdejmuje z człowieka odpowiedzialność za popełnione czyny. Łatwo przecież powiedzieć, że to wina warunków, w których rzeczone kobiety wyrosły, że to wina toksycznej sekty, nie zaś ich świadomych decyzji. Co więcej, autorka w pewnym momencie traci dystans (powinna w tym momencie zrezygnować) do Van Houten i jest nią w wyraźny sposób zafascynowana. Fascynuje ją jej przemiana, która może być przecież grą podejmowaną z naiwną dziennikarką. Reporterka nie założyła więc, że to, co mówi jej rozmówczyni, może mijać się z prawdą i mieć na celu manipulację, chociaż w innym miejscu pisze, że tak właśnie postępują zbrodniarze. I tutaj robi się naprawdę niebezpiecznie, bo czytelnik mimowolnie zaczyna współczuć więźniarce, licząc wraz z autorką na jej rychłe uwolnienie. A ofiary? O nich Meredith wypowiada się lekceważąco, przecież rodziny ofiar w swoim okrucieństwie wnoszą sprzeciw wobec warunkowego zwolnienia Van Houten.

„Ludzkie potwory” jeszcze z innego względu są książką niepoważną; mianowicie autorka w kpiący sposób wypowiada się na temat więziennych nawróceń na chrześcijaństwo. Jej zdaniem, są one formą ucieczki od odpowiedzialności. Naturalnie bohaterki reportażu się nie nawracają, są więc tymi lepszymi – co wprost wybrzmiewa na jego kartach. Wybrzmiewają jeszcze osobiste tony, w których Nikki Meredith chwali się swoim bratem przestępcą oraz zastanawia się, czy i ona w pewnych warunkach byłaby zdolna do tak okrutnej zbrodni. Ale najbardziej znamienne jest tutaj nawiązywanie do żydowskich korzeni autorki. Ta, odkrywszy w pewnym momencie życia, że ma pochodzenie semickie, czyni z niego atut (cóż, Talmud pewnie przeczytany), wywyższając się ponad innych, bo przecież Żydzi czują więcej i są ludźmi szczególnymi. Te osobiste wtręty, opowiadanie o związkach czy chełpienie się ateizmem zaczynają dominować w drugiej połowie książki, która przestaje być reportażem, a staje się banalnymi wspomnieniami.

Temat został więc w zasadzie zmarnowany. Zapowiadało się nieźle i faktycznie, pierwsze rozdziały można z czystym sumieniem polecić każdemu, kto chciałby pogłębić sprawę zbrodni Mansona. Natomiast im dalej w las, tym więcej o Żydach, ateizmie czy seksie z partnerem. „Ludzkie potwory” są również dowodem, że humanitaryzm jest tak naprawdę nieludzki, bo peany na cześć Leslie Van Houten (taka piękna, taka wrażliwa, taka wykształcona) to nic innego jak środkowy palec wyciągnięty w stronę rodzin ofiar (nie przebaczyli, tacy kołtuńscy, a fuj). Humanitaryzm jest nieodłączną częścią światopoglądu współczesnej lewicy, do której należy autorka „Ludzkich potworów”. Ten każe zlitować się nad mordercą, a nawet go polubić, a tych, którzy żądają elementarnej sprawiedliwości, sprowadzić do poziomu ludzi mściwych i małostkowych.

Nikki Meredith, Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła, tłum. M. Kositorny, wyd. Czarne, Wołowiec 2019, ss. 357.

Fani disco polo mogą poczuć się w tym roku dopieszczeni. Oto bowiem w niedługim odstępie czasowym ukazały się dwie publikacje na temat ich ukochanej muzyki. Pierwszą z nich – „Polski bajer” Moniki Borys – recenzowałem niedawno. Teraz pora na zbiór reportaży Judyty Sierakowskiej, zatytułowany prowokacyjnie „Nikt nie słucha”. W takiej sytuacji trudno pisać o tej książce bez porównań do uprzednio omówionej pozycji. Naturalnym jest pojawienie się pytań o to, która z nich jest lepsza, którą warto nabyć czy która zawiera więcej faktów. Trzeba więc jakoś wybrnąć i odnieść się do obu tomów, mimo że pierwszy z nich pojawił się na blogu dosłownie kilka dni temu. Najprościej można rzec, że „Nikt nie słucha” to klasyczny przykład zbioru tekstów reporterskich, niemających ambicji całościowego przedstawienia tego muzycznego zjawiska. Natomiast publikacja Moniki Borys postawiła tezę o kampowości disco polo i stworzyła z niego raczej pewne wyobrażenie o gatunku niż jego opis sensu stricte. Disco polo u Borys wpisało się w lewicową, klasową wizję rzeczywistości i było głosem wykluczonych, tu zaś wydaje się zwykłym muzycznym genre. Tam autorka zwróciła również uwagę, co stanowiło istotny walor „Polskiego bajeru”, na sporo kuriozalnych zjawisk, szczególnie na początku rozwoju tej muzyki, a walorem „Nikt nie słucha” jest zwyczajny reporterski opis, oddający głos bohaterom. Próżno w nim szukać akademickiego tonu, co w lekturze książki Borys nieco przeszkadzało. Nie ma tu skażenia hipsterskim „Dwutygodnikiem”, jest za to opowieść, której nieźle się słucha.

Głównymi bohaterami książki, pojawiającymi się w wielu jej rozdziałach, są weterani sceny disco polo, muzycy zespołów Top One, Akcent, Bayer Full, Skaner czy Toples. Ich początki, sięgające końcówki lat 80. do złudzenia przypominają początki karier zespołów rockowych. Mamy więc małe miejscowości, garaże i pierwsze instrumenty, kupione za ciężko zarobione pieniądze. Mamy młodych chłopaków, którzy słuchają Depeche Mode i chcą tak jak oni, grać koncerty i bawić ludzi. W początkach polskiej muzyki tanecznej nie ma więc cynicznych producentów i menadżerów, finansowych przewałów, jest za to romantyzm i młodzieńczy idealizm. Zupełnie jak na punkowej czy metalowej scenie, z tą jednak różnicą, że muzycy ci nie słuchają Slayera czy Sex Pistols, a wolą Duran Duran czy Alphaville. I tak jak potem spora część sceny rockowej została pochwycona przez chętne zarobku wytwórnie, tak stało się z większością discopolowych zespołów, które jednak skomercjalizowały się w zdecydowanie większej skali. Jeśli zatem łatwo sobie wyobrazić metalowa kapelę grającą w piwnicy, nieszczególnie nastawioną na sukces czy nawet granie koncertów, to w przypadku disco polo jest to raczej niemożliwe. Specyfika tej muzyki każe wykonawcom konfrontować się z publicznością, bawić ją i wprowadzać w radosne pląsy, a skazanie na garaż czy brudną kanciapę byłoby w tym przypadku jawną sprzecznością.

Komercjalizacja ta jednak nie wszystkim bohaterom reportaży Justyny Sierakowskiej była w smak. Przekonał się o tym były lider zespołu Toples, Marcin Siegieńczuk, który po zerwaniu kontraktu z wytwórnią płytową został na lodzie, bez prawa do nazwy zespołu oraz własnych piosenek. To naturalne w świecie muzyki popularnej, a disco polo bez wątpienia jest najchętniej słuchanym gatunkiem popu w Polsce. Świadczą o tym nakłady płyt, a w latach 90.. kaset, które potrafiły sprzedawać się nawet w kilkuset tysiącach egzemplarzy. Takie szaleństwo jest jednak przeszłością; kryzys fonograficzny dotknął i ten gatunek muzyki. Jego najważniejszym aspektem stały się więc, jak w przypadku innych wykonawców, koncerty. Autorka ze swadą opisuje więc koncertowe przygody gwiazd disco polo, ale przede wszystkim trudy takiego stylu życia. Wśród tych niedogodności na pierwszym miejscu pojawia się alkoholizm, który zdaniem rozmówców Sierakowskiej jest głównym skutkiem ubocznym takiego stylu życia. Sława i rozjazdy potrafią z najsilniejszego człowieka uczynić nałogowca.

Z disco polo wiążą się również inne minusy. Jednym z nich są gangsterskie powiązania muzyków, ale przede wszystkim wydawców. Tak kasowy gatunek przyciągał, zwłaszcza w dzikich latach 90., równie dzikich biznesmenów i mafiosów, upatrujących w nim drogę do szybkiego zarobku. Stąd haracze czy granie na weselach podejrzanych indywiduów. Disco polo to jednak nie tylko płyty i koncerty. To również teledyski czy wielkopowierzchniowe dyskoteki, wyrastające jak grzyby po deszczu na przełomie wieków. To także pionierskie początki, o których pisała również Monika Borys. W „Nikt nie słucha” nie ma jednak co szukać opisów kuriozalnych muzycznych przypadków; autorka skupia się raczej na genezie zjawiska. Disco polo to także kampania prezydencka Aleksandra Kwaśniewskiego; dzisiaj żadna z nich nie może obyć się bez przynajmniej kilkunastu tanecznych piosenek promujących kandydatów do parlamentu czy samorządu.

Najważniejsza jednak w „Nikt nie słucha” jest pasja tworzenia. I chociaż osobiście disco polo nie słucham i uważam za muzyczną tandetę, przyznaję, że autorka tak napisała swoje reportaże, że gdybym nie znał twórczości tych wykonawców, chętnie bym po nie sięgnął z czystej ciekawości. Okazuje się bowiem, że upiększanie świata nie jest tylko domeną beletrystyki, ale że nie jest od niego wolna również literatura faktu. W tym przypadku to nie zarzut. Fani polskiej muzyki tanecznej mają w końcu publikację, która traktuje serio ich ukochane dźwięki, a ci, którzy interesują się popkulturą w ogólności, także nie powinni jej przeoczyć. W końcu to trzy dekady historii polskiego społeczeństwa.

Judyta Sierakowska, Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo, Wyd. Poznańskie, Poznań 2019, ss. 393.

Historia ruchu rewolucyjnego to poważna sprawa. Poważna więc musi być literatura, która się zajmuje tą tematyką. Ponad pięćset pięćdziesiąt stron maczkiem, do tego – jeszcze mniejszym maczkiem – ponad sto pięćdziesiąt stron przypisów. Od razu mam pretensje za jeden poważny mankament. Brak indeksu osobowego! Przy takiej tematyce pojawiają się przecież setki nazwisk, więc szukanie czegoś na piechotę musi skończyć się albo klęską, albo długim ślęczeniem nad książką. Chyba że się uprzednio zaznaczy ołówkiem, co przezornie poczyniłem. Mam jednak świadomość, że chcąc odnaleźć kogoś, kogo nie zaznaczyłem podczas lektury, w przyszłości będę musiał wertować ten opasły tom, uprzednio uzbroiwszy się w cierpliwość. Za to jego treść rekompensuje tę niedogodność. James H. Billington, autor tej sążnistej księgi zatytułowanej „Płonące umysły”, przedstawia historię europejskich rewolucji i rewolt, począwszy od rewolucji francuskiej do przewrotu bolszewickiego. Nowością jest wplecenie w tę opowieść wątków tajnych stowarzyszeń i organizacji, które zdaniem pisarza miały niebagatelny wpływ na opisywane zagadnienie.

Billington mógł pójść w sensację i przejaskrawić ten wpływ, czego na szczęście nie uczynił. Tajne stowarzyszenia, takie jak Iluminaci, wolnomulararstwo, karbonariusze czy dziesiątki innych efemerycznych struktur, nie pełnią w jego książce funkcji wszechpotężnych mocodawców, ale stanowią tło. Jest ono jednak przedstawione w interesujący sposób; okazuje się bowiem, że każdy, najmniejszy nawet przewrót, powstał najpierw w umysłach spiskowców, a potem był wcielony w życie. Nikt chyba już przecież nie wierzy, że rewolucje pojawiają się spontanicznie i wyrażają tylko gniew ludu. Autor pokazuje, z wieloma szczegółami, jak ten proces wygląda. Najpierw rodzą się idee, potem wykuwają się z nich pomysły godne wcielenia w życie, a wszystko w gorących dyskusjach, podczas których ścierają się przeróżne opcje, często nie do odróżnienia przez laików. Tak wykuwał się marksizm, tak zwyciężały poszczególne tendencje podczas rewolucji francuskiej. Billington jest tutaj zimnym obserwatorem; można, rzecz jasna, domyślić się, po której stronie ma serce, jednak tego faktu nie ujawnia, chcąc być obiektywnym historykiem.

Jego „Płonące umysły” powstały na początku lat 80. XX wieku, więc kontekst ich powstania był zupełnie inny niż dzisiejsze czasy. Pamiętamy przecież, że wówczas podział świata za sprawą żelaznej kurtyny wydawał się stały. Dzisiaj, po upadku komunizmu, rewolucja postępuje dalej, ale w innych obszarach niż te opisane w książce. Autor koncentruje się w niej na wieku XIX, będącym zarówno jednym z dłuższych okresów pokoju w Europie, jak i czasem nieustannego wrzenia społecznego oraz rewolucji przemysłowej. Ta belle epoque była nią przede wszystkim dla społeczeństw zachodnich i dla Rosji. Europa Środkowa była co pewien czas wulkanem, z którego wypływała lawa, ta opisana w Mickiewiczowskich „Dziadach”. Naturalnie więc istnieje w „Płonących umysłach” wątek polski: powstanie listopadowe, styczniowe, ruch socjalistyczny, w tym antynarodowa SDKPiL. Wątek ten opisany jest nieco inaczej, niż my na niego spoglądamy, zwłaszcza za sprawą podręczników do historii. Ciekawe, jak autor amerykański inaczej widzi nasze dzieje, które w tej pozycji stają się nieodłączną częścią większej całości, czyli dziejów Europy.

James Billington nie spogląda jednak tylko w stronę tajnych organizacji, ale przede wszystkim widzi pojedynczego człowieka jako autora niebezpiecznych idei, wcielanych później w życie. Jest to więc historia, która inaczej rozkłada akcenty. Autor, zamiast bezdusznego wymieniania jedynie władców i partii politycznych, pokazuje jak konkretne jednostki wpływały na dzieje Europy na przestrzeni trzech wieków, od oświecenia, po kres I wojny światowej. Nie bagatelizuje przy tym roli środków masowego przekazu, czyli prasy, która w XIX stuleciu zaliczyła największy rozwój i dzięki taniejącym środkom produkcji miała coraz większy wpływ na zwykłych ludzi. Innym rozsadnikiem rewolucyjnych pomysłów, na który Billington zwraca uwagę, jest nowa warstwa społeczna, czyli inteligencja. To właśnie wśród studentów i absolwentów szkół wyższych wzmagał się bunt, umiejętnie podsycany przez architektów rewolucji. To samo zresztą działo się w 1968 roku, to samo również zaczyna się dzisiaj, gdy kierunki humanistyczne zamieniono w ideologiczne przyczółki buntowniczo nastawionej ćwierćinteligencji, i to nie tylko studentów, ale przede wszystkim profesorów.

To z rosyjskich studentów rekrutowali się przecież anarchiści i terroryści, to na rosyjskich uczelniach rodziły się pomysły nowego urządzania świata. I to w końcu młode rosyjskie kobiety staną się przez chwilę awangardą rewolucji seksualnej, zatrzymaną po krótkim epizodzie przez samego Lenina, który swoją uwagę skieruje w stronę Nowej Polityki Ekonomicznej. Kobiety odegrają również ważną rolę podczas rewolucji francuskiej, pokazując niekiedy większe okrucieństwo niż mężczyźni. Ich płonące umysły nie ustępują więc rozpalonym męskim głowom, co skrupulatnie zauważa autor omawianej publikacji. Zauważa również pewną ewolucję rewolucyjnych pomysłów: na początku dotyczą one stanu trzeciego we Francji, potem za ich sprawą rodzą się w Europie nowoczesne nacjonalizmy i zmienia się pojęcie narodu, w końcu – po krótkiej ciszy rozpoczynającej się od upadku Komuny Paryskiej – rewolucjoniści zaczną jawnie głosić ponadnarodowe idee. Pojęcie rewolucji nie jest więc jednorodne, a jak wszystko podlega zmianom. W tym również leży siła „Płonących umysłów”, które – jak mało która pozycja historyczna – z taką szczegółowością wgryzają się w tematykę lewicowych zmian społecznych na naszym kontynencie.

James H. Billington, Płonące umysły. Źródła rewolucyjnej wiary, tłum. I. Szuwalska, wyd. Wektory, Wrocław 2012, ss. 738.

Rosja to jednak inna cywilizacja, a nawet osobna planeta. Leży stosunkowo niedaleko, jej mieszkańcy posługują się podobnym językiem i (ci wierzący) także wyznają chrześcijaństwo, co może powodować poczucie bliskości. Jednak w kluczowych momentach okazuje się, że rozumowanie wedle prawideł cywilizacji łacińskiej znacznie różni się od tego ze wschodu. To między innymi dlatego zachodni reporterzy nie są w stanie napisać niczego wartościowego na temat Rosji. Naszym się nieraz udaje, niektórym lepiej, niektórym gorzej, ale w zasadzie najlepiej sztuka ta wychodzi Rosjanom. A jeśli ci akurat nie są z obozu Putina, tym lepiej, bo potrafią pisać krytycznie i umieją wznieść się ponad rdzenne uprzedzenia. Tym chętniej poświęciłem kilka godzin na lekturę zbioru reportaży Jeleny Kostiuczenko „Przyszło na tu żyć”. Tytuł tchnie fatalizmem, bo oznacza wewnętrzny przymus mieszkania właśnie tam, tak jakby nie można było wyjechać. Z drugiej strony przecież trzeba pamiętać o patriotyzmie, który wbrew wszystkim mankamentom każe zostać i walczyć. Bo jak z pewnością sądzi dziennikarka, system to nie ludzie. Ci ostatni są ukazywani w tym zbiorze z empatią; autorka stawia się po stronie zwykłego człowieka, który nie ma szans w starciu z wszechruskim Lewiatanem.

Nie bez przyczyny nawiązałem do tytułu znanego filmu Andrieja Zwiagincewa, bo bohaterowie tych reportaży są podobnie uwikłani. Weźmy jeden z lepszych tekstów w całym zbiorze „Życie obok pędzącego sapsana”. To w nim niczym w soczewce skupiają się ogromne nierówności w obrębie rosyjskiego społeczeństwa. Reportaż opowiada o linii szybkiej kolei (tytułowym sapsanie), która spowodowała upadek linii lokalnych i podzieliła leżące na trasie miejscowości. W rezultacie nastąpiło wymuszone bezrobocie, ponieważ mieszkańcy nie mają jak dojeżdżać do większych ośrodków, a i w obrębie jednego miasteczka czy wioski trudno się przemieszczać. Szybkich pociągów jest coraz więcej, za to prowincja, którą przecinają tory, staje się coraz bardziej odizolowana od świata. Ludźmi nikt się nie przejmuje, bo i po co. Ważne, że biznesmeni jeżdżą rosyjskimi odpowiednikami naszych pendolino. Czytając ten tekst, trudno nie odnieść wrażenia, że jest on również trochę o Polsce, tylko opowiada o niej w większej skali. Z kolei najbardziej uderzającym tekstem, takim, po którym trzeba na chwilę pogrążyć się w ciszy, są „Sny Biesłanu”. Reportaż ten poświęcony jest miastu, które znane jest z najtragiczniejszego ataku terrorystycznego w Rosji. Zginęło tam podczas niego (a w zasadzie podczas szturmu służb specjalnych) kilkaset osób, głównie dzieci. Życie mieszkańców naznaczone jest więc snami, nierzadko koszmarnymi, a uczucie pustki jest niemal fizycznie odczuwalne.

W tym tekście znów powraca pytanie o człowieka i jego wartość. Jelena Kostiuczenko zdaje się pytać o znaczenie jednostki i jest to, niestety, tylko zabieg retoryczny. Tym człowiekiem w jej reportażach bywa wojenny weteran, któremu państwo nie było w stanie ufundować najtańszego lokum. Staruszek mieszka zatem w ruderze bez bieżącej wody i „wyciągany” jest na kolejne rocznice 9 maja, aby wypiąć pierś z orderami za walkę z faszyzmem. Tym człowiekiem jest ćpun (w liczbie mnogiej), który szprycuje się krokodylem, wyjątkowo toksycznym świństwem na bazie benzyny. Do tego zbioru należą również prostytutki „pracujące” przy drodze międzymiastowej i bezdomna czy zaniedbana młodzież zawłaszczająca sobie budynek niedokończonego szpitala. Każda z tych historii skupia się więc na innym aspekcie życia, a wszystkie naraz składają się na zbiorowy fresk przedstawiający różnorodne patologie panujące we współczesnym społeczeństwie rosyjskim. Można tutaj zapytać, czy nie ma jasnych stron życia w tym państwie? Owszem, przecież piszą o nich polscy autorzy, ci, którzy o Rosji pisać umieją. Natomiast autorka „Przyszło nam tu żyć” wybrała metodę, którą w naszym kraju uprawia Justyna Kopińska. Nie trzeba dodawać, że jest o wiele lepszą reportażystką niż przereklamowana Polka.

Jej rosyjski panświnizm jest po prostu przekonujący, w przeciwieństwie do wizji Polski przedstawianej przez Kopińską. Tutaj bowiem punktem wyjścia jest zupełnie inna metoda; Kostiuczenko uprawia reportaż wcieleniowy. Nie zdradza swojego warsztatu, ale jej bohaterów poznajemy od środka, nieważne, czy pisze o skorumpowanych milicjantach, przydrożnych córach Koryntu czy młodocianych narkomanach. Umie przeniknąć w patologiczne struktury, potrafi słuchać, a co najważniejsze, nie pisze pod gotową tezę. Dzięki temu oddala się o całe lata świetlne od większości rodzimej twórczości dziennikarskiej, która tworzona jest zgodnie z regułami nowel tendencyjnych (wystarczy wziąć do ręki „Duży Format”). Siłą jej tekstów nie jest przemycana ideologia lub mocno wybrzmiewająca teza, ale ludzka historia. Autorka nawet nie musi obwiniać Putina albo dokonywać politycznych manifestacji; czytelnik wszystko wie, bo wyczyta sobie między wierszami o wiecznie żywym Lewiatanie, który żywi się szarym człowiekiem.

Jelena Kostiuczenko, Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji, tłum. K. Kwiatkowska-Moskalewicz, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, ss. 321.