Religia i władza to dwie rzeczywistości, które we współczesnej Rosji lubią się przenikać. Tak było zresztą od zawsze, z przerwą na komunizm, chociaż w czasie panowania tego ostatniego trudno powiedzieć o całkowitym zaniku cerkwi prawosławnej. Ta została raczej przejęta przez sowieckie władze i wykorzystywana jako wentyl bezpieczeństwa, przy jednoczesnym panowaniu tak zwanego ateizmu naukowego. Dzisiaj sprawa wygląda nieco inaczej, i chociaż Rosjanie nie są przesadnie wierzącym społeczeństwem, istnieją wśród nich niewielkie grupy, które swoje prawosławie traktują poważnie. Władza zaś lubi podkreślać, że troszczy się o religię i w oficjalnych wystąpieniach często podkreśla swój związek z chrześcijaństwem. Jakiś czas temu na rubieżach naszej prawicy pojawiła się koncepcja Władimira Putina jako katechona, który rzekomo stanowi przeciwwagę dla zdegenerowanego Zachodu, a sama Rosja miałaby zostać trzecim Rzymem i dopełnić czasów. Ten ostatni pomysł nierzadko wybrzmiewa wśród rosyjskich prawosławnych, którzy – podobnie jak część polskiej prawicy – uznaje Rosję za forpocztę chrześcijańskiej awangardy, będącej znakiem sprzeciwu wobec tak zwanej Gejropy.

Takim właśnie ludziom przygląda się Albert Jawłowski, czego skutkiem jest świeżo wydane „Miasto biesów”. Punktem wyjścia dla autora staje się osobliwa pielgrzymka, której celem jest miejsce kaźni ostatnich Romanowów, czyli pewien loch w Jekaterynburgu. W tym właśnie miejscu komuniści zgładzili carską rodzinę i jak mówią niektórzy rosyjscy zwolennicy spisków, było to morderstwo rytualne. Sam spotkałem się z tą koncepcją podczas lektury „Archiwów masonerii francuskiej”, ale szczerze mówiąc, nie jestem specjalnie do niej przekonany. To raczej legenda, mająca dodać jeszcze więcej dramatyzmu do tej i tak tragicznej historii. Jej happy endem, jeśli można tak rzec, jest beatyfikacja cara Mikołaja II. Tutaj widać właśnie ten styk polityki i religii, który każe zastanowić się mocno nad rosyjskim prawosławiem. Toteż Jawłowski wybiera się do Rosji i próbuje zadawać pytania, wykorzystując dogodną sytuację, którą jest wspomniana powyżej peregrynacja. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że zadaje je dość nieśmiało, bo zamiast chóru głosów świadków otrzymujemy monolog autora, z rzadka jedynie przerywany wypowiedziami kogoś z zewnątrz.

W ten sposób „Miasto biesów”, zamiast być reportażem, staje się analizą współczesnego rosyjskiego życia politycznego, społecznego i religijnego. Przyznać trzeba, że miejscami dość ciekawą, ale jednak pozostawiającą niedosyt, bo nie tego spodziewał się czytelnik. Przez większość tekstu Albert Jawłowski pisze jednak jak rasowy akademik, który na swojej alma mater odebrał solidne teoretyczne wykształcenie, a w dodatku pozbył się przesądów, a nabawił lewicowo-liberalnego światopoglądu. Nie różni się w ten sposób od całej reszty, co przekłada się na banalność „Miasta biesów”. Nie potrafi autor wyjść poza stereotypy, które każą pisać mu o religijnych maniakach, wschodnich szurach oraz biednych, zapóźnionych cywilizacyjnie Rosjanach, wierzących w jakieś niestworzone banialuki o świętym carze i potężnym Putinie. Gdy poza nie wychodzi, poświęca karty swojej publikacji burzliwym dziejom Rosji za czasów panowania Borysa Jelcyna, ewentualnie przedstawia nieznane polskiemu czytelnikowi meandry współczesnej polityki. Gdy z kolei pisze o ludziach, wychodzi z niego poczucie wyższości, a narracja oscyluje wokół motywu foliarstwa. Owszem, ciekawe jest to foliarstwo, ale autorowi zabrakło z jednej strony empatii, a z drugiej bezstronności.

Czasem nawet nie kryje irytacji spowodowanej tym, że musi rozmawiać z jakąś nawiedzoną kobietą, której poglądów się domyśla, a życia prywatnego nie jest ciekawy. Tak się nie robi reportażu, chyba że w „Gazecie Wyborczej”. Wydaje się więc, że autor pojechał do Rosji z gotową tezą, jak uniwersytecki mądrala, który wszystko wie i wszystko już widział. Na skutek takiego podejścia do tematu, został on w dużej mierze zmarnowany, bo przefiltrowany przez jego osobiste poglądy polityczne i religijne. Rozumiem, że kult Mikołaja II może śmieszyć, że bawić mogą konferencje naukowe, na których omawia się niestworzone teorie historyczne, rozumiem również, że podobnie jak bawić, mogą te zjawiska irytować. Zwłaszcza kogoś, kto już jedną nogą stoi na zachodzie Europy, gdzie nie wierzy się już w nic, nie tylko w Mikołaja II. Gdzie z kościołów robi się burdele i restauracje. Nie zamierzam tutaj powiedzieć, że Rosja jest idealną przeciwwagą Zachodu, czy idealizować tego kraju. Mam jednak wrażenie, że autor „Miasta biesów”, zetknąwszy się z czymś dziwnym, co wymyka się postępowemu racjonalizmowi, stracił orientację i, zamiast oddać głos swoim bohaterom, wolał mówić za nich jako ten mądry pan, który zawsze ma więcej do powiedzenia od tępych dzikusów.

Albert Jawłowski, Miasto biesów. Czekając na powrót cara, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, ss.247.


Jarosław Jakubowski to pisarz wszechstronny, chociaż w pierwszej lidze nieobecny. Jednak kto ma go znać, ten zna. Kojarzą go przede wszystkim miłośnicy dramatu współczesnego, chociażby z takich adaptacji jak „Generał” czy „Licheń Story”. Jednak to nie jedyne pole, na którym autor uprawia swoją twórczość. Jest także autorem powieści kryminalnej, tomu opowiadań grozy, prozatorskich miniatur, a w końcu całkiem niezłej, klasycyzującej poezji. I chociaż nie jest tak „kościółkowy” jak Wencel czy Dakowicz, stoi obiema nogami po jasnej stronie mocy. Ubiegły rok, który był dla rynku wydawniczego niezbyt szczęśliwy, przyniósł najnowszy tekst tego koronowskiego pisarza. To współczesna powieść obyczajowa, nosząca znajomy tytuł – „Hejter”. Hejterom jednak, którzy myślą, że Jakubowski chciał wypłynąć na ostatnim filmie Jana Komasy, uświadamiam, że tytuł tej powieści był już wiadomy na jesieni 2017 roku. Jej losy były burzliwe, co opisuje blurb zamieszczony na ostatnim skrzydełku okładki. Mianowicie, nie było chętnych do jej wydania, co autor poczytuje za decyzję polityczną. Cóż, pewnie tak było, ponieważ dzisiaj wszystko jest polityką. Trzeba się tylko ustawić po odpowiedniej stronie i wydać można nawet zapiski na papierze toaletowym. Jeśli nie, cóż, nie mamy pańskiego płaszcza.

„Hejter” ukazał się więc w bólach nakładem niewielkiej bydgoskiej oficyny Bibliotekarium. W związku z tym nie będzie dostępny w wielkich sieciach księgarskich i pewnie od razu trafi do literackiego czyśćca. Czy szkoda? No właśnie, jestem zmuszony stwierdzić, że powieść ta nie przypadła mi do gustu. I to nie z powodów, dla których z pewnością odrzuciłby ją literacki salon warszawski XXI wieku. Ten stwierdził, ustami wydawnictw, odsyłając tekst z odmową wydania, że jest w niej zbyt dużo polityki i Smoleńska. Owszem, ten ostatni pojawia się w „Hejterze”, ale dosłownie na kilku stronach. Polityki też nie jest zbyt wiele – główny bohater – Artur Niewiadomski – nie ukrywa swoich zapatrywań na świat, ale nie czyni tego zbyt nachalnie. W tej sferze przydałoby się jednak zastąpić część sformułowań bardziej aluzyjnym językiem, po to, aby zyskać na uniwersalności przekazu. Najnowsza proza Jarosława Jakubowskiego nie porwała mnie z zupełnie innego powodu, a jest nim unoszący się nad nią duch pewnego francuskiego pisarza.

Michel Houellebecq, bo o nim mowa, pojawia się już w krótkim motcie powieści, a potem pozostaje z nami aż do końca lektury. Z Houellebecqowskiej gliny wydaje się ulepiony protagonista – Niewiadomski. To pisarz w średnim wieku, żałosny i użalający się nad sobą, przegrywający życie, trochę abnegat, trochę pijak, jak również bohater, który mógłby wcielić się w którąś z ról w kinie moralnego niepokoju. To jedno, co mi w tej powieści ciąży, ale nie jest to najpoważniejszy problem. Tym jest seks, którego w „Hejterze” pełno i to w naturalistycznym wydaniu. Gdyby to była jedna bądź dwie sceny, rozcieńczyłyby się w całości. Nie jest tak jednak; co chwilę – szczególnie w części pierwszej – pojawiają się pornograficzne opisy, ukazane w sposób obrzydliwy i odpychający. To właśnie główny element tego ducha, którym przepojone są utwory Michela Houellebecqa. Nie rozumiem, skąd u pisarzy, uważających się i uważanych za konserwatywnych, tyle pornografii. Rozbudowane łóżkowe sceny, w dodatku pokazane z odpowiednią dawką turpizmu, można przecież spotkać i u Wildsteina, i u Ziemkiewicza czy Chmielewskiego. To chyba szerszy i mało zbadany problem, który moim zdaniem można powiązać z posoborową duchowością katolicką.

Gdyby „Hejter” był powieścią słabą od początku do końca, na wszystkich polach, machnąłbym na niego ręką. Żal mi jednak, że całkiem niezły pomysł i dobrze poprowadzona akcja zostały zepsute cyckami, waginami i penisami w przeróżnych konfiguracjach. Bo przecież struktura utworu od początku wydaje się nieść w sobie pewien koncept. „Hejter” zaczyna się niczym szkatułkowa opowieść, wstępem prowadzonym przez narratora gdzieś pod koniec XXI wieku. O tym przyszłym świecie nie wiemy zbyt wiele, poza informacją, że jest naprawdę źle. Otwiera się więc przed czytelnikiem przestrzeń do dywagacji. Bardzo szybko jednak przenosimy się do początku XXI wieku, w którym pojawiają się już znane problemy. Polityczne, społeczne czy religijne. Najważniejszym w powieści jest jednak wątek autotematyczny, bo to pisanie wydaje się główną kwestią poruszaną przez autora. Jest to pisanie przynoszące sukces, ale tylko w wymiarze materialnym. Duch natomiast głoduje, nie mając się czym nakarmić. Tej pustki nie jest w stanie wypełnić pieniądz, dom na prowincji czy często uprawiany seks.

„Hejter” jest również powieścią o pewnym śledztwie. Na pierwszy plan, poza Arturem Niewiadomskim, wysuwa się wiec jego śledczy cień - komisarz Kutera. Ich rozgrywka do pewnego stopnia przypomina grę między Raskolnikowem a Porfirym Pietrowiczem. W końcu „Hejter” to powieść z kluczem, w której możemy się dopatrzeć śladów realnego życia literackiego, zarówno tego w błysku fleszy, jak i w zapomnieniu. Bohater główny przypomina nieco samego autora, chociaż nie tylko, widzę w nim odniesienia do Łukasza Orbitowskiego czy Szczepana Twardocha. Z kolei pechowy fotografik o pseudonimie Gruby kojarzyć się może z Wiktorem Żwikiewiczem, bydgoskim pisarzem science fiction – obaj są przedstawicielami autentycznej cyganerii. którzy pomieszkuja w ruderach i klepią biedę. Powieść Jarosława Jakubowskiego ma więc sporo mocnych stron, a miłośnicy Houellebecqa powinni ją zaakceptować w całości, włącznie z naturalistycznym seksem. W mojej jednak opinii ten ostatni sporo popsuł, niczym łyżka dziegciu w beczce miodu.


Jarosław Jakubowski, Hejter, wyd. Bibliotekarium, Bydgoszcz 2020, ss. 279.


Dorosłe dzieci mają żal za kiepski przepis na ten świat. To cytat z największego przeboju grupy Turbo. I jednego z dwóch, ponieważ ten poznański zespół ma na swoim koncie jedynie dwa hity – „Dorosłe dzieci” z debiutanckiej płyty i „Jaki był ten dzień” z drugiego albumu „Smak ciszy”. Jednak Turbo nie było i nie jest zespołem obliczonym na produkcję szlagierów. Chociaż we wczesnych latach 80. miał ambicję, albo chwilową słabość, aby doszlusować do takich formacji jak Lady Pank, Perfect czy Lombard, próby te, podejmowane między pierwszą a drugą płytą, okazały się artystycznie słabe. Zespół ten zawsze szedł własną drogą, co nie znaczy, że nie zdarzały się na niej błędy. Autor wydanej jakiś czas temu biografii zespołu – Filip Bogaczyk – stawia nawet tezę, że kariera Turbo obarczona jest mnóstwem nieprawidłowych decyzji, a sam zespół można nazwać pechowym. Taki punkt wyjścia nie jest popularnym rozpoczęciem biografii zespołu muzycznego. Autorzy tworzący teksty w tym stylu zwykle piszą je z pozycji kolan, a na pewno są mało krytyczni do obiektów zainteresowania.

Ten ryzykowny początek jednak nie obraca się przeciwko pisarzowi, chociaż z pewnością każdy artysta ma swoich wyznawców, którzy nie pozwolą powiedzieć złego słowa na temat własnego idola. Skoro więc Filip Bogaczyk ustawił się na początku swojej książki jako krytyczny fan i obserwator, warto zatrzymać się nad jego tezami. Przede wszystkim stwierdza on, że zespół przez całe lata 80. ulegał presji zmian. Nie trzeba jednak być aż tak surowym, aby zauważyć to samo. Ekipa dowodzona przez Wojciecha Hoffmanna w na pierwszych dwóch płytach grała czysty heavy metal, potem stała się pomostem między melodyką heavy metalu a bardziej ostrym thrashem. W dalszej kolejności grała ten ostatni gatunek w wersji prostej i brutalnej oraz technicznie zaawansowanej, a na początku lat 90. przerwała na kilka lat swoją działalność jako zespół prawie że deathmetalowy. Nie trzeba tutaj umysłu Herkulesa Poirot, aby skonstatować, że metamorfozy te były ściśle związane z modami, którym ulegała szybko zmieniająca się wówczas muzyka metalowa. Złośliwi do dziś mówią, że to nie koniec gonitwy za trendem. Przecież po reaktywacji Turbo już w nowym wieku wydało album „Awatar”, na którym z kolei chciało przypodobać się miłośnikom nowocześnie brzmiącej ciężkiej muzyce, a odkąd zapanowała moda na retro – znów gra klasyczny heavy metal. Zresztą te wszystkie zmiany wynikały z decyzji lidera i gitarzysty Wojciecha Hoffmanna, który sam przyznaje się, że mógł postąpić inaczej i oszczędzić zespołowi przegranych.

Historia zatoczyła więc koło, a przylepiona w latach 80. łatka zespołu bez tożsamości, który koniunkturalnie zmienia się, wciąż szukając nowych fanów, nie odlepiła się od dzisiaj, chociaż trudno wyobrazić sobie, że Hoffmann i spółka ponownie puszczają oko w stronę thrash metalu. Wciąż jednak, takie można odnieść wrażenie z lektury, mają pod górkę i nie opuszcza ich pech. Nie jest to chyba perspektywa do końca prawdziwa, ale z pewnością dość atrakcyjna, zwłaszcza gdy autor omawia burzliwe losy zespołu w latach 80. Drugim głównym bohaterem, oprócz lidera kapeli, staje się wówczas jej wydawca – Tomasz Dziubiński, kontrowersyjna postać, znienawidzona w pewnych kręgach artystycznych związanych z polską sceną metalową. W związku ze współpracą z tym właśnie człowiekiem zespół dwa razy uwierzył w wielką karierę na Zachodzie. Za żadnym razem nic z tego nie wyszło, a rezultaty były niewspółmierne do poniesionych kosztów i wysiłku. Przyczyną była również izolacja obozu sowieckiego, do którego należała Polska.

W związku wiec z tymi specyficznymi warunkami, Filip Bogaczyk nie może nie pominąć tła społecznego i politycznego. Dopiero w tym kontekście można zrozumieć i pech ścigający muzyków niczym fatum Edypa, i niemożność zrobienia kariery. Kontekst ten rzutuje również na możliwość szerszego spojrzenia na rolę muzyków w PRL. Znane są chociażby fakty ich weryfikacji przed specjalną komisją. Dopiero przejście tego sita pozwalało artystom na lepsze stawki wypłacane za koncerty. I tutaj ciekawostka, niesławną rolę w uwaleniu wokalisty kapeli – Grzegorza Kupczyka – na tym egzaminie, grał Wojciech Młynarski. Swoją drogą nigdy go nie lubiłem, a w porównaniu do Kupczyka umiejętności wokalne Młynarskiego były po prostu śmiesznie niskie. Ale gdy było się pieszczoszkiem komuchów, nie trzeba było umieć śpiewać, aby robić karierę. Autor jednak uczciwie zaznacza, że przy tym wszystkim, trudno było nazwać Turbo zespołem antysystemowym. To miano należało się punkowcom i nowofalowcom; metalowcy grali jednak zawsze muzykę typowo rozrywkową i eskapistyczną. Żadnej walki z systemem politycznym nie prowadzili, chyba że z religią (akurat nie Turbo), czym uzupełniali państwowy bój z Kościołem.

Biografia ta nie ustrzegła się jednak pewnego błędu, chociaż zaznaczyć trzeba, że w jej przypadku jest on dość subtelny. Mianowicie wszystkie tego typu opracowania są najbardziej szczegółowe na początku, a im bliżej końca, tym poziom lakoniczności wzrasta. Autor nie uchronił się w pewnym momencie od opisywania kolejnych płyt i tras koncertowych, ale trzeba mu oddać, że skrupulatnie omówił również projekty i zespoły, w których grali członkowie zespołu. Ten zaś bardzo często ulegał dramatycznym zmianom. Jest więc tutaj mowa o Non Iron czy CETI, a także o solowych dokonaniach Wojciecha Hoffmanna i jego grze w Czerwonych Gitarach. Brakuje jednak, przy jednoczesnej krytyce Tomasza Dziubińskiego, analogicznie cierpkich słów wobec Mariusza Kmiołka, który był wydawcą „One Way” – ostatniej płyty kapeli wypuszczonej na rynek przed rozpadem na początku lat 90. Czyżby pojawiły się przed autorem obiektywne trudności, z powodu których nie można było ruszyć tego tematu?


Filip Bogaczyk, Zetrzyj krew i graj dalej. Historia zespołu Turbo, wyd. Kagra, Poznań 2019, ss. 522.


O ruchu charyzmatycznym mówi się ostatnio coraz więcej, i to w środowiskach konserwatywnych. Naturalnie, poczytać to należy jako zaletę, bo już dość milczenia, gdy przez kilkadziesiąt lat działalności tych grup w Polsce wiele ośrodków odpadło od religii katolickiej, a kolejne znajdują się na jej peryferiach, wpadając w jawną herezję. Już dość osób doświadczyło problemów psychicznych, bo utożsamiło religię z cudownie nakrywającym się stoliczkiem, a Boga z magikiem, który da człowiekowi wszystko, byle mocno w to uwierzyć. Dość już robienia z kościołów miejsc, w których ludzie wpadają w demoniczny śmiech, tarzają się po podłodze, a szarlatani nabijają naiwnych w butelkę, twierdząc, że Bóg swoim wiernym gwarantuje sukces ekonomiczny. Dość już robienia dyskotek i organizowania płatnych spotkań modlitewnych. To wszystko należy ludziom uświadamiać i bardzo dobrze, że głosy krytyki wobec duchowości charyzmatycznej nie cichną. Może dzięki temu ci, którzy w takich wspólnotach pozostają, zastanowią się, co tak naprawdę jest im głoszone. Na hierarchię nie liczę, gdyż większość polskich biskupów działania te popiera i traktuje jako przyrost wiary. Biskup łódzki, Grzegorz Ryś, pytany przez dziennikarkę, jakie niebezpieczeństwa charyzmatyzmu zauważa, odpowiada krótko: żadnych. I to jest najlepszy dowód, że zagrożenia te są całkiem realne. Pisze o nich Michał Krajski w „Rewolucji charyzmatycznej”.

Wychodząc z pozycji logiki formalnej, przyznać trzeba, że nie można mówić jednocześnie prawdy i nieprawdy. Wszyscy teoretycy i praktycy ruchu charyzmatycznego przyznają wspólnie, że czerpie on swoje początki od nałożenia rąk przez studentów zielonoświątkowych na studentów katolickich w latach 60. Jakim więc cudem formacja heretycka, którą są zielonoświątkowcy, mogła przekazać Ducha Świętego? Pytanie to pozostaje bez odpowiedzi, chyba że odpowiedź pojawia się w duchu ekumenicznym. Skoro więc podstawy są fałszywe, jak prawdziwy ma być cały ruch? Skoro gołym okiem widać, że dynamika odejść od Kościoła katolickiego jest największa właśnie w grupach Odnowy w Duchu Świętym, to albo uznamy, że Kościół się myli i trzecia osoba Trójcy Świętej namawia ludzi do apostazji, albo stwierdzimy, że coś z całym  ruchem jest nie tak i nie działa on z Bożej inspiracji. Jak uznaje tradycyjna teologia, Duch Święty może działać na pojedynczą osobę będącą członkiem wspólnoty oddzielonej od Kościoła, ale tylko po to, aby przyprowadzić ją z powrotem. Niemożliwa jest więc sytuacja, w której dary Ducha otrzymują grupy heretyckie, a za ich pośrednictwem Kościół.

Tyle punkt wyjścia, natomiast Michał Krajski na nim nie poprzestaje. Jego książka jest próbą historycznego rysu protestantyzacji Kościoła katolickiego w Polsce, która zaczęła się jeszcze przed 1989 rokiem, kiedy miał on przede wszystkim ludowe i w miarę prawowierne oblicze. Proces ten zaczął się w ruchu Światło-Życie, zwanym potocznie Oazą. To tam młodzi ludzie spragnieni wiary dowiadywali się o ekumenizmie, to tam odbywały się pierwsze liturgiczne eksperymenty. To w końcu Oazie „zawdzięczamy” wprowadzenie gitar do kościołów i rzępolenie na mszach. I to w Oazie zaczęto praktykować obrzęd przyjęcia Jezusa jako osobistego pana i zbawiciela, który nie miał precedensu w Kościele katolickim, a był po prostu zwyczajem protestanckim. Autor nie poprzestaje jednak na przeszłości i omawia również późniejsze wzmożenie wszelkich ruchów i wspólnot, przede wszystkim charyzmatycznych, ale również Neokatechumenatu, którego wizja teologii jest sprzeczna z katolicką dogmatyką. Zwraca uwagę na rosnącą tolerancję episkopatu wobec tych tendencji.

Dowody ma mocne, bo oparte przede wszystkim na zdrowej nauce katolickiej, która przecież działała i przynosiła owoce przez długie wieki. Dlaczego teraz nagle miałaby przestać funkcjonować? Rewolucja charyzmatyczna – jak Michał Krajski – zaznacza, ma również inne źródło niż tylko sekty protestanckie. Tą podstawą, jak pisze, są systemy ezoteryczne, które wymagają od adepta przejścia przez wiele stopni wtajemniczenia (dlaczego w Neokatechumenacie są takowe, skoro Chrystus głosił, że jego nauka jest jawna?), a także skupiają się na człowieku. W ruchach tych pozytywnie uderzać może żarliwość praktykowania wiary, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się widać, że jest to praktyka skupiona na „ja”. To „ja” doświadcza przeżyć mistycznych, to „ja” dostaje dary i charyzmaty, i w końcu to „ja” staje się centrum liturgii. Tak jak pewien dominikański celebryta pląsający na scenie podczas obrzędu tak zwanego wielbienia. Trochę to wszystko smutne, szczególnie wówczas, kiedy uświadomimy sobie, jak w ostatnich kilkudziesięciu latach zmienił się obraz Kościoła katolickiego, i że to żadna naturalna ewolucja, ale podmiana, której prawie nikt nie zauważa. I smutne, jak słucha się biskupa Rysia, który stwierdza, że pogląd, który niedawno uznawany był za heretycki, jego zdaniem, nie jest katolicki.


Michał Krajski, Rewolucja charyzmatyczna, wyd. 3Dom, Częstochowa 2019, ss. 240.


Brazylia, kraj szalejącej biedy i nierówności społecznych, faveli oraz brutalnej policji. Kraj, w którym ubodzy zawsze mają pod górkę, a bogaci wciąż się bogacą. Kraj niespokojnej historii i agresywnych, nieliczących się z ludźmi polityków. Nie trzeba słuchać Sepultury, aby mieć przed oczami taki właśnie obraz tego kraju. Również z tego stanowiska wychodzi reporterka Eliane Brum, która na wstępie zaznacza sporą niechęć do obecnego prezydenta Bolsonaro, a z kolei sympatię do jego poprzednika Luli de Silvy (jak podkreśla, o robotniczym pochodzeniu). Polaryzacja jest więc jasna i przewidywalna – prawica be, lewica cacy. Ilu już wychodziło z podobnego założenia? Chociażby w naszym, polskim grajdołku non fiction, zawłaszczonym prawie całkowicie przez lewicę i jej skrajne odmiany. To założenie, które autorka poczyniła we wprowadzeniu do tomu swoich reportaży, zatytułowanego „Kolekcjoner porzuconych dusz”, może początkowo ochłodzić co bardziej konserwatywnego odbiorcę, który doskonale wie, do czego prowadzą rządy lewicy. Jednak podczas lektury tego niewielkiego zbiorku okazuje się, że poglądy poglądami, założenie założeniem, ale głos w tych reportażach należy przede wszystkim do ich bohaterów. Okazuje się również, że choroby, bieda, nędza, powolna walka o życie nie mają etykiety i nie należą ani do lewicy, ani do prawicy. One po prostu są integralną częścią ludzkiego życia, o którym Eliane Brum opowiada z prawdziwą pasją.

 

Wydawało mi się, że czytając jej reportaże, wejdę w zideologizowany świat w stylu sztandarowych reportażystów „Dużego Formatu”, jednak okazało się, że pisarstwo Brum wymyka się takiemu krzywdzącemu etykietowaniu. Fakt, że autorka serce ma po lewej stronie i zajmuje się głównie wykluczonymi, w niczym nie przeszkadza. Jej bohaterowie to ludzie poranieni przez życie, nierzadko szukający sprawiedliwości w absurdach współczesnego Babilonu, ale przede wszystkim zachowujący ludzką godność, a nawet codzienny heroizm. Takie ujęcie tematu stawia ich problemy poza prymitywną polityczną nawalanką, wszak w każdym systemie, czy to z lewa, czy z prawa, można doświadczyć podobnych bolączek. Historie opowiedziane w tym tomie nie oskarżają konkretnych ustrojów, a raczej każą zastanowić się nad sensem ludzkiej niedoli, przy okazji dając polskiemu czytelnikowi niepowtarzalną okazję spojrzenia na panoramę Brazylii z ostatnich dwudziestu kilku lat. W końcu rządzący się zmieniają, a problemy zwykłych ludzi pozostają identyczne. A to ktoś walczy z biurokracją czy korporacyjną bezdusznością, a to żyje w amazońskiej dżungli, a to walczy z chorobą i śmiercią.

 

O tym wszystkim autorka pisze niezwykle emocjonalnie – nie dlatego, że sama tym emocjom ulega, ale za sprawą tematów i wypowiedzi bohaterów. Bodajże najlepszym przykładem jest reportaż „Dom starców”, który już w tytule zapowiada swoją tematykę. Jak Brum zaznacza we wprowadzeniu, ważne jest dla niej każde słowo, które pada z ust jej bohaterów. Niczego nie zmienia, nie dodaje, ani nie ujmuje, co bywa wyzwaniem, ale wynika z uczciwości wobec rozmówców. Innym bardzo ujmującym tekstem jest „Karmicielka”, w którym reporterka opisuje gasnące życie chorej na raka kobiety. Tekstem tym przekracza granice intymności, ale nigdy dobrego smaku. Nie ma mowy o ekshibicjonizmie czy pornografii śmierci – jest tylko opis odchodzenia z tego świata i żegnania się z życiem. Eliane Brum wchodzi bowiem blisko, bardzo blisko swoich bohaterów i przede wszystkim pozwala im mówić. Nie popełnia błędu tych dziennikarzy, którzy mówią za innych, ponieważ wiedzą więcej.

 

Każda opisana w „Kolekcjonerze porzuconych dusz” historia to osobny wszechświat i osobny materiał do rozmów. Niektóre z nich są bardzo krótkie, nie dłuższe niż dwie, trzy strony, ale wszystkie są zwięzłe i nie atakują wielosłowiem. Te reporterskie miniatury są majstersztykami słowa, w których autorka, chociaż zaznacza swoją obecność dzięki narracji, tylko relacjonuje fakty, pisząc sucho, rzeczowo i pozornie beznamiętnie. Dzięki temu możemy podglądać życie, skupiając się nie na dziennikarskich analizach, ale na głosie mówiących bohaterów, którzy są na tyle cisi, że nie usłyszelibyśmy ich bez tego specyficznego megafonu, którym jest reportaż. Chciałbym kiedyś przeczytać takie teksty o Polsce, w których zamiast ideologicznego skrzywienia, każącego jednych wysłuchać, a drugich zignorować, znalazłby się niezaburzony głos wykluczonych. Nie tych pozornie prześladowanych, a w rzeczywistości wspieranych przez wielkie korporacje i narzucających, komu trzeba zabronić wypowiedzi, a komu zniszczyć ciężarówkę. To mógłby być głos tych, którym życie zniszczył wielki biznes, lekarze, politycy – ale nie tylko z jednej strony barykady. Taki reporter musiałby walić po równo, po lewicy i po prawicy, po Kościele i po LGBT, ale musiałby liczyć się z ewentualnością, że być może nikt nie chciałby go drukować. „Kolekcjoner porzuconych dusz” jednak się ukazał.

 

Eliane Brum, Kolekcjoner porzuconych dusz, tłum. G. Borowski, wyd. UJ, Kraków 2020, ss. 223


Historia Kościoła katolickiego jest fascynującą opowieścią nie tylko o świętych, liturgii czy kulcie, ale także o polityce. Ta największa na świecie organizacja religijna to tysiące misji dyplomatycznych, konflikty, wojny, spory z władzą świecką oraz próby porozumienia się z nią. A już XX wiek to przyspieszenie, które zbiegło się z powstaniem i upadkiem ideologii totalitarnych, przebiegiem dwóch wielkich wojen oraz tworzeniem nowego porządku światowego. Te gorące polityczne lata towarzyszyły równie gorącym zmianom religijnym, których widocznym znakiem były dwa wydarzenia: Sobór Watykański II oraz posoborowa reforma liturgii Mszy świętej. Te dwa kamienie milowe przeorały Kościół katolicki w tak ogromnym stopniu, że dzisiaj ani trochę nie przypomina on samego siebie sprzed kilku dekad. To, co do tej pory uważane było za herezję, dzisiaj jest głoszone jako obowiązująca nauka, a prawidła wiary, których jeszcze w latach 50. nikt oficjalnie nie podważał, są traktowane jako odstępstwo od prawd katolickich. Ich głosiciele zaś traktowani są jak kościelni foliarze, którzy chcieliby budować skansen, zamiast angażować się w nową ewangelizację. I skoro ryba psuje się od głowy, warto zajrzeć tam, gdzie rozpoczynają się wszelkie zmiany. Do Watykanu.

I w tym celu należy spojrzeć do „Watykanu” – powieści Malachiego Martina, która wydana została w dwóch tomach przez wydawnictwo Antyk. Pochwalić muszę na wstępie korektę, która tym razem się postarała i uniknęła rażących błędów, jakie pojawiły się w poprzedniej powieści autora – również dwutomowym „Ostatnim konklawe”. Autor książki, amerykański katolicki dysydent, który odsunął się od zakonu jezuitów po Soborze Watykańskim II, zawarł w niej pół wieku historii Państwa Kościelnego, ubierając ją w sensacyjne szaty powieści szpiegowskiej. Jej głównym bohaterem jest Richard Lansing, pochodzący z Chicago młody ksiądz, który w 1945 roku, a więc świeżo po zakończeniu wojny, przyjeżdża ze Stanów Zjednoczonych do Rzymu. Wkrótce dostaje misję i wyjeżdża do Europy Wschodniej, gdzie jego zadaniem jest stworzenie siatki wywiadowczej, która umożliwiłaby Watykanowi wywiedzenie się w sytuacji katolików za żelazną kurtyną. Czytelnik śledzi jednak nie tylko losy tego bohatera. Równie ważną postacią jest w „Watykanie” Guido de la Valle – szara eminencja Państwa Kościelnego, strażnik tajemniczej umowy, co do której brzmienia nie jesteśmy pewni prawie do końca lektury. Od początku domyślamy się jednak, że jest w nią uwikłana masoneria.

Tysiąc stron tej powieści układa się w historyczny fresk, prowadzący od powojnia aż do lat 80. wieku XX. Śledzimy losy kolejnych papieży – tutaj występującymi nie pod swoimi pontyfikalnymi imionami, ale – co ciekawe – zmodyfikowanymi nazwiskami. Od początku więc wiemy, kto jest kim, a autor zyskuje usprawiedliwienie przed krytyką. W razie ataku może przecież powiedzieć, że „Watykan” jest li tylko fikcją literacką. Pod tą fikcją kryją się jednak prawdziwe wydarzenia polityczne – układy z faszystowskimi Włochami, pomoc nazistom w ucieczce do Ameryki Południowej, brak reakcji na komunizm czy próby układania się z rządami totalitarnymi. Kryją się pod nią również znaczące zdarzenia w łonie samego Kościoła – sobór, reforma liturgiczna, kolejne konklawe, a także tajemnicza przedwczesna śmierć papieża Jana Pawła I. Do tego dochodzi ważny wątek machinacji finansowych związanych z Bankiem Watykańskim, który przedstawiony jest bez jednoznacznej oceny. Czytelnikowi jawi się wiec obraz Państwa Kościelnego jako organizacji przede wszystkim politycznej i finansowej, w której wiara w Boga wcale nie stoi na pierwszym miejscu. Stanowi to smutny akcent, który przebija z kart całej powieści Martina.

Pojedyncze osoby próbują się jednak odnaleźć w tym skomplikowanym gąszczu powiązań. Wiary na pewno nie traci główny bohater. Jest to jednak trudne, ponieważ znajduje się w głównym nurcie wszelkich intryg oraz przemian, a obraz ten – widziany z bliska – wcale nie zachęca do aktywnego życia wiarą katolicką. Słabość tego organizmu to więc rozbudowana biurokracja, ale przede wszystkim dążność do niezdrowych kompromisów czy wszechobecne intrygi. Bohaterowie widzą również brak siły u kolejnych papieży. Ostatnim, którego można by nazwać mężem stanu, był – zdaniem postaci „Watykanu” – Pius XII, a już Jan XXIII i Paweł VI w swoich rządach ulegali światu i za wszelką cenę chcieli się z nim pogodzić. Malachi Martin, jako surowy krytyk posoborowych porządków, nie szczędzi gorzkich ocen tym właśnie biskupom Rzymu. Wystawia równie jednoznaczny stopień soborowi oraz reformie liturgii. Interesujący jest za to fakt, że bohater przypominający Jana Pawła II zostaje w powieści Martina naszkicowany jednoznacznie pozytywnie. Skądinąd wiadomo, że autor oceniał tego papieża dość różnie – na początku jego pontyfikatu pokładał w nim nadzieję na powrót Kościoła do tradycji, jednak nie doczekawszy się go, dość wyraźnie zmienił zdanie.

„Watykan” jest więc powieściowym odczytaniem historii ostatniego półwiecza – nie tylko Kościoła, ale również Europy. I chociaż ostatnie jego rozdziały kładą przede wszystkim nacisk na political fiction (zostaje wybrany kolejny papież, który w rzeczywistości nie istniał), jest cennym zbiorem wiedzy eklezjalnej. Rzecz jasna, pamiętać należy, że spora część warstwy literackiej to fikcja, ale szkielet opowieści został oparty na faktach, które mamy możliwość obserwować z bliska, okiem wielu postaci. Należy również pamiętać, że Martin jako obserwator Soboru Watykańskiego II i zorientowany w tematyce jezuita przemycił, w formie literackiego zmyślenia, tę prawdę, której nie mógłby ujawnić jako własnych wspomnień. Z tego powodu powieść ta jest interesującą zagadką, której nie do końca rozwikłamy, jednak dowiemy się z niej kilku intrygujących faktów.

Malachi Martin, Watykan, wyd. Antyk, Komorów 2019-2020, ss. 437 + 482.

 

Biskup Grzegorz Ryś rzekł ostatnio, że nie wolno nawracać protestantów. Jeśli ktoś dziwi się temu dictum, odsyłam do wydarzeń sprzed trzech lat, czyli uroczystego świętowania w Kościele katolickim pięćsetnej rocznicy rewolucji protestanckiej. Wziął w nim udział również Franciszek, co wśród autentycznie wierzących katolików wywołało zdumienie. Większość natomiast przyjęła te smutne fakty wzruszeniem ramion. Ale wyobraźmy sobie potomków Ludwika XVI, którzy świętują rocznicę rewolucji francuskiej. Absurd, prawda? Do takich absurdów doszliśmy w Kościele katolickim, co jest i śmieszne, i straszne. Pisze o tym Paweł Lisicki w pierwszym rozdziale „Lutra”, który jest książką biograficzną tytułowej postaci. Jest również – w mniejszym stopniu – smutną analizą zmian we współczesnym Kościele, ze szczególnym uwzględnieniem ekumenizmu. Kto zna teksty czy wypowiedzi Lisickiego, nie będzie zaskoczony; autor bardzo krytycznie wypowiada się na temat nowinek, które nastały po II Soborze Watykańskim. I równie krytycznie pisze o Lutrze.

Jego biografia jest przede wszystkim solidnie udokumentowana i nie wpada w jednostronność, gdy źródła są ze sobą niezgodne. Tak dzieje się chociażby w przypadku wstąpienia młodego Marcina Ludera (takie naprawdę nosił nazwisko) do zakonu augustianów. Film Grzegorza Brauna „Luter i rewolucja protestancka” oraz książka ks. Jeana-Michela Gleize „Prawdziwe oblicze Lutra” (skądinąd oba bardzo dobre i godne obejrzenia oraz przeczytania) są tutaj jednogłośne. Oba stwierdzają bez wątpienia, że wstąpienie do klasztoru było wynikiem zabójstwa w pojedynku i pozwoliło Lutrowi schronić się przed odpowiedzialnością. Lisicki nie jest do końca przekonany do tej tezy; nie wyklucza jej, ale z drugiej strony widzi, że powody mogły być również stricte religijne. Nie chodzi o to przecież, aby nad wyraz demonizować postać rewolucjonisty, ale aby ukazać jego prawdziwy obraz, nawet jeśli złożony ze sprzeczności. I to chyba te właśnie paradoksy są najciekawszym aspektem życia tego człowieka. Lutrowi przecież nie można odmówić ani religijnej żarliwości, ani zaangażowania w wiarę czy nawet dążenia do prawdy. W końcu najwięcej zła czynią ci, którzy chcą dobrze, ale zabierają się do tego nieodpowiednio.

Luter w pewnym momencie również stracił kontakt z rzeczywistością. Tak bardzo uwierzył w swoją misję, że zamknął się na argumenty drugiej strony, nawet jeśli racjonalne i wysuwane w dobrej wierze. Jego odejście z Kościoła też początkowo nie było takie oczywiste; nie było motywacją Lutra tworzenie nowej organizacji religijnej, ale odnowa tego, co już było. Niestety, brak posłuszeństwa oraz pycha zrobiły swoje: sprawa wymknęła się spod kontroli i poskutkowała nie tylko powstaniem heretyckiego zgromadzenia, ale dała asumpt politykom do załatwiania swoich spraw, co skończyło się jak zwykle w takich sytuacjach – rozlewem krwi. A Luter zapieklił się w nienawiści do papieża i Kościoła katolickiego, co zamknęło go w bańce – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – hejtu. Hejt ten owocował obscenicznym językiem oraz takowymi ilustracjami (kilka z nich jest przedstawionych w książce Lisickiego, są obrzydliwe). Nie zauważył również, że stworzona przez niego zasada sola scriptura jest sprzeczna wewnętrznie (pierwsi chrześcijanie nie znali przecież Pisma Świętego w renesansowym i również dzisiejszym rozumowaniu). Poczuł się również na tyle pewnie, że sfałszował część wersetów z Listów Apostolskich oraz wypaczył naukę o usprawiedliwieniu. Trzeba dodać, że tą karykaturalną nauką posługuje się sporo katolików.

Sam ją osobiście słyszałem na katechezach neokatechumenalnych, na których prowadzący starali się imputować słuchającym owieczkom, że praca nad sobą nie ma sensu i że w zasadzie człowiek musi grzeszyć. Jest to nic innego jak zdanie Lutra, który przygnieciony własnymi namiętnościami doszedł do wniosku, że uczynki są daremne, a jeśli człowiek jest usprawiedliwiony przez Boga, może do woli grzeszyć. Nietrudno się domyślić, że to spore ułatwienie, które wielu się spodobało. Mieli oto autorytet, który pozwalał im zajmować się ciemnymi sprawkami (skorzystało na tym wielu polityków) i dawał przy tym pewność zbawienia. Mam nadzieję, że Bóg w swoim miłosierdziu wybaczył im tę daleko posuniętą naiwność.

Nie reformacja więc, ale rewolucja: tak wyglądają narodziny protestantyzmu w publikacji Pawła Lisickiego, co jest bardziej zgodne z prawdą niż ugrzecznione szkolne apologie tego przewrotu. Reformacja spowodowała w Europie trwałe podziały, zaraziła herezją całe połacie naszego kontynentu, a dzisiaj jej ewangelikalna, charyzmatyczna odmiana zielonoświątkowa jest kolejną mutacją, która podbija praktycznie bez walki dusze katolików na całym świecie. A biskup Grzegorz Ryś stoi w jej awangardzie, bo skoro twierdzi, że protestantów nie należy nawracać, to wydaje się nieprzekonany do zdania, że pełnia prawdy znajduje się w Kościele katolickim. A skoro katolik kocha protestantów, to nie powinno być mu wszystko jedno, jaką wiarę wyznają. Lisickiemu nie jest wszystko jedno, stąd i jego „Luter”.

Paweł Lisicki, Luter. Ciemna strona rewolucji, wyd. Fronda, Warszawa 2017, ss. 319.


Języki giną. To fakt. Jak każde elementy kultury, przechodzą przez fazę rozkwitu, szczytu możliwości oraz dekadencji. Nieraz powolnej, trwającej nawet kilkanaście pokoleń. Istnieją jednak zjawiska, które przyspieszają ten proces. To między innymi kontakty z innymi grupami językowymi a także rozrost cywilizacji. Mowa ludzka umiędzynaradawia się. Prościej mówić za pomocą języka, którym posługuje się większa grupa. A stara mowa nie wystarcza i zaczyna więdnąć. Tak dzieje się między innymi na Papui-Nowej Gwinei z językiem tayap. Mówi nim w zasadzie jedna wioska, licząca niewiele ponad sto osób. Sytuacja taka w tym państwie nie dziwi, bowiem na jego terenie mówi się za pomocą kilku tysięcy przeróżnych kodów, często spokrewnionych ze sobą. Z tayapem jest jednak inaczej; jest on niepodobny do języków, za pomocą których mówią mieszkańcy sąsiednich wiosek. Skąd taka różnica? Zagadki tej do końca nie udaje się rozwiązać, jednak autor „Śmierci w lesie deszczowym” – Don Kulick – próbuje. Bardziej jednak zależy mu na odkryciu innej tajemnicy – dlaczego tayap znika? Dlaczego język, którym mieszkańcy odwiedzanej przez niego wioski posługiwali się przez długie wieki, teraz przechodzi przez gwałtowną fazę schyłku.

Autor, antropolog kultury, na przestrzeni około trzydziestu lat kilkukrotnie odwiedzał Papuę-Nową Gwineę i to w zasadzie tylko jedną wioskę. Przez ten okres obserwował proces wyłączania tayapu z mowy jej mieszkańców. Od razu również domyślił się, jaki jest tego jeden z powodów. Jest prozaiczny – to inny język. Jego ekspansywność przesądza właśnie o przyszłości tayapu, ale i pozostałych kodów. Tok pisin – bo o nim mowa – jest jednym z języków pidżynowych, wzorowanych na angielskim, więc łączącym wiele wiosek i plemion oraz o wiele prostszym. Tayap na przykład jest językiem fleksyjnym i ma dość skomplikowaną leksykę oraz składnię, co ciekawe, uzależnioną od płci osoby, do której mówiący chce się zwrócić. Jego słownictwo, co już zaznaczyłem, bardzo różni się od słownictwa języków używanych w sąsiednich miejscowościach. Autor potraktował go jako zanikający skarb i na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat okres spędzony na Papui poświęcił na jego naukę oraz kodyfikację. Początki były trudne – bariera językowa. Jednak pełen determinacji nauczył się nim władać i dzięki temu zapisał jego gramatykę.

„Śmierć w lesie deszczowym” nie jest jednak tylko opisem tej działalności. Nie jest rozprawą naukową, ale książką podróżniczą, więc zagadnienia lingwistyczne nie przysłaniają w niej opisów egzotycznej kultury. Zetknięcie się z nią to najciekawszy element tego tekstu, i trzeba przyznać, że opisany z nerwem i umiejętnością zainteresowania czytelnika. Fascynujące są chociażby opisy jedzenia spożywanego na wyspie. Nie z powodu jego walorów kulinarnych, ale za przyczyną czegoś zupełnie odwrotnego. Don Kulick opisuje pierwsze zetknięcie z podstawowym pożywieniem, które trafia do ust mieszkańców papuaskiej wsi. To sago, czyli mączka wyrabiana z pnia palmy sagowej. W swojej najpopularniejszej odmianie przeznaczonej już do jedzenia przyjmuje formę ciągnącego się gluta, który dodatkowo pozbawiony jest jakichkolwiek walorów smakowych. Taka potrawa (o nazwie mum) może być udekorowana kawałkiem mięsa albo ryby, a jeśli ma się mniej szczęścia – kilkoma tłustymi larwami. Najbardziej ekstremalną przygodę kulinarną autor opisuje tak: jedna z kobiet przyniosła mi mum ugarnirowany trzema dużymi larwami. Jedna z nich miała czułki, żuwaczki i nogi – wyglądała jak wczesna forma życia istot z Obcego Ridleya Scotta.

Nie tylko jedzenie jest przedmiotem zainteresowania autora „Śmierci w lesie deszczowym” – to również zanikające mity (Papua-Nowa Gwinea jest nominalnie krajem chrześcijańskim), zwyczaje miłosne (ich symbolem nie jest serce, ale wątroba). Don Kulick nie unika także opisywania sytuacji komicznych. A te pojawiają się niemal na każdym kroku. Z drugiej strony pojawiają się także groźne zdarzenia. Warto, również dla nich, sięgnąć po tę książkę. Autor właśnie dlatego robi sobie kilkunastoletnią przerwę, podczas której nie odwiedza swoich papuaskich ziomków i w ogóle nie przylatuje na wyspę.

Jako antropolog stara się obiektywnie spojrzeć na opisywanych przez siebie ludzi, zauważając fakt, że są oni bardzo podobni do Europejczyków i Amerykanów – dzieje się tak na płaszczyźnie emocji oraz relacji interpersonalnych. Papuasi plotkują, wychowują dzieci, kłócą się, bywają przesądni. I jak większość, która zetknęła się z bardziej rozwiniętą cywilizacją, chcą ją mieć u siebie. Istnieje natomiast zasadnicza różnica, która dla autora jest dość przerażającą sytuacją. Przez wszystkie te lata, na przestrzeni wszystkich wizyt Kulicka w wiosce, jej mieszkańcy uważali go za zmarłego, który przybył z zaświatów. Niektórzy z nich przekazywali mu listy do swoich przodków, których ten miałby spotkać w swoim kraju zamieszkania. Na nic zdały się perswazje i tłumaczenia – autor został duchem już do końca. Silna jest bowiem potęga wiary, a człowiek jest w stanie przyjąć każdy pogląd, który tłumaczy mu jego świat.

Don Kulick, Śmierć w lesie deszczowym, tłum. Aleksandra Czwojdrak, wyd. UJ, Kraków 2020, ss. 253.

Modernizm i posoborowie zrobiło już tyle bałaganu w łonie religii katolickiej, że trudno te wszystkie skutki podsumować w pojedynczym tomie. Podmiana duchowości, odejście od dogmatów wiary, niemoralność jako norma, nieuprawniony ekumenizm – można wymieniać dalej tę długą litanię błędów i zaniedbań. W naszym kraju do lat 90. mało kto zdawał sobie sprawę z faktu, jakie opłakane skutki miał Sobór Watykański II. I nie jest tu ani miejsce, ani czas, ani niżej podpisany nie jest teologiem, aby rozstrzygać, kto bardziej zawinił – twórcy dokumentów soborowych czy ich liberalni interpretatorzy. Jedno jest pewne, gdyby do soboru nie doszło, zmiany nie byłyby tak głębokie. Do tego Polska, cudownie oszczędzona w czasie prześladowań religijnych lat komunizmu, znajdowała się obok tych wszystkich zmian. Podmieniono jedynie liturgię (oczywiście nie wiązało się to z samym soborem, ale z reformą, która miała miejsce już po jego zakończeniu), a religijność świeckich i większości kleru pozostała tradycyjna, bliska jej ludowej odmianie. Co prawda, rozwijały się oazy, na uczelniach katolickich i na stolcach biskupich coraz śmielej pozwalali sobie kontestatorzy, ale ogólny obraz wydawał się raczej bez zarzutu. To samo można było powiedzieć o formacji seminaryjnej, która – co prawda – nie była już tradycyjna, ale wciąż zachowywała sporo zdrowej nauki. Co innego w Stanach Zjednoczonych.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, którą opisuje amerykański dziennikarz śledczy Michael S. Rose, rzecz jasna, katolik, a czyni to w niezwykle ciekawej książce „Żegnajcie dobrzy ludzie”. Jej podtytuł jest jeszcze bardziej intrygujący, a brzmi on „Jak ateiści i homoseksualiści opanowali amerykańskie seminaria”. Na samym początku autor zaznacza jednak, że ta bulwersująca sytuacja nie dotyczy wszystkich tego typu placówek. Smutne natomiast jest, że te nowoczesne i postępowe stanowią jednak większość. Trzeba także lojalnie zaznaczyć, że pierwsze wydanie tej pozycji miało miejsce w 2002 roku, więc prawie całe pokolenie wcześniej, i że z pewnością stan wiedzy na ten temat jest dzisiaj inny, inna jest również sytuacja Kościoła. Pontyfikat Jana Pawła II, w którym tekst powstał, był jeszcze względnie konserwatywny w kwestii moralności i etyki. Dziś sytuacja jest nieco inna, a ponadto brakuje wiedzy, aby ocenić, czy to, o czym pisał Michael S. Rose osiemnaście lat temu, uległo jakiejkolwiek poprawie, czy może zmieniło się jeszcze na gorsze. Wiemy też, że w roku 2002 społeczeństwo USA (jak i na całym świecie) miało o wiele gorszy dostęp do Mszy świętej trydenckiej, i że od tego czasu powstało w Ameryce Północnej kilka tradycyjnych seminariów duchownych, kierowanych przez instytuty kapłańskie krzewiące przedsoborową wiarę katolicką.

Tyle przydługiego, ale koniecznego wstępu, bo PT czytelnicy z pewnością są zaintrygowani faktami, które miały miejsce w amerykańskich seminariach. Przede wszystkim autor skupia uwagę na homoseksualnym sprzysiężeniu, rzecz jasna, nieformalnym, ale działającym niezwykle skutecznie. Do tego stopnia, że zdrowy, heteroseksualny mężczyzna był spostrzegany podejrzliwie, i to nie tylko przez alumnów o gejowskiej „orientacji”, ale przede wszystkim przez przełożonych. Nie tylko zabawiali się oni z klerykami, ale głosili homoseksualną herezję. A tych ostatnich było w tych miejscach zatrzęsienie. Wystarczy wspomnieć o powszechnym przeświadczeniu, że kapłaństwo kobiet to tylko kwestia czasu. Klerycy, którzy nie popierali tej aberracji, byli albo wyrzucani, albo kazano im dobrowolnie odejść. W takich warunkach trudno sobie wyobrazić, aby adepci przyszłego życia kapłańskiego odbierali w tych szkołach zdrową katolicką naukę. Na porządku dziennym zdarzało się podważanie dogmatów wiary, kontestowanie św. Tomasza z Akwinu, głoszenie nauk sprzecznych nie tylko z katolicyzmem, ale również z chrześcijańską wizją świata. Protestantyzacja to mało – dochodziło do ateizacji. Zresztą niektórzy wykładowcy seminaryjni nie wierzyli w Boga.

Innym problemem, z którym spotykali się kandydaci do kapłaństwa, była psychologizacja i seksualizacja. Uczono się z pornograficznych podręczników, a kadra zachęcała alumnów, aby ci stykali się z mocną erotyką. Po to, aby – jak mówili – wiedzieli, co się dzieje w świecie. Ważniejsze niż prawowierne poglądy i powołanie było zdawanie psychologicznych testów. A jeśli alumn przejawiał symptomy tradycyjnej katolickiej pobożności, na przykład modlił się na różańcu, wytaczano przeciwko niemu działa. Do tego potwornego obrazu trzeba dodać zakonnice, które wygłaszały nie tylko heretyckie sądy, ale przede wszystkim reprezentowały optykę feministyczną. Autor opisuje również pewną wieczorną modlitwę kleryków, w czasie której zamiast przewidzianych na tę porę modlitw brewiarzowych, ci zmuszeni byli do medytacji podczas „Imagine” Johna Lenina. Mądremu dość, ale na koniec, aby listę przegięć skompletować, dodać należy wiele liturgicznych nadużyć, wręcz swobodę w odprawianiu Mszy świętej, oraz wprowadzanie buddyjskich czy wręcz pogańskich obrzędów do liturgii.

Michael S. Rose nie jest jednak czarnowidzem, gdyż podaje prostą receptę na poprawę tego stanu rzeczy. Zauważa bowiem ciekawą korelację między teologicznymi błędami głoszonymi w seminariach i brakiem dyscypliny a spadkiem powołań kapłańskich. Stwierdza, że te diecezje, które prowadzą ortodoksyjną formację kapłańską, tego spadku nie doświadczają, a wręcz przeciwnie. To w tradycyjnych ośrodkach studentów jest o wiele więcej, a często nawet brakuje miejsc dla wszystkich chętnych. Książka ta prosi się zatem o dalszą część, ale może być również barometrem dla polskich seminariów (pewnie znów stanie się zakazaną pozycją). Patrząc dzisiaj na wielu młodych dominikanów i jezuitów, katolik musi zastanowić się z zatroskaniem o poziom formacji w tych zakonnych szkołach. Czy jest już tak źle jak było w USA dwadzieścia lat temu?. Z pewnością zwiększyła się rola psychologii, i to również w seminariach diecezjalnych, z pewnością głosi się tam radosny ekumenizm i charyzmatyzm, a co do innych kwestii? Pewnie pozostają za zamkniętymi drzwiami. Oby ich nie wyważyły, bo nie będzie czego zbierać.

Michael S. Rose, Żegnajcie dobrzy ludzie. Jak ateiści i homoseksualiści opanowali amerykańskie seminaria, wyd. AA, Kraków 2020, ss. 443.
Historia techniki i wynalazków jest pisana męską ręką. Istnieją, co prawda, pewne wyjątki, ale wystarczy pobieżnie przejrzeć encyklopedię, aby upewnić się w przekonaniu, że kobiety miały i mają nikły wpływ na rozwój nauki oraz techniki. Co jednak z tym faktem zrobić? Konserwatysta machnie na niego ręką i stwierdzi, że tak faktycznie musi być. Nie zmienimy ludzkiej natury – powie, dodając, że to biologia tak wyposażyła człowieka, że obie płcie różnią się dość diametralnie pod tym względem. Co ma jednak poczynić przedstawiciel rewolucji, zetknąwszy się z tak rażącą dysproporcją. Może próbować znaleźć fakty, które przeczą tej obiegowej opinii. Może również ustosunkować się do tej sprawy ideologicznie, szukając przyczyn w wiecznej opresji, której podlegają kobiety. A winnymi są oczywiście mężczyźni. Te dwie rzeczy uczyniła autorka „Pionierek internetu” Claire L. Evans. Z jednej strony wyciągnęła na światło dzienne interesujące fakty, z których wynika wprost, że kobiety miały również wpływ na rozwój informatyki. Z drugiej jednak, pod koniec książki, przestaje się czaić, i wpada w feministyczny ton, który można zamknąć w słowach z „Seksmisji” – „samiec, twój wróg!”. „Pionierki internetu” napisane zostały więc z potrzeby udowodnienia światu, że płeć żeńska nie ma się czego wstydzić w kontekście technologii cyfrowej.


Trochę sobie dworuję, bo bawi mnie taka feministyczna szuria, twierdząca, że rola kobiet jest większa niż w rzeczywistości, ale tak publikacja Evans jest naprawdę interesująca. Przede wszystkim zaś dla laików, do których się zaliczam, co to chcieliby poznać historię informatyki, bo sami ponad połowę życia spędzili przy komputerach i z towarzyszeniem internetu. Historia ta zaczyna się już w XIX wieku, kiedy powstawać zaczęły pierwsze prototypowe maszyny liczące. Projekt jednej z pierwszych machin tego typu opracowała Ada Lovelace, czyli córka lorda Byrona. Interesujący jest również fakt, że w latach po II wojnie światowej programowanie komputerów nie było uznawane za ważną i twórczą czynność, więc – jak pisze autorka – często zajmowały się nim kobiety. Czy zajmowały się nim z tego powodu, trudno stwierdzić, natomiast warto uświadomić czytelnikom, zwłaszcza młodszym, czym były wówczas komputer i programowanie. Ten pierwszy, jak chociażby Eniac, zajmował powierzchnię kilku pokojów i składał się z tysięcy lamp, które dość często się przepalały. Rolą tego urządzenia było wykonywanie obliczeń matematycznych, a że nie było żadnych instrukcji obsługi czy znanych programów, które można by wprowadzić, należało to wszystko opracować. Programowanie takiego monstrum polegało na odpowiednim połączeniu przewodów elektrycznych, co w tych warunkach było istną partyzantką. Tym właśnie zajmowały się opisywane przez Claire Evans bohaterki.

Im dalej w las, tym jednak sprzęt stawał się coraz mniejszy, a na pewnym etapie zaczęto go ze sobą łączyć w sieci – tak powstały początki internetu. Najpierw były to sieci wojskowe, potem uczelniane, a dopiero na końcu powstała sieć taka, jaką znamy dzisiaj. Warto również sięgnąć po „Pionierki internetu”, aby dowiedzieć się, czym było w latach 80. i 90. to tytułowe zjawisko i jak bardzo różniło się od współczesnej jego mutacji. Rzecz jasna, nie było reklam, ale nie było również żadnego guglowania. Ba, nie było żadnych obrazków i nawigacji za pomocą linków. Aby korzystać z tego pra-internetu, trzeba było dość dobrze znać szereg komend. Bez tego ani rusz. W tym wszystkim, na początku ostatniej dekady XX wieku, zaczęła rodzić się specyficzna subkultura, łącząca w sobie idealizm i brutalność skrajnej lewicy oraz anarchistyczne zapatrywania na rzeczywistość. Społeczność internetu tej epoki była przy tym niezwykle twórcza; powstawały sieciowe fanziny i grupy dyskusyjne, spotykano się w sieci, aby dzielić się nie tylko życiem prywatnym, ale przede wszystkim efektami działalności artystycznej. Pisano gry, pisano tysiące artykułów, tworzono abstrakcyjne filmy – tak zwane dema. Internet był miejscem, w którym spotykano się, aby robić coś konkretnego, a przy okazji stanowił demokratyczną przestrzeń, w której każdy mógł zaistnieć na takich samych prawach.

I chociaż sieć od dawna tak nie wygląda, dobrze sobie przypomnieć, czym była, zanim uległa komercjalizacji. Dzisiaj korzystanie z niej jest pewnie łatwiejsze, ale o bardziej ograniczone, chociażby przez wyniki wyszukiwania czy cenzurę. Nie ma też już tego romantycznego, pionierskiego sznytu, który towarzyszył sieciowym poszukiwaniom w pierwszej połowie lat 90. „Pionierki internetu” są więc nie tylko lekturą historyczną, przedstawiającą rozwój technologii cyfrowej, ale także sentymentalną podróżą do początków informatyki oraz globalnej sieci. Tylko szkoda, że ostatnie strony psują nieco odbiór całości, która mogła być przecież innym spojrzeniem na tę specyficzną dziedzinę. Autorka niepotrzebnie uderzyła w ideologiczne tony i zakończyła swoją książkę niemalże manifestem feministycznym. Widać, że nie mogła się opanować, albo swoją publikację napisała właśnie w tym celu.

Claire L. Evans, Pionierki internetu, tłum. M. Rabsztyn-Anioł, wyd. UJ, Kraków 2020, ss. 295.