Taki temat można było koncertowo spieprzyć. Bo wiecie, objawienia maryjne, Kościół katolicki, wizjonerzy i pielgrzymki podobne do tych z okazji kolejnych rocznic Radia Maryja. Już sobie wyobrażam odmieniane przez wszystkie przypadki ciemnogród, fanatyzm a nawet faszyzm. Bo kto bogatemu zabroni? Zwłaszcza temu wypasionemu na uniwersyteckich grantach. Wolałbym nie wiedzieć, co z takim tematem zrobiłaby Joanna Bator, Olga Tokarczuk czy Sylwia Chutnik. Po męskiej stronie pisarskiego grona również z łatwością znalazłoby się kilku aktywistów, którzy chętnie podjęliby się zadania darcia łacha z polskiego katola. Skoro tematu fałszywych objawień maryjnych w Oławie podjął się Łukasz Orbitowski, mogłem spać spokojnie. Byłem pewien, że nie wyskoczy z antykatolicką agitką czy jakąś współczesną odmianą powieści tendencyjnej. I to mimo faktu, że katolikiem nie jest i słucha black metalu. Kilka lat temu odbierał Paszport Polityki w koszulce Darkthrone, z kolei pisząc „Kult” – jak sam przyznał – słuchał płyt krakowskich formacji Mgła i Kriegsmaschine, obu dowodzonych przez Mikołaja Żentarę, nota bene syna nieodżałowanego z roli w „Siekierezadzie” Edwarda Żentary. Orbitowski słuchał więc black metalu i napisał kolejną powieść.

Nie jest tajemnicą, że każda kolejna pozycja wydana przez tego autora jest dla mnie wydarzeniem. Nie inaczej było w przypadku „Kultu”. Poprzedni „Exodus” z pewnością nie był powieścią na miarę opus magnum Orbitowskiego – „Innej duszy”, ale trzymał wysoki poziom. W przypadku najnowszej publikacji czuć, że poprzeczka znów wisi wysoko. „Kult” jest drugą powieścią prozaika, która oparta jest na prawdziwych zdarzeniach. W przypadku „Innej duszy” były to makabryczne morderstwa w Bydgoszczy, tutaj są to objawienia maryjne, których świadkiem od 1983 roku był Kazimierz Domański. Wszystko działo się w dolnośląskim miasteczku położonym nieopodal Wrocławia. Sprawa oławskich objawień odbiła się szerokim echem w ostatniej dekadzie PRL. Doszła nawet do najwyższych szczytów władz państwowych; z charakterystycznym dla siebie chamstwem i butą zareagował na nie Jaruzelski. Przez Kościół katolicki została uznana za fałszerstwo, chociażby z powodu błędów doktrynalnych głoszonych przez objawiającą się postać. Faktem jednak są serie uzdrowień, które przydarzały się w tym miejscu, faktem jest równie stojący do dzisiaj w dzielnicy Nowy Otok budynek kościoła. Seria tych faktów była zatem tajemnicza i chociaż dzisiaj jest raczej zapomniana, do połowy lat 90. XX wieku budziła żywe zainteresowanie opinii publicznej.

Domański w powieści z nazwiska nie występuje. Zamiast niego autor stworzył postać Henryka Hausnera, prostaczka niedopasowanego do świata, którym opiekuje się jego starszy brat. I to on jest głównym bohaterem oraz narratorem „Kultu”. Henryk staje się więc postacią bardziej zagadkową; nie znamy jego myśli ani wewnętrznych motywacji. Mówi brat – Zbigniew, kochający mąż i ojciec, niepozbawiony jednak szeregu ludzkich słabości. Te słabości doprowadzą go do splotu nieszczęśliwych wydarzeń. Sprawą zainteresuje się milicja oraz Służba Bezpieczeństwa, a inne kłody pod nogi bohaterowi będą rzucać miejscowy proboszcz i sekretarz partii. Pozostaje więc pytanie, jak to się wszystko udało przedstawić bez popadania w groteskę czy szyderstwo? Po pierwsze, Orbitowski nie jest jednym z tych napuszonych, przekonanych o swojej nieomylności literatów. Po drugie i najważniejsze, pisze o swoich bohaterach z miłością. Po prostu ich lubi i portretuje z empatią. Czy to będzie naiwny jak dziecko wizjoner z oławskich działek, czy jego uświniony brat, czy w końcu ksiądz-emeryt, który uwierzył w objawienia i swoją osobą legitymizuje niepoprawny kult. Wszyscy zostali opisani z odpowiednią dozą zrozumienia, co stało się już znakiem rozpoznawczym prozy Łukasza Orbitowskiego.

Inną charakterystyczną cechą jego prozy jest fakt, że spory ciężar narracji spoczywa na głównym bohaterze. Świat poznajemy jego oczami, a dzieje się to w formie zapisu fikcyjnych taśm, nagrywanych przez dziennikarza, który jest milczącym bohaterem istniejącym w tle powieści. Pierwszy plan akcji rozgrywa się 12 lipca 1997 roku, podczas powodzi stulecia, która katastrofalnie doświadczyła Dolny Śląsk. Wielka woda staje się w tekście symbolem zrealizowanych przepowiedni Domańskiego (w utworze – Hausnera) i nadaje głębszego znaczenia jego całości. Czytelnik odkłada więc książkę ze zbiorem pytań, na które jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Wrócił więc Orbitowski – fantasta? To jednak za dużo powiedziane, chociaż miejsce akcji od razu nasuwa na myśl „Święty Wrocław”, który również portretował religijne poruszenie i dział się na Dolnym Śląsku. Z kolei wierne i topograficzne przedstawienie Oławy kojarzy się z Bydgoszczą opisywaną na kartach „Innej duszy”. Z tym że atmosfera i miasta, i powieści jest w przypadku „Kultu” o wiele lżejsza.

W końcu „Kult” to kawał męskiej prozy, w której narrator, rozmawiając z milczącym na stronach powieści dziennikarzem, przypomina jako żywo postaci zaludniające opowiadania Marka Nowakowskiego. Ten, wydawałoby się, twardy facet, ma swoje skazy, a jego zasady moralne, chociaż oparte na zdrowym pniu, są jednak skażone błędnym myśleniem. Bohater ten z jednej strony spotyka się z kochankami (seks nazywając eufemistycznie „sprawami”), a z drugiej twierdzi, że kocha żonę, a dom to dla niego świętość. Kocha również brata, co nie przeszkadza mu w donoszeniu na niego. Jest to więc człowiek złamany, a od jego jednoznacznego potępienia czytelnik broni się z powodu jego realistycznego portretu. Jest to również bohater trochę niedzisiejszy, bo żyjący przecież na przełomie PRL oraz III RP: szorstki, ale w środku wrażliwy, po męsku wychowujący synów, pijący wódkę, ale nigdy na umór. Trudno stworzyć taką postać, nie popadłszy w publicystykę. Łukasz Orbitowski w nią nie popada, okrzepł jako pisarz i tworzy dojrzałą prozę, a co najważniejsze – umie opowiadać jak mało kto.

Łukasz Orbitowski, Kult, wyd. Świat Książki, Warszawa 2019, ss. 478.

Niczym kania dżdżu, Polacy czekają na zniesienie wiz do Stanów Zjednoczonych. USA jawią się bowiem jak ziemia obiecana, arkadia czy kraina mlekiem i miodem płynąca. Wydaje się nam, że za każdym rogiem czeka praca, oczywiście świetnie płatna i na wyciągnięcie ręki. Że to nieprawda, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak mit Stanów działa i choćby dlatego co jakiś czas na rynku wydawniczym pojawiają się pozycje książkowe, które przybliżają czytelnikowi obraz kraju zza Atlantyku. Najnowszą z nich jest „Ameryka.pl” autorstwa Doroty Malesy. Ten zbiór reportaży pokazuje losy dziesięciorga emigrantów, którzy swojego miejsca szukają w północnej części kontynentu amerykańskiego. Odpowiedź na pytanie, czy je znaleźli, nie jest jednoznaczna.. Jedni poradzili sobie świetnie, inni dopiero próbują, a jeszcze innych los nie rozpieszcza. Trzeba dodać jeszcze, że teksty te idą w poprzek tendencji panujących w głównym nurcie polskiego reportażu – nie są stronnicze i nie stawiają politycznych tez.

Przede wszystkim uderzają one bezpośredniością opowieści. Ich bohaterowie to zwykli ludzie, którzy nieraz zmagają się z trudnym losem. W żadnym przypadku jednak autorka nie wykorzystuje ich historii do plucia na Polskę. Fakt, że wyjechali z kraju, jest splotem ich niezależnych decyzji, przede wszystkim bytowych. Nie mówią oni jednak o „reżimie” i „faszyzmie” – co przecież często zdarza się w przypadku postaci opisywanych w reportażach jednego z rodzimych dzienników prasowych. Tu trzeba oddać autorce sprawiedliwość. Wysłuchała bowiem swoich rozmówców z uwagą, nie komentując ich słów propagandową papką. Dzięki temu można skupić się na samych opowieściach, a są one niekiedy naprawdę zaskakujące. W niektórych tekstach dziennikarka zastosowała niespodziewane zwroty akcji, które pozwalają nieco inaczej spojrzeć na opisywane przez nią historię. Tak dzieje się na przykład w „Co znaczy wszystko?”. Bohaterką tekstu jest pochodząca z Lublina Ola Błaszczuk, obecnie mieszkająca w centrum Nowego Jorku. Jej historia wydaje się spełnieniem american dream, ale dopiero po pewnym czasie dowiadujemy się, jakim kosztem jest okupiony ten sukces. Autorka bowiem nie wystrzeliwuje całej amunicji na początku, ale pozwala tekstowi na rozwinięcie się i dopiero strzela z odpowiedniego kalibru.

Inną równie interesującą historią jest opowieść Marka Żurobskiego „Sieltert/ansieltert”. Bohater tekstu był w latach 90. wokalistą i frontmanem discopolowego zespołu Domino. Był wówczas w centrum wydarzeń, kolegując się z czynnymi do dzisiaj gwiazdorami tej muzyki. Dzisiaj jest niepełnosprawnym bezdomnym mieszkańcem Nowego Jorku, który jednak nie porzucił marzeń. To również Ameryka i emigracja. Nie każdemu dane jest osiągnąć szczęście na obczyźnie, a wpływ na to mają również czynniki losowe, co pokazuje historia byłego piosenkarza. Z drugiej jednak strony na kartach książki pojawiają się także ludzie sukcesu. Na przykład Emil Varda, również z Nowego Jorku, który prowadzi ekskluzywną restaurację, chętnie odwiedzaną przez znane osobistości. Jednak mnie najbardziej poruszył pierwszy reportaż, zatytułowany „Sebek szuka żony”. Autorka opisuje w nim młodego człowieka poszukującego bliskiej osoby, który zachowując resztki nadziei na odmianę losu, dochodzi do wniosku, że znaleźć bratnią duszę na emigracji jest niezwykle trudnym zadaniem. Powodem jest narastający materializm, szczególnie wśród Polek, którym zależy na byciu z bogatym Amerykaninem, a ostatnią decyzją, jaką mogą podjąć, jest związanie się z rodakiem. Fakt ten pokazuje, że samotna emigracja wiąże się najczęściej z ryzykiem braku uporządkowania w życiu osobistym.

„Ameryka.pl” jest więc rodzajem lustra, w którym odbijają się przeróżne historie emigrantów wybierających trudniejszą decyzję niż wyjazd do Wielkiej Brytanii. Powodem tej trudności jest przede wszystkim odległość i wiążące się z nią ograniczenia w podróżowaniu do Europy. Z Anglii można przylatywać nawet kilkanaście razy rocznie, co nie musi w znacznym stopniu uszczuplać budżetu domowego. Ze Stanów tak się po prostu nie da, stąd większe poczucie samotności i alienacji. Autorka pokazuje dobitnie, że mieszkanie za granicami ojczyzny może wiązać się z większą gratyfikacją finansową, ale najczęściej okupione jest wyobcowaniem, o którym nie ma się pojęcia, podejmując decyzję o wyjeździe na zachód.

Dorota Malesa, Ameryka.pl. Opowieści o Polakach w USA, wyd. Znak, Kraków 2019, ss. 275.

Pamiętam do dziś, jakie wrażenie zrobiła na mnie japońska wersja horroru „The Ring”. Przez cały seans siedziałem jak na szpilkach, zastanawiając się, co za chwilę zobaczę na ekranie. Później kilkukrotnie próbowałem powtórzyć to doświadczenie, oglądając japońskie i koreańskie filmy grozy, lecz pierwsze wrażenie pozostało najsilniejsze. Nie stałem się więc fanem ruchomych obrazków z dalekiego wschodu. Również na palcach jednej ręki mogę policzyć dzieła literackie z tamtego kręgu kulturowego. W ósmej klasie przeczytałem „Kobietę z wydm” Abe Kobo, ale nie wiem, czy cokolwiek z niej zrozumiałem. Z kolei fenomen Murakamiego na mnie nie działa i jak dotąd oparłem się mu, nie czując jakiejkolwiek pokusy, by sięgać po jego powieści. Cywilizacja łacińska w zupełności mi wystarcza, nie potrzebuję egzotycznych podniet. Jakimś sposobem jednak znalazłem się w posiadaniu publikacji o japońskich duchach napisanej przez Amerykanina Zacka Davissona. „Yurei”, bo o niej właśnie mowa, przedstawia popularnonaukowe spojrzenie na zjawiska nadprzyrodzone i czyni to z japońskiego punktu widzenia. Autor jest bowiem zapalonym miłośnikiem japońskiej kultury i folkloru, a do tego tłumaczem. Wydaje się więc, że powinien wiedzieć, o czym pisze.

I tak jest w istocie. Zjawisko błąkających się dusz zmarłych jest w Japonii zupełnie inną kwestią niż w Europie czy Ameryce. Po pierwsze, religia chrześcijańska, która ukształtowała stary i nowy świat, nie mówi niczego o powracających duchach. To, co o nich wiemy, jest wynikiem wcześniejszych pogańskich kultów. Dzisiejsze horrory czy filmy grozy przedstawiają to zjawisko w synkretyczny sposób, łącząc pogański pomysł na pojawianie się zmarłych dusz z chrześcijańskimi koncepcjami egzorcyzmów czy innych obrzędów religijnych. W Japonii wiara w yurei jest starsza niż chrześcijaństwo i w tej formie przetrwała do dzisiaj. Ciekawe jest to, że w tak zindustrializowanym i nowoczesnym społeczeństwie, jakim jest Japonia (chociaż starzejąca się w zastraszającym tempie) przemiany gospodarcze i obyczajowe nie miały wpływu na system ludowych wierzeń, wywodzący się przecież wprost z zamierzchłej starożytności. Inną ciekawą sprawą jest zasadnicza różnica między „naszymi” a dalekowschodnimi duchami. Europejskie zjawiska kojarzone są, zgodnie z wykładnią chrześcijańską, z mocami piekielnymi, a według ludowych konceptów – pokutującymi duszami. Japońskie yurei to przede wszystkim istoty, które podczas ziemskiego życia nie zdążyły załatwić wszystkich spraw. Teraz przychodzą, aby doprowadzić je do końca. Motywem przyjścia wcale nie musi być dla nich zemsta czy niespełniona miłość; często przybywają w celach bardziej przyziemnych jak uporządkowanie talerzy w kuchni.

Autor odkrywa ponadto, że yurei są bardzo starym motywem artystycznym, występującym nie tylko w literaturze, ale i w malarstwie i rysunku. Dodatkowym walorem jego publikacji są z pewnością fragmenty podań, legend i klasycznych japońskich dzieł literackich, które zawierają wątki błądzących dusz. Sam wspomina, nie wiadomo, czy z kokieterii, czy ze szczerości, że był świadkiem niewytłumaczalnych zjawisk nadprzyrodzonych, które interpretował jako pojawianie się japońskich duchów. Z racjonalnego punktu widzenia jest to mało prawdopodobne, ale kto to wie, może dziadek Szekspir ma rację, mówiąc w „Hamlecie” na temat rzeczy, które nie śniły się filozofom. To w końcu nikt inny jak główny bohater tej tragedii spotkał ducha zamordowanego ojca. Z kolei z katolickiego punktu widzenia zjawiska te mogą być albo diabelskim zwiedzeniem, albo – co również prawdopodobne – złudzeniem lub czymś, czego nauka jeszcze nie odkryła, a co może być w przyszłości rozumowo wytłumaczalne.

„Yurei” jest więc pozycją, która omawia tytułowe zjawisko w wielu kontekstach: historycznym, kulturowym, a nawet osobistym. Autor rysuje przed czytelnikiem genezę i dzieje kształtowania się tych wyobrażeń na przestrzeni wieków. Do tego wprowadza mnóstwo odwołań literackich, malarskich oraz filmowych. Czasem jeszcze ubarwia całość, nielicznymi co prawda, wątkami personalnymi. Docenić trzeba jego wiedzę i erudycję, bo gołym okiem widać, że na sprawie się zna i nie jest niedzielnym, domorosłym hobbystą. Natomiast pozostaje otwarte pytanie, co przeciętny Europejczyk lub Amerykanin wyciągnie z jego publikacji. Czy nie będzie chciał dostać się do cukierka przez szybę?

Zack Davisson, Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej, tłum. A. Czwojdrak, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018, ss. 253.

Dariusz Rosiak już kilkukrotnie udowadniał, że jest świetnym reporterem. Nie tylko dlatego, że potrafi stworzyć przekonujący obraz opisywanego świata. Powodem jest również jego obiektywizm, o który dzisiaj szczególnie trudno. Podczas gdy spora część adeptów tej najtrudniejszej ze sztuk dziennikarskich skupia się na przedstawianiu zideologizowanego obrazu rzeczywistości, Rosiak pokazuje, że nie jest on jednoznaczny i że do jego opisania potrzeba nieco bardziej zaawansowanych technik niż walenie cepem na oślep. Podobnie jest w „Obliczach Wielkiej Brytanii”, które są zbiorem reportaży rozpoczynających się tekstem dotyczącym brexitu. Myliłby się jednak ten, kto zechciałby w nim szukać jednoznacznej deklaracji autora dotyczącej tego właśnie zjawiska. To czytelnik ma mieć własne zdanie, ewentualnie ma je sobie wyrobić po lekturze. I takie reportaże rozumiem, nawet jeśli nie zawsze zgadzam się z ich autorem.

„Oblicza Wielkiej Brytanii” nie dotyczą jednak tylko zjawiska brexitu. To szersze spojrzenie na ten kraj, co ciekawe, powstałe już osiemnaście lat temu. Wtedy bowiem ukazało się pierwsze wydanie tej publikacji. To zaś, o którym piszę, jest jej edycją rozszerzoną. Niektóre z tekstów powstały specjalnie na potrzeby tego wydania, zaś reszta, znana z poprzedniego, została przez autora odpowiednio rozszerzona i skomentowana z dzisiejszego punktu widzenia. Zabieg ten pozwolił na wniosek, że na wyspach zmieniło się sporo, szczególnie w kwestii narodowego samopoczucia Brytyjczyków. Jak większość państw Zachodu zostało ono dotknięte przez postkolonialne kompleksy oraz kryzys imigrancki. Wielka Brytania zdaje się trzeszczeć w posadach, a co gorsza, nie ma na siebie pomysłu. Wydaje się groteskowym organizmem, który pamięta jeszcze o swojej mocarstwowej roli w przeszłości, a jednocześnie rozpaczliwie próbuje się na nowo zdefiniować. Problemy społeczne, które trawią ten kraj, są poważne i poskutkowały w zeszłym roku decyzją o wyjściu z Unii Europejskiej. Winna jest również sama Unia, która niebezpiecznie podąża w stronę państwa federalnego, zmuszającego swoich członków do zgadzania się na kontrowersyjne decyzje Brukseli. Trudno więc dziwić się Brytyjczykom, że powiedzieli „nie”.

Jednym z bardziej znamiennych reportaży, który znalazł się w „Obliczach Wielkiej Brytanii” dotyczy słynnej sprawy zamieszek w Tottenhamie – dzielnicy Londynu zamieszkanej w większości przez ubogich Anglików oraz imigrantów z Azji i Afryki. Tam to, w roku 2011, wybuchły sprowokowane przez zabójstwo Murzyna zamieszki, które skończyły się zbiorowym rabunkiem sklepów i podpaleniami. Rabowano elektronikę, ubrania, jedzenie, czyniąc to w zbiorowym amoku. Co ciekawe, złodzieje niekoniecznie byli biedni. Trafiła się okazja, więc widziano również rodziny podjeżdżające samochodami i ładujące do bagażników przedmioty, które niekoniecznie są niezbędne do przetrwania. Sytuacja ta z jednej strony pokazuje posunięty do granic konsumpcjonizm, z drugiej zaś bardzo cienką granicę, po przekroczeniu której, zdawałoby się, cywilizowany człowiek zmienia się w jego dziką karykaturę.

Dariusz Rosiak zadaje też pytanie, ile jeszcze w przeciętnym Brytyjczyku klasycznego dżentelmena. Okazuje się, że odpowiedź nie jest prosta. Wielka Brytania żyje przecież wciąż blichtrem rodziny królewskiej, ale ta przecież w ostatnich dekadach wciąż się liberalizuje. Nadal pożądanym zjawiskiem edukacyjnym są prywatne elitarne szkoły, jednak ich liczbę przytłacza wiele słabych i niebezpiecznych placówek publicznych. Do tego dochodzi groźne zjawisko, które wydaje się bagatelizowane przez brytyjskich polityków, mianowicie spora ilość rosyjskiego kapitału, który wciąż napływa nad Tamizę. Biznesmeni, zarówno ci z kręgu Władimira Putina, jak i dysydenci, posiadają – szczególnie w Lodynie – wiele nieruchomości, a w dodatku sporo inwestują w przeróżne przedsięwzięcia gospodarcze. Porażająca też wydaje się nędza duchowa współczesnych mieszkańców Albionu. Owładnięci są przede wszystkim przez żądzę sławy i pieniądza, co we współczesnym świecie raczej nie dziwi; chodzi tutaj jednak o skalę tego zjawiska. Wielka Brytania jest bowiem społeczeństwem postindustrialnym, w którym struktura społeczna została radykalnie zmieniona po rządach Margaret Thatcher. W dodatku największa organizacja religijna na Wyspach, Kościół Anglikański, dopasowała się do świata, czym przyspieszyła proces sekularyzacji.

Oblicza Wielkiej Brytanii, które opisuje autor, są mimo wszystko i ciekawe, i ciekawie zaprezentowane. Oto kraj, który z oddali wydaje się nudny, zyskuje na kartach książki Rosiaka dodatkowe walory. Obraz Wysp Brytyjskich zaprezentowany na tych kilkuset stronach obejmuje politykę, życie codzienne, życie artystyczne, a w końcu patologie społeczne. Nie jest jednak jednoznacznie wartościujący, na co zwróciłem uwagę we wstępie. W jakim stopniu korona i kapelusz dżentelmena zostały zastąpione przez dres i muzułmańską suknię, musimy ocenić sami. Rosiak tylko stawia kropki, a linie pojawią się po lekturze jego reportaży.

Dariusz Rosiak, Oblicza Wielkiej Brytanii, wyd. Czarne, Wołowiec 2018, ss. 301.

Taktyka salami polega na stopniowym oswajaniu społeczeństwa z nowinkami, które nie zostałyby zaakceptowane w zwykłym trybie. Przypomina to również gotowanie żaby. Nie wrzucamy jej od razu do wrzątku, ale pozwalamy jej pływać w letniej wodzie i powoli podkręcamy temperaturę. Żaba nie zorientuje się, że właśnie została ugotowana, zaś nieuważny obserwator nie zauważy, że salami, które przed chwilą było jeszcze w całości, teraz jest już nędznym skrawkiem. W ten sposób pogrywa sobie z nami skrajna lewica i jej „zbrojne ramiona” w postaci mniejszości seksualnych, feministek czy zwolenników aborcji na życzenie. Na początku zawsze chodzi im o tolerancję, potem żądania zaczynają eskalować, a na końcu okazuje się, że tolerancja to ściema, bo celem tak naprawdę była hegemonia. Pomagają w tym procederze sztucznie utworzone pojęcia, jak na przykład „mowa nienawiści”, „homofobia”, „transfobia” i tym podobne. W oficjalnej narracji lewej strony są one sensownymi terminami, w praktyce oznaczają zaś narzędzie do kneblowania ust przeciwnikom politycznym. Warto więc dowiedzieć się, skąd takie maniactwo.

Opowiada o nim Marguerite Peeters, która w swojej pracy pt. „Globalizacja zachodniej rewolucji kulturowej” ukazuje proces trwający już od końca XIX wieku, a nasilający się szczególnie po roku 1968. Peeters pracowała w ONZ, toteż widziała od kuchni, jak wdraża się w życie wszelkie anarchiczne idee i jak przedstawia się je społeczeństwom. Chodzi przede wszystkim o podmianę pojęć i tworzenie orwellowskiej nowomowy. Tak wytresowane społeczności są bardziej podatne na propagandę. U źródeł tych przemian leży oczywiście rewolucja seksualna, której patronami byli chociażby Wilhelm Reich, Margaret Sanger czy Simone de Beauvoir. Ich koncepcje były ówcześnie uznawane za wywrotowe, potem zaś stały się aksjomatami nowoczesnej psychologii i socjologii. Natomiast oparte są na kłamstwie i przeinaczeniu. Peeters przedstawia przekonujące dowody, że ci, którzy stoją za dzisiejszą rewolucją kulturową, mają na sumieniu ciężkie przewinienia, nie tylko wobec prawdy naukowej, ale i moralności w życiu osobistym. Aby bowiem zrozumieć, co dzieje się dzisiejszym światem i dlaczego podąża on w tę niepokojącą stronę, trzeba zapoznać się ze wspomnianą wyżej filozofią. Tylko tak dowiemy się, co kryje się za obecnym moralnym rozprzężeniem.

A w parze z nim idzie zmiana paradygmatu nauk społecznych. Co gorsza, pojęcia z nim związane, na długo weszły do języka i posługują się nimi nie tylko ideolodzy skrajnej lewicy, ale w zasadzie wszyscy. Różnorodność kulturowa, zrównoważony rozwój, równość szans, zdrowie seksualne i reprodukcyjne, odpowiedzialność społeczna przedsiębiorstw, edukacja dla pokoju – mógłbym tak wymieniać o wiele dłużej. Jeśli popatrzeć na te (i inne) sformułowania, skojarzenie pojawi się jedno. Socjalizm. I to w najgorszej odmianie, bo nie tylko antykapitalistyczny, ale również antywolnościowy. Szczególną karierę zrobiło pojęcie zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, pod którym kryje się postulat szerokiego dostępu do środków antykoncepcyjnych oraz aborcji (na życzenie, rzecz oczywista). Poprzez bombardowanie tym pojęciem spora część społeczeństw zachodnich uwierzyła, że zabicie nienarodzonego dziecka jest prawem każdej kobiety, a co więcej, należy do sfery jej zdrowia. Z powyższym wiąże się również mit przeludnienia, a w konsekwencji idee depopulacyjne. Już przecież podnoszą się głosy, że posiadanie dzieci jest nieetyczne, bo powoduje ocieplanie się klimatu. Za to zwierzątka należy ratować, bo przecież ziemia należy właśnie do nich, nie do pasożyta, który mieni się koroną stworzenia.

Tutaj pojawia się następne zjawisko, o którym pisze Marguerite Peeters – różnorodność seksualna i związane z nią ideologia gender czy feminizm. Zniewieściali chłopcy oraz wulgarne dziewczęta z manif, to właśnie pokłosie wiary w to, że płeć jest tylko konstruktem kulturowym. Swoją drogą, gdzie podziali się biolodzy? Przecież idea płynności płci jest tak głupia, że wydawałoby się, iż nikt o zdrowych zmysłach jej nie przyjmie. A jednak, co widoczne gołym okiem, bzdury te znajdują swoich zwolenników, zwłaszcza na uczelniach wyższych, rzecz jasna, wśród adeptów nauk humanistycznych. Fakt ten pokazuje, ile dzisiaj warte są te „nauki”.

Co więc powoduje, że te idiotyczne idee znajdują swoich zwolenników, i to na najwyższych szczeblach władzy? Niezwykle cenna pod tym względem jest ta część publikacji, w której autorka opisuje strategie i techniki stosowane przez pionierów przemian społecznych. Tu z pomocą przechodzą niezliczone organizacje pozarządowe, które stosują agresywny lobbing. Nierzadko dokonują manipulacji, stosują nieznoszącą sprzeciwu perswazję oraz szantaż, a to wszystko dzieje się na najwyższych szczeblach władzy. Rządy, tracąc na nieznajomości prawa międzynarodowego, poddają się dyktatowi organizacji, które finansowane są z międzynarodowych źródeł. Finansowanie to ma pomóc w ich efektywnej działalności, a w rezultacie we wpłynięciu na odpowiednich polityków. Słowem-kluczem jest tutaj konsensus, czyli nie kompromis, który z definicji powinien zatrzymać się gdzieś w połowie drogi, ale wmuszenie skrajnie lewicowej ideologii zdezorientowanym decydentom. Tak właśnie gotuje się żabę i podmywa fundamenty cywilizacji łacińskiej.

Marguerite Peeters, Globalizacja zachodniej rewolucji kulturowej, tłum. G. Grygiel, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2010, ss. 257.

Dobrze się stało, że pod koniec zeszłego roku pojawił się konflikt między stroną zwiedzeni.pl a charyzmatykiem Marcinem Zielińskim. Pierwsza ze stron sformułowała szereg zarzutów, głównie natury teologicznej, z których wynikało, że popularny świecki kaznodzieja głosi poglądy bardziej zielonoświątkowe niż katolickie. Druga natomiast, ustami popularnych w internecie duchownych, próbowała te zarzuty oddalić. Nie wyszło, chociaż obaj kapłani byli z siebie zadowoleni. Pierwszy z nich swoją obronę oparł na tezie, że Zielińskiego zna, więc wszystko jest w porządku. Drugi wykpił i wyśmiał twórców krytycznego materiału, że byli sztywni i gadali „blubry”. Gdy nie ma się odpowiednich argumentów, dyskusja teologiczna zamienia się w jej parodię. Nie jest przecież tak, że ruchy charyzmatyczne w Kościele katolickim są sprawą zaakceptowaną przez wszystkich. Fakt, że głosy krytyki wobec nich nie są liczne, wcale ich nie unieważnia. I nie chodzi tu bynajmniej o wykpienie i wyśmianie tej duchowości, ale o prawdziwy niepokój, który pojawia się wśród bardziej tradycyjnej części katolików.

Dobrze więc, że pojawiła się książka pochodząca niejako z wewnątrz ruchu charyzmatycznego. Jej autor, Piotr Nowak, był ponad dwadzieścia lat członkiem katolickiej Odnowy w Duchu Świętym. Ma więc prawo i okazję, aby dokonać krytyki czegoś, z czym się przez prawie ćwierć wieku identyfikował. Nawet jeśli jego argumenty zostaną odparte, warto im się przyjrzeć, bo nie są głosem z zewnątrz, który można by oskarżyć o wypowiadanie się na temat bez niezbędnej wiedzy. Wiedzę taką posiada autor publikacji „Jaka odnowa w Kościele?” i nie waha się, aby jej użyć. Ilekroć w rozmowach pojawia się temat katolickich charyzmatyków, wiąże się on z odchodzeniem przeróżnych grup modlitewnych od Kościoła katolickiego. Ich członkowie, kierując się subiektywizmem w wierze oraz interpretacją Pisma Świętego na własny sposób, bez udziału Tradycji, szybko schodzą na manowce. Są wśród nich również duchowni. Nie znam innej wspólnoty, za przyczyną której tak wielu brałoby rozbrat z instytucją, która przecież tę wspólnotę firmuje. Niepokoi również sposób, w jaki ruch charyzmatyczny pojawił się w Kościele katolickim. Otóż wziął się on z denominacji zielonoświątkowej, wrogo nastawionej do Watykanu i oddzielonej od życia sakramentalnego. Marcin Zieliński nie widzi tutaj niczego złego, co więcej, niczego złego tu nie widzi biskup łódzki Grzegorz Ryś. Czytając publikacje Odnowy i słuchając jej obrońców, mam osobiście wrażenie, że ktoś tu kogoś robi w konia. Prawdopodobnie dzieje się to w dobrej wierze, lecz przecież każda sekta powstawała w ten sposób.

„Jaka odnowa w Kościele?” jest więc poważnym głosem w dyskusji, którego nie powinno się zignorować. Natomiast nie wydaje mi się, że środowiska charyzmatyczne podejmą jakąkolwiek próbę polemiki z autorem. Nie podejmą jej, bo stają się coraz bardziej sprotestantyzowane (nie w duchu luteranizmu, a ruchów zielonoświątkowych) i nie widzą, że głoszą już zupełnie inna naukę niż katolicka. Nie chodzi tylko o uleganie zbiorowym odruchom jak padanie na plecy czy glosolalia (gaworzenie) uznawane za „język aniołów”, ale o to, co w tych wspólnotach się głosi. Głosi się protestancką wizję zbawienia, w której dobre uczynki się nie liczą, ewangelię sukcesu lub sekciarskie rozumienie uzdrowienia. Piotr Nowak bierze te wszystkie poglądy pod lupę i polemizuje z nimi w oparciu o Biblię i teksty mistyków, na przykład świętego Jana od Krzyża. Z polemiki tej wynika jasno, że ruchy charyzmatyczne uprawiają radosną twórczość, nieopartą ani na Piśmie Świętym, ani tradycji Kościoła. W tej przecież nie ma ani mówienia językami rozumianego jako wypowiadanie losowych głosek, ani chrztu w Duchu Świętym (dary Ducha Świętego otrzymuje się w sakramencie bierzmowania), ani w końcu padania na plecy, rzekomo pod wpływem trzeciej osoby boskiej.

Autor podejmuje również temat psychologizacji chrześcijaństwa, chociażby w modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne, której zasady nie zgadzają się ze zdrowym katolickim podejściem do tego tematu. Jest to wręcz rozgrzebywanie własnych zranień, co więcej – zupełnie amatorsko, bez pomocy lekarza psychiatry. Jak mogą się skończyć takie eksperymenty, wiadomo przecież od dawna. W tym procederze oskarża się również własnych przodków o własne grzechy i niepowodzenia, co jako praktyka tak zwanej spowiedzi międzypokoleniowej zostało potępione przez polski episkopat. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, bo tak naprawdę trzeba by zapytać o cały ruch i sens jego trwania, gdy głosi on błędną teologię i flirtuje z praktykami do tej pory obcymi. Jeśli takie pojawiały się w dawnych wiekach, zawsze w sektach, albo prowadziły do ich powstawania. Niepokoi więc fakt zbiorowego wyłączania rozumu w ruchach charyzmatycznych.

Spór ten jest więc na razie nierozstrzygnięty. Brak poważnej dyskusji z tej drugiej strony, brak również przyznania się do błędów teologicznych, podczas gdy są one ewidentne. Czy Duch Święty, ten sam, który nazywany jest duchem mądrości, może powodować, że ludzie zbiorowo walą się na plecy i zanoszą się niepokojącym chichotem? A to przecież nie działo się w jakiejś egzotycznej sekcie z południa Stanów, a podczas spotkania z Marcinem Zielińskim na warszawskim stadionie (zresztą nie tylko tam). Tam gdzie zaczyna się subiektywizm, tam dyskusja nie jest możliwa. Przecież jeśli tysiące młodych osób na tym czy innym spotkaniu powie, że czuje Boga, to gdzie się przez ten jazgot przebije rozsądny głos teologa? Boga czuł przecież Luter, Boga czują sekciarze z USA biorący węże do rąk, w końcu także afrykańscy szamani, którzy oddają się swoim dziwnym praktykom.

Piotr Nowak, Jaka odnowa w Kościele?, wyd. 3Dom, Częstochowa 2018, ss. 147.

Niemiecki obóz pracy zbudowany był jak jeden spójny system, potrzebujący nie tylko krematoriów czy baraków, ale całej infrastruktury, w której skład wchodziły elementy znane spoza drutów. Były więc boiska do gry w piłkę, świetlice czy kuchnie, a także burdele czy pomieszczenia szpitalne. System ten potrzebował również pracowników, bo żadna struktura nie obędzie się przecież bez fachowej obsługi. Jedni gotowali więc posiłki, drudzy badali pacjentów (przy okazji przeprowadzając eksperymenty medyczne), inni w końcu wydawali leki. Należał do nich Victor Capesius, przedstawiciel niemieckiej mniejszości, urodzony i wychowany w małym rumuńskim miasteczku w Siedmiogrodzie. Ten spokojny i przyjazny sąsiadom (również żydom) farmaceuta podczas II wojny światowej dał się poznać jako jeden z ważniejszych urzędników w obozie Auschwitz. Niejednokrotnie zdarzało się również, że zostawał rozpoznany na rampie (tej samej, którą opisywał Tadeusz Borowski) przez swoich rumuńskich sąsiadów. Różnica była jednak taka, że ci przyjeżdżali pociągami na pewną śmierć, zaś ich znajomy z przedwojennych czasów dokonywał ich selekcji. Kim był więc Capesius? Próbuje na to pytanie odpowiedzieć Patricia Posner w reportażu historycznym pt. „Farmaceuta z Auschwitz”.

Tym, co przede wszystkim od razu rzuca się w oczy podczas lektury, jest nijakość i banalność tego człowieka. Przed wojną i na jej początku był mało zwracającym na siebie uwagę poczciwiną. Prowadził aptekę i żył typowym mieszczańskim życiem. Autorka nie przeprowadza wiwisekcji jego duszy, aby odpowiedzieć na pytanie, skąd tak ogromna przemiana. Zamiast tego obserwuje jego decyzje i wybory, aby w końcu pozostawić czytelnika z myślą o banalności zła. To ostatnie nie jest psychopatyczną osobowością kryjącą się za twarzą seryjnego mordercy, ale wynikiem moralnych kompromisów i zaniechań. W przypadku Capesiusa czynnikiem decydującym jest więc konformizm. To on każe mu wykonywać wszystkie rozkazy, włącznie z wydawaniem porcji cyklonu B, selekcją więźniów na rampie oraz akceptowaniem eksperymentów medycznych. Przypadek ten doskonale ilustruje kondycję etyczną Niemców za panowania Hitlera, chociaż autorka z uporem maniaka używa formy „naziści”.

„Farmaceuta z Auschwitz” dotyka również powojennych losów Capesiusa. Nie będzie tajemnicą, gdy zdradzę, że odpowiedzialność, którą ponosi główny bohater tej opowieści, jest symboliczna – kilka lat w więzieniu. Reportaż ten wpisuje się więc w szerszy kontekst, jakim jest los zbrodniarzy niemieckich po II wojnie światowej. Większość z nich, podobnie jak tytułowy pigularz, uniknęła skazania, albo przesiedziała w więzieniu krótki okres. Bardziej bulwersujący jest jednak fakt poczucia bezkarności. Okazuje się bowiem, że mało kto poczuwa się do winy, a na Hitlera głosowały chyba krasnoludki. Naziści wyparowali wraz ze zdobyciem Berlina, zostali zaś sami dobrzy Niemcy. Ten aspekt jest w „Farmaceucie…” dobrze ujęty; podczas lektury przypomina się legendarny reportaż Krzysztofa Kąkolewskiego pt. „Co u pana słychać?”. Tam autor przedstawił kilku zbrodniarzy, którzy po wojnie zupełnie nie czuli odpowiedzialności za to, co robili. Tej odpowiedzialności brakowało również koncernom przemysłowym produkującym śmiercionośne chemikalia służące do eksterminacji ludności cywilnej. Jednemu z nich, IG Farben (dzisiejszy BASF), autorka poświęca sporo miejsca w swojej książce. To tam bowiem wytwarzano cyklon B.

Innym wątkiem poruszanym w publikacji Patricii Posner jest wysiłek nielicznych przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, aby jednak postawić Capesiusa przed sądem. A uda się to dopiero w połowie lat 60. Okazuje się jednak, że większość sędziów i prokuratorów nie była specjalnie skłonna, aby ścigać zbrodnie swoich rodaków. Trzeba było hobbystów i pasjonatów jak Szymon Wiesenthal albo odpowiedzialnych śledczych, którzy nie baliby się oskarżeń o rewizjonizm. W końcu problem niezlustrowanego wymiaru sprawiedliwości nie jest specyfiką tylko państw postkomunistycznych. Denazyfikacja, która za sprawą Norymbergi stała się modelowym przykładem rozliczeń ze zbrodniczą przeszłością, w praktyce objęła pewien ułamek Niemców zaangażowanych w nazizm. Było ich jednak tak wielu, że osądzenie wszystkich sparaliżowałoby powojenne życie społeczne i polityczne w tym kraju. Nie byłoby po prostu odpowiedniej liczby urzędników.

„Farmaceuta z Auschwitz” jest więc czymś w rodzaju rozrachunku z niemieckim wymiarem sprawiedliwości, który nie był skłonny odpowiednio ukarać nawet tych najbardziej winnych. Doskonale ukazuje to chronologiczny układ wydarzeń, z którego wynika, że im dalej od zakończenia wojny, tym pamięć zbiorowa staje się mniej obciążona grzechami z przeszłości, a społeczeństwu mniej zależy na rozliczeniach. Ale jak pokazują pojedyncze przykłady, zdarzały się sytuacje stawiania przed sądami dziewięćdziesięcioletnich staruszków. Ich podeszły wiek i trudności z poruszaniem się mogły wzruszać, lecz wystarczy sięgnąć w przeszłość, aby skutecznie pozbyć się tych sentymentalnych uczuć.

Patricia Posner, Farmaceuta z Auschwitz. Historia zwyczajnego zbrodniarza, tłum. M. Szymonik, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019, ss. 319.

Świat współczesny upodobał sobie przede wszystkim pojęcie szczęścia. To, odmieniane przez wszystkie przypadki, zjawisko stało się kluczem do zrozumienia dzisiejszego człowieka. Ten szczęścia szuka, szczęścia pragnie, a w końcu szczęście może otrzymać. Zresztą tak było zawsze. Chociażby w greckiej epoce klasycznej, gdy zrodziły się dwie podstawowe koncepcje dotyczące szczęścia: hedonizm Arystypa z Cyreny oraz epikureizm. Ten pierwszy był wulgarnym dążeniem do zadowolenia za wszelką cenę, po trupach, bez liczenia się z opinią i wolnością innych ludzi. Drugi zaś koncentrował się na unikaniu cierpienia, a szczęście rozumiał również i przede wszystkim jako doznanie duchowe, które nie kolidowało z drugim człowiekiem. Jak pod tym względem wygląda nasza dzisiejsza rzeczywistość? Czy bliżej nam w tej kwestii do Arystypa czy do Epikura? Innymi słowy, czy szczęście to przeżycie zmysłowe czy psychiczne i czy w dążeniu do niego liczymy się z innymi osobami wokół nas?

Jan Galarowicz, autor rozprawy „Szczęście na manowcach” odpowiada na to pytanie jednoznacznie. Według niego, człowiek stał się monadą (czyli bytem jednostkowym, niewchodzącym w relacje z innymi), która celebruje swój egoizm. W związku z tym nie potrafi otworzyć się na innych i poszukując szczęścia, tak naprawdę nigdy go nie osiągnie. Chociaż mogłoby się wydawać, że jest zupełnie na odwrót, że człowiek współczesny, jak nigdy dotąd, potrafi się bawić i przeżywać swoje szczęście. Autor twierdzi inaczej i ma rację. Bierze pod lupę trzy, jego zdaniem, najważniejsze tendencje filozoficzne, przyświecające dzisiejszym społeczeństwom, liberalizm, hedonizm oraz selfizm. Pierwsza z nich opiera się na nieskrępowanej wolności, opisanej przez autora jako wolność samotnicza. Nie daje ona obiecanego szczęścia, ponieważ opiera się na realizacji celów osobistych, w których brak miejsca na doświadczenia wspólnotowe. Nie bierze również pod uwagę religii i Boga, a nie otwierając się na transcendencję, zamyka się na niezwykle ważny obszar rzeczywistości. Człowiek współczesny chce wyzwolić się ze wszystkich więzi: rodzinnych, społecznych, religijnych i w tym upatruje drogi do spełnienia. Jest przepełniony pychą i z jej powodu błądzi.

Społeczeństwa XXI wieku są również przepełnione hedonizmem, a zdaniem autora tendencję tę widać w zajęciu przez psychologię poczesnego miejsca wśród nauk. To ona stała się królową i wpływa na wybory współczesnego człowieka Zachodu. Z lektury pism i poradników możemy się dowiedzieć przede wszystkim, jak osiągnąć szczęście, tożsame z biblijnym rajem. Z pomocą przychodzi więc spełnianie zachcianek i gonitwa za rozkoszą. Autor nie jest jednak rygorystą i nie stoi na stanowisku chrześcijańskiej ascezy. Będąc katolikiem, patrzy na kwestię przyjemności w sposób dość rozsądny. Nie widząc w niej niczego złego, podkreśla jej uboczny charakter i stwierdza, że nie zawsze jednak można się nią kierować. Selfizm zaś to trzecia tendencja, z którą Jan Galarowicz polemizuje. Krytykuje ją przede wszystkim za przyjęcie założenia o wrodzonej dobroci istoty ludzkiej. Zauważa w niej również obecność tendencji do pozytywnego myślenia, które wcale nie oznacza optymizmu, ale wiąże się raczej z projektowaniem własnego umysłu. Wnioskiem, który wypływa z analizy tych filozoficznych tendencji, jest stwierdzenie o pustce duchowej człowieka, która wcale nie znika pod wpływem korzystania z ich dobrodziejstw.

„Szczęście na manowcach” podaje jednak recepty na odnalezienie prawdziwej radości z życia. Autor, wychodząc z tendencji personalistycznych oraz filozofii dialogu, widzi je przede wszystkim w otwarciu się na innych, zauważenie ich potrzeb i kierowanie się altruizmem. Nie jest to jednak altruizm świecki, bowiem Galarowicz widzi rozwiązanie w religii chrześcijańskiej. Powołuje się przy tym na Karola Wojtyłę czy Dietera von Hildebrandta, którzy widzieli zależność między szczęśliwym a religijnym życiem osoby ludzkiej. Natomiast pojawia się tutaj jeden zasadniczy szkopuł. Wszystko zależy przecież od odrodzenia się chrześcijaństwa w Europie. Jeśli to nie nastąpi, będziemy mieli do czynienia ze spektakularnym upadkiem cywilizacji zachodniej. W miejscu dzisiejszej nieskrępowanej wolności pojawi się islam, który wcale nie będzie dialogował. Innym rozwiązaniem problemu, o którym wspomina autor, jest realizowanie własnego powołania. Słowo to ma dzisiaj nienajlepszą prasę, jeśli w ogóle jest używane. Powołanie jest czymś innym niż samorealizacja; to termin o wiele głębszy i mający przełożenie na całe ludzkie życie, nie tylko pojedyncze projekty. Bez powrotu do tego terminu nie będzie mowy o faktycznym odnalezieniu sensu życia.

Jan Galarowicz, Szczęście na manowcach. Liberalizm, hedonizm, selfizm, wyd. Marek Derewiecki, Kęty 2017, ss. 222.

Gdy walił się Związek Sowiecki, a państwa Układu Warszawskiego odzyskiwały suwerenność, wielu z nas wydawało się, że dziadek Marks został już na wieki pogrzebany. Z powodu ograniczonego dostępu do informacji nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w świecie zachodnim ten brodaty maniak ma się całkiem nieźle, a jego filozofia tak naprawdę nigdy nie przestała być atrakcyjna. Ta świadomość pojawiła się nieco później, gdy na polskich uczelniach pojawił się kierunek zwany kulturoznawstwem. Ta pozornie niewinna dziedzina, łącząca wiedzę z zakresu teatrologii, filmoznawstwa czy antropologii, okazała się tak naprawdę projektem ideologicznym przemycającym treści, z którymi rzekomo mieliśmy się pożegnać po upadku żelaznej kurtyny. Tak się jednak nie stało, bo filozofia Karola Marksa okazała się niezwykle żywotna. Widoczna była w ruchu tak zwanej nowej lewicy czy teorii krytycznej, potem wybuchła wraz z rewoltą młodzieżową roku 1968, by następnie w wyniku marszu przez instytucje skazić życie społeczne Zachodu. Jej prawdziwym obliczem jest bowiem nieustanna destrukcja zastanego porządku, nienawiść do chrześcijaństwa, a bohaterami, którzy zastąpili robotników, są homoseksualiści, feministki czy jakiekolwiek mniejszości kontestujące konserwatywną wizję świata.

Zjawisko to, pewnie w sporym uproszczeniu, nazwane zostało marksizmem kulturowym. Nie mam pojęcia, kto po raz pierwszy użył tego sformułowania, ale spopularyzował je Krzysztof Karoń. Toteż Dariusz Rozwadowski, autor publikacji pod tytułem „Marksizm kulturowy”, obficie pierwszego autora cytuje i porządnie się u niego zadłuża. Kto więc czytał, słuchał lub oglądał Karonia, ten nie znajdzie u Rozwadowskiego niczego odkrywczego. Można wręcz powiedzieć, że autor recenzowanej pozycji odsiał z wykładów Karonia to wszystko, co niebezpośrednio wiązało się z tematem, i na tej podstawie stworzył swoją książkę. Nie jest to bynajmniej zarzutem, zwłaszcza że nie wszyscy muszą znać Karonia, a poza tym temat potrzebował prostego, popularnonaukowego ujęcia. Inaczej niż w „Historii antykultury” tego pierwszego, w której dygresja goni dygresję, w „Marksizmie kulturowym” mamy do czynienia z historycznym wykładem dotyczącym tytułowego zjawiska.

A powinno ono budzić przynajmniej niepokój. Tymczasem opakowane jest w humanitarne hasła i emancypacyjne pomysły. Co więcej, takiemu myśleniu ulegają również te środowiska, które tradycyjnie były odporne na lewicową nowomowę. Bo jeśli przedstawiciele Kościoła katolickiego mówią o „homofobii” czy „mowie nienawiści”, to wiedz, że coś się dzieje. W końcu przyjęcie języka wroga jest pierwszym krokiem do przegranej. „Marksizm kulturowy” może więc być pomocą dla każdego, kto chciałby rozszyfrować to, co dzieje się we współczesnym życiu społecznym. Autor w czytelny sposób omawia poglądy filozoficzne najważniejszych myślicieli nowej lewicy, którzy wpłynęli i nadal wpływają na poglądy ludzi polityki, kultury i sztuki. Niepokoi również fakt, że poglądy te przyjmowane są przez sporą część młodzieży, tylko że akurat większość tej grupy nie potrafi ich nazwać ani odpowiedzieć, po kim powtarza. A powtarza chociażby po Herbercie Marcuse, który w eseju „Tolerancja represywna” wyłuszczył, że tolerancja powinna działać tylko w jedną stronę, zaś ludzie lewicy mają wręcz obowiązek nienawidzić wszystkiego, co związane z prawą stroną życia politycznego. Powtarza również po Theodorze Adorno, który pragnął sztuki ideologicznie zaangażowanej i miałkiej w treści. Stąd w dzisiejszym życiu artystycznym kult performensu, happeningu czy wszelakiej awangardy, która nie znaczy nic, jeśli uprzednio nie opatrzy się jej odpowiednim ideologicznym przekazem.

Adorno był również twórcą pojęcia „osobowości autorytarnej”. Pojęcie to oznacza, że konserwatywne wzorce wychowawcze muszą prowadzić do faszyzmu. Aby więc uniknąć tego ostatniego, należy zrezygnować z tradycyjnej rodziny, chrześcijaństwa, patriotyzmu czy nacjonalizmu. To wszystko, zdaniem Adorna i jego współpracowników, jest oznaką choroby psychicznej. I teraz, kilkadziesiąt lat po publikacji rzeczonego filozofa, Michael Haneke, austriacki reżyser filmowy, kręci „Białą wstążkę”, która oskarża konserwatywne rodziny o przemoc, a w rezultacie o narodziny nazizmu. Hitler, jak wiadomo, był przecież członkiem takiej mieszczańskiej rodziny. W końcu dojść możemy do źródła całego zjawiska. A jest nim teoria krytyczna Maxa Horkheimera, która w istocie jest zakamuflowanym nihilizmem skłaniającym do destrukcji zastanego świata. Co w zamian? Kolejna dekonstrukcja i tak bez końca.

W świetle tych faktów nie dziwi więc inne zjawisko omawiane przez autora: islamizacja Europy. Skoro dla dzieci pokolenia 1968, dzisiaj panów w wieku coraz bardziej starczym, które jako politycy wpływają na kształt dzisiejszej Europy, tak ważna jest nienawiść do tradycji i chrześcijaństwa, będą one robić wszystko, aby tylko zetrzeć je z powierzchni ziemi. Podobnie jest z patriotyzmem, który wedle tych upiornych staruszków stał się tożsamy z szowinizmem narodowym oraz faszyzmem. Takie myślenie nie wzięło się z powietrza, a jego przyczyny doskonale widać w „Marksizmie kulturowym” Dariusza Rozwadowskiego.

Dariusz Rozwadowski, Marksizm kulturowy. 50 lat walki z cywilizacją Zachodu, wyd. Prohibita, Warszawa 2018, ss. 318.

Tysiąc lat, tysiąc pier*** lat, wykrzykiwał pewien kabaretowy artysta z Pomorza. Jego piosenka nosiła tytuł „Chwała mordercom Wojciecha” i odnosiła się do męczeńskiej śmierci tytułowej postaci z rąk pogańskich Prusów. Piosenkarz ten, zdeklarowany wróg chrześcijaństwa, zwany przez liberalnych duchownych jasełkowym szatanem, został wspomniany przez Wojciecha Szydę w ostatniej jego powieści. Tom ten, noszący tytuł „Sicco, został wydany we wspominanej już przeze mnie serii „Zwrotnice czasu. Historie alternatywne”. Swoją drogą, ten utwór to była jakaś neopogańska chała, demoniczna cepelia dla ubogich (…). Ciosy toporem i toporne dźwięki. Jakby dzieci tego świata próbowały ponownie zabić ciało już zabite. Demon mógł się tylko miotać, bezradny wobec fenomenu świętości i zwycięstwa Wojciecha zza grobu – pisze autor na temat kontekstu tego metalowego utworu i tytułuje swoją książkę imieniem mordercy praskiego biskupa. Sicco to nie tylko postać historyczna, to również pseudonim, który – dość bezmyślnie i w przypadkowych okolicznościach – nadaje sobie główny bohater. Jego droga prowadzić będzie od nieszczęścia, przez świętokradztwo, aż do pokuty, a w końcu odkupienia.

To nic nowego, w końcu literatura karmi się tym schematem od zarania dziejów. Tutaj schemat ten jest ubrany w szaty na poły fantastyczne, a na poły symboliczno-realistyczne. Może zamiast fantastyki bardziej pasowałoby określenie wizyjność. Klasycznej nierealności nie ma bowiem w „Sicco” wcale. To powieść podobna bardziej do „Fausterii” niż do typowo fantastycznego „Hotelu Wieczność”. Chociażby dlatego, że nawiązuje wprost do katolicyzmu. Tam punktem wyjścia była święta Faustyna Kowalska i pomysł na to, jak mógłby wyglądać świat bez miłosierdzia. Tutaj wszystko rozpoczyna się od wyprawy świętego Wojciecha do zimnej, ponurej północnej krainy zamieszkanej przez bałwochwalczy lud. Powieść Szydy dzieje się na kilku planach czasowych i przyznać trzeba, że autor tego zabiegu nie popsuł. Inaczej niż Twardoch, który moim zdaniem nie poradził sobie z tą materią ani w „Wiecznym Grunwaldzie” ani w „Drachu”. „Sicco” jest pod tym względem czytelna i nie popada w bełkot czy grafomanię. Plan najwcześniejszy to oczywiście końcówka wieku X i historia świętego Wojciecha, przy czym powieści tej nie można nazwać historyczną. Wspomniane fakty są tylko punktem odniesienia do tego, co dzieje się na planach współczesnych.

Mamy więc rok 1923 i głośną sprawę skradzenia głowy świętego z gnieźnieńskiego relikwiarza. Sprawę, która zbulwersowała przedwojenną opinię publiczną i która nie została rozwiązana. Sprawców nie ujęto, głowy również nie odnaleziono. Następnym czasem akcji jest rok 1986, w którym z Archikatedry Gnieźnieńskiej zniknął z kolei srebrny relikwiarz, dzieło holenderskiego złotnika. Sprawy te, będące w powieści przedmiotem alternatywnej historii, przenikają się z planem najbardziej współczesnym, w którym poznajemy głównego bohatera. Sicco to student, który po latach przyjeżdża na Pomorze, blisko miejsca, w którym zginął święty Wojciech. Jest rok 2014, ale narrator wprowadzając retrospekcje, cofa czytelnika do roku 1997 (tysięczna rocznica męczeństwa) i 2000 (błędnie określonego przez autora ostatnim rokiem XX wieku). Główna postać jest obarczona pewną tajemnicą z przeszłości, która odsłaniana jest odbiorcy bardzo oszczędnie. Dopiero pod koniec powieści dowiemy się, co tak naprawdę się stało. Ten zabieg został przez autora rozegrany równie dobrze co podział na plany czasowe.

Szyda nie byłby sobą, gdyby po raz kolejny nie wprowadził szeregu aluzji, zwłaszcza literackich. O nawiązaniu do pomorskiego błazna już pisałem, ale został jeszcze „Hamlet”. Już po zakończeniu akcji powieści, w ramach posłowia, autor dokonał porównania obu postaci. Osobiście jednak sądzę, że Hamleta przypomina również tytułowy Sicco. Jego wahania i rozterki związane z czynem z przeszłości oraz rodzinną tragedią, która spowodowała zagubienie duchowe, upodobniają go do postaci Szekspirowskiego duńskiego księcia. W odróżnieniu jednak od swojego pierwowzoru bohater Wojciecha Szydy potrafi jednoznacznie się zdeklarować. Innym tekstem, który przebija spod warstwy fabularnej, jest „Zbrodnia i kara”. Student, zbrodniczy czyn z przeszłości, próba odkupienia – czyli coś, co jednoznacznie kojarzy się z konceptem Dostojewskiego. Nawet północ, choć nie tak odległa jak Petersburg, ale również bliskość Morza Bałtyckiego, to motywy nawiązujące do twórczości rosyjskiego literata.

Dochodzimy w końcu i do Historii, tej pisanej dużą literą. Bohaterów jest w niej dwóch, bowiem nie tylko święty Wojciech, kojarzony z Gnieznem, ale i święty Stanisław z Krakowa. Symboliczna rywalizacja między nimi zamyka się w pytaniu: który z nich miałby zostać patronem Polski. To pęknięcie autor rozciąga na całe dzieje naszej ojczyzny, a przyczynę wszelkich kryzysów, tych dawnych i dzisiejszych, zdaje się widzieć w rozbiciu dzielnicowym. Pyta więc, czy i kiedykolwiek mieliśmy państwo tak naprawdę wolne i niezawisłe. Pytania te jednak nie stanowią głównego zagadnienia „Sicco”. Wybrzmiewają gdzieś w tle, gdy my śledzimy losy tajemniczego studenta, który utknął gdzieś na północy Polski, tak jak Hamlet w swojej ukochanej i przeklętej Danii.

Wojciech Szyda, Sicco. Powieść o świętokradztwie i szaleństwie, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2014, ss. 248.