Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

wtorek, 3 lipca 2018

Douglas Murray - Przedziwna śmierć Europy. Proroctwo bez słuchaczy?

Nad kryzysem migracyjnym wylano już tyle samo łez, co wypowiedziano zachwytów. A to znaczy, że ani jedna, ani druga strona sporu o imigrantów nie ustąpi o krok. Zwłaszcza zwolennicy dzisiejszej polityki sprowadzania uchodźców do Europy nie dadzą się przekonać, że nie mają racji. Co więc mają powiedzieć ci, którzy widzą zagrożenie, ale nie są w stanie przekonać adwersarzy permanentnie noszących różowe, proimigranckie okulary? Może czują frustrację, może bardziej rozumieją biblijne słowa Chrystusa o smutnym losie proroków w ich rodzinnych krajach? Zwłaszcza kiedy ci (a prorocy zwykle właśnie to robią) przestrzegają współczesnych przed skutkami ich działań. W niewdzięczną rolę profety wszedł Douglas Murray, angielski autor, który swoje tezy ubrał w książkę zatytułowaną „Przedziwna śmierć Europy”. Dwa słowa tytułu są jak najbardziej zrozumiałe, jak natomiast podejść do pierwszego przymiotnika? Na czym ma polegać ta przedziwność śmierci naszej cywilizacji, którą wieszczy Brytyjczyk? Może na tym, że większość społeczeństw w ogóle jej nie zauważa? Czyżby imperia upadały bezgłośnie? Może rację miał Thomas Eliot, który w „Ziemi jałowej” stwierdził, że świat wcale nie skończy się spektakularnym hukiem. W każdym razie Douglas Murray idzie śladem symptomów upadku i nie zostawia nam wielu złudzeń. Czeka nas więc pesymistyczna lektura.

I to wcale nie kryzys migracyjny jest źródłem największego pesymizmu w omawianej publikacji. Autor ryzykuje stwierdzenie, że nawet nasilona migracja nie byłaby większym problemem, gdyby Europa nie miała kłopotów z tożsamością. A kłopoty te widać gołym okiem. Tak ekspansywna religia jak islam, napotkawszy na swojej drodze silne i pewne siebie chrześcijaństwo, z pewnością nie przeszczepiałby się tak łatwo na nasz kontynent. Zdaniem Murraya, to słabość tożsamości religijnej Europejczyków jest większym zmartwieniem. Do tego dodaje również kiepską dzietność starego kontynentu, która jest kolejnym słabym punktem naszej cywilizacji. Na deser zaś zostawia nienawiść. Nie tę rasową, skierowaną ku przybyszom z Afryki i Azji, lecz do samych siebie. Europa, zdaniem autora, nienawidzi własnych wartości, i nie jest to wcale błędny wniosek. Wystarczy spojrzeć tylko na przedziwną preambułę do konstytucji Unii Europejskiej, w której ojcowie założyciele powołali się na grecki antyk i oświecenie, celowo pomijając cywilizacyjny wpływ chrześcijaństwa. Czy nie jest to przynajmniej niechęć do jednego z najważniejszych fundamentów naszej kultury? Autor bacznie przygląda się tej nienawiści, a w zachęcie do sprowadzania obcego żywiołu spostrzega praktyczne jej działanie. Tą nienawiścią przepełnione są prawie wszystkie siły polityczne w Europie.

Jej genezą jest między innymi kolonializm, który – jak widać – skutecznie przetrącił kręgosłup narodom starego kontynentu i bardziej destruktywny niż dla podbijanych narodów okazał się dla spadkobierców imperiów. Europa więc przeprasza. Wszystkich za wszystko. Nieustannie, jakby wciąż było mało kajania się. Najgorsze, że przepraszają nie ci, którzy ewentualnie mieliby za co. I chociaż Murray widzi absurdalność tej sytuacji, stara się bagatelizować kolonialne podboje. Rzecz jasna, nie wszystkie niosły za sobą ludobójstwo, ale trudno zgodzić się, że odbywały się w pokojowej atmosferze. Tylko, że autor przytomnie zauważa, że walka silniejszych ze słabszymi jest naturalnym elementem historii politycznej. Sami Afrykańczycy też się nawzajem najeżdżali i wprowadzali niewolnictwo, zanim na ich terenach pojawił się biały człowiek. Trawieni poczuciem winy Europejczycy nie widzą również błędów logicznych w swoim rozumowaniu. Nie ma dla nich niczego zdrożnego w sformułowaniu „czarna Afryka”. „Biała Europa” kojarzy im się już jednoznacznie źle. Póki nie przełamiemy tego wstydu za naszą historię, będziemy upadać.

Pojawia się jednak pytanie, czy jest to jeszcze możliwe do zrobienia. Autor, aby poznać na nie odpowiedź, podróżuje po całym kontynencie, od południa aż po północ. Pojawia się wszędzie tam, gdzie pojawili się uchodźcy i imigranci. Dziwi się niefrasobliwości Niemiec i Szwecji, które prowadzą politykę otwartych drzwi. Rozmawia nie tylko z rdzennymi mieszkańcami państw Europy, lecz także z migrantami, którzy często nie wyrażają żadnych chęci integracji. Dochodzi do wniosku, że to nie terroryzm jest największym zagrożeniem. On faktycznie jest spektakularny, ale największe zło dzieje się po cichu. A ci, którzy próbują to zło nazywać po imieniu, zostają nazywani faszystami czy nazistami. Zupełnie bezpodstawnie, bo przecież obrona tradycyjnych wartości oznacza konserwatyzm, nie zaś system oparty na lewicowych marzeniach o idealnych społeczeństwach. Tylko jeśli znamy Biblię, wiemy, jak kończą prorocy. Czy więc nadzieja na opamiętanie się Europy jest tylko czekaniem na cud? Wszak te w Piśmie Świętym występują obok niesłuchanych profetów.

Douglas Murray, Przedziwna śmierć Europy, tłum. Tomasz Bieroń, wyd. Zysk i ska, Poznań 2017, ss. 431.

wtorek, 26 czerwca 2018

Ben Judah - Nowi londyńczycy. Chwytając marzenia

Wszystkie drogi prowadzą do Londynu. Nawet jeśli to nieprawda, to ta parafraza starego porzekadła mówi sporo o dzisiejszej rzeczywistości. Stolica Wielkiej Brytanii już od wielu lat stała się jedną z wielu ziem obiecanych, do której nieprzerwanym sznurem podążają imigranci ekonomiczni oraz robotnicy sezonowi. I jak każde ważne miejsce, ma Londyn swoją mitologię. Tę jasną i tę mroczną. Według jasnych, optymistycznie nacechowanych współczesnych legend Londyn jest miastem, do którego wystarczy pojechać, aby w jego kosmopolitycznym klimacie zrobić karierę. Wyznają go rzesze otwartych na świat i tolerancyjnych młodzieńców i dziewcząt, dla których to miasto jest antytezą ich rzekomo ksenofobicznej i zaściankowej Polski. Wystarczy więc tam pojechać, aby tęczowe marzenia stały się ciałem. Ta druga legenda mówi zaś o Londynie jak o współczesnej wieży Babel, w której łatwo się zagubić nie tylko fizycznie, ale i stracić duszę. Miejsce to łudzi szansą łatwej odmiany losu, po czym ściąga brutalnie na ziemię, na dodatek nie chcąc puścić. Tę właśnie wizję stolicy Anglii przedstawia w „Nowych londyńczykach” Ben Judah, rodowity mieszkaniec tego miasta, zadziwiony, jak zmieniło ono swoje oblicze.

Bo Londyn od wielu dziesięcioleci był kosmopolityczny, ale to, co stało się podczas ewolucyjnego procesu metamorfozy miasta, można nazwać podmianą etniczną. Mianowicie biali Anglicy stanowią już mniejszość mieszkańców metropolii, a pozostałe grupy, składające się z napływających pracowników oraz bezrobotnych czerpiących garściami z socjalu, wciąż powiększają swoją liczebność. Judah, pisząc o tym dzisiejszym Londynie, koncentruje się na tych, którym się nie udało, bo ci albo ledwie wiążą koniec z końcem, albo zajmują się koczowaniem i żebraniną. Takie ujęcie tematu może być zimnym prysznicem dla tych niepoprawnych optymistów, którzy w emigracji widzą swoją jedyną (i spełnioną) szansę na rozwój. Bo marzenia mają nie tylko licealiści z elitarnych szkół, którym wydaje się, że skoro znają angielski, to już chwycili pana Boga za rogi. Judah udowadnia, że marzą również ci bez znajomości języka obcego, słabo wykształceni i niepewni siebie. Ci emigranci łudzą się równie silnie jak polska złota młodzież (cytat za zespołem Dezerter). Równie mocno tęsknią za lepszym światem, który da im upragnione pieniądze oraz poczucie sprawiedliwości. Bohaterowie tych reportaży stoją jednak w miejscu. Szczytem ich możliwości w Londynie jest uczęszczanie do słabo płatnej pracy, z której większość uposażenia wydaje się na jedzenie i wynajęcie przestrzeni mieszkalnej (celowo nie używam słowa „mieszkanie”, bo mało kogo stać na uiszczenie opłat za całość).




Londyn w reportażach Bena Judaha to przestrzeń tak brzydka, że Łódź i Sosnowiec wydają się piękne. To skupisko blokowisk zaludnionych przez anonimową multikulturową masę, bliźniaczo podobnych do siebie parterowych domków, brudnych ulic, obskurnych szyldów oraz torów kolejki przecinających nieużytki. W tej przestrzeni poznajemy bohaterów książki: Rumunów, Polaków, Cyganów, Arabów, mieszkańców Azji oraz Afryki, z których wszyscy mają do opowiedzenia jakąś ponurą historię. Spotkawszy na swojej drodze dziennikarza, który niejednokrotnie wciela się w podobne do nich postacie, otwierają się i chcą mówić. Mówią więc chętnie, niczym bezdomni przysiadający się do człowieka na ławce w parku. Żalą się na swój los, na złe traktowanie, a przodują w tym mieszkańcy naszego kawałka Europy, chociażby Rumuni. Narzekają na to, że spogląda się na nich mniej przychylnie niż na Hindusów czy Pakistańczyków. Jeden z bohaterów mówi: Nie cierpię tutejszej pogody. Nie cierpię wilgoci. Wszystko jest tu szare i brzydkie. Nie cierpię kobiet. Są strasznie brzydkie. Praca jest ciężka. Wszędzie pełno czarnuchów. Ceny są straszne (…). Szczerze mówiąc, jedyna rzecz, która mi się podoba, to pieniądze.

Wydaje się jednak, że jeszcze gorsze życie wiodą w Londynie filipińskie służące, które pracują u bogatych obywateli Bliskiego Wschodu. Bywają traktowane nieludzko, a uciec jest im bardzo trudno. Ci z kolei aranżują małżeństwa ludziom w bardzo młodym wieku. I jedni, i drudzy znajdują się niejako poza prawem. I tu leży pies pogrzebany, bo Judah opisuje Londyn, który w zasadzie wyłączył się z zachodniej cywilizacji. Jego miasto składa się z szeregu enklaw i gett, w których ani prawo, ani policja, ani ludzie dobrej woli nie są w stanie wyegzekwować niczego. To jakby gonić za duchami. Miasto pęcznieje więc i wypycha Brytyjczyków z dzielnic, które jeszcze do niedawna były zamieszkiwane przez klasę średnią. Na ich miejscu zjawiają się „nowi londyńczycy”.

Ben Judah, Nowi Londyńczycy, tłum. B. Gutowska-Nowak, wyd. UJ, Kraków 2018, ss. 382.

sobota, 5 maja 2018

J. D. Vance - Elegia dla bidoków. Marksowi wstęp wzbroniony

Gdy wyszło się z patologii, to… No właśnie, czy byt koniecznie musi określać świadomość?  Marksista odpowiedziałby twierdząco, za to liberał z ducha Ojców Założycieli USA pewnie już nie. I rację ma oczywiście ten drugi, bo marksiści, jak wiadomo, pomylili się dość mocno i mylą się również dzisiaj. Natomiast filozofia brania losu we własne ręce ani krzywdy milionom nie zrobiła, ani tym bardziej nie zaprowadziła pojedynczego człowieka na manowce. Wspominam o lewicowej wrażliwości, bo trzymam w ręku debiut J. D. Vance, „Elegię dla bidoków”, na poły reportaż, na poły biografię selfmademana z południa Stanów Zjednoczonych, która spowodowała spory oddźwięk u literackiej publiki. Odezwały się zeń głosy, że pięknie, ładnie autor opisał USA, nie jako kraj mlekiem i miodem płynący, ale wręcz przeciwnie, zapyziałą prowincję zaludnioną przez patologiczne typy, pijane i z bronią w ręku. Drugi ton tych recenzji nie był jednak tak pochlebny. Recenzenci mieli bowiem za złe autorowi, że wybił się z biedy i zrobił karierę, a po drugie, że Ameryki wcale nie obsobaczył, tylko – co dziwiło ich najbardziej – uznał ją za najlepsze miejsce do życia. Tutaj, zdaniem „wrażliwych społecznie” krytyków, J. D. Vance przegiął na całej linii. Ci wybaczyliby karierę, wybaczyliby nawet pieniądze, ale patriotyzmu wybaczyć nie mogą. Bo przecież autor, mimo świadomości własnego bagażu doświadczeń, ani się go nie wstydził, ani nie bił się w piersi z powodu własnego pochodzenia.

Już widzę, co z tym tematem zrobiłaby Joanna Bator czy Małgorzata „Gośka” Szumowska. Strach się bać, ale pewnie z każdej kartki straszyłyby ksenofobiczne rednecki kryjące się z shotgunami za kościołem, w którym białe tłuste świry modlą się ekstatycznie do Boga, chwytając węże do rąk. Murzyni musieliby przemykać nocami po przedmieściach, a narratorka, niemogąca pozbierać się po psychicznej traumie, byłaby postępową redaktorką „New Yorkera”, bo przecież „Gazeta Wyborcza” w USA się nie ukazuje. A tutaj, jak na złość, narrator i bohater jednocześnie stwierdza pod koniec książki, że po latach niewiary odkrył na nowo chrześcijaństwo. Co oni biorą w tych Stanach? Czyżby towarzysz Marks nie dość przeorał ideologicznie amerykańską ziemię? No, ale żarty na bok, bo „Elegia dla bidoków” to typowo amerykańska motywująca proza opowiadająca o tym, że jeśli bardzo się czegoś chce, z pewnością można. I może szczytów literackich J. D. Vance nie sięga, to pokazuje ciekawy obraz Stanów Zjednoczonych, który nieobecny jest w głównym nurcie Hollywood, ale który chętnie ukazują twórcy mniej komercyjni, co nie znaczy, że zupełnie niszowi. Ameryka oczami autora to przede wszystkim prowincja stanu Kentucky, leżąca w tak zwanym Pasie Rdzy. Nie ma ona niczego wspólnego z ludnym i kolorowym Los Angeles ani z dekadenckim, artystowskim Nowym Jorkiem. Już okładka łudząco przypomina bieszczadzką wieś i nie jest to przypadek.

Bo i tam, i tutaj żyje się specyficznie. Vance opisuje bowiem trudne warunki życia, na które składa się bezrobocie, uzależnienie od zasiłków, ale i narkotyków oraz alkoholu, zatrważająco niski poziom szkolnictwa, a także ogólne poczucie, że nic nie można i nic się nie uda. W ten sposób tworzy się błędne koło, z którego trudno się wyzwolić. Młodzi nie wierzą, że cokolwiek osiągną, więc bardzo szybko wchodzą w nałogi, kończą edukację i jeśli w ogóle pracują, chwytają się najgorszych sezonowych robót. Autor pokazuje, że można inaczej, że można skończyć słabe liceum, potem iść na studia i to nie na Uniwersytet Stanowy Ohio, ale na Yale. Do tego można zaliczyć epizod w wojsku i po skończonej edukacji wykonywać satysfakcjonujący zawód. Co charakterystyczne i tak różne od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w kraju, Vance nie pluje na tych, którym nie wyszło. Nie pyszni się, że oto on doszlusował do elity, a banda nieudaczników, która dostała w miasteczku, nie osiągnęła niczego. Brak mu inteligenckiego zadęcia tak charakterystycznego dla naszych elit, które w pierwszym pokoleniu wyrwały się z prowincji i teraz nie przyznają się do własnego pochodzenia. „Elegia dla bidoków” to nie „Ciemno, prawie noc” Batorowej ani „Twarz” Szumowskiej. Tu szanuje się miejsce pochodzenia, nawet wtedy, gdy tchnie ono prawdziwą patologią.

A ta ostatnia jest nieporównywalna z naszą. Ma rozmach niczym przestrzenie Stanów. Wódka, narkotyki, przemoc domowa, nadużywanie broni – można by tak wymieniać jeszcze długo. Autor natomiast, co też może dziwić, przygląda się jej z życzliwością. W końcu dotyczy ona jego najbliższej rodziny. Z drugiej strony nie wybiela wad, nie usprawiedliwia krzywdy, szczególnie tej, która dotykała go osobiście. Rozumie jednak, w czym widać chrześcijańskie korzenie jego formacji, że nie zawsze trzeba osądzać, a jeśli już się to robi, należy z miłosierdziem spojrzeć na całokształt osoby, którą się ocenia. Do tego również zdarza mu się z humorem opisywać niektóre wydarzenia. Dzięki temu „Elegia dla bidoków” nie poraża beznadzieją i nie epatuje przemocą i brzydotą. Znów chciałoby się wrzucić kamyk do naszego ogródka, ale to szerszy europejski problem. Gdyby temat ten ujęli austriaccy twórcy, tacy jak Elfriede Jelinek czy Michael Hanneke, nie byłoby czego zbierać. Czytelnik wpadłby w depresję po samej okładce. Czyżby więc Ameryka lepiej radziła sobie z traumami i trudną przeszłością swoich bohaterów? Coś w tym jest. Coś, co bierze się z samej filozofii bycia Amerykaninem. A Amerykanin, w przeciwieństwie do biednego Europejczyka, to człowiek, który nie pęka.

J. D. Vance, Elegia dla bidoków, tłum. T. S. Gałązka, wyd. Marginesy, Warszawa 2018, ss. 318.

poniedziałek, 12 marca 2018

Mieczysław Jałowiecki - Na skraju Imperium. Spotkania z elitą

Kresy to fascynujące miejsce. Zwłaszcza gdy już nie istnieją. Istnieją za to zapisy pamiętnikarskie, dzięki którym możemy przenieść się w czasie i przestrzeni, do ziemiańskich dworów, dzikich lasów czy dymiących łąk. Możemy polować na dzikiego zwierza, ucztować, toczyć polityczne spory. Robić to wszystko, co próbował ośmieszyć Witold Gombrowicz. Na szczęście jego wynurzenia na temat ziemiaństwa mogą zachwycić głównie badaczy kulturoznawstwa na państwowym garnuszku. A złość moja stąd, że czytając coraz więcej świadectw z tamtego czasu i tamtych miejsc, coraz mocniej widzę, jak literackie obrazy odbrązowiaczy ziemiańskiej przeszłości mijają się z prawdą. Nie inaczej jest w „Na skraju Imperium”. Ich autorem jest Mieczysław Jałowiecki, człowiek pochodzący z rodziny ruskich kniaziów, która w procesie dziejowym uległa polonizacji. Jego pamiętniki są jedną z bardziej barwnych relacji. Miłośnikom przełomu XIX i XX wieku nie trzeba jej polecać, bo ci pewnie ją znają. Natomiast reszta powinna czym prędzej sięgnąć po te zapiski. Znajdzie w niej żarliwy patriotyzm, ale i polityczny realizm, tak cenny również i dzisiaj, a wydaje się, że deficytowy. Jałowiecki, który należał do ścisłej elity tworzącego się po 1918 roku państwa polskiego, w rodzinie miał i Józefa Piłsudskiego, i obu Witkiewiczów. Wsłuchajmy się w jego głos.

Zaczyna on rozbrzmiewać w rodzinnym majątku Jałowieckich, w Syłgudyszkach, położonych na Litwie. Autor wspomnień jest świadomy swoich familijnych, ale i narodowych tradycji. Jak wielu kresowiaków pracujących umysłowo, angażuje się w pracę dla carskiej administracji. Jest to okres po powstaniu styczniowym (Jałowiecki urodził się w 1876 roku), więc i marzenia o niepodległości Polski muszą być chwilowo odwieszone na kołek. Spojrzenie autora na sprawę zbrojnej walki o niepodległość jest realistyczne, z tego powodu można nazwać go kresowym stańczykiem czy po prostu racjonalistą politycznym. Ale gdy historia daje nam szansę na wolny kraj, Mieczysław Jałowiecki angażuje wszystkie swoje siły, aby pracować dla Polski. Wyjeżdża do Gdańska, gdzie z ramienia rządu pilotuje transporty żywności do znękanej nędzą Rzeczypospolitej. Gdańska część opowieści cenna jest szczególnie z powodu opisów pozakulisowych działań politycznych. Autor nie ma litości dla niektórych działaczy, zarzucając im partyjnictwo, ale i pospolitą głupotę. Daszyński, Sikorski, Rydz-Śmigły nie dostają w „Na skraju imperium” wysokich not. Do tego dochodzi niechęć autora do mieszkańców środkowej Polski, zwanych przez niego pogardliwie koroniarzami, oraz do mieszkańców Galicji, którym ten zarzuca urzędniczą mentalność i serwilizm. Można się oczywiście nie zgodzić z poglądami Jałowieckiego, ale trudno odmówić mu braku logicznej argumentacji.

Zanim jednak autor trafia do Gdańska, obserwuje rewolucję bolszewicką. Powiedzieć, że nie ma o niej dobrego zdania, to nie powiedzieć nic. Jałowiecki komunistów nienawidzi, nienawidzi również Marksa, Lenina i systemu politycznego, którego te kreatury są twórcami. Tak pisze o wodzu bolszewików, którego widział przemawiającego w Petersburgu: była to mieszanina mongolskich rysów doprawionych żydostwem. Coś w tej twarzy było tak wstrętnego, że nie mogłem dłużej zatrzymać na niej wzroku. Próżno było szukać w tych rysach czegoś szlachetnego (…). Była to twarz nie człowieka, a szatana. Słusznie autor zauważył również niemiecki wątek w październikowej rewolcie, a samego Lenina, za opinią wywiadu brytyjskiego, klasyfikował jako niemieckiego agenta niemającego żadnych związków z rosyjską tożsamością narodową. Sam przewrót opisuje jako chaotyczne podrygi zbuntowanego żołdactwa i hołoty, przytaczając sceny walk ulicznych oraz okrucieństwa lewicowych „bojowników” w stosunku do ludności cywilnej. Nie dziwi więc ustęp, w którym zrelacjonował wyrzucenie bolszewickiego „żołnierza” z pędzącego pociągu.

Z dużym sentymentem Jałowiecki spogląda jednak na zachód, szczególnie zaś na Niemców, w których ceni sobie szacunek do prawa i – jako wykształcony rolnik – umiejętność gospodarowania. Szkoda, że pamiętniki te kończą się wraz z rozpoczęciem II wojny światowej, bo ciekawym byłoby obserwować zmianę stosunku autora do tych miłośników porządku, szczególnie w świetle ludobójstwa, które ci urządzili Polakom oraz innym narodom. Nie lubi za to autor Anglików, często wytykając im brak słowności i honoru. Cytuje antropologa Guzkowa: Pewne cechy Anglosasów, jak brak wyższej uczuciowości, pociąg seksualny w obrębie własnej rodziny, upojenie sadyzmem, jakie nie występują w takim stopniu u żadnej z innych ras, mogą wynikać z seksualnego współżycia pierwotnych praprzodków Anglosasów z małpami człekokształtnymi pozbawionymi pierwiastków ludzkich. I chociaż opinia ta jest zapewne krzywdząca oraz z punktu widzenia dzisiejszej nauki po prostu nieprawdziwa, mówi dużo o rozgoryczeniu Jałowieckiego polityką Wielkiej Brytanii w stosunku do innych narodów, chociażby do Burów, którym Anglicy jako pierwsi na świecie urządzili obozy koncentracyjne. Nie ma także najlepszej opinii o rodzinie królewskiej, nazywając ją trzeciorzędną arystokracją.

„Na skraju Imperium” to spotkanie z elitą, ale tą prawdziwą, która albo wyemigrowała, albo została wykończona w Katyniu lub ubeckich kazamatach. Mieczysław Jałowiecki, jako ziemianin, świadomy swoich korzeni i miłości do Polski, jest dodatkowo świetnym opowiadaczem, a jego cięty język oraz trafne uwagi stanowią o walorach pisanych przez niego pamiętników. Czyta się je niczym powieść: raz obyczajową, raz sensacyjną, a innym razem wojenną. I co najważniejsze, nie ma tutaj karłowatego ducha Gombrowicza, który z plucia na naród oraz ziemiańską tradycję uczynił sobie znak rozpoznawczy. Zresztą Jałowiecki, gdyby tylko miał ku temu okazję, wdeptałby go w ziemię jedną ripostą.

Mieczysław Jałowiecki, Na skraju Imperium, wyd. Czytelnik, Warszawa 2015, ss. 774.

wtorek, 6 marca 2018

Aleksandra Boćkowska - Księżyc z peweksu. Luksus socjalistyczny

Komunizm miał zlikwidować wszelkie nierówności społeczne do tego stopnia, że nawet klasa robotnicza przestałaby być potrzebna. Droga do tego ziemskiego raju była jednak wyboista i z każdą pięciolatką ulegała wydłużeniu. Toteż ci, którzy mówili o powszechnej równości i sprawiedliwości społecznej, okazywali się hipokrytami, żyjąc ponad stan, czym zadawali kłam głoszonej propagandzie. Większość jednak obywateli PRL egzystowała na niskim poziomie, zarabiając równowartość od kilkunastu do kilkudziesięciu dolarów. Nic więc dziwnego, że w tak siermiężnych czasach siermiężny był również luksus, który mierzono nieco inaczej niż mierzy się go dzisiaj. W obecnych czasach bowiem, gdy za jedną pensję można kupić używany samochód, osobliwy wydaje się fakt, że pojazd mechaniczny, po pierwsze, mógłby kosztować kilkadziesiąt razy więcej, a po drugie, że był niedostępny niczym dzisiaj wojskowy śmigłowiec. Gdy oglądamy filmy z okresu PRL, czy to z lat 60., czy z kolejnych dekad, nieodmiennie widzimy dość proste i banalne wnętrza, w którym szczytem luksusu są kanapy ze skaju oraz meblościanka z nieodłącznymi kryształami za szkłem. Do tego możemy dodać whisky w barku oraz kolorowy radziecki telewizor. Luksus jest więc stanem względnym, co stara się w swoim reportażu podkreślić Aleksandra Boćkowska.

„Księżyc z peweksu” jest sentymentalną podróżą do czasów siermiężności Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która jednak zawiera dość sporą dawkę goryczy. W rzeczywistości tej widzimy marynarzy szmuglujących deficytowe towary i wymieniających się w portach różnymi rzeczami. Spotykamy ludzi władzy, dla których proklamowane robotnicze życie jest przecież aberracją; po co mieszkać w bloku, skoro można w willi, po co jeść byle co, skoro można polować i zajadać się dziczyzną. Autorka pisze też o przestrzeniach hotelowych, które wówczas miały dla obywateli PRL status prawie że zagranicy. Scena z „Misia”, w której chłopiec na posyłki wchodzi do hotelu „Victoria”, aby tam rzekomo zjeść obiad, mogłaby się wydarzyć naprawdę i być opisana w jednym z tekstów Boćkowskiej. Ta poświęca część swojej książki również na przywołanie bulwersującej dla górali tatrzańskich sprawy budowy hotelu na Gubałówce. A także pisze o miastach, w których to względne bogactwo było bardziej dostępne niż gdzie indziej: o Warszawie, Katowicach czy Gdyni. Pierwsze z nich, naturalnie, jako ośrodek władzy, ale również posiadające specyficzną inteligencką enklawę – Saską Kępę, która zrehabilitowała się już przed wojną, z miejskiego slumsu stając się modną dzielnicą. To tam, według autorki, częściej niż w innych miejscach, słucha się amerykańskiego i brytyjskiego rocka, tam młodzi jeżdżą na skuterach i stylowo się ubierają.

Katowice zaś to górnicza stolica Polski, która z racji dużej rangi przemysłu ciężkiego i wydobywczego cieszyła się większą dostępnością towarów gdzie indziej niedostępnych. To tam otwarto, drugie po warszawskich, firmowe sklepy Mody Polskiej. I w końcu Gdynia, w której znajdowała się dzielnica zwana Zegarkowem, gdzie jednorodzinne domy stawiali sobie między innymi marynarze. Sama nazwa sugeruje, że zegarek był w PRL dobrem pożądanym i luksusowym, co było jak najbardziej zgodne z prawdą. Istniały również inne przestrzenie większego komfortu, a były nimi domy czy mieszkania wywłaszczonych ziemian. Niektórzy  z nich jakimś cudem niespecjalnie ucierpieli po wojnie, wśród nich autorka opisuje młodą wówczas dziewczynę, niejaką Różę Thun, dzisiaj znaną z kontrowersyjnej działalności w Parlamencie Europejskim. Ten dostęp do bogactwa (chociaż z dzisiejszego punktu widzenia dość ograniczonego) musiał być okupiony wstydliwymi kompromisami z władzą ludową. O tych autorka jednak taktownie milczy. Z drugiej strony ci, którzy żyli w PRL, doskonale wiedzą, że nawet taki peerelowski siermiężny luksus był dostępny dla nielicznych, zwłaszcza tych, którzy szli na współpracę albo z partią, albo z jej zbrojnym ramieniem.

„Księżyc z peweksu” jest więc, mimo całej swojej sentymentalności, dość smutnym świadectwem minionej epoki. Mimo całej lekkości tych reportaży widać w nich ludzkie upodlenie i gonitwę za tym, co system realnego socjalizmu uznał za luksusowe. Z jednej strony piętnował on tych, którzy próbowali się dorobić, a z drugiej nagradzał finansowo szpicli i donosicieli. Wmówił też ludziom, że rzeczy materialne, które w państwach zachodnich były zwyczajne, są dostępne tylko dla nielicznych: albo cwaniaków, albo konfidentów czy wyższych urzędników. Aberracja ta charakterystyczna jest po prostu dla socjalizmu, który zasłaniając się gadkami o humanitaryzmie, nie poważa pojedynczego człowieka, skazując go na zależność od państwa i na gonitwę za podstawowymi artykułami. Aleksandra Boćkowska dobrze ten mechanizm ukazała. Bo czy państwo, w którym mięso i żółty ser są towarami luksusowymi, działa normalnie?

Aleksandra Boćkowska, Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 328.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Tomasz Owsiany - Pod ciemną skórą Filipin. Serce świata bije w Azji

Czy dalibyście się przybić do krzyża? Nie na niby, ale z pomocą prawdziwych gwoździ: ostrych i stalowych. Założę się, że śmiałków bym nie znalazł. Co innego na Filipinach. Tam, z okazji Wielkiego Piątku, odbywa się coroczny spektakl krzyżowania. Występuje w nim tłum jerozolimski, są apostołowie, a co najważniejsze – jest również Jezus. Jezus ma sześćdziesiąt lat, jest już zmęczony, więc nie wie, czy za rok da się przybić raz jeszcze. Każde ukrzyżowanie bowiem to szok przede wszystkim dla serca. To ma się jedno, trzeba więc znaleźć następcę. Nie będzie z tym problemu, ponieważ chętnych jest wielu. W ten sposób można odpokutować winy, poświęcić się w jakiejś intencji czy po prostu przeżyć tajemnicę wiary. W kwestii tychże praktyk hierarchia Kościoła pozostaje nieufna, jednak prości ludzie wiedzą lepiej: krzyżowanie podczas misteriów męki Pańskiej to długa i potrzebna tradycja. Tak rozpoczyna się zbiór podróżniczych reportaży Tomasza Owsianego „Pod ciemną skórą Filipin”. Samego autora jest w nich niewiele, co cieszy tym bardziej, że jest on osobą młodą, a te dzisiaj uprawiają przede wszystkim turystykę łechcącą własne ego i, co gorsza, wydają książki, w których opisują przede wszystkim siebie. Owsiany, zamiast relacjonować chronologicznie swoje przygody w egzotycznym kraju, pisze o ludziach, co wychodzi na dobre tekstowi, który daje się czytać z niekłamaną przyjemnością.

Co ważne, „Pod ciemną skórą Filipin” zawiera szereg reportaży, z których każdy poświęcony jest innemu zjawisku zaobserwowanemu przez autora w odwiedzonym kraju. Zaczyna się dość mocno, od relacji ze specyficznych misteriów wielkopiątkowych, na których krew i ból są jak najbardziej realne. Co ciekawe, tak intensywne przeżywanie religijnych tajemnic wcale nie wiąże się z ortodoksyjną wiarą uczestników tych misteriów. Ich uczestnicy do kościoła chodzą rzadko, może więc podejmowane przez nich praktyki są zastępstwem za misterium mszy świętej? Tego autor nie wyjaśnia; sami bohaterowie książki również o tym nie wspominają. Po wizycie na misterium autor przenosi się do slumsów, do dzielnic biedoty, która zaskakuje go radością życia i prawie południowoamerykańskim temperamentem. Mimo że Filipiny leżą w Azji, na Oceanie Spokojnym, charakter ich mieszkańców nie raz będzie się kojarzył z usposobieniem ludów środkowej i południowej części Ameryki. To pewnie skutek trzystuletniego hiszpańskiego panowania na archipelagu. Również dzięki katolickiej i chrześcijańskiej obrzędowości, która silnie zrosła się z tym państwem. Katolików na Filipinach jest bowiem ponad 80%, resztę stanowią odłamy protestanckie, islam i religie wschodnie. Katolicyzm ten, chociaż istnieje w statystykach, opiera się w dużej mierze na dość swobodnym podejściu do dogmatów i praktykowania wiary.

Tomasz Owsiany odwiedzał również wioski na końcu świata, w których pomieszkiwał, starając się zaprzyjaźnić z miejscową ludnością. Pracował na polu, w obejściu i na gospodarstwie, wieczorami zaś pił i jadł to, co miejscowi. Nie interesowały go turystyczne atrakcje, a raczej życie z dala od głównych szlaków. Z jednej strony to szlachetne, z drugiej – stanowi również formę uprawiania turystyki. Autor odwiedził również więzienie, a dla kontrastu luksusową siedzibę miejscowego bogacza. Wszędzie starał się wchodzić w dialog z ludźmi, chociaż czasem był on utrudniony. W końcu brał udział w magicznych ceremoniach lokalnego kultu. Wiara w zabobony jest bowiem bardzo mocna i łączy się w synkretyczną całość z chrześcijaństwem. Mieszkańcy Filipin zakładają specjalne koszulki z nadrukowanymi zaklęciami, aby uchronić się przed urokiem złych czarowników. Na koniec Owsiany ląduje w Manili, mieście kontrastów, w którym slumsy sąsiadują z dzielnicami biznesowymi oraz ogromnymi centrami handlowymi. To pomieszanie nowoczesności z tradycją, biedy z bogactwem, pierwotnych religii z przyniesionymi przez misjonarzy jest więc charakterystyczną cechą całego archipelagu.

Filipiny Owsianego to różnorodny zbiór miejsc, których nie sposób ogarnąć za jednym zamachem. Mienią się one kontrastowymi barwami, co nie pomaga w ich dokładniejszym zrozumieniu. Autor jednak wychodzi z tarczą z postawionego sobie zadania. Nie ma ambicji, aby stworzyć arbitralny obraz tego kraju, bo nie jest w stanie tego dokonać. Rozmawia z ludźmi, żyje wśród nich i na koniec tworzy subiektywny przegląd reportaży, z których każdy dotyczy nieco innej sprawy. Filipiny jawią się w nim jako miejsce niespecjalnie zainteresowane światem zewnętrznym; niektórzy rozmówcy Owsianego myślą, że Polska leży w okolicach Nowej Zelandii, równie mgliste pojęcie mają o Europie. To nic nie szkodzi, bowiem nam, Europejczykom, wydaje się, że nasze miejsce zamieszkania jest pępkiem świata, a ono już dawno przestało nim być. To z pewnością nie miejsce na takie rozważania, ale rzut okiem na „Pod ciemną skórą Filipin” wystarczy, aby pokornie dojść do wniosku, że to właśnie w Azji bije dzisiaj serce świata.

Tomasz Owsiany, Pod ciemną skórą Filipin, wyd. Muza, Warszawa 2017, ss. 508.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Maciej Płaza - Robinson w Bolechowie. Artystyczne neurozy

Gdy dwa lata temu ukazał się „Skoruń” Macieja Płazy, krytycy ogłosili go może nie objawieniem, ale bardzo mocnym debiutem prozatorskim. Mocne debiuty prozatorskie to przecież towar deficytowy, szczególnie w czasach, kiedy marketing potrafi każde badziewie zmienić w błyskotkę. Sam dołączyłem się do chóru chwalców rzeczonego tomu opowiadań, bo nie dość, że napisany był bardzo eleganckim językiem, to jeszcze nie obrażał inteligencji czytelnika przeróżnymi awangardami, teoriami krytycznymi czy innym zakamuflowanym marksizmem. Ot, zbiór tekstów połączonych wspólnym bohaterem, tytułowym Skoruniem, ale i wspólnymi przestrzenią oraz czasem. Nie był również „Skoruń” próbą dekonstrukcji wsi, obsobaczenia polskiej prowincji czy wyśmiania prostoty bohaterów w kontrze do jakiegoś majaczącego na horyzoncie wielkiego miasta, do którego miałby aspirować główny bohater. Nic z tych rzeczy. Nic też dziwnego, że po tak udanym debiucie apetyt na „Robinsona w Bolechowie” miałem mocny. Autor tym razem zamierzył się na powieść, więc gatunek wymagający większego panowania nad fabularną rzeczywistością, ale i pozwalający na głębsze sportretowanie postaci. „Robinson w Bolechowie” zaczął się obiecująco, bo sugestywnym przedstawieniem destrukcji świata przedwojennego; rozpoczął się bowiem najazd Hitlera na Polskę, a pewien hrabia ukrył swój rodowy skarb.

Jak łatwo się domyślić, przestrzeń świata powieściowego (przynajmniej z początku) to podobne tereny, jak w przypadku „Skorunia”. Znów się więc pojawia sandomierska wieś, reprezentowana przez fikcyjną miejscowość tytułową. Znów mamy prostych bohaterów, zanurzonych w rolniczej codzienności. Znów – w końcu – i to w dwóch przypadkach, śledzimy losy dorastającego chłopca. Tym razem to dwie postaci, o podobnym dzieciństwie, które później okażą się bliższe sobie, niż na początku może się wydawać. Już na początku, śledząc wydarzenia związane z wymienionymi bohaterami, zauważyć możemy pewną zmianę. Otóż Maciej Płaza wyraźnie zasmakował w długich, wielokrotnie złożonych zdaniach, które trzeba czytać uważnie, aby do końca nie zgubić ich sensu. Jest w tym szaleństwie pewna metoda, bo dzięki niemu głębiej można wejść w psychikę opowiadającego narratora. Wydaje się również, że zarówno tutaj, jak i w debiucie, autor dokonuje swoistej psychoterapii na własnej osobie. Co może nie do końca było odczuwalne w „Skoruniu”, widać w „Robinsonie…”: główny bohater jest zgorzkniały, poraniony wewnętrznie, pełen złości na świat i moralnie zdegenerowany. I w tym miejscu zaczynają się schody. Bowiem mniej więcej do połowy „Robinson w Bolechowie” jest zupełnie inną opowieścią niż później, a to jednak stanowi wadę tego tekstu.

Wydawałoby się, że będzie on gawędą o losach kilkorga bohaterów z wielką historią w tle: taką polską, prowincjonalną opowieścią o domorosłych artystach i rzemieślnikach. Że w tle pojawi się hrabiowski pałac, znacjonalizowany po wojnie i że tajemnica arystokraty nie wyjaśni się tak szybko. Oprócz niej mamy również inną tajemnicę, rodową, związaną z główną postacią powieści. Nie wiem, czy akurat to było zamierzeniem autora, ale osobiście domyśliłem się jej znaczenia zaraz na początku lektury. Natomiast, jak wspomniałem wyżej, mniej więcej od połowy „Robinsona…” staje się on czymś zupełnie innym, mianowicie irytującym monologiem nowoczesnego i uznanego artysty. Im bliżej końca, tym bardziej dość ma się tej postaci i jej irracjonalnych neuroz. Pojawiają się również dyskretnie wprowadzane aluzje literackie, między innymi do Tadeusza Micińskiego, co każe odczytywać postać bohatera w amoralnym modernistycznym kluczu. A gdy Płaza wpada na pomysł, aby wprowadzić sceny erotyczne z jego udziałem (na szczęście bardzo krótkie, bo kilkuzdaniowe), atmosfera robi się naprawdę przegięta. Nie będę tu przytaczał, na jaki „genialny” pomysł współżycia z kobietą wpadł autor, bo jest on po prostu ohydny. I gdyby nie ta druga część, pełna wkurzających zachowań bohatera i jego życiowej partnerki, tego miotania się bez celu, „Robinson w Bolechowie” zasługiwałby na miano bardzo dobrej, a nawet świetnej powieści. I chociaż nie jest on takim rozczarowaniem jak pisarstwo Eustachego Rylskiego, któremu udają się jedynie początki tekstów, w porównaniu do równego i logicznie skonstruowanego „Skorunia” jest krokiem w tył.

Mimo wszystko nie chcę jednak skreślać twórczości Macieja Płazy, bo chociażby dla pierwszej połowy warto przeczytać jego najnowszą powieść. A potem przecież do końca się jakoś wytrwa. Zresztą w tej znielubionej przeze mnie drugiej części też można dopatrzyć się wartościowych ustępów, chociażby dobrze opisanej artystycznej bohemy, z obowiązkowymi konceptualistami, anarchistami i squotem pełnym antyfaszystów-półgłówków na deser. Wnioski płynące z tych obserwacji nie są optymistyczne, ale nie od dziś wiadomo, że współczesne środowisko artystyczne ma pewne ciężkie grzechy na sumieniu, chociażby skrajny indywidualizm czy egocentryzm. Do tego towarzystwa nie do końca pasuje tytułowa postać: dobrze maluje, tworząc klasyczne figuratywne obrazy, które w dodatku są docenione przez polską i światową krytykę. W rzeczywistości tak dobrze chyba nie będzie. Nadzieję daje również zakończenie powieści, o którym naturalnie nic nie powiem, ale warto zwrócić na nie uwagę, być może jest ono pewnym oczyszczeniem tej chorobliwej atmosfery panującej pod koniec utworu. Jestem więc ciekaw, w którą stronę pójdzie twórczość Płazy; chociaż „Robinson w Bolechowie” rozczarowuje przede wszystkim swoim nierównym poziomem i pewną niekonsekwencją, to i tak wydaje się świecić niezłym światłem na tle przeróżnych modnych autorów, którzy czytani są tylko dlatego, że pojawiają się w dużych pismach.

Maciej Płaza, Robinson w Bolechowie, wyd. WAB, Warszawa 2017, ss. 453.

wtorek, 6 lutego 2018

Piotr Lipiński - Bierut. Żywot bezbarwnego dyktatora

Piotr Lipiński pisał już o Adamie Humerze, o premierze Cyrankiewiczu, a teraz przyszedł czas na pierwszego powojennego przewodniczącego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, ale i premiera, a wcześniej prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej – jeszcze przed zmianą nazwy na PRL. Mowa oczywiście o Bolesławie Bierucie, osławionym towarzyszu Tomaszu, antybohaterze naszej historii, odpowiedzialnym za najbardziej ponury okres w powojennej historii naszego kraju. Chociaż zapędów do kultu jednostki nie miał, ten rozgorzał po jego sześćdziesiątych urodzinach. Julian Tuwim pisał wówczas, że z tej okazji zobowiązuje się dokończyć tłumaczenia poematu Niekrasowa Komu się na Rusi dobrze dzieje. A Stefania Maliszewska, gospodyni domowa ze Szczecina, wpadła na pomysł odcięcia sobie lewej ręki w intencji klęski prezydenta Trumana. Nie wiadomo, jak sprawa z ręką się skończyła, w każdym razie psychiatra badający kobietę nie wykrył u niej żadnych zaburzeń umysłowych. Gdy zaś Bierut umierał, wedle propagandy naród pogrążył się w żałobie, a ta z pewnością miała w sobie ziarno prawdy. Bierut skończył życie w Moskwie, osłabiony przebytym zapaleniem płuc, kto wie, czy nie otruty. Jako uparty i wierny stalinista był wszakże coraz większym kłopotem dla Chruszczowa odcinającego się od Wielkiego Językoznawcy. Lipiński jednak o hipotezie z trucizną nie wspomina.

Cała biografia jest dosyć skromna; autor widocznie nie rości sobie pretensji do przedstawienia szczegółowego życia Bieruta. Lata przedwojenne – dzieciństwo, młodość i komunistyczną konspirację ukazuje w skrótowy sposób. „Bierut” staje się więc pozycją popularną, która prosiłaby się o więcej historycznych uzupełnień. Nie jest to jednak mój zarzut – Lipiński bowiem nie wchodzi w dywagacje, ale pisze to, o czym jest pewny. Nie zostawia miejsca na domysły, również stara się nie oceniać – chociaż to trudne, gdy przedstawia się tak jednoznaczną materię jak system komunistyczny. Dla zniuansowania portretu towarzysza Tomasza przytacza chociażby opinię prymasa Wyszyńskiego, którą ten wyraził w latach 70. podczas spotkania z synem Bieruta. W tejże opinii, jak również w wielu innych cytatach umieszczonych w książce, powtarza się kilka cech. Mianowicie Bolesław Bierut określony jest mianem osoby skromnej, a nawet nieśmiałej, kulturalnej i taktownej. Mniej życzliwi mówią zaś o urzędniczym sznycie bohatera tekstu, a w konsekwencji pewnej nijakości. Opinie jeszcze mocniejsze zaznaczają, że Bierut nie nadawał się do rządzenia z powodu wrodzonej miękkości. Faktycznie, przed wojną w Komunistycznej Partii Polskiej był prawie anonimowy, dopiero wyszedł na prowadzenie w momencie, w którym podczas kończącej się II wojny światowej został przewodniczącym Krajowej Rady Narodowej. Wówczas jednak wciąż pozostawał w cieniu Władysława Gomułki, którego później uwięził.

Jednak ten urzędniczy, spolegliwy sznyt okazał się niezwykle pomocny w utrzymaniu władzy. Kiedy w 1944 roku Józef Stalin obsobaczył Bieruta słowami: czto ty, job twoju mat’, diełajesz w Polsze? Kakoj z tiebia komunist, ty sukin syn?, ten karnie rozkręcił w kraju machinę terroru. Przyszły prezydent i pierwszy sekretarz do końca życia pozostał wiernym sługą Stalina, dla którego bardziej niż Polska liczyła się ojczyzna światowego proletariatu. Nawet referat Chruszczowa, który potępił kult jednostki i zbrodnie Soso, na Bierucie nie zrobił wrażenia. A raczej zrobił, ale przeciwne do tego, jakie powinien zrobić. Towarzysz Tomasz bowiem posmutniał, zachmurzył się i pogrążył się w niemocy, nie przyjmując do wiadomości, że jego bóg się pomylił. Natomiast jak to się stało, że stał się on tak podatny na komunistyczną propagandę? Lipiński w tym celu przedstawia przedwojenne losy ubogiego chłopaka z Lublina, który dość szybko, pod wpływem materialistycznej lektury, porzuca religię katolicką i zostaje wolnomyślicielem. Wpływ na niego miał Jan Hempel, obieżyświat, liberał, zafascynowany mitologią hinduską, późniejszy twardogłowy komunista. Autor pokazuje więc, jak w dwudziestoleciu międzywojennym Polacy byli bezbronni wobec atrakcyjnej – jak się wydawało – ideologii, słusznie zakazanej i penalizowanej przez sanacyjne władze.

W tych międzywojennych latach Bierut również niczym szczególnym się nie wyróżniał, nie był materiałem ani na przywódcę, ani tym bardziej na dyktatora. Miał pęd do czytania, ale słabą głowę, podatną na propagandę i manipulację. Tym sposobem w myśl rosyjskiego przysłowia tisze jediesz, dalsze budiesz, osiągnął po wojnie tak wysoką pozycję. Naturalnie stało się to nie bez namaszczenia towarzyszy z Moskwy, a przede wszystkim towarzysza Stalina, który w Bierucie widział idealnego szefa państwa satelickiego: biernego, miernego, ale wiernego. „Bierut” jest więc przypowieścią o człowieku o słabym charakterze, który dzięki tej słabości zdobywa i utrzymuje władzę. Ten mało ciekawy rys charakterologiczny ułatwił mu stosowanie terroru, a przynajmniej na przymykanie oczu na jego przejawy. Lipiński zastanawia się bowiem, czy pierwszy szef PZPR wiedział o torturach stosowanych w śledztwach UB oraz Informacji Wojskowej. Jednak trudno obronić tezę, że najwyższa osoba w państwie nie wiedziała nic o zbrodniczym charakterze własnego reżimu. Tym bardziej, że Kazimierz Mijal, jeden z członków rządu w latach 50. , powiedział w rozmowie z autorem „Bieruta”: nie wolno powiedzieć, że można zbudować socjalizm bez rozlewu krwi. To są bajki nie z tej ziemi.

Piotr Lipiński, Bierut. Kiedy partia była bogiem, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 267.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Matt Rudd - Anglicy. Nieśmieszny banał

Wyspiarze zawsze różnili się od mieszkańców kontynentu. Zwłaszcza jeżeli różnice mielibyśmy nakreślić między Brytyjczykami a resztą Europy. Wówczas można się nawet nieźle pośmiać. Śmieszyć może brytyjska kuchnia, oparta na leguminach i porannej fasoli z jajkiem. Może budzić wesołość angielska reformacja, której genezą jest chęć Henryka VIII do nowego ożenku i zamordowania poprzedniej żony. I chociaż nieładnie jest śmiać się z bliźnich, bywają wyjątki, gdy taka wesołość jest akceptowana. Dzieje się tak, kiedy to Francuz kpi z Francuzów, Niemiec z Niemców (już wyobrażam sobie te „bawarskie” żarty), a Anglik z Anglików. Tak dzieje się właśnie w „Anglikach” autorstwa Matta Rudda. Jego reporterski przegląd stanu tytułowego społeczeństwa miał być w zamyśle autoironiczną pozycją przeznaczoną na lokalny rynek. Przetłumaczony został jednak na język polski (o reszcie nic nie wiem) i trafił pod nasze strzechy. Tego typu opracowania mają jednak zasadniczą wadę: są zbyt hermetyczne i w rezultacie nie śmieszą, albo robią to w tych miejscach, które pierwotnie nie były ku temu przeznaczone. Ten grzech jest także udziałem „Anglików, którzy na początku faktycznie budzą wesołość, ale potem stają się lekturą nużącą, a w końcu drażniącą. Co doprowadziło do tego efektu?

Przyczyną może być specyficzna kompozycja rozdziałów, które poświęcone są bardzo różnym zagadnieniom: kuchni, sypialni, dojazdom do pracy, samej pracy czy sportowi. Pierwsze strony każdej części zawierają ogólne, stereotypowe obserwacje snute przez nieco zgorzkniałego i sarkastycznego narratora. I to jest dobry pomysł. Gorzej robi się po tych kilku, kilkunastu stronach każdego rozdziału, kiedy autor rozpoczyna pisanie na własnych przykładach. Tutaj nie potrafi już pohamować się od rechotu, co w rezultacie daje dość niesmaczny efekt; rozdziały są przeładowane nienajlepszych lotów humorem. Nie jest to, co prawda, dowcip na poziomie naszych kabaretów, ale i tak jest męczący. Zwłaszcza w dużej dawce. „Anglicy” napisani są lekko i przyjemnie, co z pewnością może być ich atutem, ale męczą właśnie tak specyficznie ujętym komizmem. Bo kto z P.T. czytelników wytrzymałby oglądanie przez dwie godziny skeczów z Benny Hillem? Poza tym poziom ogólnoświatowego humoru spada, co nie oszczędziło również jego angielskiej odmiany. Kiedyś uznawany za szczyt wyrafinowania, humor z Wysp, bazujący na intelektualnym komizmie, teraz opiera się na opisywaniu czynności fizjologicznych i chamstwie. Wystarczy porównać dawne i dzisiejsze komedie filmowe.


Głównym bohaterem reportażu jest sam autor, który znajdując się w samym centrum angielskiego społeczeństwa, skwapliwie opisuje jego przywary. Dostaje się zakupowym maniakom, którzy potrafią nabyć wszystko, nawet najbrzydsze meble, jeśli tylko zapłata za nie jest odłożona w czasie. System kredytów konsumpcyjnych powoduje bowiem, że ludzie szaleją i są w stanie zapłacić za każdą rzecz, byle nie od razu. Autor kpi również z tych, którzy zalegają na kanapach przed telewizorami i oglądają byle jakie programy rozrywkowe. Spogląda również na uzależnionych od sieci, gier czy komputerów. Narzeka, chociaż ze specyficzną ironią, na chamstwo w pociągach, dłużącą się drogę do pracy, w końcu spostrzega biurową rzeczywistość: tajone romanse, konflikty czy tak zwane „sesje rajcowania się” – codzienne obrzędy motywacyjne. Po pracy trzeba się rozluźnić, więc Matt Rudd przechodzi do legendarnego już angielskiego picia. Wychodzi więc, że Anglicy z tego tytułu śmiało mogliby zostać zastąpieni przez jakąkolwiek europejską nację. Wystarczyłoby zmienić kilka detali i gotowe! Można wydać „Niemców”, „Francuzów”, a pewnie i „Polaków”. W każdym bowiem państwie znajdą się takie sytuacje; wszędzie mamy materialistów, uzależnionych od internetu i piątkowych imprezowiczów.

„Anglicy” są więc książką banalną, która zaledwie ślizga się po zagadnieniu, ukazując je w stereotypowy sposób. Rozumiem komiczną konwencję, ale wiem też, że to komedie najtrudniej się pisze. Banał ten dodatkowo zamienia się w pustkę, jeśli tylko zobaczymy, na czym tak naprawdę opiera się życie rzeczonych wyspiarzy. Albo, na czym się nie opiera. Opisywani przez Rudda bohaterowie, w tym on sam, nie wyznają żadnych wyższych wartości, nie interesują się niczym poza meczykiem i piwkiem po robocie, nie są świadomi własnej tożsamości. Czytając tę pozycję, ma się wrażenie spoglądania przez szybę ogromnego terrarium, w którym żyją sobie różne jednostki. Jedne jedzą, drugie wydalają, trzecie kupują, a czwarte kopulują. A to wszystko bez odniesienia do jakichkolwiek wartości duchowych. Czyżby świat miał się kończyć nie tak, jak przewidział Eliot, skomleniem, ale heheszkami? Bardzo to możliwe, ponieważ cywilizacje pod koniec swojego życia dziecinnieją. Zupełnie jak starcy.

Matt Rudd, Anglicy: przewodnik podglądacza, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017, ss. 252.

środa, 13 grudnia 2017

Jean Hatzfeld - Więzy krwi. Sąsiedzi przeciwko sąsiadom

Ludobójstwo w Rwandzie wstrząsnęło opinią publiczną na początku lat 90. Tak samo jak wcześniej hekatomba II wojny światowej, masowe mordy Ormian, wojna trzydziestoletnia i epidemia Czarnej Śmierci. Dokładnie tak samo jak wojna na Bałkanach. Minęły wieki czy lata i ludzkość ma nowe problemy, nowe wojny i konflikty. Tamte z przeszłości zakończyły się; podpisano traktaty pokojowe, można więc było uznać je za rozwiązane i zacząć w końcu pisać historię. Tyle że historia, szczególnie ta podręcznikowa, o czasach pokoju zaledwie milczy. Milczy również na temat tego, co dzieje się z człowiekiem po zakończonym konflikcie. Syndrom stresu pourazowego nijak się więc nadaje do kolorowych książeczek dla szkolnej dziatwy. Cóż, wojna się kończy na kartach traktatów, natomiast zostaje w głowach. Szczególnie zaś gdy mówimy o wojnie ludobójczej, w trakcie której sąsiad chwyta za maczetę, aby zabić innego sąsiada. Z takim właśnie wydarzeniem mieliśmy do czynienia w Rwandzie. My, Polacy, mamy w swojej najnowszej historii rzeź wołyńską, która – chociaż minęło od niej ponad siedemdziesiąt lat – nadal rozpala emocje i staje się zarzewiem gwałtownych sporów – nie tylko polsko-ukraińskich, lecz tych wewnętrznych. Co mają więc powiedzieć Rwandyjczycy, których od ich ludobójstwa dzieli ledwie ponad dwadzieścia lat?

Francuski dziennikarz, Jean Hatzfeld, już nie pierwszy raz stara się przedstawić czytelnikom obraz tej właśnie tragedii. Jego „Więzy krwi” są szóstą ukazującą się w Polsce książką reporterską poświęconą wojnie domowej w Rwandzie. W poprzednich tekstach autor rozmawiał z bezpośrednimi uczestnikami tragedii, która rozpoczęła się w 1994 roku. Wówczas dwa afrykańskie plemiona zamieszkujące Rwandę, Tutsi i Hutu, skonfliktowane już od dawna, rozpoczęły wojnę. Agresorami byli członkowie Hutu, ofiarami – Tutsi. Konflikt ten rozpoczął się bezpośrednio od zestrzelenia prezydenckiego samolotu nad lotniskiem w Kigali. Pochodzący z Hutu prezydent Juvenal Habyarimana zginął w zamachu; następnego dnia zamordowano panią premier Agathe Uwilingiyimana. Fakty te, na początku kwietnia 1994 roku, stały się bezpośrednią prowokacją bojówek Hutu, które w przeciągu następnych stu dni wymordowały od ośmiuset tysięcy do ponad miliona Tutsi. Z wiadomych przyczyn szacunki te są tylko przybliżone. W poprzednich książkach Hatzfeld przyglądał się ocalałym z rzezi oraz ich mordercom. Tworząc teksty, redukował własną narrację do zera i pozwalał mówić wyłącznie swoim rozmówcom. Ten, podobny do poetyki dzieł Swietłany Aleksijewicz, sposób opowiadania pozwalał czytelnikom na wsłuchanie się w historie opowiadane przez mordujących i ocalałych. Reportaże autora, takie jak „Sezon maczet” czy „Strategia antylop”, były dzięki temu zabiegowi wstrząsającym świadectwem współczesnego ludobójstwa.

„Więzy krwi” stanowią dalszą część tych opowieści, tylko że głos świadków należy tym razem do pokolenia dzieci występujących przeciwko sobie Tutsi i Hutu. Ci młodzi ludzie, maksymalnie dwudziestoparoletni, w czasie rzezi byli zaledwie dziećmi. Pamiętają niewiele, przede wszystkim luźne obrazy i emocje. Głównym pomysłem Hatzfelda było pomieszanie opowieści: raz wypowiada się młody Tutsi, a raz – Hutu. Dzięki takiemu układowi fabularnemu, przypominającego mozaikę, można skonfrontować spojrzenia bohaterów. Znamienne okazuje się więc, że obie strony zachowały wobec siebie dość sporą rezerwę. Podkreślają one, że w dzisiejszej Rwandzie panuje pokój. Mówią, że nie ma dzisiaj powodów do rozlewu krwi, i wspominają o wzajemnym tolerowaniu się, ale nie widzą przyczyn, dla których miałyby utrzymywać ze sobą przyjacielskie i serdeczne relacje. Tutsi chłodno patrzą na potomstwo morderców ich ojców i matek, Hutu za to mają żal za preferencyjne traktowanie przez państwo dzieci ofiar własnych rodziców. I to jest najbardziej niepokojąca myśl „Więzów krwi”. Jak powiedział bowiem krajan francuskiego reportera, Albert Camus: bakcyl dżumy nie umiera nigdy.

Reportaż Hatzfelda jest również cenny z nieco innego powodu: mianowicie zawiera obraz współczesnej młodzieży afrykańskiej, która – chociaż ukazana wycinkowo – wydaje się wyznawać inne wartości jak jej odpowiedniczka ze świata zachodniego. Przede wszystkim może zaskakiwać fakt, że prawie każdy bohater tekstu wierzy w Boga i praktykuje swoją wiarę, chociażby chodząc do kościoła. Zaskakuje również o wiele mniejsze zainteresowanie internetem. Złośliwi powiedzieliby pewnie coś o chatkach z bambusa, jednak nie w tym rzecz. W porównaniu do świata Europy (nawet środkowej i wschodniej) Rwanda jest, co prawda, państwem ubogim; tu może więc leżeć jeden powód braku cyfrowego uzależnienia. Ważniejszą jednak przyczyną jest miejsce i rola rodziny. W Rwandzie bowiem, jak w wielu innych państwach afrykańskich, to rodzina jest prawdziwą wartością. Część czytelników być może jest skłonna pomyśleć, że wartości religijne i rodzinne nie uchroniły tego społeczeństwa przed masowymi rzeziami. I może pomyślą o europejskiej przeciwwadze: z rozpadem rodziny i erozją wiary, ale bezpieczną i bez ludobójstwa. Sprawa nie jest jednak taka prosta jak to banalne przeciwieństwo.

Pamięć o wojnie jest o wiele trwalsza niż jej skutki gospodarcze a nawet demograficzne. Jak pokazywała historia, po wielkich konfliktach wzrastała dzietność, a zdziesiątkowane społeczeństwa wracały do odbudowywania swoich struktur biologicznych. To, co w umysłach, okazuje się trwalsze niźli aspekty materialne. „Więzy krwi” starają się więc pokazać pamięć ludzi młodych, która składa się w połowie z zasłyszanych historii i własnych wczesnych wspomnień. Mówią, że trudno przezwyciężyć niechęć do wroga, nawet w kolejnych pokoleniach. Autor wysłuchuje tych historii z wyrozumiałością, nie osądzając nikogo. Czytelnik też będzie rozumiał racje jednych i drugich. Po lekturze będzie miał szansę spojrzeć z podobną empatią również na własne podwórko. No, chyba że czyta „Gazetę Wyborczą” i uważa, że Niemców trzeba kochać, a reparacje to samo zło.

Jean Hatzfeld, Więzy krwi, tłum. J. Giszczak, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 259.

czwartek, 30 listopada 2017

Stephan Orth - Couchsurfing w Iranie. Widziałem i nie zrozumiałem

Wakacje w Iranie? Czemu nie, szczególnie że mało jest okazji, aby zwiedzić ten specyficzny kraj. Niegdyś imperium Persów, dzisiaj państwo będące ośrodkiem islamu szyickiego, to miejsce, do którego turyści nie zapuszczają się w zatrważających ilościach. Owszem, nie jest to Korea Północna, do której jeździ się wyłącznie pod bacznym okiem tajnych służb Kim Dzong Ila (i nie będzie tu żaden jutuber bredził, że jest inaczej), ale Iran wciąż pozostaje miejscem pozbawionym swobód demokratycznych, szczególnie gdy zestawi się go z liberalnymi republikami zachodniej Europy. Na kilkutygodniowy wypad do państwa Persów wybrał się zatem niemiecki dziennikarz, publicysta „Spiegla” – Stephan Orth, a swoje refleksje opisał w tomie zatytułowanym „Couchsurfing w Iranie”. Cóż to takiego ten couchsurfing, zapytają niektórzy. Otóż jest to sposób na darmowe nocowanie. Za pośrednictwem serwisu internetowego można zgłosić własne lokum jako miejsce noclegu dla przyjezdnych z całego świata, albo – co stanowi drugą możliwość – samemu wybrać miejsce do spania. I jakoś to się kręci; oszustów pewnie nie brakuje, ale niemiecki dziennikarz na takich się nie natknął. Akcentuję jego niemieckość, bo to ciekawe w kontekście mentalności „młodych, wykształconych z wielkich miast” zza Łaby, którzy ani na jotę nie przypominają dumnych ze swojego dziedzictwa nordyków.

Stephan Orth jest trzydziestopięcioletnim chłopcem, nie mężczyzną, ale chłopcem właśnie (w każdym razie tyle lat miał, podróżując po Iranie), co sporo mówi o naszej nieszczęśliwej cywilizacji. Obserwacja mentalności tego młodego człowieka, który sto lat temu z pewnością miałby już żonę i wianuszek dzieci, jest chyba ciekawsza od informacji, które ten umieszcza w swoim podróżniczym reportażu. Sam obraz Iranu jest dość stereotypowy: mamy w nim polityczno-religijny system opresji oraz niezwykle serdecznych i uczynnych ludzi, co na Bliskim Wschodzie nie jest niczym odkrywczym. Forma podróży, jakiej podjął się autor, również nie sprzyja pogłębionym analizom. W rezultacie czytelnik otrzymuje sympatyczny, ale dość banalny wizerunek kraju, który przecież trudno zamknąć w kilkunastu ogranych impresjach. Autor bowiem na każdym kroku podkreśla opresyjny charakter irańskiej polityki wewnętrznej i pisze o trudnościach, jakich system ten przysparza zwykłym mieszkańcom. Ta egzotyka, szczególnie dla kogoś, kto wychował się w liberalnej demokracji, jest kompletnie nie do pojęcia. W tym ujawnia się słabość formacji intelektualnej młodego, ale nie zielonego przecież dziennikarza. Stephan Orth wydaje się nie ani w ząb nie rozumieć Bliskiego Wschodu. Nie rozumie, że Irańczycy w zasadzie chcą mieszkać w takim państwie i że nie przeszkadza im brak demokracji.

Orth jednak widzi inaczej, ale nie potrafi zrozumieć, że wybrał sobie tylko jeden typ ludzi, z którymi się kontaktuje. Bo żeby bawić się w coachsurfing, trzeba zdobyć się na oszukiwanie systemu. Ten proceder jest w Iranie nielegalny i tylko kontestatorzy potrafią nagiąć prawo, aby przenocować turystę ze zgniłego Zachodu. Tym ludziom Iran faktycznie wadzi. Natomiast autor nie zauważa jednego podstawowego prawidła: teokratyczne reżimy islamskie są silne, nie tylko militarnie, ale przede wszystkim pod względem tożsamości i mentalności ich obywateli. Przeciętny Irańczyk, w odróżnieniu od przeciętnego Europejczyka, nie przechodzi kryzysu identyfikacji i wierzy w Boga silną, niezachwianą wiarą, jaką na Starym Kontynencie spotyka się już tylko w chrześcijańskich katakumbach. A dla autora zakazy picia alkoholu, pozamałżeńskiego seksu, a nawet randkowania, są abstrakcyjne. Na kartach jego książki widać nie raz i nie dwa, że miałby ochotę przespać się z niejedną mieszkanką tego państwa, ale co ma chłopaczyna zrobić, skoro nawet nie może z żadną zostać sam na sam? I tak doszliśmy do wniosku, że „Couchsurfing w Iranie” jest ciekawszą pozycją, gdy potraktujemy go nie jako podróżniczy reportaż z tajemniczego państwa, ale opowieść o niedojrzałym mężczyźnie, który dwoi się i troi, aby zrozumieć obcą mu cywilizację, ale ni cholery nie jest w stanie wznieść się nad swoje liberalne klapki na oczach.




Bo gdzie nie może rozumem, tam próbuje drwiną. Stephan Orth często chowa się za politycznie poprawnym zachwytem nad gościnnością Persów, ale spod tej lukrowanej fasady wyziera najczystsza pogarda. Orth gardzi religią, zakazami i nakazami moralnymi, jest tak zeświecczony, że nie jest w stanie uwierzyć, że zaledwie kilka godzin lotu od Niemiec mogą żyć ludzie, dla których to wszystko brzmi śmiertelnie poważnie. Zwiedza sanktuaria, przebierając chudymi nóżkami, aby jak najszybciej stamtąd uciec, bo przecież na horyzoncie kroi się kolejna impreza czy esemesik od sympatycznej Iranki, której miłe słowa jest w stanie zrozumieć jedynie jako zachętę do flirtu. Nawet tutaj niemiecki dziennikarz okazuje się naiwny niczym dziecko. Znamienny jest też fakt, kto pojawia się na kartach tego reportażu jako pierwszy zbiorowy bohater. A jest to teherańska grupa miłośników sado-maso. Autor ubolewa, że ludzie ci muszą ukrywać swoje preferencje seksualne przed złym rządem.

„Couchsurfing w Iranie” nie jest więc złą książką, tylko powinno się jej nadać zupełnie inny tytuł. Może „Po omacku w Iranie” albo „Jak pojechać do Iranu i niczego nie zrozumieć”? Jak wspomniałem wyżej, jest ona ciekawym studium pewnego przypadku. A polega on na tym, że zdziecinniały, poszukujący uciech cielesnych i przyjemności zmysłowych Europejczyk zderza się ze światem, którego nie jest w stanie pojąć, ponieważ terminologia, jakiej używa, jest w tej rzeczywistości kompletnie bezużyteczna. Próbowali państwo kiedyś otworzyć drzwi kluczem francuskim? To właśnie robi Stephan Orth. W rezultacie powstała lekka, niezobowiązująca pozycja, szczególnie dla miłośników podróżniczej prozy, w której chodzi bardziej o ludzi, a mniej o głębsze zrozumienie odwiedzanego kraju. Gdy natomiast czytamy ten tekst jako rzecz o zderzeniu cywilizacji, nie jest już tak wesoło.

Stephan Orth, Couchsurfing w Iranie. (Nie)codzienne życie Persów, tłum. K. Markiewicz, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017, ss. 286.

wtorek, 21 listopada 2017

Guido Grandt - Czarna księga masonerii. Fartuszki i zbrodnie

O wolnomularstwie pisałem stosunkowo niedawno, przy okazji „Spowiedzi masona” Krynickiego. Ale że pojawiła się kolejna okazja, zamierzam się powtarzać. Kwestię tajnych stowarzyszeń porusza wielu, ale odnoszę wrażenie, że mało kto potrafi spojrzeć na nią w prawdziwy sposób. Wydawałoby się, że oficyna Wektory będzie gwarantowała taką właśnie optykę i że „Czarna księga masonerii” rzuci nieco światła na dżentelmenów w fartuszkach, ale tak do końca nie jest. Guido Grandt, niemiecki dziennikarz śledczy, bierze się za bary z tematem tajnych związków, jednak grzęźnie gdzieś na mieliznach, tworząc karkołomne teorie. Jeśli bowiem masoneria jest ruchem deistycznym i humanistycznym, to skąd jej związki z polityczną prawicą, o co podejrzewa ją autor? Chyba że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i wolnomularstwo stanowi jedynie platformę dla politycznych cyników, a jej rytualny charakter to jedynie propaganda dla naiwnych poszukiwaczy taniego mistycyzmu? Taka możliwość również istnieje, chociaż wydaje mi się mniej prawdopodobna. Ale żeby odrzucić bądź zaakceptować jakąś hipotezę, należałoby prześwietlić dokładnie wszystkie stowarzyszenia, nie tylko masonerię, a także kluby Rotary i Lions. Tego, jak wiadomo, zrobić nie można, pozostaje więc błądzenie we mgle.

„Czarna księga masonerii” nie jest zbyt pasjonującym opracowaniem. Najeżona faktami i karkołomnymi konkluzjami, może jednak rzucić pewne światło na wolnomularstwo. Uderza przede wszystkim jej niespójność. Autor próbuje dociec, czym jest, a czym  nie jest masoneria. Przedstawia teorie, bardziej lub mniej spiskowe, które przylgnęły do panów w fartuszkach. I ta pierwsza część jest najbardziej rzeczowym fragmentem opracowania. Dowiadujemy się bowiem, że wolnomularstwo to siedlisko humanistycznej hipokryzji. Może nie jest to odkrycie na miarę Nobla, ale mniej zaznajomieni z tematem towarzystwa spod znaku cyrkla i węgielnicy może zdziwią się faktem stosunku masonów do kobiet. A raczej do przyjmowania przedstawicielek płci pięknej w szeregi lóż. Jak wnioskuje Grandt, pogląd ten kłóci się z ideą powszechnej równości, wolności i braterstwa. Bo co, kobieta nie człowiek? Na te i inne wątpliwości autor „Czarnej księgi masonerii” próbuje znaleźć odpowiedzi u samych źródeł, czyli w lożach wolnomularskich. Nie zdziwimy się pewnie, gdy okaże się, że tylko jedyna z nich odpowiedziała na pytania wysłane doń przez autora i to raczej dyplomatycznie. Dziennikarz nie liczył raczej, że tajne związki będą tłumaczyć się ze swoich ezoterycznych spraw; zabieg ten staje się więc tylko retoryczny. Inną wątpliwością reportera jest kwestia członkostwa w masonerii polityków różnych opcji, co kłóci się z zasadami przejrzystości. Skoro dla polityka – pyta autor – ważniejszy niż interes jego ugrupowania jest interes loży? A jeśli oba te interesy pozostają w sprzeczności, co wówczas?

Innym problemem poruszonym w „Czarnej księdze masonerii” jest kwestia włoskiej loży P2 (Propaganda due), podejrzanej o przestępstwa i w rezultacie – przynajmniej oficjalnie – zdelegalizowanej. I w tym miejscu informacje, które przekazuje autor, kłócą się z powszechnie uznanymi faktami. Mianowicie, za lewacki terroryzm Czerwonych Beretów Grandt oskarża ukryte siły… prawicowe, współpracujące z tajnymi komórkami FBI oraz NATO. Jestem daleki od naiwnego spoglądania na wymienione powyżej organizacje, ale tezy publicysty idą chyba za daleko. Miałaby być loża P2 ukrytą agendą politycznego prawego skrzydła, która zagnieździła się również w Watykanie. Jasne jest, że pewni biskupi masonerii sprzyjają czy nawet do niej należą, ale robią to (przynajmniej jeszcze na razie) wbrew oficjalnemu stanowisku Kościoła katolickiego. W każdym razie nie słyszałem, aby Franciszek odwołał encyklikę Leona XIII „Humanum genus”, zwaną potocznie encykliką o masonerii. Odnoszę więc wrażenie, że w tej części książki prawda miesza się z przypuszczeniem, a rzeczywistość z jej wyobrażeniem.


Za to najmniej ciekawą kwestią, przynajmniej z punktu widzenia polskiego czytelnika, jest rekonstrukcja dziennikarskiego śledztwa w sprawie śmierci Uwe Barschela. Jasne, że tajemnicze samobójstwa często okazują się pozorowane, i to chciał przekazać Guido Grandt, jednak analizowanie zgonu lokalnego polityka ze Szlezwika-Holsztyna nie wciągnie nikogo, kto nie zna kontekstu niemieckiej polityki landowej. Trudno więc zweryfikować teorie autora, który dochodzi do wniosku, że rzekome samobójstwo było de facto rytualnym mordem stosowanym w masonerii wobec jej wiarołomnych członków. Przedzieranie się przez meandry niemieckiej walki politycznej w latach 80., i to na poziomie lokalnym, jest istną drogą przez mękę dla każdego, kto nie jest historykiem naszego zachodniego sąsiada.

„Czarna księga masonerii” pozostawia więc niedosyt. To rozczarowanie potęguje również fakt, że Guido Grandt wcale masonerii nie uznaje za zło. Co więcej, dowiadujemy się pod koniec, że wolnomularstwo ma wspaniałe zasługi w krzewieniu idei europejskiego Oświecenia, wraz z hasłami tolerancji oraz wolności, równości i braterstwa. Jeśli nie zapomnimy, że slogan Rewolucji Francuskiej jest w tym miejscu niepełny, widzimy, po której stronie stoi Guido Grandt i że na pewno nie jest to strona Leona XIII i jego encykliki. A ci, którym wydaje się, że wolność, równość i braterstwo jest szlachetnym zawołaniem, niech doczytają, jaka alternatywa czekała tych, którzy nie chcieli zaakceptować tych wytycznych. Bowiem po tych trzech rzeczownikach pojawiała się jeszcze alternatywa: albo śmierć!

Guido Grandt, Czarna księga masonerii, tłum. M. Gawlik, wyd. Wektory, Wrocław 2010, ss. 294.

środa, 15 listopada 2017

Wojciech Lis - Metalowe wersety. Dresiarze minionej epoki

Gdyby istniał literacki odpowiednik filmowych antynagród – Malin lub Węży – główny laur powinien przypaść oficynie Kagra, która co chwilę bije rekordy niechlujności. Nie dość, że tłumaczenia są koszmarne, to jeszcze w publikowanych przez firmę książkach roi się od błędów składniowych, ortograficznych, interpunkcyjnych oraz edytorskich. Z przykrością muszę więc zauważyć, że najnowsza publikacja Wojciecha Lisa jest chyba najgorzej pod tym względem wydaną pozycją. „Metalowe wersety” są bowiem kompilacją wywiadów, które autor na przestrzeni lat przeprowadził z muzykami i animatorami polskiej sceny metalowej. Ich opublikowanie polegało na tym, że Wojciech Lis wysłał surowy tekst, a wydawnictwo puściło go bez żadnej ingerencji edytorskiej, więc z błędami wszelkiej maści. Do tego doszły jeszcze zdjęcia i skany kilku numerów pewnego zina. Jeśli wydawnictwu zależy, aby publikować książki na poziomie komunistycznej Mongolii, to niech potem się nie dziwi, że ludzie psioczą i krytykują, na przykład w tym miejscu. Szkoda zatem, że w pewnej mierze zmarnował się potencjał publikacji, która jest pierwszym tego typu materiałem dotyczącym polskiej sceny metalowej.

„Metalowe wersety” przypominają „Grunt to bunt” Grzegorza K. Witkowskiego. Tamta czteroczęściowa pozycja również stanowi zbiór rozmów, ale z osobami związanymi z festiwalem w Jarocinie. Wypowiadają się w niej organizatorzy, fani i muzycy. Ci ostatni – o bardzo różnej proweniencji. Są wśród nich przedstawiciele środowiska bluesowego, punkowego, nowofalowego, reggae, ci grający klasycznego rocka, a w końcu przedstawiciele świata metalu. I podczas lektury wszystkich tomów „Grunt to bunt” widać jedno: najmniej do powiedzenia ci ostatni. Co więcej, przedstawiciele innych środowisk muzycznych nie traktują ich do końca poważnie. Bo gdy w latach 80. kapele punkowe i nowofalowe grają zaangażowane piosenki, to metalowcy uciekają w opowieści o szatanie i do fantastyki. Ten tani mistycyzm raczej nie zadawał szyku długowłosym jegomościom w dżinsowych kurtkach. I to właśnie ci jegomoście, niezbyt poważnie traktowani przez wrażliwych społecznie muzyków, mają głos w „Metalowych wersetach”. Opracowanie to ma więc zasadniczą zaletę: stanowi gotowiec do badań socjologicznych, jest nieopracowaną surówką, z której można sobie lepić przeróżne wnioski. I jeśli jako codzienna lektura nieco męczy natłokiem podobnych do siebie wywiadów, to jako materiał badawczy jest nieocenionym rezerwuarem informacji.

W „Metalowych wersetach” wypowiadają się nie tylko muzycy (byli lub obecni), ale również organizatorzy koncertów czy wydawcy fanzinów. Wywiady dotyczą przede wszystkim lat 80., czyli okresu młodości wszystkich rozmówców Wojciecha Lisa. Sam autor współtworzył to środowisko, najpierw jako fan, potem – twórca podziemnej gazetki, wiedział więc, o co i jak pytać. Zaletą jest więc otwartość, z jaką pytani odpowiadają na zadane kwestie. Natomiast jakość tych odpowiedzi nie zawsze jest zadowalająca. Bo jeżeli w „Grunt to bunt” poziom interlokutorów był, jak wspomniałem powyżej, zróżnicowany, w „Metalowych wersetach” jedynie mniejszość ma do powiedzenia ciekawsze i mniej standardowe rzeczy. Reszta, co trzeba z całą mocą zauważyć, grzęźnie w mieliźnie intelektualnej. Pierwszym, co widać szczególnie, jest tani antykatolicyzm, rodem z Urbanowego „Nie”. Odnoszę wrażenie, że ci dorośli już ludzie, wchodzący przecież w smugę cienia, pod względem poglądów na religię pozostali zbuntowanymi nastolatkami, nieposiadającymi w dodatku żadnej wiedzy historycznej czy teologicznej. Bredzą więc to samo, co bredzili, mając lat piętnaście. Innym wątkiem, często poruszanym przez metalowców jest picie alkoholu. Panie, kiedyś to było chlanie, ale dzisiaj wątroba już nie ta – zdają się mówić.

Naturalnie jednak wątkiem głównym tych rozmów pozostaje muzyka. Grający opowiadają o trudnościach ze sprzętem, o braku możliwości wydawania płyt, monopolu Tomasza Dziubińskiego na rynku muzycznym. Obraz, jaki wyłania się z tych rozmów, jest typowym szarym okresem schyłkowego Peerelu. Płyt słucha się w kilkanaście osób, bo kosztują tyle, co pół pensji. Muzykę nagrywa się z radia: albo na kasety, albo na szpule, ucieka się również ze szkoły, aby zdążyć na ulubioną audycję. Jeździ się też na koncerty, a że jest ich niewiele, to żal opuścić każdy z nich. Widać w tych wspomnieniach pasję i zaangażowanie, których próżno by szukać dzisiaj, gdy dostępność muzyki jest nieporównywalnie większa. Rozmówcy narzekają więc na młode pokolenie, które jest inne niż trzydzieści lat temu. W tym narzekaniu przypominają starych dziadów, którzy załamują ręce nad dzisiejszą cherlawą młodzieżą. Przyznać jednak trzeba, że warunki, w których dorastali ci młodzi kiedyś chłopcy, były w latach 80. o wiele bardziej surowe. I że od człowieka z pasją wymagały o wiele więcej inwencji. Nie było sklepów z koszulkami, toteż robiono je samodzielnie. Jeśli słuchało się muzyki, to całych płyt, uczono się też na pamięć kolejności utworów i składów kapel. Z punktu widzenia dzisiejszej młodzieży słuchającej losowej listy piosenek ze smartfona jest to kompletną egzotyką.

O tym wszystkim mówią metalowcy, jednak nie różnią się w tym względzie od interlokutorów, z którymi rozmawiał Grzegorz K. Wiśniewski we wspomnianym już jarocińskim opracowaniu. Tak żywe zaangażowanie było po prostu znakiem czasów; muzykę się szanowało, bo była trudno dostępna. Ciekawy jest również w „Metalowych wersetach” zbiorowy obraz fanów muzyki metalowej. Często byli to ludzie chętni do bitki, a postrachem w całej Polsce były grupy ze Szczecina, które zachowywały się jak część dzisiejszych kibiców piłkarskich. Nierzadkie były pobicia, rozboje, kradzieże (zwane eufemistycznie krojeniem). Za nieznajomość składu zespołu delikwent mógł pożegnać się z biletem na koncert, koszulką ulubionej kapeli, a nawet zębami. Mentalność szeregowego metalowca z lat 80. do złudzenia przypominała poziom dzisiejszego dresiarstwa, a fakt ten widać w całkiem sporej części wywiadów. Sam pamiętam, że dorastając pod koniec lat 80., długowłosych widywałem nieporównywalnie częściej niż dzisiaj, a że słuchałem post-punka i nowej fali, środowisko to było dla mnie dość egzotyczne. „Metalowe wersety” zaglądają więc za tę zasłonę egzotyki i są cennym źródłem historycznym, dobitnie pokazując również pustkę intelektualną i duchową pewnej części tego środowiska.

Wojciech Lis, Metalowe wersety, wyd. Kagra, Poznań 2017, ss. 541.

środa, 8 listopada 2017

Anu Partanen - Ameryka po nordycku. Fińska teoria miłości

Spróbujmy wyobrazić sobie dwa demokratyczne państwa, które leżą na przeciwległych biegunach, nie tyle geograficznych, co mentalnych. Weźmy na początek Stany Zjednoczone – państwo, które kojarzone jest z wolnością gospodarczą, religijną oraz ogromnymi przestrzeniami. Amerykański folk, westerny, szaleństwo rewolucji obyczajowej, a z drugiej strony żarliwe chrześcijaństwo Południa. Dołóżmy teraz Finlandię, która kojarzy się z długimi nocami, rozbudowanym systemem socjalnym, surowym protestantyzmem oraz jedną z wyższych liczb samobójstw na głowę. Kulturowo kraj ten też ma o wiele mniej do zaoferowania niż USA: kino fińskie jest tak depresyjne, że bez prozacu nie sposób obejrzeć do końca żadnego filmu, najpopularniejszym zaś zespołem muzycznym jest Nightwish. Różnicę widać gołym okiem i wcale nie chodzi o to, że Nightwish jest koszmarną kapelą. Owszem jest, ale nie w tym rzecz. Należąca do wspólnoty krajów nordyckich, ale już nie skandynawskich Finlandia jest bowiem państwem opiekuńczym, w którym obywatel jest prowadzony przez rząd – od urodzenia do śmierci. W USA natomiast państwo nie wtrąca się do życia mieszkańców, w rezultacie więc mają oni więcej wolności. Stop! Jak więc wygląda rzeczywistość według autorki?

Anu Partanen, fińska dziennikarka, mieszkająca na stałe w Stanach Zjednoczonych, postarała się stworzyć kompendium wiedzy, które będzie analizą porównawczą fińskiego i północnoamerykańskiego systemu społeczno-politycznego. „Ameryka po nordycku” zbiera doświadczenia i fińskie, i te zza Wielkiej Wody, stając się cennym, nieoczywistym spojrzeniem na oba państwa. Oba zostają poddane dekonstrukcji, ale chyba bardziej dostaje się USA, mimo faktu że autorka nie kryje miłości do Stanów. Kraj ten zostaje w tym tekście ukazany jako większa plątanina biurokratyczna, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dziennikarka, porównując na przykład systemy opieki zdrowotnej, dochodzi do konkluzji, że w jej rodzinnym kraju jest ona – co prawda – państwowa, ale bezpłatna i łatwo dostępna dla każdego. Kosztem, które ponosi każdy Fin, są wysokie podatki, jednak okazuje się, że po wyliczeniach nie mamy do czynienia z przepaścią. W USA bowiem obywatel uiszcza o wiele niższe opłaty państwowe, ale za to – pomijając pewne podstawowe formy opieki dla weteranów i nędzarzy – musi bulić za wszystko niemałe pieniądze. Anu Partanen dowodzi więc, że w sumie taniej wychodzi w Finlandii.

Inną ważną sprawą, którą porusza autorka, jest edukacja. Tu również dostaje się Stanom Zjednoczonym i to nawet mocniej. Jak wieść gminna niesie, fińskie szkolnictwo ponoć nie ma sobie równych; młodzież z tego kraju corocznie zajmuje bardzo wysokie miejsca w badaniu PISA. Natomiast w Stanach edukacja publiczna pozostaje wciąż na bardzo niskim poziomie, co jest bolączką dla wielu Amerykanów. Autorka dowodzi również, że nie było tak zawsze. Opisuje rozwój fińskiej edukacji, który odbywał się stopniowo od lat 70., gdy w ewolucyjny sposób zaczęto wprowadzać odważne reformy. Jednak, co trzeba zauważyć, różnice te wynikają przede wszystkim z odmiennej mentalności obu narodów. Nie sposób przecież mechanicznie przenieść rozwiązań, które sprawdzają się w jednym kraju, do drugiego. Partanen zdaje sobie sprawę, że to tak nie działa.

Natomiast fundamentalną kwestią, która powraca w tekście niczym bumerang, jest koncepcja nordyckiej teorii miłości. Ta mentalna struktura nie obowiązuje tylko w Finlandii, ale również w innych państwach północnych. Trudno ja zdefiniować w kilku zdaniach, ale mimo to spróbujmy to zrobić. Przede wszystkim chodzi w niej o niczym nieskrępowaną wolność jednostki, która najpierw musi zrealizować wszystkie swoje cele, a potem otworzyć się na drugiego człowieka. Rezultatem jest oschłość związków, zimny chów dzieci, nietowarzyskość oraz samotność. Według nordyckiej teorii miłości małżonkom nie wolno poświęcać się za siebie. Nie wolno im tego zrobić, bo ucierpiałaby na tym ich wolność, a to przecież ona jest najważniejsza. Według nordyckiej teorii miłości liczę się przede wszystkim ja i moje pragnienia, inni zaś mogą poczekać, aż się zrealizuję. Autorka widzi w tym systemie myślowym jedynie zalety, gołym okiem zaś widać, że coś tutaj nie gra. Wystarczy chociażby przywołać „Szwedzką teorię miłości” – dokument opowiadający o rozbitych małżeństwach, dzieciach z osłabioną psychiką, smutnej starości i w końcu o zwłokach, których nikt nie odbiera z kostnicy. Dziennikarka nie spostrzega niczego niepokojącego w umieszczaniu sędziwych rodzicach w domach starców, „rodzinach” homoseksualnych oraz coraz to nowych matkach i ojcach, do których muszą przyzwyczajać się zdezorientowane dzieci. Po prostu samorealizacja uber alles!

Z jakiegoś jednak powodu pisarka wybiera Stany Zjednoczone, które chociaż także trawione chorobą liberalizmu obyczajowego, pozostały w pewnej mierze wierne tradycyjnym wartościom. Może edukacja stoi tam na niskim poziomie, może system ubezpieczeń zdrowotnych i podatki są obwarowane gąszczem przepisów, może w końcu państwo nie troszczy się o obywatela tak jak w Finlandii. Anu Partanen wybiera jednak wolność, rezygnując z dużej dozy bezpieczeństwa, której doświadczyła we własnym państwie. Ale jak widać, bezpieczeństwo to wcale nie daje Finom szczęścia. Ci i tak narzekają na rząd, na lekarzy i na szkołę. Chciałaby autorka pogodzić ogień i wodę, stąd tytuł jej opracowania. Marzy jej się trochę Finlandii w USA, przede wszystkim rozumianej jako łatwiejsze przepisy, więcej państwa w państwie oraz nordycka teoria miłości przeszczepiona na amerykański grunt. Mam jednak nadzieję, że ta ostatnia nie tylko do Stanów nie dojdzie, ale zostanie, jako cywilizacyjny rak, wyleczona w Finlandii i okolicach.

Anu Partanen, Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia, tłum. A. Czwojdrak, wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017, ss. 349.

czwartek, 2 listopada 2017

Wacław Holewiński - Szwy. Kryminał sentymentalny

Przyznam, że to było moje pierwsze spotkanie z prozą Wacława Holewińskiego. Nie sposób bowiem przeczytać wszystkiego, a że nadarzyła się okazja, aby sięgnąć po „Szwy”, zrobiłem to. Tym chętniej, że tematyka rozliczeń z komunizmem oraz historia najnowsza są mi bliskie. Lubię również bohaterów – samotnych wilków, którzy wymierzają sprawiedliwość, albo przynajmniej dążą do prawdy, obrywając przy okazji po głowie. To właśnie ci ludzie, wiedzeni „Przesłaniem Pana Cogito”, starają się odkryć tajemnice przeszłości i przy okazji dopaść paru łajdaków. Taki jest Maks, alter ego Wacława Holewińskiego, będący w podobnym wieku jak autor, mający również podobne doświadczenia życiowe. Maks jest pisarzem, byłym działaczem opozycji demokratycznej, rozwodnikiem uwikłanym w romans z młodszą o osiemnaście lat kobietą. Jest waleczny i sentymentalny, nieustępliwy i prawy, niczym Don Kichote III RP. Te wszystkie elementy kojarzą się nieco z beletrystyką Gadowskiego, Wildsteina czy Ziemkiewicza. A że wszyscy trzej są lepszymi publicystami niż prozaikami, tutaj już można się domyśleć, jaka będzie puenta. I może Holewiński ma na swoim koncie lepsze pozycje (obiecuję, że sprawdzę), natomiast „Szwy” to średnia krajowa, ot czytadło, przez złośliwych pewnie nazwane mianem prawicowego.

Przede wszystkim tytułowe szwy widzę, co z pewnością jest niezamierzone, w grubych niciach, którymi uszyte są postacie. On, Maks, jest ponury, zbolały i samotny, nawet w związku. Ona, Joanna, jest czterdziestolatką żyjącą teraźniejszością, z ojcem ubekiem w tle. Konflikt, jaki się więc tworzy, jest charakterystyczny dla powieści tendencyjnej. Z góry wiemy, kto w nim jakie pozycje zajmuje. Szkoda, bo można byłoby przynajmniej złagodzić go sarkazmem czy ironią. A w takim przypadku atmosfera przypomina kino moralnego niepokoju, w szczególności Kieślowskiego, którego – przyznaję się – nie cenię i nie jestem w stanie oglądać bez zgrzytania zębów. Celem Maksa jest odnalezienie zabójców Tomasza Miteńki, młodego studenta zamordowanego w latach 80. przez milicjantów. Cała historia jest nawiązaniem do prawdziwej tragedii, która miała miejsce w Olsztynie. Zabity faktycznie nazywał się Marcin Antonowicz i zginął w 1985 roku po mszy, która odbywała się w pierwszą rocznicę morderstwa księdza Popiełuszki. Problem, jaki powieść opisuje, jest więc ważny, tym bardziej że i powieściowi, i realni sprawcy nigdy nie zostali osądzeni. Jednak sposób, w jaki Holewiński tworzy postacie, powoduje, że cała jego opowieść staje się zbyt parciana.

Parciane są też relacje między kochankami. Poświęcam im nieco miejsca, bo bez tego nie obył się również autor „Szwów”. Powieść ta jest bowiem przykładem utworu, w którym sceny miłosne nie mają żadnego sensu, a gdy się pojawiają, stanowią osobliwy konglomerat między sentymentalizmem a biologizmem. Gdy tylko dochodzi do intymnych rozmów bohaterów, dialogi robią się drewniane. A przecież w reszcie tekstu wcale tak nie jest: pozostałe wymiany zdań są realistyczne i całkiem sensowne. W przypadku miłosnych zbliżeń postacie durnieją, a zwłaszcza Maks. Jest niczym solidarnościowy profesor Higgins z „Pigmaliona”, który chce nauczyć swoją konkubinę wrażliwości na patologie III RP. I szkoda, że powieść Holewińskiego skręca w tę romansową stronę; bez niej z pewnością wiele by zyskała.

Samo prowadzenie akcji jest w „Szwach” poprawne, ale również nie porywa. Szczególnie z powodu przewidywalności kolejnych kroków, które będzie podejmować główny bohater. Wiemy, że zależy mu na odkryciu zabójców Miteńki, a zbyt szybko dowiadujemy się, gdzie będzie ich szukał. Nie pojawia się więc w powieści niezbędne napięcie, dzięki któremu śledziłoby się akcję z większym zainteresowaniem. Maks często również bardziej snuje się niż działa, czym przypomina klasycznego polskiego inteligenta, także gęsto zaludniającego świat przedstawiony filmów moralnego niepokoju. Jak na ostrego gościa, na którego pozuje, jest jednak zbyt miękki. Przypomina Toma Hanksa w „Kodzie da Vinci”, skądinąd sympatycznego aktora, który jednak do roli detektywa zdecydowanie nie pasował. Taki jest też Maks – w gruncie rzeczy poczciwy sześćdziesięcioletni pisarz, który chciałby być większym kozakiem niż jest.

W końcu dochodzimy do części publicystycznej „Szwów”, bowiem ich bohater prowadzi zapiski zatytułowane „Dziennik z rozdartego podbrzusza” (okropna nazwa, nawiasem mówiąc). W zapiskach tych dostaje się (i słusznie!) Tuskowi, Platformie Obywatelskiej i całemu zjawisku, którym jest III RP. Jednak są one jedynie bieżącym komentarzem do wydarzeń politycznych, który za kilkanaście lat przestanie być czytelny. Cierpi na tym z pewnością literacka warstwa powieści, a szkoda, bo sam pomysł na nią uważam za trafiony. Zdecydowanie bardziej przekonują mnie utrzymane w podobnym tonie rozważania Piotra Wrońskiego, człowieka, który w latach 80. stał po drugiej stronie barykady, ale dzięki temu ma dzisiaj dość oryginalne przemyślenia. Szkoda więc, że „Szwy” są przeciętną powieścią z tezą, w dodatku obarczoną grzechem romansowego sentymentalizmu. Tematyka zbrodni komunistycznych, jak mało która, wymaga literackiego świadectwa, a nie zrobią tego ani Sylwia Chutnik, ani Cezary Michalski. Trzeba więc liczyć na to, że pisarze „prawicowi” nauczą się pisać bardziej uniwersalne historie.

Wacław Holewiński, Szwy, wyd. Zysk i ska, Poznań 2013, ss. 355.

poniedziałek, 23 października 2017

Piotr Wroński - Weryfikacja. Rozgrywanie opozycji

Gdyby Solidarność, a raczej jej liberalna część, nie dogadała się z komunistami przy Okrągłym Stole, książki takie jak „Weryfikacja” Piotra Wrońskiego nie byłyby potrzebne. Trudno też jeszcze na zimno ocenić, czy to porozumienie było konieczne, czy można było liczyć na odmienne scenariusze, które bardziej oczyściłyby Polskę z komunistycznych złogów. Jednak coraz bardziej wiadomo, że przewrót roku 1989 nie był żadną demokratyzacją, w której skruszeni komuniści z potrzeby serca oddali władzę tym, których prześladowali. Okrągły Stół był skutkiem moskiewskich ustaleń, a że potem rzeczywistość nieco wymknęła się spod kontroli, to zupełnie inna sprawa. W każdym razie romantyczna legenda o wąsatym elektryku i szlachetnym bracie pewnego stalinowskiego prokuratora mieszkającego w Szwecji niech sobie leży włożona między bajki, którymi są szkolne podręczniki do historii. Wizja ta nie ma nic wspólnego z realnym przebiegiem zdarzeń, nie obejmuje bowiem przemożnej roli sowieckich mocodawców oraz tajnych służb. „Weryfikacja” jest powieścią, autor może więc powiedzieć w niej więcej, niż byłby w stanie we wspomnieniach czy pamiętniku. Omawiany już na tych stronach Piotr Wroński to długoletni pracownik wywiadu, zarówno w PRL, jak i w III RP. Jego podejście do sprawy może wydać się cyniczne, ale przecież taka jest polityka, a transformacja ustrojowa należy właśnie do zdarzeń politycznych.

Głównym bohaterem „Weryfikacji”, podobnie jak w pierwszej części zatytułowanej „Spisek założycielski”, jest alter ego autora, tu noszące imię Paweł. Ciekawe to imię, bo kojarzące się z biblijnym świętym, który pod wpływem spotkania z Chrystusem z prześladowcy chrześcijan stał się gorliwym świadkiem nowej wiary. Nie o wiarę jednak tutaj chodzi, ale o szczerą, chociaż świecką spowiedź. Znajdziemy w powieści podobne wątki, jakie poruszał Wroński w swojej „Spowiedzi życia”, czyli rozmowie z P. Wojciechowskim. Tam mówił niewiele, tutaj przyjmując poetykę literatury pięknej, pozwala sobie na wiele więcej. Poznajemy Pawła jeszcze na początku kariery, kiedy zaczyna pracę jako absolwent szkoły dla szpiegów. Odróżnia się on od reszty współpracowników, chociażby tym, że nie ma resortowego pochodzenia. Fakt ten nieco go wyobcowuje, bohater więc już na początku przywdziewa cyniczną maskę. Wydarzenia, w których bierze udział, toczą się od roku 1987 do 1991, nie licząc krótkiego współczesnego finału. Opisane są w sposób znany z powieści szpiegowskiej, zwłaszcza pod koniec. Sensacyjność akcji łagodzą jednak dość gorzkie, niczym u Johna LeCarre, przemyślenia dotyczące ludzkiej egzystencji oraz tego, czym tak naprawdę była transformacja ustrojowa.

„Weryfikacja” rozpoczyna się opisem skomplikowanej akcji mającej na celu rozgrywanie opozycji, bowiem już pod koniec lat 80. wiadomym było, że komuniści będą chcieli się dogadać z jej „konstruktywną” (czytaj: ugodową) częścią. Pojawiają się w niej znani opozycjoniści, tutaj występujący pod pseudonimami. Pan Przewodniczący jest aluzją do Lecha Wałęsy, Michał Adamski – Adama Michnika, Bartosz Pomorski – Tadeusza Mazowieckiego. Są też inni, których rozszyfrowanie pozostawiam czytelnikom. Są tutaj również postaci z drugiej strony barykady, chociażby Kazimierz Maszczyk będący aliasem Czesława Kiszczaka. Zabieg ten intryguje i stanowi zasłonę dymną, dzięki której nikt nie będzie miał pretekstu, aby pozwać autora w procesie o zniesławienie. Przecież to tylko powieść, a bohaterowie fikcyjni nie zniesławiają nikogo, prawda? A mogliby, bo obraz opozycji, a przynajmniej jej ugodowej części, to moralna nędza i rozpacz. Chodzi tylko o władzę, o pieniądze, o profity. Naród? Robotnicy? Szarzy członkowie Solidarności? Przecież to frajerzy, o których nie warto dbać. Patrząc na to, co się stało po Okrągłym Stole, widzimy wyraźnie, że powieściowe sytuacje prawdopodobnie miały miejsce i że fikcyjne postacie są bardzo podobne do swoich realnych odpowiedników.

W „Weryfikacji” może szokować, chociaż jest to obraz znany już z innych publikacji, poziom inwigilacji antykomunistycznego podziemia. Wydaje się, że każde przedsięwzięcie podejmowane przez komórki Solidarności było znane tajnym służbom, a sporo z nich, jak chociażby kolportaż i druk nielegalnych wydawnictw, było wręcz inspirowanych przez SB. Oczy i uszy Służby Bezpieczeństwa były wszędzie, a ciche przyzwolenie na działalność tajną stanowiło element rozgrywania opozycji. Smutne to, ale chyba bardziej zgodne z prawdą niż romantyczny obraz niezłomnej walki. Romantyczni i niezłomni są tu szarzy członkowie, naiwnie wierzący w szlachetność swoich mocodawców. Ci zaś umoczeni są we współpracę z komunistami i zacierają łapska na myśl o przyszłej władzy. Cóż, można się porzygać, widząc te same twarze, które wypowiadają frazesy o walce i historycznym porozumieniu. Taka jest jednak polityka i nie ma w niej miejsca na ładne i szlachetne gesty. Pisze przecież narrator: wiedziałem też, że ludzie zaczynają się domyślać właściwego sensu Okrągłego Stołu, a kiedy zlikwidowano pierwsze fabryki, sprzedano za bezcen budynki, zamknięto kopalnie, przestali się cieszyć i rozejrzeli się za swoimi przywódcami. Powoli do nich docierało, że ci panowie w luksusowych limuzynach i popijający koniak tylko fizycznie przypominają ich majstrów i kolegów.

Powieść Piotra Wrońskiego nie pozostawia zbyt wiele przestrzeni dla optymistów. Zdaniem narratora, przemiany ustrojowe to zamiana jednego kłamstwa na drugie, tylko że zamiast „Trybuny Ludu” teraz czyta się powieściową „Gazetę Elekcyjną” prowadzoną przez Michała Adamskiego. Postać Adamskiego jest w „Weryfikacji” jednym z kluczowych elementów, dzięki któremu można zrozumieć i powieściową, i realną rzeczywistość. Adamski to cynik, układający się z komunistami i tajnymi służbami, który w swojej gazecie straszy faszyzmem i dla którego słowo „patriotyzm” jest obce. Brzmi znajomo. Może niektórzy będą mieli pretensje do autora, że jako pracownik peerelowskich służb nie ma prawa wypowiadać się na temat szlachetnych opozycjonistów. Lecz po pierwsze, „Weryfikacja” jest powieścią, a po drugie, nawet bez Wrońskiego gołym okiem widać, co reprezentuje sobą część byłej opozycji antykomunistycznej.

Piotr Wroński, Weryfikacja, wyd. Editions Spotkania, Warszawa 2015, ss. 301.