Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

niedziela, 8 stycznia 2017

Eternal Champion - The Armor of Ire. Muzyka ze świata Conana

Lubicie Manilla Road? Zaczytujecie się w Lovecrafcie? To pozostańcie przez chwilę, bo obie swoje pasje odnajdziecie na debiutanckim albumie Eternal Champion. Zespół pochodzi z USA (i bardzo dobrze!), ze stolicy Teksasu, gdzie króluje country, ale do tej stylistyki raczej się nie zbliża. Hołduje za to barbarzyńskiemu heavy metalowi i takim właśnie tekstom, w których potwory z opowiadań H. P. Lovecrafta spotykają się z wojownikami od Roberta Howarda. Zresztą rzut oka na okładkę nie pozostawia wątpliwości: ta płyta raczej nie spodoba się redaktorom zasłuchanym w falsety nadwrażliwych brodaczy z akustycznymi gitarami (szczerze nie cierpię takiej stylistyki, a widok takiego Devendry Banharta powoduje wzmożone refleksje na temat gender). Na łamy hipsterskich serwisów nie ma więc co liczyć, chociaż kto wie, co temu towarzystwu się w przyszłości spodoba? Jeśli polubili black metal (przynajmniej deklaratywnie), to może kiedyś polubią muzyczny odpowiednik Conana Barbarzyńcy.

Jeśli tęsknicie więc za tym, aby Manowar wydał w końcu porządny album, jeśli cenicie sobie nosowy wokal Marka Sheltona, jeśli robi na was wrażenie epicki charakter muzyki Warlord i przebojowość wczesnego Omen, możecie rozglądać się za „The Armor of Ire”. Co więcej, nikt nie mówi, że Eternal Champion odcinają kupony od starego grania, chociaż patrzą w stronę prawdziwego barbarzyńskiego metalu. Swoimi kompozycjami przypominają raczej zespół Sumerlands, którego debiut już zdarzyło mi się na tym blogu recenzować. Najbliżej chyba tej muzyce do Warlord, głównie ze względu na fakt, że heavymetalowy szkielet utworów został połączony z wpływami doom metalu. A Warlord na „The Holy Empire” zrobili właśnie coś podobnego. Najdalej zaś panom z Eternal Champion od Manowar. Ci pojawili się jedynie jako pewne luźne skojarzenie, nie bezpośrednia inspiracja. Muzyka Manowar, zwłaszcza na późniejszych albumach była bowiem nieznośnie napuszona i udawała więcej, niż mogła zaoferować. Eternal Champion grają zaś niezwykle naturalnie, brzmią akustycznie (kolejny to przykład, że nie trzeba uciekać się do komputerów), a ich muzyka nie jest tak patetyczna.

Ten krótki album, który nie trwa nawet czterdziestu minut, rozpoczyna najwolniejszy na płycie kawałek „I am the Hammer”, któremu najbliżej do doom metalu, a jego marszowy, powolny rytm i minorowe melodie kreują odpowiednią atmosferę. Ta zaś jest chyba najważniejszym składnikiem „The Armor of Ire”. Nawet w szybszych fragmentach albumu, takich jak „The Cold Sword” czy w utworze tytułowym ten specyficzny klimat nie znika. Dzięki temu zabiegowi blisko debiutowi Eternal Champion do debiutu Sumerlands. Do tych bardziej nastrojowych utworów należy chociażby „Invoker”, który łączy balladowe zwrotki z mocniejszym refrenem. Warto zwrócić również uwagę na ostatni (poza instrumentalną kodą) numer „Sing a Last Song of Valdese”. Takiego heavy metalu utrzymanego w poważnym nastroju nie gra się wiele, więc tym bardziej należy docenić ten niezwykle udany album. Do jego mocnych punktów zaliczam również wokale. Odpowiedzialny za nie Jason Tarpey śpiewa nosowo, nieco w stylu Marka Sheltona, jednak ma większe możliwości i w bardziej różnorodny sposób układa swoje partie. Fakt ten owocuje naprawdę niebanalnymi melodiami, których na większości heavymetalowych albumów próżno by szukać: uroczystymi, ale i elegijnymi, prosto ze świata dark fantasy. Tak się gra i śpiewa w świecie Conana Barbarzyńcy.

Eternal Champion mają do zaoferowania bardzo dużo: marszowe gitary, potężne bębny, mocne wokale i całe tony posępnego, wojowniczego nastroju. Ale to nie wszystko, bo da się usłyszeć na „The Armor of Ire” sporo oryginalności. Sam gatunek jest podobno wyeksploatowany do cna, ale co w takim razie zrobić z tą płytą? Zespół tak umiejętnie zaaranżował i skomponował te osiem utworów, że mimo wyraźnie słyszalnych wpływów album ten jest sam w sobie czymś nowym, podobnie jak już dwukrotnie wspomniany w tej recenzji debiut Sumerlands. Może więc hipsterzy zlecą się do niego jak muchy do lepu? Na zachętę powiem wam, brodaci przyjaciele, że Eternal Champion to zespół tak offowy, że ani razu nie zagrał na Offie.

Eternal Champion, The Armor of Ire, No Remorse Records 2016.

piątek, 6 stycznia 2017

Jacek Kowalski - Sarmacja. Obalanie mitów.

Gdyby wszyscy pisali o epoce staropolskiej tak, jak czyni to Jacek Kowalski, większość uczniów poznawałaby ją z wypiekami na twarzy. Natomiast przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się ona z końmi, paleniem czarownic (zespoły metalowe nawet śpiewają o tym piosenki), a bardziej wykształconemu ćwierćinteligentowi z sarmatyzmem, który utożsamia się z katolicką nietolerancją. Liczba półprawd i przekłamań dotyczących epoki staropolskiej jest wręcz porażająca, okazuje się bowiem, że większość ludzi nie wie na jej temat kompletnie nic! A ich spojrzenie na kulturę szlachecką jest wprost wywiedzione z oświecenia i składa się z wielu nieprawdziwych, przeinaczonych informacji. Czy chciałbyś Czytelniku, aby w XXV wieku, czyli pięćset lat po naszej epoce, mówiono o nas, żeśmy słuchali zespołu Akcent, jeździli pijani nad morze i głosowali na Zbigniewa Stonogę? A tak samo mówi się o kulturze sarmackiej: że to twór pijanych warchołów, którzy tylko jeździli na polowania, czym doprowadzają dziś do płaczu Adama Wajraka i „obrońców” Puszczy Białowieskiej. Należy więc przyklasnąć Jackowi Kowalskiemu, który na staropolszczyźnie zna się jak mało kto, że wziął i napisał – do tego niezwykle przystępnym językiem – „Sarmację” i obalił kilkadziesiąt mitów, które pokutują nie tylko wśród gawiedzi, ale również ludzi mieniących się wykształconymi.

„Sarmacja. Obalanie mitów” ma strukturę gawędy, czym nawiązuje do znanego gatunku literackiego tak chętnie podejmowanego przez Sarmatów. Dzięki prostemu, żywemu i nieraz dowcipnemu językowi czyta się tę pozycję jak mało które historyczne opracowanie. Te bywają najczęściej pisane w pogardzie dla przeciętnego czytelnika i najeżone są milionami przypisów. „Sarmacja” zaś adresowana jest nie tylko dla fachowca, ale przede wszystkim dla każdego. Jako tekst popularnonaukowy może sobie pozwolić na żywą metaforę czy obrazowe porównanie, a jako gawęda ma na celu przede wszystkim zainteresowanie odbiorcy. Dzięki tym prostym, wydawałoby się, zabiegom nawet laik nieobeznany w kulturze staropolskiej może się w niej zakochać. I nie wpisuje się książka Kowalskiego w postkolonialny obraz Polski jako państwa opresyjnego wobec chłopów, Kozaków i mniejszości narodowych. Podobnie jak „Winni” Dariusza Walusiaka, która próbuje odejść od gnojenia Polaków za II wojnę światową, „Sarmacja” demontuje szereg mitów, z powodu których jako społeczeństwo zaczęliśmy się wstydzić naszej historii. Bo nie mamy się czego wstydzić, a jeśli mamy jakieś grzechy na sumieniu, to podobne albo nawet mniejsze niż państwa zachodnie, które we własnej propagandzie historycznej są bez winy.

Fakt, że Jacek Kowalski obala antysarmackie mity, nie oznacza od razu, że tworzy obraz staropolszczyzny idealnej. To byłoby zbyt banalnym i – nie da się ukryć – błędnym rozwiązaniem. W żadnym miejscu publikacji autor nie pisze, że byliśmy aniołami, a że system demokracji szlacheckiej (który wcale demokracją nie był, co Kowalski udowadnia) był systemem idealnym, a nawet utopijnym. Nie przeczytamy w „Sarmacji”, żeśmy byli bez grzechu, ale dowiemy się przede wszystkim, że obraz Polski szlacheckiej wymaga wprowadzenia odcieni szarości. Banał, można by powiedzieć, ale powtarzają go przecież głowy uznawane za mądre. Tak rozprawia się między innymi autor z socjologiem Janem Sową, który za upadek Polski i Polaków wini przede wszystkim religię katolicką, upatrując w niej źródeł wszelakiej nietolerancji. Natomiast dla niektórych bolesny może okazać się fakt, że to nie polscy katolicy, a ci z Zachodu, łącznie z protestantami, mają na sumieniu o wiele więcej przewin. Okazuje się także, że to nie my od Francuzów uczyliśmy się higieny, ale w czasach, gdy w Paryżu szczało się po ścianach pałacu królewskiego, w Polsce potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod chmurką.

Obraz Polski, jaki rysuje się z kart „Sarmacji”, nie jest więc wcale obrazem zacofanym. Może pod względem technicznym i gospodarczym zostawaliśmy krok w tyle, ale w kwestii szacunku do mniejszości religijnych i narodowych to właśnie Zachód mógłby się wiele od nas nauczyć. Kowalski, pisząc o tym wszystkim, nie moralizuje, nie oburza się na poziom niewiedzy rodaków, ale operuje ciekawostkami i detalami, za ich pomocą obalając mity związane z naszą staropolską historią. Okazuje się między innymi, że zdanie o koniu, którym udowadnia się rzekomą głupotę twórcy „Nowych Aten” – Benedyktowi Chmielowskiemu – zostało przez powojennych edytorów tej późnobarokowej encyklopedii wyjęte z kontekstu i pozbawione sensu. Pisze Kowalski o religijności Sarmatów, o ich literaturze i obrzędowości, o mentalności, również o wydarzeniach historycznych i polityce, wszędzie znajdując wartości, i jak rzekłby klasyk – plusy dodatnie. Plucie na historię jest łatwe i może to robić każdy akademicki niedouk, fanatyk postkolonializmu czy kosmopolita w przebraniu zatroskanego publicysty. Natomiast trud poznania prawdy bierze się z faktów, które najczęściej nie mają nic wspólnego z ideologiami.

Jacek Kowalski, Sarmacja. Obalanie mitów: podręcznik bojowy, wyd. Zona Zero, Warszawa 2016, ss. 398.

wtorek, 3 stycznia 2017

TOP 10: Literackie podsumowanie roku 2016

Po  podsumowaniu muzycznym pora na przyjrzenie się najciekawszym pozycjom z literatury faktu, które ukazały się w roku 2016. Tradycyjnie, jak dotąd, dominuje Wydawnictwo Czarne, które reprezentują aż cztery książki. Jednak zapowiedzi wydawnicze oficyny nie napawają optymizmem; mam wrażenie, że firma zwolniła obroty. Pozostałe sześć pozycji reprezentuje sześć różnych wydawnictw: Zona Zero (dawna Fronda), Znak, Vesper, Kagra, Karakter i 3S Media. W roku 2016 dowiedzieliśmy się również, że ponad 60 % Polaków nie przeczytało ani jednej książki, co powinno dawać do zastanowienia. Z drugiej strony może faktycznie lepiej nie czytać niczego, niż obcować z arcydziełami celebrytów, którzy udają, że mają coś do powiedzenia? Zapraszam zatem do lektury!


Kościoły, o których wspomina Dennis Covington, to najczęściej małe wspólnoty, leżące z dala od uczęszczanych szlaków. To również budynki przerobione z dawnych stacji benzynowych, albo na wpół zrujnowane świątynie, w których hula wiatr. Wrażenie robi z pewnością prowizoryczność, prymitywizm i brzydota opisywanych miejsc. Nie ma w nich miejsca ani na barokowy przepych czy gotycką surowość katolicyzmu. Co więcej, nawet nie spotkamy się w nich z elegancką ascetycznością luteranizmu. Kościoły snake handlers to paskudne miejsca, w których gra się hałaśliwą muzykę i wpada w trans. Po co jeszcze zdobne portyki, ołtarze i święte obrazy. Taka brzydka świątynia jest nawet bliższa autochtonom, którzy w ciągu własnego życia również nie mają czasu na obcowanie z wyższą kulturą.


W marcu 2016 roku, 33 lata po tragedii ukazuje się – już w innych realiach historycznych – reportaż Cezarego Łazarewicza. „Żeby nie było śladów” – bo taki nosi tytuł – jest z jednej strony rekonstrukcją wydarzeń, które miały miejsce bezpośrednio po morderstwie Przemyka, jak i procesu sądowego, w czasie którego skazano niewinnych sanitariuszy. Z drugiej zaś strony jest ten tekst spojrzeniem pod powierzchnię zdarzeń i dotyczy losów samego zamordowanego, jego matki, czy świadków związanych ze sprawą. Nie ma w nim natomiast wypowiedzi Kiszczaka i Jaruzelskiego. Obaj nie żyją, a i tak nie wiemy, czy zechcieliby mówić. Odpowiedź nasuwa się sama. Zważywszy na fakt, że zwłaszcza Czesław Kiszczak, ówczesny minister spraw wewnętrznych PRL, ręcznie sterował całym procesem, wydaje się, że miałby wiele ciekawego do powiedzenia.


„Tajemnice watykańskich proroctw” starają się więc balansować pomiędzy zdrowym sceptycyzmem a naturalnym dla prostej wiary przeświadczeniem o prawdziwości cudów i wizji. Autor konfrontuje przeciwne sobie stanowiska badaczy i ekspertów, opisując takie zjawiska jak relikwie, objawienia maryjne, Całun Turyński, opętania diabelskie, cuda oraz proroctwa. Zbiór sześciu rozdziałów obszernie charakteryzujących wymienione wyżej zagadnienia zdaje się z grubsza kompletować najważniejsze kategorie zjawisk nadprzyrodzonych spotykanych w Kościele katolickim. Zamieszczone w nich wypowiedzi zainteresowanych ekspertów oscylują, jak wspomniałem powyżej, pomiędzy podejściem sceptycznym, a irracjonalizmem.


Diagnozę rozpadu Republiki Francuskiej widać w wielu tekstach, a jednym z nich są „Emiraty francuskie” Bogdana Dobosza, autora, który od ponad dwudziestu lat współpracuje z tygodnikiem „Najwyższy Czas!”. Przywołana we wstępie teza o początkach śmierci Francji w momencie rewolucji znajduje potwierdzenie w tym, co pisze autor. Co więcej, wskazuje on na absurdalne resetowanie historii w oficjalnym jej przekazie. I tak, dzieci i młodzież nie uczą się już ani o Ludwiku XIV, ani o Napoleonie. Przyjemność ta spotkała z pewnością również Karola Młota. W Kościele francuskim nie obchodzi się już wspomnienia Joanny d’Arc. To tak, jakby w naszych szkołach nie uczyć niczego o Chrobrym i Sobieskim.

6. Jacek Kowalski - Sarmacja. Obalanie mitów

Gdyby wszyscy pisali o epoce staropolskiej tak, jak czyni to Jacek Kowalski, większość uczniów poznawałaby ją z wypiekami na twarzy. Natomiast przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się ona z końmi, paleniem czarownic (zespoły metalowe nawet śpiewają o tym piosenki), a bardziej wykształconemu ćwierćinteligentowi z sarmatyzmem, który utożsamia się z katolicką nietolerancją. Liczba półprawd i przekłamań dotyczących epoki staropolskiej jest wręcz porażająca, okazuje się bowiem, że większość ludzi nie wie na jej temat kompletnie nic! A ich spojrzenie na kulturę szlachecką jest wprost wywiedzione z oświecenia i składa się z wielu nieprawdziwych, przeinaczonych informacji.


W poszukiwaniu kodu kulturowego tamtych lat autorka „Duchologii polskiej” sięga nieraz po zjawiska tyle osobliwe, co zupełnie zapomniane, jak jakieś efemeryczne zespoły discopolowe, czy chałupnicze tłumaczenia powieści fantastycznych. Zauważa mimowolny surrealizm i kamp, również w modzie na wahadełka, różdżki, przepowiednie czy hipnozy Kaszpirowskiego. Nie dworuje sobie jednak wzorem młodzieńców zafascynowanych muzyką alternatywną i estetyką kiczu lat 80., ale stara się zrozumieć, co się wówczas działo. Bo era polskiej duchologii, przypadająca na czas między 1988 a 1994 rokiem, w zasadzie znikła z naszych ulic.


Szansę tę daje „Legenda żeglujących gór”, niezwykły ni to reportaż, ni to relacja z podróży po Italii i jej austriackim, szwajcarskim i słoweńskim pograniczu. Autor porusza się szlakiem alpejskim i zamiast robić rzecz oczywistą, nie zagląda w znane turystom i użytkownikom internetu miejsca. Odwiedza za to zapadłe mieściny, na wpół opustoszałe wioski, w których zatrzymał się czas, i wdaje się w rozmowy z ludźmi, o których współcześni Rzymianie po prostu nie wiedzą. Jest przy tym dość krytyczny wobec własnego społeczeństwa, twierdząc, że zerwało ono więź z naturą i zafascynowało się współczesnym pędem do kariery i sukcesu. Można w tym wyczuć naturę lewicowca i owszem, Paolo Rumiz nie ukrywa swoich przekonań politycznych, ale czyni to na tyle subtelnie, że w efekcie nie zniechęca do lektury konserwatywnego czytelnika.


Oddać trzeba autorowi szacunek, że udało mu się nakłonić do zwierzeń kilkudziesięciu radiowców z różnych pokoleń, wśród których znajdziemy i Marka Gaszyńskiego, i Marka Niedźwieckiego, i Bogdana Fabiańskiego, ale i Przemysława Popiołka, i Bartosza Donarskiego czy Piotra Wierzbickiego. Wypowiadają się na łamach książki również Roman Rogowiecki, Grzegorz Brzozowicz, Maciej Chmiel, Hirek Wrona, Przemysław Thiele, Paweł Sito i wielu innych, również muzyków z metalowych i rockowych składów. Te złote czasy radia, jak trzeba by powiedzieć za Woody Allenem, stają się w opowieściach rozmówców Lisa wiekiem świetności, do których ci powracają z nostalgią. W takim przypadku zawsze trzeba sobie zadać pytanie, na ile ta nostalgia odnosi się do czegoś faktycznie dobrego, a na ile jest ględzeniem starych dziadów, że kiedyś to, panie, było lepiej.


Jako że Wiesław Weiss jest znawcą muzyki rockowej, dużo uwagi poświęcił na muzyczne pasje Tomasza Beksińskiego, czego do końca nie widziała Magdalena Grzebałkowska. Na kartach książki bohater jest maniakiem muzyki, ale również filmu. Z jednej wizyty w Londynie potrafi przywieźć kilkadziesiąt kaset wideo. Posiada obszerną płytotekę, która – co ciekawe – po jego śmierci została przewieziona do radiowej Trójki i leży tam do dziś w zapyziałym magazynku, rozparcelowana w kilku kartonach. Fakt ten mówi więcej o dziedzictwie Beksińskiego, niż niejedna mądra analiza psychologiczna. Bowiem radiowiec żył w świecie wykreowanym przez piosenki zbójeckie. Nawet nie książki (jak Gustaw u Mickiewicza), bo tych – jak opowiada u Grzebałkowskiej jedna z jego kobiet – w zasadzie nie czytał.


Nie było na naszym rynku wydawniczym jeszcze książki tak uważnie przypatrującej się mormonom i mormonizmowi jak „Pod sztandarem nieba” Jona Krakauera. W tym na poły reportażu, a na poły opracowaniu historycznym autor przypatruje się nie tylko narodzinom nowej amerykańskiej religii, ale jej rozwojowi, a co więcej – licznym schizmom, które charakterystyczne są dla każdego wyznania. Jest autor agnostykiem, który na końcu tekstu wyznaje swoje zwątpienie, z tego chociażby powodu jest chłodny w opisywaniu faktów. Ani nie widzi działalności diabła w konkurencyjnym wobec chrześcijaństwa ewangelikalnego kościele, ani nie opisuje gorąco, od wewnątrz, ale bez dystansu, dziejów mormonizmu. Jedna i druga strona będzie miała więc za złe autorowi, że ten zbyt chłodno opisał ten nowy, intrygujący laika ruch religijny.

niedziela, 1 stycznia 2017

TOP 20: Muzyczne podsumowanie roku 2016

W pierwszym dniu nowego 2017 roku zapraszam do zapoznania się ze ścisłą dwudziestką najlepszych płyt minionych już dwunastu miesięcy. Tak się złożyło, że dominuje w niej muzyka metalowa, ale nie jest ona jedynym gatunkiem, który zagościł w tym podsumowaniu. Pamiętajcie jednak, że ten osobisty ranking nie każdemu musi przypaść do gustu; zachęcam więc do komentowania.

 20. Testament - Brotherhood of the Snake

Podsumowanie rozpoczyna nowy album Testament, który pokazuje lekką zwyżkę formy w stosunku do poprzednich wydawnictw zespołu. A na nich nie było czego słuchać. „Brotherhood of the Snake” to wciąż amerykański thrash metal, tym razem bez ballad, ale i deathmetalowych ciągotek. Szczęściem dla tej płyty są po prostu dobre piosenki i słyszalna radość grania. Przeszkadza tylko plastikowe brzmienie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.


19. Fuath - I

Fuath to Andy Marshall, czyli jednoosobowy projekt z Wielkiej Brytanii. Okładka debiutanckiej płyty zwiastuje albo jakieś hipsterskie niesłuchalne plumkanie w stylu Bon Iver, albo black metal. I ten drugi wariant jest doskonale słyszalny. Debiut Fuath zawiera cztery długie transowe utwory, w których słychać przede wszystkim leśne granie. Vemod czy wczesny Ulver to dobre tropy. 



18. Metal Church - XI

Powrót Mike’a Howe’a do kapeli był dobrym pomysłem, ponieważ na swoim jedenastym albumie Amerykanie z Metal Church brzmią świeżo, w niepowtarzalny sposób łącząc motywy heavymetalowe z mocniejszym thrashem. Śpiew Howe’a jest, jak za starych lat, zadziorny i mocny, same utwory dzielą się na szybkie petardy oraz bardziej rozbudowane, bardziej epickie kompozycje.



17. Helstar - Vampiro

Dziesiąty album Helstar nie tylko utrzymuje poziom poprzednich krążków grupy, ale dodatkowo go podnosi. Na „Vampiro” zespół powrócił do wątków z klasycznego „Nosferatu”, czyli Drakuli i jego wesołych przygód. Muzyka kapeli jest niezwykle intensywna, mroczna, a w dodatku mało melodyjna, co czyni ten album jednym z bardziej udanych heavymetalowych wydawnictw tego roku.  



16. Katatonia - The Fall of Hearts

Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek zespół ten wejdzie do podsumowania, ale jak widać, zdarzają się czasem dobre zmiany. Katatonia nadal smęci, ale w muzyce zespołu zagościła długo niesłyszalna witalność. To już nie tylko łagodny rock dla żegnających się z nadzieją, ale również bardziej rozbudowane utwory, w których więcej się dzieje. Nie chcę pisać o progresywności, bo to słowo ma złą prasę.
15. Trees of Eternity - Hour of the Nightingale

Nad debiutem Trees of Eternity unosi się widmo tragedii, ponieważ wokalistka kapeli – Aleah – zmarła w tym roku na raka. Muzyka zawarta na „Hour of Nightingale” to klimatyczny doom metal z damskim wokalem, co z definicji powinno ją wykluczyć z tego rankingu. Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że trzonem zespołu jest gitarzysta Swallow the Sun, czyli kapeli grającej najbardziej wieśniacki doom metal na tej planecie. Natomiast pierwsza i ostatnia płyta Trees of Eternity to muzyka niezwykle elegancka, stonowana i bardzo smutna. 

14. Wovenhand - Star Treatment

Kilka lat temu pojawiła się krótkotrwała moda na tę kapelę, ale zgasła tak samo szybko jak zabłysła. Lider zespołu, David Eugene Edwards, już od kilku lat konsekwentnie zmienia swoją muzykę, która z akustycznej, gotyckiej americany ewoluuje w jej połączenie z mocniejszym rockiem. A mnie się takie hałaśliwe oblicze Wovenhand bardzo podoba, bo przywołuje nie tylko uroki amerykańskiej prowincji, ale i surowość sali koncertowej.


13. Flotsam and Jetsam - Flotsam and Jetsam

Melodyjny thrash metal, który uprawia ta amerykańska kapela, to wciąż, jak się okazuje, dobry materiał, z którego uszyć można świetny album. Tym bardziej, że tym razem zespół bardziej śmiało poczyna sobie w thrashowej materii, a niektóre utwory są najostrzejsze od czasów debiutanckiej płyty. Nie ma tu oczywiście mowy o powrocie do przeszłości, ale jest za to mocne przełożenie akcentów, z posępnego heavy/power metalu na żywiołowy thrash.


12. Death Angel - The Evil Divide

Death Angel skreśliłem już osiem lat temu, po “Killing Season”. Zespół nagrywał kolejne nudne i jednostajne płyty, na których nic mnie nie interesowało. Stąd „The Evil Divide” to nie lada niespodzianka: pełen werwy, zróżnicowany, świetnie zagrany i zaaranżowany thrash metal, który nie tylko nie nudzi, ale powoduje, że najchętniej wraca się do tej płyty raz po raz. 



11. Krypts - Remnants of Expansion

Drugi album tych fińskich deathmetalowców jest wyraźnym krokiem w kierunku atmosfery. Zespół zwolnił tempo, dociążył brzmienie, zredukował melodie do minimum, czym spowodował, że przez słuchacza przetaczają się kolejne ciężąrówki gruzu. Jeśli do tego dodamy jeszcze atmosferę, która przywołuje pustkę wszechświata, powstanie bardzo dobry deathmetalowy strzał. Szkoda tylko, że taki krótki. 


10. Blood Incantation - Starspawn

Podobnie jak płyta z pozycji 11, debiut Blood Incantation jest bardzo krótkim albumem. Jak się okazuje po kontakcie ze „Starspawn”, można grać techniczny death metal, który pozbawiony jest wszelkich grzechów tego gatunku, a przede wszystkim plastikowego brzmienia. Kapela brzmi bardzo naturalnie, a to, co wyprawia się w tych utworach, prowokuje pytania o granice muzycznej wyobraźni. 


9. Schrottersburg - Ciało

Drugi album płockich nowofalowców to kontynuacja debiutu, ale w bardziej ascetycznym nurcie. Z zimnej muzyki kapeli znikły wszystkie ozdobniki i niepotrzebne melodie. Pozostał za to sam rytm, który kojarzy się z „Pornography” The Cure. Do tego miarowy puls basu i oszczędna praca gitary przepuszczonej przez maszynkę do robienia echa. Bardzo dobry kierunek, w którym liczy się przede wszystkim trans.


8. Eternal Champion - The Armor of Ire

Jeśli heavy metal ma przetrwać, to dzięki zespołom takim jak Eternal Champion. Zero tandetnych melodii, zero europejskiego brzmienia, zero grania do piwa. Ci Amerykanie grają gdzieś na pograniczu epickiego doomu i klasycznego heavy, dzięki czemu ich muzyka zaskakuje nietypowymi rozwiązaniami oraz bardzo wojowniczą atmosferą. Tu się nie stawia włosów na żel, ale filozofuje się za pomocą młota.



7. Sumerlands - Sumerlands

Podobny styl uprawia również kolejny debiutant, czyli Sumerlands. Ich album również zaskakuje i również nie zawiera niczego, co kojarzy się z europejskim, a zwłaszcza niemieckim metalem. Zespół nie gra topornych piosenek dla tępych odbiorców, ale łączy heavy metal z doomem, a nawet słyszalnymi przez niektórych wpływami gotyckiego rocka. Osobiście ich nie słyszę, ale być może jest coś na rzeczy.



6. High Spirits - Motivator

I znów heavy metal, ale tym razem przechodzący płynnie w hard rock i przywołujący nostalgię za latami 80. Chris Black, twórca i animator tego w zasadzie jednoosobowego projektu, postanowił ożywić ducha klasycznego amerykańskiego grania i udało mu się to jak mało komu. „Motivator” ma w sobie sporo elementów kiczu, ale wykorzystanych świadomie, co kojarzy mi się z podobnymi eksperymentami ze świata filmu.


5. Voivod - Post Society

Skoro dziś nagrywa się albumy trwające po pół godziny, dlaczego pominąć pięcioutworową epkę nagraną przez Voivod? Zespół dzisiaj jest na fali wznoszącej i znów nagrywa muzykę, która znalazła się na jego klasycznych albumach jak „Dimension Hatross” czy „Nothingface”. „Post Society” to pięć utworów technicznego, trudnego w odbiorze metalu, który łączy w sobie odważne struktury utworów, punkową energię oraz chłodną, kosmiczną atmosferę.

4. David Bowie - Blackstar

“Blackstar” okazał się pożegnalnym albumem Bowiego, co było dość dużym zaskoczeniem, gdyż artysta skrywał przed światem swoją chorobę nowotworową. Bowie pożegnał się ze światem w najlepszy z możliwych sposobów: nagrał album ambitny, niekomercyjny, pełen odniesień do muzyki awangardowej jak free jazz czy ambient. Nie jest to jednak muzyka, która operuje formą bez treści, artysta nagrał bowiem album, który umiejętnie połączył odważne poszukiwania z przystępną formą.

3. Khemmis - Hunted

Khemmis to młody zespół z USA, który już na swoim debiucie pokazał, w jaki sposób grać doom metal. Muzycy czerpią z tradycji Black Sabbath, spoglądają w stronę bagien Luizjany (sludge) oraz zadłużają się u Candlemass (epicki doom metal). Dzięki temu połączeniu okazało się, że w doom metalu nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Dodatkowym atutem „Hunted” są bardzo melodyjne i podniosłe partie wokalne.


2. Fates Warning - Theories of Light

Miejsce drugie należy się amerykańskim muzykom z Fates Warning, którzy udowadniają, że metal progresywny można grać po pierwsze, bez instrumentów klawiszowych, po drugie, bez karkołomnych solówek, a po trzecie bez eksponowania własnego ego. „Theories of Light” to album, który nie zadowoli fanów Dream Theater, ale z pewnością przyniesie sporo radości słuchaczom klasycznego heavy metalu. Bo metal na tej płycie to główny element.


1. New Model Army - Winter

Peleton zamykają weterani postpunka i nowej fali, New Model Army, którzy pokazują, że wartością w muzyce rockowej jest dzisiaj dojrzałość. Młode zespoły nie buntują się przeciwko niczemu, ale grają w talent show, lukę zajmują więc pokolenia ich rodziców. „Winter” to ścieżka dźwiękowa do upadającej cywilizacji europejskiej, która łączy w sobie punkową energię, folkową wrażliwość, naturalne, nieskażone komputerami brzmienie i ambitne poszukiwania muzyki alternatywnej. Nie ulega wątpliwości, że zajmuje ona w pełni zasłużone pierwsze miejsce.

czwartek, 29 grudnia 2016

Howard Sounes - Lou Reed. Zapiski z podziemia

Nigdy nie wgłębiałem się specjalnie w twórczość Lou Reeda, nie wiem nawet, czy z powodów artystycznych, czy po prostu nie było mi po drodze. Naturalnie, wiem od dawna, kim był artysta, i wcale nie chodzi mi o wydany wspólnie z Metalliką album „Lulu”. Zdaję sobie również sprawę, że Velvet Underground – kapela, w której Reed debiutował – to ważne zjawisko na popkulturowej scenie. Jednak, sięgając po amerykańskich bardów piosenki, zawsze wolałem Johnny’ego Casha, który wydawał mi się mniej zblazowany od jego nowojorskiego kolegi. Ta moja ignorancja być może uratowała mnie przed szokiem, który wiąże się z lekturą biografii rzeczonego artysty, wydaną przez młode wydawnictwo Kosmos Kosmos, prowadzone przez Kazimierza i Karolinę Staszewskich (skądś znamy to pierwsze nazwisko, prawda?). Brak więc jakiegokolwiek emocjonalnego stosunku do Lou Reeda, ani negatywnego, ani pozytywnego, okazał się dobrym kluczem do obiektywnej lektury „Zapisków z podziemia”. Potraktowałem ją nie jako życiorys idola, doskonale znanego z muzyki, ale jako biografię ciekawego człowieka, żyjącego w jeszcze ciekawszych czasach, bo tak widzę lata 60. i 70. ubiegłego stulecia, szczególnie w Stanach Zjednoczonych.

A były to lata burzliwego  rozkwitu kontrkultury, erupcji rockandrolla i rewolty hipisowskiej. Znajomość historii każe patrzeć na tę romantyczną epokę z dużą dozą krytycyzmu, jednak nie zmienia to faktu, że były to lata interesujące. Bohater główny „Zapisków z podziemia”, w tamtym okresie rozpoczynający karierę artystyczną, do idei hipisowskich odnosił się jednak z dużą rezerwa. Bardziej niż noszenie kwiatów we włosach i protestowanie przeciwko wojnie, interesowały go intelektualne aspekty życia. W swoich tekstach do końca życia pozostał nadwrażliwym erudytą, który za maską okrucieństwa ukrywał miękkie wnętrze. Bardziej niż uliczne protesty interesowała go intelektualna atmosfera salonu skupiającego przyjaciół Andy’ego Warhola i samego malarza. Tam czuł się dobrze, do czasu, kiedy nie skłócił się z samym mistrzem. Tę kłótliwość nosił w sobie od początku do końca życia, a jedynym jego harmonijnym związkiem było małżeństwo z Laurie Anderson, do którego doszło już w podeszłym wieku artysty. Wcześniej dopuszczał się i zdrad, i rękoczynów, i grubego słowa. W życiu prywatnym był bowiem skrajnym egoistą i hedonistą, ale czego spodziewać się po stereotypowym artyście?

Czytając „Zapiski z podziemia”, miałem wrażenie obcowania z artystą modernistycznym, przeniesionym w czasie o niemal stulecie. Bohema, do której należał Reed, jest przecież identyczna w każdym czasie i skupia niedopasowanych do świata nadwrażliwców, którzy zamiast nad sobą pracować, woleli dusić się we własnym sosie i poklepywać po plecach. Skoro więc świat ich nie rozumiał, sami nie mieli obowiązku z tym światem koegzystować. Życie Reeda było więc wypadkową tych idei. Istnym cudem jest fakt, że artysta przeżył siedemdziesiąt lat ostrych ekscesów alkoholowych, narkotycznych i seksualnych. W każdym obszarze nadużywał i stąpał po krawędzi. Czytając opisy balang, w których uczestniczył, nie sposób nie poczuć niesmaku. To jednak nie wszystko. Reed w dodatku nie szanował ludzi, z którymi współpracował, był apodyktyczny i niesprawiedliwy w osądach. Znamienne są powtarzające się w książce opinie osób, które poczuły ulgę po zakończeniu współpracy z tak trudnym partnerem. Kolejnym negatywnym aspektem życia Lou Reeda, o którym wspomina autor, było jego nieuregulowane życie erotyczne, w tym biseksualizm.

Jednak biografia ta nie skupia się na skandalach, chociaż od nich nie stroni. Dużą rolę gra w niej muzyka, co jest naturalne. W końcu mówimy o wokaliście, gitarzyście, kompozytorze oraz autorze tekstów piosenek. Ta część życia Reeda jest tutaj opisana bardzo sprawnie, ale czasem dość skrótowo. Poznajemy artystę jeszcze przed założeniem Velvet Undergound, potem autor przedstawia krótkie losy zespołu, a najwięcej uwagi poświęca karierze solowej muzyka. Ta zaś obfitowała w wiele rozczarowań, zrywanych kontraktów płytowych, kiepskich recenzji i determinacji. Rozczarowania wiązały się ze słabą sprzedażą albumów i złymi recenzjami. Wydając kolejną płytę, Reed liczył na odmianę losu, jednak ten był dla niego niespecjalnie łaskawy. Tylko kilka razy udało mu się odnieść sukces, z którego byłby zadowolony. W USA pozostawał artystą niszowym, a największe triumfy odnosił w Europie, zwłaszcza we Włoszech. Do jego fanów należał chociażby Vaclav Havel, nieżyjący już pierwszy prezydent Czech. Ciekawym faktem jest również historia powstania eksperymentalnego albumu Reeda – „Metal Machine Music”, będącego kamieniem milowym w rozwoju hałaśliwej awangardy. Potrzebując wywiązać się z kłopotliwego kontraktu, muzyk potrzebował jeszcze jednego albumu. Jako że nie miał pomysłów, postanowił się odwołać do żartu. Więcej nie zdradzę, natomiast śmieszny jest dzisiejszy zachwyt nad „Metal Machine Music”, któremu ulegają fani głębokiej alternatywy.

„Zapiski z podziemia” są więc interesującym i dobrze napisanym (problemem jedynie są przecinki, ale to kwestia korekty) tekstem biograficznym, który można poznać bez większej znajomości twórczości Lou Reeda. Ten zaś ukazuje się na kartach książki jako naprawdę niegrzeczny chłopiec, jednocześnie antypatyczny i fascynujący, bo złożony z wielu sprzeczności. Te pokomplikowane losy przedstawione są na szerokim tle kulturowym współczesnych Stanów Zjednoczonych. I na koniec warto zaznaczyć, że nierzadko zdarza się, aby książka poświęcona muzyce rockowej posiadała indeks osobowy. W tym przypadku się pojawił, za co wydawcy należą się dodatkowe brawa.

Howard Sounes, Lou Reed. Zapiski z podziemia, tłum. J. Mackiewicz, wyd. Kosmos Kosmos, Warszawa 2016, ss. 494.

piątek, 23 grudnia 2016

High Spirits - Motivator. Łyk ożywczego spirytusu

Czy można wydać trzy płyty z rzędu i wszystkie świetne? Jeśli jest się Chrisem Blackiem, jest to możliwe. Sztuki takiej dokonał High Spirits, zespół, w którym Black obsługuje gitary, bas, perkusję i śpiewa, czyli robi absolutnie wszystko. Ale kto zna zespoły takie jak Nachtmystium, Pharaoh i Dawnbringer, wie, że człowiek ten nie stroni od różnych stylów muzycznych. Ale jego zainteresowania to głównie heavy i black metal, więc style dość od siebie odległe. Najbardziej eklektycznym jego zespołem jest bardzo interesujący Dawnbringer, natomiast High Spirits to hołd dla hard rocka i heavy metalu lat 80. Wyraźnie słychać w tej muzyce echa Thin Lizzy, Skorpions, wczesnego Def Leppard czy Saxon, a nawet łagodniejszych dźwięków opisywanych jako AOR (adult oriented rock – rock dla dziadów a la Foreigner). Wydany pięć lat temu debiutancki album „Another Night” okazał się nie lada sensacją na metalowej scenie, chociaż w zapatrzonym w ekstremalne dźwięki naszym kraju furory nie zrobił. Co więcej, gdy duża część europejskiego heavy metalu granego przez stare kapele brzmi obecnie sztucznie za sprawą zbyt skompresowanego dźwięku, High Spirits jest ożywczym spirytusem w natłoku skisłego, śmierdzącego siarą wińska.

W starej Europie liczą się przede wszystkim zespoły familijne, czyli Sabaton, Avantasia lub Hammerfall, grające i dla młodzieży, i dla jej rodziców, dla których heavy metal to kwadratowe brzmienie i disneyowskie melodie. Nie od dzisiaj wiadomo, że za Oceanem gra się po prostu lepiej, może to kwestia przestrzeni, którą oferuje ten ogromny kraj. High Spirits wpisuje się więc w ten naturalnie brzmiący, melodyjny heavy metal i hard rock. Słuchając trzeciego albumu zespołu, zatytułowanego „Motivator”, trudno zresztą określić granicę, gdzie jedna stylistyka się kończy, a druga zaczyna. Bardziej hardrockowy jest z pewnością niezwykle przebojowy „Do You Wanna Be Famous”, za to pierwszy po krótkiej introdukcji kawałek „Flying High” to stuprocentowy heavy metal! Z kolei „Haunted By Love” zaczyna się miarową perkusją i dudniącym basem w stylu Judas Priest z początków lat 80. skrzyżowanym z Def Leppard. High Spirits jest więc wehikułem czasu, który wiezie swoich słuchaczy wprost do początków ósmej dekady lat 80., gdy jeszcze nikomu nie śniło się o death metalu, a kapele thrashowe kupowały pierwsze instrumenty. Trzydzieści lat temu Chris Black z kolegami wypełniałby stadiony, dziś gra w swojej niszy, w której czuje się pewnie i nie potrzebuje rozgłosu.

A dlaczego „Motivator” jest tak dobrym albumem? Z tych samych powodów co „Another Night” i „You Are Here” – poprzednie płyty kapeli. Każdy utwór zawarty na najnowszym krążku mógłby być przebojem, każdy jest bardzo melodyjny i chwytliwy, każdy również zaskakuje wykonawczym luzem i radością grania. Tu nie trzeba udowadniać swojej awangardowości, ani ścigać się w biegu po sławę i pieniądze, tu gra się płynący prosto z serca hard & heavy. Brzmi to wszystko naturalnie i szczerze, bo nie wpisuje się w żadną obowiązującą modę. Dźwięk na albumie jest żywy, pozbawiony komputerowego wspomagania, chociaż nie mam pojęcia, jakich zabawek użyto w studiu. Nawet gdyby nagrywano z użyciem elektroniki, fakt ten nie przeszkadza, bo w ogóle go nie słychać. Piosenki brzmią więc niezwykle energicznie, a krótki czas trwania albumu (niewiele ponad pół godziny) powoduje, że chętnie słucha się go kilka razy z rzędu.

Tradycyjny heavy metal podobno nie ma już nic do zaoferowania. Owszem, jeśli liczy się na starych wyjadaczy z wymienionych na początku kapel, tak to pewnie wygląda. Inaczej sprawa ma się z High Spirits. Tutaj, niczym na okładce „Motivatora”, lot dopiero się zaczyna.

High Spirits, Motivator, High Roller Records, 2016.

środa, 21 grudnia 2016

Khemmis - Hunted. Doommetalowa niespodzianka

Miesiąc temu jeszcze nic nie wiedziałem o zespole Khemmis. Nie wiem, jaki wniosek z tej informacji wyciągnie czytelnik, ale jestem przekonany, że zdecydowana większość tych, którzy patrzą w tej chwili na te słowa, również nic o tym zespole nie wie. A to poważny błąd. Na ile poważny, ocenić można po zetknięciu się z muzyką kapeli. Tę zaś tworzą czterej panowie z Denver w Stanach Zjednoczonych. Grają doom metal, a na swoim koncie mają dwie płyty, z których pierwsza ukazała się rok temu. W październiku zaś ujrzał światło dzienne następca debiutu „Absolution” – „Hunted”. Ja jednak dowiedziałem się o tym wszystkim zupełnie przypadkowo, z internetów. Przeglądając jutuba, natknąłem się bowiem na podpowiedź zilustrowaną wyjątkowo barwną, komiksową okładką. Ci, którzy zainspirowani obrazkami, sięgali po płyty, wiedzą, o czym piszę. Im bardziej ciekawy obraz, tym bardziej niebanalnej spodziewamy się muzyki. Chociaż często to prawo zawodzi, w przypadku Khemmis sprawdziło się, i to z nawiązką. Jasne, że ilustracja przedstawiająca starego dziada i towarzyszące mu kościotrupy na koniach nie zwiastuje poezji śpiewanej, więc przygotowany byłem na spotkanie z muzyką metalową.

Jak wspomniałem już we wstępie, zespół Khemmis gra doom metal. I słysząc doom metal, najczęściej podpowiadamy w myślach: Black Sabbath i Candlemass. Kapele inspirowane przez zespół Iommiego zwykle przemycają bluesowe nawiązania, a ich muzyka spowita jest narkotyczną atmosferą. Te zaś, które za swoich mistrzów obrali Szwedów z Candlemass, skupiają się z kolei na kreowaniu podniosłej atmosfery, natomiast ich utwory mają charakter minorowych pieśni. I tak w uproszczeniu trzeba by nakreślić dwa główne nurty tradycyjnego doom metalu. Khemmis zachwycił zaś faktem, że nie mieści się jednoznacznie po żadnej ze stron. Jak się okazuje, można zrobić na tyle duży rozkrok, aby połączyć rockową naturalność Black Sabbath z wystudiowaną elegancją Candlemass, przy czym nie brzmiąc jak inne grupy inspirujące się wyżej wymienionymi kapelami.

Gdy Khemmis zaczyna grać w średnich tempach, bardziej przypomina zwolnione o połowę Thin Lizzy, niż ponurą gromadkę Black Sabbath. Gitarowe riffy, chociaż ciężkie i naturalnie brzmiące, różnią się nieco od toporności wygrywanych przez Tony’ego Iommiego. Główna różnica bierze się z faktu wykorzystywania ornamentyki dźwiękowej, tak charakterystycznej dla pierwszej z wymienionych kapel. Efekt jest bardzo ciekawy, szczególnie gdy na tle ciężkich riffów gitara prowadząca zaczyna grać harmoniczne, złożone z dwudźwięków solówki. Natomiast gdy zespół zwalnia tempo, serwując ponure pieśni, nie skręca w stronę heavymetalowych melodii, a raczej wciąż pozostaje w rejonach melodyki bardziej rockowej, a nawet klasycznej. Te drobne, wydawałoby się, zabiegi powodują, że Khemmis jest grupą oryginalną, mimo że wciąż porusza się w bardzo wąskim gatunku muzycznym, jakim jest doom metal.

Na omawiany materiał składa się pięć utworów, które trwają niewiele ponad czterdzieści minut, co w doom metalu jest normą. Nikt tutaj nie zamierza się spieszyć, więc do wysłuchania całego albumu potrzeba cierpliwości oraz chęci zostania z muzykami dłużej niż radiowe trzy minuty. Głównym atutem, oprócz intrygującej muzyki, o której było przed chwilą, jest wokal Phila, który – podobnie jak na ostatnio recenzowanym przeze mnie debiucie Sumerlands – nie pieje falsetem, osiągając wysokie rejestry. Głos wokalisty jest naturalny: ani przesadnie wysoki, ani niski, potrafi jednak zabrzmieć przejmująco. Phil śpiewa, jak to mówią, pełną piersią, co nadaje hymnicznym utworom kapeli wyjątkowo szlachetnego charakteru. Potrafi także na tle dość prostych gitarowych riffów położyć trudne i niebanalne linie melodyczne, dzięki którym utwory kapeli są tak wyjątkowe. Niekiedy, we fragmentach „Candlelight”, „Three Gates” i „Beyond the Door”, pojawiają się agresywne partie, których w porównaniu do debiutanckiego albumu jest zdecydowanie mniej. I chyba dobrze, bo dzięki temu „Hunted” brzmi spójnie. Na „Absolution” bowiem dominował sludge wymieszany ze stonerem, tutaj akcent położony został jednak na klasyczny doom metal.

Poprzednie zdanie nie świadczy jednak wcale, że „Absolution” był złym albumem. Wręcz przeciwnie, ostatnio nieczęsto się zdarza, aby kapela wydała rok po roku dwa bardzo dobre krążki. Jednak „Hunted” w porównaniu z debiutem brzmi bardziej tradycyjnie, czego dowodem jest ograniczenie wrzeszczących wokali do minimum. W rezultacie drugi album Khemmis jest jednym z jaśniejszych punktów na scenie metalowej w bieżącym roku. Aby się o tym przekonać, nie trzeba wiele. Wyłączcie w końcu na chwilę nową Metallikę (którą oceniam coraz niżej) i odważcie się wejść w świat Khemmis. Zostaniecie tam na dłużej, a stary mag z okładki przyśni się wam niejeden raz.

Khemmis, Hunted, 20 Buck Spin, 2016.

wtorek, 13 grudnia 2016

Roman Kostrzewski - Głos z ciemności. Przygody wesołego diabła

Jeśli pamiętacie lata 80., to może obiła wam się o uszy nazwa zespołu Kat. Nazwa ta wymieniana była jako jeden z mocniejszych straszaków na niegrzeczne dzieci, a jego wokalista Roman Kostrzewski został naczelnym satanistą Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Tylko inaczej jak dziś Adam Darski – naczelny satanista III RP, Kostrzewski nie ubierał się w ciuchy dla dziewcząt, nie nosił fikuśnej brody i nie fotografował się na zakupach tekstylnych. Kostrzewski był długowłosy, spocony i nawiedzony. Mówił od rzeczy, ale jak się wydarł, to od razu budził respekt. I nie zamierzam w tym miejscu odnosić się do zjawiska satanizmu, które uważam za ideologię wyjątkowo prymitywną, gdyż opartą na zwulgaryzowanej filozofii Nietschego – człowieka, który żył i umarł zupełnie nie tak, jak głosiły jego nauki. Odszedł z tego łez padołu, na wpół obłąkany i nękany przez chorobę weneryczną. Bycie panem samego siebie, które postulował niemiecki myśliciel, wykpił już sam diabeł w „Mistrzu i Małgorzacie”, więc nie będę się znęcał nad uznającymi tak satanistami, dla których czort (bo mówimy przecież nie o religii, tylko systemie myślowym) jest symbolem życia wolnego i swawolnego, za które najlepiej nie ponieść żadnych konsekwencji. I gdy czytałem kilka lat temu wywiad-rzekę ze wspomnianym wyżej liderem zespołu Behemoth, doszedłem do wniosku, że jego słowa to rojenia pyszałka, który chciałby zostać blackmetalowym poetą doctus. Natomiast zupełnie inne wrażenie zrobił na mnie Roman Kostrzewski.

Chociaż widziałem już kilka wywiadów telewizyjnych, których udzielił wokalista Kata, dopiero ten długi wywiad przeprowadzony przez Mateusza Żyłę uzmysłowił mi złożoność jego osoby. Wcześniej miałem go za wesołka, który nie do końca wie, co mówi, natomiast teraz widzę, że Kostrzewski wydaje się człowiekiem pogubionym. I owszem, nie mówi o tym wprost, ale dlatego ma się rozum, aby czytać również pomiędzy wierszami. A między nimi kryje się sporo odpowiedzi. Satanizm Kostrzewskiego jawi się więc najpierw jako wejście w rolę silnego człowieka, który ma za sobą dzieciństwo spędzone w sierocińcu. Jest to maska, która zakrywała również trudne relacje z matką – alkoholiczką, której zdarzało się sypiać z wieloma mężczyznami i łączyć te zachowania z żarliwą religijnością. O dzieciństwie opowiada więc Kostrzewski bardzo chętnie, przywołując lata środkowego Peerelu, gdy dookoła wszystko było przaśne i bylejakie. Bohater wywiadu nie należał również do wybrańców losu, którzy mieszkając w Warszawie lub Trójmieście, mieli dostęp do przywożonych z zagranicy płyt. Jego droga do muzyki była więc odmienna od tej, o której opowiadali muzycy Dezertera czy Brygady Kryzys. Zresztą, metalowcy, w odróżnieniu od wczesnych punktowców, wywodzili się najczęściej ze środowisk robotniczych, w których takie cymesy jak zachodnie płyty nie były dostępne.

„Głos z ciemności” są więc chronologiczną podróżą przez PRL i III RP, poczynając od młodości, pierwszych prób muzycznych, ale i trudnych lat, gdy Kostrzewski, pracując w kopalni, został organizatorem strajku. To biografia typowo śląska, z kopalnianym epizodem, a potem fascynacją muzyką metalową. Nieprzypadkowo w tym rejonie Polski metalowców było najwięcej. Tych bowiem nie inspirował artystowski klimat stolicy, ani nie pociągały awangardowe poszukiwania chłopaków z Gdańska. Może właśnie dlatego teksty Kata i innych zespołów metalowych prawie nigdy nie odnosiły się bezpośrednio do systemu politycznego panującego w Polsce Ludowej. Na całej scenie alternatywnej to właśnie metal był najbezpieczniejszym wentylem dla władz: poruszał bowiem tematykę diabelską i fantastyczną, słowem – uciekał od rzeczywistości. O tym też wspomina Roman Kostrzewski, który doprawdy jest wspaniałym gawędziarzem. Co więcej, o żadnych diabłach nie mówi, te natomiast przyszły do jego tekstów wprost z twórczości Tadeusza Micińskiego, liryka polskiego modernizmu, który miał wyjątkowo fatalny gust poetycki. Już wiadomo, skąd w tekstach Kostrzewskiego umiłowanie dla kiczu i fascynacja obciachem estetycznym.

Jeśli więc ktoś niezaznajomiony z tematem spodziewa się po „Głosie z ciemności” sensacyjnych, a nawet kryminalnych wynurzeń rockandrollowego muzyka, muszę go w tym miejscu rozczarować. Nieporównywalnie większe rzeczy były udziałem Rolling Stonesów, Iggy’ego Popa czy Lou Reeda. Nasz satanista Roman jest przy nich wszystkich spokojnym, niewadzącym nikomu obywatelem III RP, który ma – co prawda – pokomplikowane życie osobiste, ale żadnych skandali na koncie. Czyta książki, chodzi po górach, gra muzykę, ale z pewnością nie jest osobowością medialną. Jego diabelskie deklaracje trzeba by zatem brać w nawias i dzielić przez dziesięć, dlatego chociażby, że Kostrzewski podczas rozmowy ani razu nie dyszy nienawiścią do nikogo, nawet do katolików. Większych satanistów znajdzie się wśród naszych celebrytów, którzy biorą śluby kościelne, ale łykają wódę litrami, a w weekendy wąchają kokę.

Roman Kostrzewski, Głos z ciemności, rozm. M. Żyła, wyd. Sine qua non, Kraków 2016, ss. 329.

czwartek, 8 grudnia 2016

Testament - Brotherhood of the Snake. Odwagi, stare dziady!

Nie wierzyłem, że ten album się uda. Gdy osiem lat temu Testament wracał po dłuższej przerwie, mając na koncie wydany jeszcze w XX wieku świetny album „The Gathering”, srodze się rozczarowałem. I nie chodzi o fakt, że „The Formation of Damnation” nie był tak intensywny jak jego poprzednik. Przecież „The Ritual” z 1992 roku udowodnił, że w łagodnych odmianach muzyki metalowej panowie radzą sobie doskonale. Natomiast ostatnie dwie płyty Amerykanów wydane zostały dla Niemców, a ci z natury są sentymentalni, zwłaszcza zaś fani metalu. Skąd ten sentymentalny wymiar tych albumów? Otóż, zespół połączył w nich wszystkie swoje oblicza: i to wczesne, thrashmetalowe, i to środkowe, łagodniejsze, w końcu również drobne ciągoty do bardziej ekstremalnego grania, które pojawiały się na „Low” i „Demonic”. Zrobił to zaś, uśredniając cały rezultat. I zamiast usłyszeć elektryzujący thrash metal, mogliśmy spożyć letnią papkę, technicznie doskonale zrealizowaną, ale niebudzącą żadnych emocji. W dodatku na poprzedniej płycie – „Dark Roots of the Earth” kapela niepotrzebnie wydłużyła utwory. Nie czekałem więc na „Brotherhood of the Snake”, ale z ciekawości posłuchałem promujących go utworów.

I tu nie było niespodzianki. Ujawniony jako pierwszy numer z nadchodzącego albumu utwór tytułowy ani mnie nie zachwycił, ani nie zniesmaczył. Ot, przeciętny kawałek z plastikowym brzmieniem dla łysiejących metalowców. Potem pojawił się „The Pale King”, który bardzo dobrze rozwijał się do połowy, potem koncertowo tracił impet. Pół dobrej piosenki na dwie nie rokowało dobrze, więc postanowiłem nie zawracać sobie głowy nowym Testamentem. Jednak splot okoliczności spowodował, że jakimś cudem przesłuchałem „Brotherhood of the Snake” i powoli się do niego przekonałem. Nie, nie jest to płyta wybitna, bo za takie uważam „The New Order”, „The Ritual” oraz „The Gathering”, ale jest niezła, w porywach dobra. Zespół przełamał impas, który pojawił się na poprzednich wydawnictwach i chociaż wiadomo, że najlepsze chwile ma za sobą i prochu już nie wymyśli, uznaję jego najnowszą płytę za udaną. W kontekście całego wydawnictwa te dwa znane już przedtem utwory nie brzmią nawet tak źle, jak na początku. Starsi panowie postarali się, aby ich muzyczna wizja tym razem była spójna i przekonująca.

Zacząć trzeba od tego, że „Brotherhood of the Snake” jest płytą nierówną i bez żalu można by wyrzucić z niej kilka utworów. Do najmniej przekonujących punktów programu należą z pewnością „Stronghold” (wbrew tytułowi) i „Black Jack”. Są po prostu przeciętne: ani agresywne, ani specjalnie melodyjne. Natomiast melodyjności nie można odmówić najłagodniejszemu na płycie, niezwykle rytmicznemu, nagranemu w średnich tempach „Born in a Rut”. O taki Testament walczyłem – powiedziałby bohater marszów KOD. Walczyłem również o taki Testament, jaki usłyszeć można w Neptune’s Spear” – bezdyskusyjnie najlepszym utworze na płycie, który iskrzy się od pomysłów, w tym gitarowych solówek, i radości grania. Natomiast do najbardziej dynamicznych kawałków należą rozpędzone niczym radziecki czołg „Centuries of Suffering” i ostatni na płycie „The Number Game”. Te numery śmiało pasowałyby na „The Gathering”. Cieszy mnie również fakt, że Chuck Billy śpiewa, co prawda agresywnie, ale melodyjnie, zaś partie bardziej agresywne pojawiają się jako ozdobniki. Dzięki temu udało się uzyskać jednoznacznie thrashmetalowe oblicze albumu.

Co mi jeszcze do końca nie pasuje, to brzmienie. Przecież grają tu takie tuzy jak geniusz gitary basowej – Steve DiGiorgio i geniusz perkusji – Gene Hoglan. Natomiast dźwięk na płycie jest plastikowy, co powoduje, że bas słychać zupełnie w tle, a perkusja staje się brzmieniowo jednorodna. Przydałoby się w tę muzykę wpuścić trochę więcej powietrza, w czym pomógłby – paradoksalnie – mniejszy budżet. Rozumiem, że tendencje w nagrywaniu komercyjnych odmian metalu i rocka są takie, aby jak najbardziej kompresować dźwięk, ale z tego powodu barwa większości albumów staje się nie do odróżnienia: tracą one swój indywidualny charakter. Młode, podziemne kapele ten błąd pojęły już jakiś czas temu i starają się, szczególnie w death czy black metalu, zabrzmieć organicznie, natomiast starym dziadom brak odwagi, by podjąć ten krok. Niemieccy fani się obrażą? Osobiście bym się nie przejmował. W końcu ci mają swojego Kreatora, który na kilku ostatnich płytach przygrywa im bawarskie melodyjki do piwa.

Testament, Brotherhood of the Snake, Nuclear Blast 2016.

wtorek, 6 grudnia 2016

Filip Springer - 13 pięter. Mieszkaniowy pat

Mieszkać każdy gdzieś musi. Jedni wynajmują, inni biorą kredyty, szczęściarze dziedziczą, nieliczni wygrywają nagrody pieniężne i własne lokum kupują za gotówkę. Nie dziwi więc, że problem mieszkaniowy odmieniany jest przez wszystkie przypadki, dotyczy przecież całego społeczeństwa. A że nasi rządzący nie radzą sobie z nim nie od dzisiaj, jest truizmem. Nie radzono sobie z nim w PRL, również po transformacji ustrojowej kwestia ta przerosła wielokrotnie moc oraz inwencję naszych państwowych włodarzy. I skoro za socjalizmu realnego mieszkanie się dostawało, czekając nań kilkanaście lat, to w III RP trzeba je sobie kupić. Nieważne, że króluje podejście ze znanego powiedzonka „zastaw się, a postaw się”. Zapomina się za to o innej maksymie: „dobry zwyczaj, nie pożyczaj”. Od ponad dziesięciu lat wiodące media ustami tak zwanych ekspertów i wysługujących się bankom pseudo-dziennikarzy ekonomicznych namawiały Polaków do zapożyczania się na kilkadziesiąt lat tylko po to, aby ci byli niby na swoim.

Sprawę tę poruszył Filip Springer, znany już z innych reportaży dotyczących polskiej architektury. Aby było bardziej pikantnie, dodać trzeba, że publikuje autor w „Gazecie Wyborczej”, tej samej, która szła na czele frontu zachęcającego do brania kredytów hipotecznych. Jak okazało się w wielu przypadkach, udzielonych osobom bez zdolności kredytowej. Reportaże zebrane w „13 piętrach” dotyczą wszelakich patologii związanych z naszym chorym rynkiem mieszkaniowym. Dotykają bulwersujących historii o czyścicielach kamienic, którzy uprzykrzając życie lokatorom, zmuszają ich do opuszczenia swoich mieszkań. Opowiadają historie małżeństw, które po rozwodach zostały razem, bo połączył ich kredyt, silniejszy niż wcześniejsza decyzja o byciu ze sobą do końca życia. Mówią o wynajmujących lokale, którzy borykają się z brudem, złymi warunkami oraz kłopotliwymi właścicielami. Nad wszystkim zaś unosi się widmo propagandy sukcesu, który został nam wmówiony przez liberalne media. Przecież jeszcze niedawno krzyczano o 25 latach wolności i związanej z nimi dumie. Przecież to nie krasnoludki opisują Polskę jako lidera przemian w dawnym obozie państw zależnych od Związku Radzieckiego. Czynią to politycy rządzącej partii oraz dziennikarze periodyku, w którym publikuje autor. Skoro jest tak świetnie, dlaczego w Wilnie koszty utrzymania mieszkania wynoszą mniej niż dziesięć procent domowego budżetu? A to podobno Polska jest liderem przemian.

Z tym, co przedstawia Springer słowami swoich rozmówców, opowiadających niekiedy wstrząsające historie, nie sposób się nie zgodzić. Sytuacja jest nienormalna i nie zanosi się na jej poprawę. Autor krytykuje pośrednio utrudnienia, jakie narzucono Towarzystwom Budownictwa Społecznego oraz osławione rządowe programy dopłat do lokali, które spowodowały tylko wzrost ich cen. Jedna rzecz natomiast mrozi. Mowa o krytyce uwłaszczenia lokali. Gdyby nie ta może i niedoskonała decyzja, większość Polaków mieszkałaby u Niemca. O tym wspomina jeden z rozmówców autora i – rzecz jasna – ubolewa, że tak się nie stało. Warto na ten fragment zwrócić uwagę, bo pokazuje on myślenie decydentów, którzy wszystko, co polskie, chcieliby wyprzedać, a z narodu uczynić niewolników. Wydaje mi się, że między wierszami autor „13 pięter” zgadza się, niestety, z takim myśleniem. Jest tu jeszcze jeden szczegół, chociaż lepiej powiedzieć, że chodzi o pierwszą połowę książki. Autor opisuje w niej, wykorzystując materiały archiwalne, sytuację budownictwa mieszkalnego w XX-leciu międzywojennym. Widać z niej, że kłopoty z dostępem ludności do lokali występowały także wtedy. Nie wspomina jednak Filip Springer, że inna była natura tych braków. Wówczas odzyskaliśmy własną państwowość i suwerenność, próbując po 123 latach niewoli na nowo stworzyć państwo. A dzisiaj po okresie już dłuższym niż lata 1918-1939 sytuacja jest zbliżona, co więcej, mam wrażenie, że dzisiaj państwa nikt nie buduje, a kolejne ekipy rządzące rozwalają tylko to, co zostało jeszcze we względnym ładzie. Nie wiem, jakie wrażenie ma wywołać zestawienie II oraz III Rzeczypospolitej. W dodatku jako bohaterowie pozytywni występują w tej części Wanda Wasilewska i Bolesław Bierut, jako obrońcy robotników, którzy walczą o godne warunki życia dla ludzi pracy. Obrzydliwość!

Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że książki nie polecam. Wręcz przeciwnie, dzięki części dotyczącej współczesności stanowi ona zestaw argumentów sprzeciwiających się tym, którzy nadal kredyt hipoteczny utożsamiają z dojrzałością. „13 pięter” ujawnia cyniczne zagrania bankowców i naszych liberałów, którzy wmówili narodowi, że jedynie własne, kupione na kredyt mieszkanie jest oznaką dorosłości i wartości człowieka. O tych, którym się nie udało i zostali z gigantycznym długiem, lepiej jednak nie wspominać, bo być może ktoś się rozmyśli i pieniędzy już nie pożyczy. A to strata i dla banku i dla deweloperów. Jest w końcu „13 pięter” oskarżeniem 25 lat przemian ustrojowych, które zupełnie przespały kwestię polityki mieszkaniowej. Na ile jest to indolencja, na ile celowe działanie, autor nie odpowiada.

Filip Springer, 13 pięter, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 273.

czwartek, 1 grudnia 2016

Sumerlands - Sumerlands. Siła epickiego metalu

Wytwórni Relapse do tej pory z heavy metalem nie kojarzono. To zasłużona już dla ekstremalnego metalu stajnia, znana przede wszystkim z nieortodoksyjnych odmian łomotu jak grindcore, mathcore czy sludge. Jedno łączy zdecydowaną większość albumów wydanych przez tę firmę: zero popeliny, a zamiast jałowych wycieczek w stronę metalowej konfekcji dla Niemców konkretne dźwięki, pełne szaleństwa i pasji. Obecność heavymetalowego bandu może w tym kontekście dziwić, bo nurt ten – już do cna wyeksploatowany – z awangardowymi poszukiwaniami nie ma nic wspólnego. Jednak, jak pokazuje debiutancki album pochodzącej z niebytu kapeli Sumerlands, można nagrać heavymetalowy krążek, który daleki jest od średniej światowej. Próżno na nim szukać radosnych melodyjek jak u Finów z Sonaty Arktiki, próżno również tęsknić za kwadratowym graniem w stylu Sabatona (swoją drogą, że do tej pory nikt jeszcze nie dał im medalu z kartofla za bycie najgorszą kapelą heavymetalową wszech czasów?). Sumerlands to album zapatrzony w złote lata czystego jak łza heavy metalu, ale z drugiej strony jest w nim coś dziwnego.

Zespół ten dla znających się na rzeczy nie powinien być jednak tworem anonimowym, gdyż za śpiew odpowiedzialny jest w nim niejaki Phil Swanson, autor wokaliz na płytach domowego Atlantean Kodex. Ci, którzy znają tę kapelę, mogą spodziewać się, że na debiucie Sumerlands nie będzie również żadnych piszczących, falsetowych partii. Są również tacy, którzy porównują jego wokal do Carla McCoya z Fields of the Nephilim. Osobiście sądzę, że to porównanie dokonane jest nieco na wyrost, ale rozumiem intencje. Śpiew Swansona jest bowiem głęboki, a bardziej niż weterana gotyckiego rocka przypomina wokale Briana Rossa z legendy brytyjskiego heavy metalu – Blitzkrieg. Jest w podobny sposób niewymuszony i słychać w nim emocje dojrzałego człowieka. Miejscami jego barwa przypomina również późnego Ozzy’ego Osbourne’a – bardziej z solowych płyt, niż z Black Sabbath. Jeśli do tej interesującej i mało typowej jak na klasyczny heavy barwy dodamy bardzo ciekawe, nieco melancholijne melodie, rzecz jawi się naprawdę interesująco. Między innymi z tego powodu stwierdziłem na początku, że „Sumerlands” jest płytą nieco dziwną.

Tę dziwność słychać jeszcze w konstrukcji gitarowych riffów, czerpiących z dokonań brytyjskiego heavy metalu lat 80., ale i od grup amerykańskich jak Queensryche czy Omen. Słychać więc w tej muzyce i echa prostego, melodyjnego metalu i grania bardziej progresywnego, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co dzieje się między wierszami. Nie jest to więc muzyka agresywna, ale dość stonowana, nie epatuje nadmiernym hałasem i zgiełkiem, jak czynią to niezgrabnie zespoły niemieckie. Brak tu również kwadratowych zagrywek i przesadnie cyfrowego brzmienia. To ostatnie w tradycyjnym graniu przeszkadza jak mało co, powodując, że muzyka brzmi bezdusznie. I jeżeli pamiętacie debiut Amerykanów z Züül, możecie w dobry sposób określić to, co dzieje się na pierwszym albumie ich kolegów z Sumerlands. Z jedną różnicą: Züül byli barbarzyńscy, nieokrzesani i dzicy, a Sumerlands są szlachetni i stonowani. Jednych i drugich zaś łączy dbałość o porządne melodie, akustyczne brzmienie i nostalgia za złotymi latami heavy metalu. Już pierwszy riff rozpoczynający „The Seventh Seal” – pierwszy numer na płycie – przywołuje „Ain’t Talking ‘bout Love” Van Halen, a dalej jest równie szlachetnie. Utwory płyną (szkoda, że jest ich tylko osiem, w tym instrumentalne outro na koniec), łącząc w sobie i siłę, i smutek. Szkoda tylko, że album kończy się po trzydziestu dwóch minutach.

Sumerlands, Sumerlands, Relapse Records 2016.

środa, 23 listopada 2016

Dariusz Walusiak - Winni. Odtrutka na Grossa

Ponad dwadzieścia lat wyrabiania polityki historycznej w duchu zbiorowego wstydu musiało zrobić swoje. Mianowicie, wielu uwierzyło, a przede wszystkim liberalno-lewicowi intelektualiści, że bycie Polakiem łączy się z odwiecznym antysemityzmem, a naród nasz w czasie wojny nie robił niczego innego, jak tylko wydawał Żydów w ręce – nie Niemców – nazistów. W robocie tej przydatne były książki Grossa czy artykuły w gazecie, której imienia wymawiać nie wolno, stawiające tezy, że patriotyzm jest jak rasizm, a powstańcy warszawscy zabijali Żydów. Nie dziwi się fakt, że próby zmiany tego historycznego paradygmatu na bardziej zniuansowany spotyka się z histerycznym wyciem salonowych piesków. Na nic grube tomiszcza, zwane dla niepoznaki reportażami, z których wynika, że polski chłop nie robił niczego, jak tylko uganiał się po swoim polu za Żydami, aby odprowadzić ich na najbliższy posterunek policji – nie niemieckiej – nazistowskiej. Na nic gadanie o innych stodołach, poza Jedwabnem. Nawiasem mówiąc, przypominam, że jakoś nikt poza tym niechlubnym wyjątkiem żadnej innej stodoły nie wskazał. Od kilku lat na szczęście zaczęła zmieniać się narracja, czego wcale nie łączę ze zmianą parlamentarną. Zaczęto głośno mówić o Żołnierzach Wyklętych, a na Polaków w czasie okupacji przestano patrzeć jak na tych, których bano się bardziej niż Niemców. Mimo faktu, że salonowi oskarżyciele Polski i polskości nadal gardłują, ich głos jest już jednym z wielu, a jego znaczenie powoli się zmniejsza.

Ten stan rzeczy zawdzięczamy Janowi Markowi Chodakiewiczowi, Ewie Kurek czy autorowi omawianej pozycji – Dariuszowi Walusiakowi. Jego „Winni” to popularna w formie i treści publikacja dotycząca niełatwych wzajemnych relacji między Polakami a Żydami, począwszy od okresu międzywojennego, aż po drugą wojnę światową. W tym miejscu można by jednak postawić zarzut w stosunku do autora, ale jego odparcie nie będzie specjalnie trudne. Zarzut ten dotyczyć może rozłożenia akcentu, z czego wynika, że postawy szmalcownictwa praktycznie nie istniały, a Polacy nie mają sobie niczego do zarzucenia. To dość jednostronne stanowisko trzeba jednak wytłumaczyć faktem, że „Winni” mają być odtrutką, która faktycznie skupia się na szlachetnych postawach, ale ich uwypuklenie wcale nie musi oznaczać, że zdarzały się w naszym społeczeństwie wręcz przeciwne zachowania. Tyle gwoli wprowadzenia w tematykę książki.

Dariusz Walusiak prowadzi narrację w sposób chronologiczny, rozpoczynając od trudnych lat przedwojennych, w których niechęć do Żydów była zjawiskiem ogólnoeuropejskim, a co ważniejsze – wzajemnym. Istnienie żydowskich bojówek napadających na gojów jest bowiem coraz większym tabu, a w politycznie poprawnych opowieściach nie istnieje. I zdarzało się przecież, jak wspomina autor, że przedwojenni narodowcy, niechętni wobec Żydów z powodów ekonomicznych czy politycznych, podczas wojny angażowali się w ich ratowanie. Znany jest przecież przypadek Zofii Kossak-Szczuckiej, która była główną organizatorką Żegoty. A co zrobił Czesław Miłosz, oskarżający lud Warszawy o zabawę na karuzeli postawionej bezpośrednio przy murach getta? Co więcej, przez myśl mu nie przeszło, aby wspomnieć w swoim oskarżycielskim wierszu („Campo di Fiori”), kto tę karuzelę stawiał, i że wcale nie byli to Polacy. Gdy przychodzi do opisywania działań wojennych, Walusiak stara się nakreślić jak najdokładniej tło wydarzeń, które wcale nie są oczywiste nawet dla ludzi z maturą. Ci najczęściej powtarzają kilka frazesów (jeśli w ogóle wiedzą o II wojnie światowej), w których powtarzają się rzeczowniki: Hitler, Holokaust i Hiroszima.

Taki prosty wykład jest więc potrzebny, nawet po to, aby uporządkować argumenty, które mogą być przydatne w dyskusji z licznymi jeszcze pedagogami wstydu. A przecież zdanie Polacy zabijali Żydów jest tak samo logicznie niepoprawne jak to, że Żydzi zabijali Polaków. W UB przecież nacja ta stanowiła nadreprezentację i piszą o tym nawet historycy lewicowi. Po prostu z faktami się nie dyskutuje. Walusiak stara się więc cierpliwie tłumaczyć, że czym innym było działanie szmalcownika, który wydawał Żydów dla pieniędzy, czym innym działanie partyzantki komunistycznej, która takie grzechy miała na sumieniu, a czymś zupełnie innym wyrok państwa podziemnego na Żydzie, który swoich współbraci denuncjował Niemcom. Poza tym autor wiele miejsca poświęca na kwestie tak oczywiste, jak ratowanie Żydów. I znów tłumaczy, że w całej Europie tylko w naszym kraju za te działania groziła śmierć na miejscu – całej rodziny. I przypomina, który naród ma w swoim gronie najwięcej Sprawiedliwych. I wcale nie jest to Francja. Czytając Walusiaka, frustrujemy się, że przez ponad dwadzieścia lat postkomunistycznej Polski akcentowano i wyolbrzymiano tylko te złe rzeczy, tak jakby chciano wmówić nam, że jesteśmy narodem sprawców. Trzeba mieć nadzieję, że ta narracja odejdzie w zapomnienie, w parze z pewną gazetą, której imienia wymawiać nie wolno.

Dariusz Walusiak, Winni. Holokaust i fałszowanie historii, DW Rafael, Kraków 2016, ss. 444.

sobota, 19 listopada 2016

Metallica - Hardwired... to Self-Destruct. Znowu w siodle?

Metallica jest jak Lech Wałęsa. Niegdyś wielka, dzisiaj próbująca co jakiś czas zaznaczyć fakt, że nadal jest zjawiskiem ważnym. I podobnie jak w przypadku Wałęsy, zasługi tego amerykańskiego zespołu są skutkiem genialności czy wizjonerstwa, ale rzemieślniczego, robociarskiego podejścia do rzeczywistości i ogromnego wyczucia chwili. Nazwani w latach 80. królami thrash metalu, chłopcy z Metalliki zapełniali stadiony, powodując westchnienia dziennikarzy muzycznych, do tej pory interesujących się popem. W 1991 roku, wydając „Czarny album”, ci już dojrzali, ale jeszcze nie zdziadziali panowie, udowodnili, że popkultura jest odpowiednim miejscem dla zespołu metalowego. I to nie tylko kwestia koszmarnej ballady „Nothing Else Matters”, ale całego albumu, który był pożegnaniem z estetyką thrash metalu i szokiem dla wielu fanów. Szok ten pogłębił się pięć lat później, gdy światło dzienne ujrzał „Load”, ostatni dobry (osobiście uważam go za najlepsze, co zdarzyło się Metallice w ich karierze) album zespołu, na którym estetykę metalową bardzo umiejętnie połączono ze światem bluesa, country, grunge, a nawet amerykańskiego songwritingu. I w tym momencie skończyła się wielka Metallica.

Rok później ukazał się suplement do wyżej wymienionej płyty – „Reload” – po czym nastąpił etap odcinania kuponów, czyli składanka coverów (stara epka wzbogacona o ponad godzinę nowego materiału) i niesłuchalny album koncertowy „S & M”, na którym brzmienie Metalliki zderzyło się z orkiestrą symfoniczną. Osobie, która wpadła na łączenie metalu z symfonią, należałoby zafundować jakieś karne wczasy połączone ze słuchaniem najbardziej groteskowych zespołów tego typu. O pierwszym powrocie Metalliki do korzeni zaczęło się mówić w roku 2003, gdy zespół wydawał „St. Anger”. I chociaż trzeba pochwalić panów za otwartość na eksperymenty, przyznać trzeba, że ten akurat okazał się nieudany. Drugim powrotem do korzeni miał być przedostatni album studyjny „Death Magnetic” („Lulu” nie liczę), ten zaś zirytował wielu fanów kiepskim brzmieniem i potworną nudą lejącą się z głośników. Co z tego, że muzyka kapeli była tutaj szybsza i bardziej metalowa, nie sposób było przesłuchać jeśli całości albumu? I do trzech razy sztuka, bo najnowszy krążek kapeli „Hardwired… to Self-Destruct” miał być kolejnym powrotem do korzeni.

Na pierwszy ogień poszedł tytułowy singiel, który trwał zaledwie trzy minuty i stanowił dość groteskowy przykład produktu metallikopodobnego. Ta, bardziej wprawka muzyczna, niż kompozycja kapeli aspirującej do bycia zjawiskiem, łączyła w sobie thrashmetalowy riff i melodię żywcem zapożyczoną od jakiegoś kampusowego punkrockowego zespołu z USA. Potem okazało się, że płyta zawierać będzie prawie 80 minut muzyki i ukaże się na dwóch krążkach. Z lektury listy kawałków wynikało, iż reszta numerów będzie dość długa, co napawało raczej obawą niż nadzieją. Wielu spodziewało się szeregu nudnych „kloców”, jakie pojawiły się na „Death Magnetic”. Niespodziewanie dwa następne ujawnione kawałki spotkały się z optymistycznym przyjęciem. „Moth into Flame” i „Atlas, Rise!” emanowały bowiem niespotykaną od dawna w Metallice energią i radością grania. Pojawiły się w nich nawet thrashmetalowe riffy; ten drugi w dodatku mógł zaskakiwać cytatami z twórczości Iron Maiden. Te trzy piosenki sugerowały, że zapowiadany album jawił się jako realny powrót do thrashu, i w tym miejscu wielu żywiło nadzieje na taki obrót spraw. W końcu nadszedł 18 listopada i można było zweryfikować swoje oczekiwania.

Ci, którzy spodziewali się ponownego romansu kapeli z estetyką thrash metalu, mogą poczuć zawód. Bowiem oprócz przedpremierowych piosenek jedynie utwór finałowy – „Spit Out the Bone” – można było w ten sposób zaklasyfikować. W dodatku kawałek ten jest niezaprzeczalnie najjaśniejszym momentem omawianego albumu: jest agresywny i zadziorny. Jaka jest więc reszta „Hardwired”? Patrząc na album całościowo, przyznać trzeba, że najbliżej mu do okresu pomiędzy „Czarnym albumem” a „Load”, z pewnymi nielicznymi spojrzeniami w przeszłość. Nie ma jednak mowy ani o agresji „Kill’em All”, ani o ponurych melodiach wypełniających „Master of Puppets”. Te bardziej bezpośrednie i szybkie fragmenty płyty i tak są dość łagodne i możliwe do zaakceptowania przez szerokie audytorium, które metalu nie słucha, czyniąc wyjątek jedynie dla bohaterów tej recenzji. Na płycie dominują więc tempa wolniejsze i dość ciężkie riffy, odnoszące się do takich utworów jak „Sad but True” czy „Wherever I May Roam”. Takimi udanymi powrotami do tej stylistyki są „Dream No More” i „Murder One”. Słychać w nich w dodatku wpływy Corrosion of Conformity czy nowe oblicze Alice in Chains. Dzięki temu są niezwykle chwytliwe i przywołują nieśmiertelne dziedzictwo Black Sabbath. Pozytywnie zaskakuje również najdłuższy na płycie „Halo of Fire”. W tym ośmiominutowym kawałku wyraźnie usłyszeć można trzyczęściową strukturę i kilka zdecydowanych zmian nastroju. Na plus zaliczyć też trzeba brzmienie płyty, które jest miłą odmianą po nieudanych w tym względzie „St. Anger” i „Death Magnetic”.

Natomiast zdecydowaną wadą „Hardwired” jest czas trwania płyty. Gdyby wyrzucono pięć utworów („Now That We’re Dead” z pierwszego krążka i pierwsze cztery z drugiego), rezultat byłby lepszy. Szkoda również, że panowie rozciągnęli swoje utwory ponad miarę, bo skutkiem tego działania nie jest zwiększenie liczby wątków, ale nadmierne powtarzanie tych samych motywów. Innym czynnikiem obniżającym ocenę jest gra Kirka Hammetta, który już od dawna nie zagrał żadnej, chociażby minimalnie interesującej, partii solowej. Te można było wyrzucić zupełnie, bo męczy fakt, że w każdym utworze słyszymy te same sekwencje powtarzających się trzech – czterech dźwięków. Regres przeszedł również Lars Ulrich, którego jednostajne pukanie w zestaw perkusyjny nie irytuje jedynie w wolniejszych kompozycjach. Natomiast podkręcenie tempa powoduje zgrzytanie zębów słuchacza. Ulrich nigdy wirtuozem nie był, tu natomiast popisuje się absolutnym brakiem feelingu.

Niezaprzeczalnie „Hardwired… to Self-Destruct” jest najlepszą płytą Metalliki od dwudziestu lat, co nie było trudne przy „osiągnięciach” takich jak „St. Anger” lub „Death Magnetic”. Natomiast nie spodziewajmy się cudu, a tym byłby powrót do lat świetności. Te panowie mają dawno za sobą. Trudno przeskoczyć spadek umiejętności i kompozytorskich, i technicznych. Skoro Hammett (kto, do cholery nazwał go jednym z najlepszych gitarzystów na świecie?) i Ulrich obniżyli loty, a zawsze byli tylko rzemieślnikami, kwartet z Kalifornii nigdy już wielkiego dzieła nie nagra. Najnowsza płyta Metalliki jest więc poprawnie nagrana i zagrana, w dobrym znaczeniu melodyjna i chwytliwa. Kura nigdy latać nie będzie, więc cieszmy się, że chociaż tym razem jest tłusta.

Metallica - Hardwired... to Self-Destruct, Blackened 2016.