W zeszłym roku minęło pół wieku od masakry, którą urządziła grupa Charlesa Mansona. W związku z okrągłą rocznicą tych zbrodni nastąpił wysyp publikacji z nimi związanych. Jedni piszą o samym Mansonie, drudzy o społecznym tle, które go wykreowało. Z kolei amerykańska autorka Nikki Meredith poświęciła swój reportaż kobietom, które należały do tej kalifornijskiej sekty, a które do dzisiaj odsiadują wyrok za wielokrotne morderstwa. Mowa o Leslie Van Houten i Patricii Krenwinkel, które z zimną krwią zarżnęły kilka osób pod dyktando ich guru – Charlesa Mansona. Sama autorka spędziła na rozmowach z więźniarkami całe dwie dekady, więc materiału zgromadziła aż nadto. Przynajmniej kilkadziesiąt spotkań, dziesiątki wymienionych listów, w końcu setki stron zapisków – oto surowy materiał, który posłużył do napisania „Ludzkich potworów”. Meredith zadała pytanie, co sprawiło, że dwie dwudziestoletnie hipiski, zafascynowane wolną miłością i nucące piosenki o Kalifornii, zrobiły coś tak przerażającego i przez kilka lat po procesie oraz wyroku nie wykazały cienia skruchy. Dzisiaj, jak wspomina, są one już innymi osobami: żałują popełnionych zbrodni i chcąc wyjść na wolność, regularnie piszą monity o zwolnienie warunkowe.

Nietrudno wyobrazić sobie, że osądzone zbrodniarki mogły się zmienić. W końcu w momencie zbierania materiałów przez autorkę były przynajmniej o dwadzieścia kilka lat starsze. Miały wiele czasu, aby przemyśleć, co zrobiły, i zwrócić się ku prawdzie. Ich przemiana (rzekoma czy faktyczna, o tym za chwilę) może dawać nadzieję na skuteczność kary. Pamiętać należy jednak, że wyrok wydany na nie jest wyrokiem dożywotniego więzienia, więc szanse na wcześniejsze zwolnienie są raczej nikłe. Z zapisu rozmów z morderczyniami dowiadujemy się o manipulacji, jakiej uległy; grupa Mansona działała jak sekta, zaś samozwańczy jej guru był tyranem, którego należało słuchać. Oto totalitaryzm w miniaturze. Leslie i Patricia wspominają również o plastyczności człowieka, o tym, jak można mu wszystko wmówić. Ich oraz autorki rozważania tłumaczą niejako, jak doszło do tak drastycznej przemiany. Do tego dochodzi, rzecz jasna, tło społeczne, na które składa się rewolucja obyczajowa roku 1968 i związane z nią swobody oraz anarchiczne tendencje dominujące wówczas w społeczeństwie amerykańskim, szczególnie zaś w środowisku uniwersyteckim oraz wśród młodzieży.

Ta toksyczność rewolucji seksualnej nie została, niestety, dobrze przez autorkę przedstawiona; Meredith wydaje się bagatelizować ten problem w kontekście grupy Mansona, a jest on przecież kluczowy. Głównym zagadnieniem poruszanym w „Ludzkich potworach” jest za to kwestia zrozumienia: reportaż ten staje się mową obrończą wobec bohaterek, zwłaszcza Leslie Van Houten. Nikki Meredith chce omawiane postacie zrozumieć, więc idzie za sfalsyfikowaną tezą Zimbardo, która zdejmuje z człowieka odpowiedzialność za popełnione czyny. Łatwo przecież powiedzieć, że to wina warunków, w których rzeczone kobiety wyrosły, że to wina toksycznej sekty, nie zaś ich świadomych decyzji. Co więcej, autorka w pewnym momencie traci dystans (powinna w tym momencie zrezygnować) do Van Houten i jest nią w wyraźny sposób zafascynowana. Fascynuje ją jej przemiana, która może być przecież grą podejmowaną z naiwną dziennikarką. Reporterka nie założyła więc, że to, co mówi jej rozmówczyni, może mijać się z prawdą i mieć na celu manipulację, chociaż w innym miejscu pisze, że tak właśnie postępują zbrodniarze. I tutaj robi się naprawdę niebezpiecznie, bo czytelnik mimowolnie zaczyna współczuć więźniarce, licząc wraz z autorką na jej rychłe uwolnienie. A ofiary? O nich Meredith wypowiada się lekceważąco, przecież rodziny ofiar w swoim okrucieństwie wnoszą sprzeciw wobec warunkowego zwolnienia Van Houten.

„Ludzkie potwory” jeszcze z innego względu są książką niepoważną; mianowicie autorka w kpiący sposób wypowiada się na temat więziennych nawróceń na chrześcijaństwo. Jej zdaniem, są one formą ucieczki od odpowiedzialności. Naturalnie bohaterki reportażu się nie nawracają, są więc tymi lepszymi – co wprost wybrzmiewa na jego kartach. Wybrzmiewają jeszcze osobiste tony, w których Nikki Meredith chwali się swoim bratem przestępcą oraz zastanawia się, czy i ona w pewnych warunkach byłaby zdolna do tak okrutnej zbrodni. Ale najbardziej znamienne jest tutaj nawiązywanie do żydowskich korzeni autorki. Ta, odkrywszy w pewnym momencie życia, że ma pochodzenie semickie, czyni z niego atut (cóż, Talmud pewnie przeczytany), wywyższając się ponad innych, bo przecież Żydzi czują więcej i są ludźmi szczególnymi. Te osobiste wtręty, opowiadanie o związkach czy chełpienie się ateizmem zaczynają dominować w drugiej połowie książki, która przestaje być reportażem, a staje się banalnymi wspomnieniami.

Temat został więc w zasadzie zmarnowany. Zapowiadało się nieźle i faktycznie, pierwsze rozdziały można z czystym sumieniem polecić każdemu, kto chciałby pogłębić sprawę zbrodni Mansona. Natomiast im dalej w las, tym więcej o Żydach, ateizmie czy seksie z partnerem. „Ludzkie potwory” są również dowodem, że humanitaryzm jest tak naprawdę nieludzki, bo peany na cześć Leslie Van Houten (taka piękna, taka wrażliwa, taka wykształcona) to nic innego jak środkowy palec wyciągnięty w stronę rodzin ofiar (nie przebaczyli, tacy kołtuńscy, a fuj). Humanitaryzm jest nieodłączną częścią światopoglądu współczesnej lewicy, do której należy autorka „Ludzkich potworów”. Ten każe zlitować się nad mordercą, a nawet go polubić, a tych, którzy żądają elementarnej sprawiedliwości, sprowadzić do poziomu ludzi mściwych i małostkowych.

Nikki Meredith, Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła, tłum. M. Kositorny, wyd. Czarne, Wołowiec 2019, ss. 357.

Fani disco polo mogą poczuć się w tym roku dopieszczeni. Oto bowiem w niedługim odstępie czasowym ukazały się dwie publikacje na temat ich ukochanej muzyki. Pierwszą z nich – „Polski bajer” Moniki Borys – recenzowałem niedawno. Teraz pora na zbiór reportaży Judyty Sierakowskiej, zatytułowany prowokacyjnie „Nikt nie słucha”. W takiej sytuacji trudno pisać o tej książce bez porównań do uprzednio omówionej pozycji. Naturalnym jest pojawienie się pytań o to, która z nich jest lepsza, którą warto nabyć czy która zawiera więcej faktów. Trzeba więc jakoś wybrnąć i odnieść się do obu tomów, mimo że pierwszy z nich pojawił się na blogu dosłownie kilka dni temu. Najprościej można rzec, że „Nikt nie słucha” to klasyczny przykład zbioru tekstów reporterskich, niemających ambicji całościowego przedstawienia tego muzycznego zjawiska. Natomiast publikacja Moniki Borys postawiła tezę o kampowości disco polo i stworzyła z niego raczej pewne wyobrażenie o gatunku niż jego opis sensu stricte. Disco polo u Borys wpisało się w lewicową, klasową wizję rzeczywistości i było głosem wykluczonych, tu zaś wydaje się zwykłym muzycznym genre. Tam autorka zwróciła również uwagę, co stanowiło istotny walor „Polskiego bajeru”, na sporo kuriozalnych zjawisk, szczególnie na początku rozwoju tej muzyki, a walorem „Nikt nie słucha” jest zwyczajny reporterski opis, oddający głos bohaterom. Próżno w nim szukać akademickiego tonu, co w lekturze książki Borys nieco przeszkadzało. Nie ma tu skażenia hipsterskim „Dwutygodnikiem”, jest za to opowieść, której nieźle się słucha.

Głównymi bohaterami książki, pojawiającymi się w wielu jej rozdziałach, są weterani sceny disco polo, muzycy zespołów Top One, Akcent, Bayer Full, Skaner czy Toples. Ich początki, sięgające końcówki lat 80. do złudzenia przypominają początki karier zespołów rockowych. Mamy więc małe miejscowości, garaże i pierwsze instrumenty, kupione za ciężko zarobione pieniądze. Mamy młodych chłopaków, którzy słuchają Depeche Mode i chcą tak jak oni, grać koncerty i bawić ludzi. W początkach polskiej muzyki tanecznej nie ma więc cynicznych producentów i menadżerów, finansowych przewałów, jest za to romantyzm i młodzieńczy idealizm. Zupełnie jak na punkowej czy metalowej scenie, z tą jednak różnicą, że muzycy ci nie słuchają Slayera czy Sex Pistols, a wolą Duran Duran czy Alphaville. I tak jak potem spora część sceny rockowej została pochwycona przez chętne zarobku wytwórnie, tak stało się z większością discopolowych zespołów, które jednak skomercjalizowały się w zdecydowanie większej skali. Jeśli zatem łatwo sobie wyobrazić metalowa kapelę grającą w piwnicy, nieszczególnie nastawioną na sukces czy nawet granie koncertów, to w przypadku disco polo jest to raczej niemożliwe. Specyfika tej muzyki każe wykonawcom konfrontować się z publicznością, bawić ją i wprowadzać w radosne pląsy, a skazanie na garaż czy brudną kanciapę byłoby w tym przypadku jawną sprzecznością.

Komercjalizacja ta jednak nie wszystkim bohaterom reportaży Justyny Sierakowskiej była w smak. Przekonał się o tym były lider zespołu Toples, Marcin Siegieńczuk, który po zerwaniu kontraktu z wytwórnią płytową został na lodzie, bez prawa do nazwy zespołu oraz własnych piosenek. To naturalne w świecie muzyki popularnej, a disco polo bez wątpienia jest najchętniej słuchanym gatunkiem popu w Polsce. Świadczą o tym nakłady płyt, a w latach 90.. kaset, które potrafiły sprzedawać się nawet w kilkuset tysiącach egzemplarzy. Takie szaleństwo jest jednak przeszłością; kryzys fonograficzny dotknął i ten gatunek muzyki. Jego najważniejszym aspektem stały się więc, jak w przypadku innych wykonawców, koncerty. Autorka ze swadą opisuje więc koncertowe przygody gwiazd disco polo, ale przede wszystkim trudy takiego stylu życia. Wśród tych niedogodności na pierwszym miejscu pojawia się alkoholizm, który zdaniem rozmówców Sierakowskiej jest głównym skutkiem ubocznym takiego stylu życia. Sława i rozjazdy potrafią z najsilniejszego człowieka uczynić nałogowca.

Z disco polo wiążą się również inne minusy. Jednym z nich są gangsterskie powiązania muzyków, ale przede wszystkim wydawców. Tak kasowy gatunek przyciągał, zwłaszcza w dzikich latach 90., równie dzikich biznesmenów i mafiosów, upatrujących w nim drogę do szybkiego zarobku. Stąd haracze czy granie na weselach podejrzanych indywiduów. Disco polo to jednak nie tylko płyty i koncerty. To również teledyski czy wielkopowierzchniowe dyskoteki, wyrastające jak grzyby po deszczu na przełomie wieków. To także pionierskie początki, o których pisała również Monika Borys. W „Nikt nie słucha” nie ma jednak co szukać opisów kuriozalnych muzycznych przypadków; autorka skupia się raczej na genezie zjawiska. Disco polo to także kampania prezydencka Aleksandra Kwaśniewskiego; dzisiaj żadna z nich nie może obyć się bez przynajmniej kilkunastu tanecznych piosenek promujących kandydatów do parlamentu czy samorządu.

Najważniejsza jednak w „Nikt nie słucha” jest pasja tworzenia. I chociaż osobiście disco polo nie słucham i uważam za muzyczną tandetę, przyznaję, że autorka tak napisała swoje reportaże, że gdybym nie znał twórczości tych wykonawców, chętnie bym po nie sięgnął z czystej ciekawości. Okazuje się bowiem, że upiększanie świata nie jest tylko domeną beletrystyki, ale że nie jest od niego wolna również literatura faktu. W tym przypadku to nie zarzut. Fani polskiej muzyki tanecznej mają w końcu publikację, która traktuje serio ich ukochane dźwięki, a ci, którzy interesują się popkulturą w ogólności, także nie powinni jej przeoczyć. W końcu to trzy dekady historii polskiego społeczeństwa.

Judyta Sierakowska, Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo, Wyd. Poznańskie, Poznań 2019, ss. 393.

Historia ruchu rewolucyjnego to poważna sprawa. Poważna więc musi być literatura, która się zajmuje tą tematyką. Ponad pięćset pięćdziesiąt stron maczkiem, do tego – jeszcze mniejszym maczkiem – ponad sto pięćdziesiąt stron przypisów. Od razu mam pretensje za jeden poważny mankament. Brak indeksu osobowego! Przy takiej tematyce pojawiają się przecież setki nazwisk, więc szukanie czegoś na piechotę musi skończyć się albo klęską, albo długim ślęczeniem nad książką. Chyba że się uprzednio zaznaczy ołówkiem, co przezornie poczyniłem. Mam jednak świadomość, że chcąc odnaleźć kogoś, kogo nie zaznaczyłem podczas lektury, w przyszłości będę musiał wertować ten opasły tom, uprzednio uzbroiwszy się w cierpliwość. Za to jego treść rekompensuje tę niedogodność. James H. Billington, autor tej sążnistej księgi zatytułowanej „Płonące umysły”, przedstawia historię europejskich rewolucji i rewolt, począwszy od rewolucji francuskiej do przewrotu bolszewickiego. Nowością jest wplecenie w tę opowieść wątków tajnych stowarzyszeń i organizacji, które zdaniem pisarza miały niebagatelny wpływ na opisywane zagadnienie.

Billington mógł pójść w sensację i przejaskrawić ten wpływ, czego na szczęście nie uczynił. Tajne stowarzyszenia, takie jak Iluminaci, wolnomulararstwo, karbonariusze czy dziesiątki innych efemerycznych struktur, nie pełnią w jego książce funkcji wszechpotężnych mocodawców, ale stanowią tło. Jest ono jednak przedstawione w interesujący sposób; okazuje się bowiem, że każdy, najmniejszy nawet przewrót, powstał najpierw w umysłach spiskowców, a potem był wcielony w życie. Nikt chyba już przecież nie wierzy, że rewolucje pojawiają się spontanicznie i wyrażają tylko gniew ludu. Autor pokazuje, z wieloma szczegółami, jak ten proces wygląda. Najpierw rodzą się idee, potem wykuwają się z nich pomysły godne wcielenia w życie, a wszystko w gorących dyskusjach, podczas których ścierają się przeróżne opcje, często nie do odróżnienia przez laików. Tak wykuwał się marksizm, tak zwyciężały poszczególne tendencje podczas rewolucji francuskiej. Billington jest tutaj zimnym obserwatorem; można, rzecz jasna, domyślić się, po której stronie ma serce, jednak tego faktu nie ujawnia, chcąc być obiektywnym historykiem.

Jego „Płonące umysły” powstały na początku lat 80. XX wieku, więc kontekst ich powstania był zupełnie inny niż dzisiejsze czasy. Pamiętamy przecież, że wówczas podział świata za sprawą żelaznej kurtyny wydawał się stały. Dzisiaj, po upadku komunizmu, rewolucja postępuje dalej, ale w innych obszarach niż te opisane w książce. Autor koncentruje się w niej na wieku XIX, będącym zarówno jednym z dłuższych okresów pokoju w Europie, jak i czasem nieustannego wrzenia społecznego oraz rewolucji przemysłowej. Ta belle epoque była nią przede wszystkim dla społeczeństw zachodnich i dla Rosji. Europa Środkowa była co pewien czas wulkanem, z którego wypływała lawa, ta opisana w Mickiewiczowskich „Dziadach”. Naturalnie więc istnieje w „Płonących umysłach” wątek polski: powstanie listopadowe, styczniowe, ruch socjalistyczny, w tym antynarodowa SDKPiL. Wątek ten opisany jest nieco inaczej, niż my na niego spoglądamy, zwłaszcza za sprawą podręczników do historii. Ciekawe, jak autor amerykański inaczej widzi nasze dzieje, które w tej pozycji stają się nieodłączną częścią większej całości, czyli dziejów Europy.

James Billington nie spogląda jednak tylko w stronę tajnych organizacji, ale przede wszystkim widzi pojedynczego człowieka jako autora niebezpiecznych idei, wcielanych później w życie. Jest to więc historia, która inaczej rozkłada akcenty. Autor, zamiast bezdusznego wymieniania jedynie władców i partii politycznych, pokazuje jak konkretne jednostki wpływały na dzieje Europy na przestrzeni trzech wieków, od oświecenia, po kres I wojny światowej. Nie bagatelizuje przy tym roli środków masowego przekazu, czyli prasy, która w XIX stuleciu zaliczyła największy rozwój i dzięki taniejącym środkom produkcji miała coraz większy wpływ na zwykłych ludzi. Innym rozsadnikiem rewolucyjnych pomysłów, na który Billington zwraca uwagę, jest nowa warstwa społeczna, czyli inteligencja. To właśnie wśród studentów i absolwentów szkół wyższych wzmagał się bunt, umiejętnie podsycany przez architektów rewolucji. To samo zresztą działo się w 1968 roku, to samo również zaczyna się dzisiaj, gdy kierunki humanistyczne zamieniono w ideologiczne przyczółki buntowniczo nastawionej ćwierćinteligencji, i to nie tylko studentów, ale przede wszystkim profesorów.

To z rosyjskich studentów rekrutowali się przecież anarchiści i terroryści, to na rosyjskich uczelniach rodziły się pomysły nowego urządzania świata. I to w końcu młode rosyjskie kobiety staną się przez chwilę awangardą rewolucji seksualnej, zatrzymaną po krótkim epizodzie przez samego Lenina, który swoją uwagę skieruje w stronę Nowej Polityki Ekonomicznej. Kobiety odegrają również ważną rolę podczas rewolucji francuskiej, pokazując niekiedy większe okrucieństwo niż mężczyźni. Ich płonące umysły nie ustępują więc rozpalonym męskim głowom, co skrupulatnie zauważa autor omawianej publikacji. Zauważa również pewną ewolucję rewolucyjnych pomysłów: na początku dotyczą one stanu trzeciego we Francji, potem za ich sprawą rodzą się w Europie nowoczesne nacjonalizmy i zmienia się pojęcie narodu, w końcu – po krótkiej ciszy rozpoczynającej się od upadku Komuny Paryskiej – rewolucjoniści zaczną jawnie głosić ponadnarodowe idee. Pojęcie rewolucji nie jest więc jednorodne, a jak wszystko podlega zmianom. W tym również leży siła „Płonących umysłów”, które – jak mało która pozycja historyczna – z taką szczegółowością wgryzają się w tematykę lewicowych zmian społecznych na naszym kontynencie.

James H. Billington, Płonące umysły. Źródła rewolucyjnej wiary, tłum. I. Szuwalska, wyd. Wektory, Wrocław 2012, ss. 738.

Rosja to jednak inna cywilizacja, a nawet osobna planeta. Leży stosunkowo niedaleko, jej mieszkańcy posługują się podobnym językiem i (ci wierzący) także wyznają chrześcijaństwo, co może powodować poczucie bliskości. Jednak w kluczowych momentach okazuje się, że rozumowanie wedle prawideł cywilizacji łacińskiej znacznie różni się od tego ze wschodu. To między innymi dlatego zachodni reporterzy nie są w stanie napisać niczego wartościowego na temat Rosji. Naszym się nieraz udaje, niektórym lepiej, niektórym gorzej, ale w zasadzie najlepiej sztuka ta wychodzi Rosjanom. A jeśli ci akurat nie są z obozu Putina, tym lepiej, bo potrafią pisać krytycznie i umieją wznieść się ponad rdzenne uprzedzenia. Tym chętniej poświęciłem kilka godzin na lekturę zbioru reportaży Jeleny Kostiuczenko „Przyszło na tu żyć”. Tytuł tchnie fatalizmem, bo oznacza wewnętrzny przymus mieszkania właśnie tam, tak jakby nie można było wyjechać. Z drugiej strony przecież trzeba pamiętać o patriotyzmie, który wbrew wszystkim mankamentom każe zostać i walczyć. Bo jak z pewnością sądzi dziennikarka, system to nie ludzie. Ci ostatni są ukazywani w tym zbiorze z empatią; autorka stawia się po stronie zwykłego człowieka, który nie ma szans w starciu z wszechruskim Lewiatanem.

Nie bez przyczyny nawiązałem do tytułu znanego filmu Andrieja Zwiagincewa, bo bohaterowie tych reportaży są podobnie uwikłani. Weźmy jeden z lepszych tekstów w całym zbiorze „Życie obok pędzącego sapsana”. To w nim niczym w soczewce skupiają się ogromne nierówności w obrębie rosyjskiego społeczeństwa. Reportaż opowiada o linii szybkiej kolei (tytułowym sapsanie), która spowodowała upadek linii lokalnych i podzieliła leżące na trasie miejscowości. W rezultacie nastąpiło wymuszone bezrobocie, ponieważ mieszkańcy nie mają jak dojeżdżać do większych ośrodków, a i w obrębie jednego miasteczka czy wioski trudno się przemieszczać. Szybkich pociągów jest coraz więcej, za to prowincja, którą przecinają tory, staje się coraz bardziej odizolowana od świata. Ludźmi nikt się nie przejmuje, bo i po co. Ważne, że biznesmeni jeżdżą rosyjskimi odpowiednikami naszych pendolino. Czytając ten tekst, trudno nie odnieść wrażenia, że jest on również trochę o Polsce, tylko opowiada o niej w większej skali. Z kolei najbardziej uderzającym tekstem, takim, po którym trzeba na chwilę pogrążyć się w ciszy, są „Sny Biesłanu”. Reportaż ten poświęcony jest miastu, które znane jest z najtragiczniejszego ataku terrorystycznego w Rosji. Zginęło tam podczas niego (a w zasadzie podczas szturmu służb specjalnych) kilkaset osób, głównie dzieci. Życie mieszkańców naznaczone jest więc snami, nierzadko koszmarnymi, a uczucie pustki jest niemal fizycznie odczuwalne.

W tym tekście znów powraca pytanie o człowieka i jego wartość. Jelena Kostiuczenko zdaje się pytać o znaczenie jednostki i jest to, niestety, tylko zabieg retoryczny. Tym człowiekiem w jej reportażach bywa wojenny weteran, któremu państwo nie było w stanie ufundować najtańszego lokum. Staruszek mieszka zatem w ruderze bez bieżącej wody i „wyciągany” jest na kolejne rocznice 9 maja, aby wypiąć pierś z orderami za walkę z faszyzmem. Tym człowiekiem jest ćpun (w liczbie mnogiej), który szprycuje się krokodylem, wyjątkowo toksycznym świństwem na bazie benzyny. Do tego zbioru należą również prostytutki „pracujące” przy drodze międzymiastowej i bezdomna czy zaniedbana młodzież zawłaszczająca sobie budynek niedokończonego szpitala. Każda z tych historii skupia się więc na innym aspekcie życia, a wszystkie naraz składają się na zbiorowy fresk przedstawiający różnorodne patologie panujące we współczesnym społeczeństwie rosyjskim. Można tutaj zapytać, czy nie ma jasnych stron życia w tym państwie? Owszem, przecież piszą o nich polscy autorzy, ci, którzy o Rosji pisać umieją. Natomiast autorka „Przyszło nam tu żyć” wybrała metodę, którą w naszym kraju uprawia Justyna Kopińska. Nie trzeba dodawać, że jest o wiele lepszą reportażystką niż przereklamowana Polka.

Jej rosyjski panświnizm jest po prostu przekonujący, w przeciwieństwie do wizji Polski przedstawianej przez Kopińską. Tutaj bowiem punktem wyjścia jest zupełnie inna metoda; Kostiuczenko uprawia reportaż wcieleniowy. Nie zdradza swojego warsztatu, ale jej bohaterów poznajemy od środka, nieważne, czy pisze o skorumpowanych milicjantach, przydrożnych córach Koryntu czy młodocianych narkomanach. Umie przeniknąć w patologiczne struktury, potrafi słuchać, a co najważniejsze, nie pisze pod gotową tezę. Dzięki temu oddala się o całe lata świetlne od większości rodzimej twórczości dziennikarskiej, która tworzona jest zgodnie z regułami nowel tendencyjnych (wystarczy wziąć do ręki „Duży Format”). Siłą jej tekstów nie jest przemycana ideologia lub mocno wybrzmiewająca teza, ale ludzka historia. Autorka nawet nie musi obwiniać Putina albo dokonywać politycznych manifestacji; czytelnik wszystko wie, bo wyczyta sobie między wierszami o wiecznie żywym Lewiatanie, który żywi się szarym człowiekiem.

Jelena Kostiuczenko, Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji, tłum. K. Kwiatkowska-Moskalewicz, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, ss. 321.

Nie było jeszcze na polskim rynku wydawniczym pozycji książkowych poświęconych disco polo. Aż nagle odchodzący rok 2019 przyniósł dwie! Jedną z nich jest „Polski bajer” Moniki Borys, a o drugiej jeszcze będzie okazja napisać. Wydawać by się mogło, że ten najpopularniejszy gatunek muzyczny, lubiany przez szefa TVP Jacka Kurskiego, a ćwierć wieku temu przez promujących kandydatów do Belwederu – Waldemara Pawlaka i Aleksandra Kwaśniewskiego – już dawno powinien znaleźć swoje miejsce w jakimś zwartym opracowaniu, lecz nic z tego. Z jednej strony disco polo jest bowiem zmorą i koszmarnym snem polskiego inteligenta, z drugiej masową rozrywką zauważoną czas jakiś temu przez uczelniane elity. Wahadło poglądów na ten gatunek muzyki wychyla się więc dość mocno: od pogardy po podziw (co z tego, że ironiczny?). Brakuje jednak środka. Wychodzi toteż na to, że ten dźwiękowy banał rodzi w społeczeństwie prawdziwie gorące spory, na które od kilku lat dodatkowo nałożyła się polityka. Bowiem, zdaniem wykształconych elit, miłość do disco polo łączy się z miłością do programów socjalnych partii rządzącej, zaś niechęć naznacza wyborców innych sił, które chcą jawić się jako europejskie i postępowe. „Polski bajer” próbuje więc jakoś okiełznać ten spór i wychodzi z założenia, że polska odmiana muzyki dyskotekowej jak mało która dziedzina sztuki mówi o dzisiejszej Polsce, ale przede wszystkim o tej z okresu transformacji ekonomicznej.

Disco polo powstało bowiem na początku lat 90. XX wieku i swoją genezę czerpało z twórczości wykonawców polonijnych takich jak Mały Władzio czy Polskie Orły. Patrzyło również w kierunku ludowych przyśpiewek, piosenek weselnych, biesiadnych czy nawet harcerskich, nie zapominając jednak, że produktem ma być muzyka disco. Disco polo to nazwa, która podobnie jak italo disco miała odróżnić rodzimą odmianę tanecznych dźwięków od całej reszty. Początkowy etap tej twórczości był, zdaniem Moniki Borys, pionierski i nieokrzesany. Sam po lekturze jej książki pozwoliłem sobie odsłuchać kilkanaście wspomnianych przez nią piosenek. Niektóre z nich były kuriozalne, a niewielka część ocierała się nawet o groteskę. Słuchając przecież tej wczesnych utworów, można natknąć się nawet na gitarowe solówki, będące domeną rocka, nie twórczości dyskotekowej. Wśród pionierskich discopolowców odnaleźć można nie tylko Akcent czy Milano, by wymienić tych najbardziej znanych również dzisiaj, ale Krzysztofa Krawczyka i Bogdana Smolenia, którzy mając na swoim koncie kariery w PRL, próbowali odnaleźć się w nowej dla rzeczywistości. Mamy również w tych szczenięcych latach disco polo niezwyczajne wolty stylistyczne, jak przemiana artystyczna Piotra Czai, który z blackmetalowego wokalisty w zespole Bundeswehra stał się słodkim dyskotekowym piosenkarzem w kapeli Cin Cin. O tym ostatnim autorka jednak nie pisze, a szkoda.

Nie pisze również o Braciach Figo Fagot, mimo że część swojej książki poświęca współczesnym parodiom tej muzyki. A omawiając rzeczone zjawisko artystyczne, stawia przede wszystkim tezę, że było ono lustrem, w którym odbijała się polska transformacja ustrojowa. Przede wszystkim ta nieudana jej część, czyli przaśny kapitalizm Januszów biznesu. Disco polo było bowiem muzyką, w której odzwierciedlały się lęki i marzenia Polaków wczesnych lat 90. Chcieliśmy być bogaci jak na Zachodzie, jeździć do ciepłych krajów czy jeść wykwintne potrawy, a oto dystans do tego wszystkiego się zmniejszył. Dlatego, tłumaczy Monika Borys, w teledyskach do utworów dyskotekowych, tak wiele egzotyki. Stąd „Egipskie noce” Shazzy czy palmy i krótkie gacie pląsających chłopaków na planach wielu obrazów filmowych kręconych do tanecznych piosenek. Autorka do zjawiska tego podchodzi w sposób antropologiczny, co stanowi jednocześnie i wadę, i zaletę „Polskiego bajeru”.

Zasadniczą wadą tej publikacji jest więc jej przekombinowanie interpretacyjne. Monika Borys chciałaby zauważyć w tej muzyce więcej, niż w niej w zasadzie jest. Osobiście mam wrażenie, jakby według niej była ona jedyną twórczością, która opisywała nasze zmagania z transformacją. A co z punk rockiem, który do połowy lat 90. świetnie sobie radził, co z wczesnym rapem, który pozwolił młodym gniewnym spod klatek schodowych na wielkich osiedlach na zbiorową identyfikację? Przede wszystkim jakoś fałszywie brzmi tutaj ta nuta antropologii kulturowej, jakby na granicy nadinterpretacji. Do tego dochodzi myśl, że disco polo jest w zasadzie czymś więcej niż było i jest: niezwykle prostą muzyką do tańca. Zaletą jest za to poważne podejście do zjawiska, które traktowane było do tej pory po macoszemu. Nie dlatego, że jest wartościowe – tu stawiam się po stronie krytyków disco polo jako muzycznego chłamu – ale dlatego, że faktycznie mówi coś o naszych zbiorowych gustach i definiuje nas jako naród o pochodzeniu chłopskim, nie szlacheckim, jak chciałaby większość, która się tej wiejskości wstydzi.

Według autorki, disco polo, przede wszystkim to wczesne, było mirażem i złudą, którą ta nazwała mianem tytułowego bajeru. Bajerować znaczy bowiem obiecywać pewien fałsz, pewną fatamorganę, wiedząc, że nie będzie można jej podarować. Muzyka ta stanowiła więc obietnicę nie do spełnienia. W realnym świecie nie będzie księżniczek z bajki czy walizek pełnych dolarów, nie będzie ciepłych krajów i egzotycznych przygód miłosnych na plaży, nie będzie dziewcząt uroczych jak modelki w teledyskach. Ale w czasie biedy i niepewności wszyscy potrzebują marzeń i nadziei na lepszą przyszłość.

Monika Borys, Polski bajer. Disco polo i lata 90., wyd. WAB, Warszawa 2019, ss. 284.

W niedawnym wywiadzie z Magdaleną Rigamonti Jakub Żulczyk stwierdził, że zwiedzając Watykan, był tak przytłoczony emanującym z niego złem, że w Kaplicy Sykstyńskiej musiał posłuchać sobie black metalu. Od razu przypomniał mi się kolega ze studenckich lat, który w święto Bożego Ciała próbował odstraszać procesję, puszczając na całą pydę wymalowanych blackmetalowych klaunów. Pisze o tym gatunku nie bez przyczyny, bo jeden z drugoplanowych bohaterów najnowszej powieści Jakuba Żulczyka – „Czarnego słońca” – ma ksywkę Burzum, a postać główna, jadąc samochodem z małoletnim Jezusem i Matką Boską, tupie nóżką do „Transilvanian Hunger” – czwartej płyty Darkthrone. Nie przewidziało się szanownym czytelnikom, powtórzę więc raz jeszcze. Bohater główny powieści – pseudonim Gruz – podróżuje z Panem Jezusem oraz Jego Matką. I uprzedzam lojalnie, bo robię to po raz pierwszy. W tekście tym będą spoilery, bo „Czarne słońce” nie jest warte niczyjej lektury. Postaram się więc zdradzić kilka zagadek, aby broń Boże, nie trzeba było po tę książkę sięgać.

Przykro mi tym bardziej, że do tej pory twórczość Jakuba Żulczyka ceniłem i niejednokrotnie chwaliłem na tym blogu. Nie przeszkadzał mi wulgarny język ani ukazywanie przemocy. Sądzę bowiem, że autor do dzisiaj, o czym świadczą niektóre partie „Czarnego słońca”, zachował wybitny słuch literacki i jak mało kto ma talent do realistycznych dialogów oraz czuje mowę potoczną. W tej kwestii nic się nie zmieniło, bowiem powieść ta iskrzy się od świetnych powiedzonek, celnych obserwacji socjologicznych czy kąśliwego dowcipu. Żulczyk okłada kułakiem młodych metalowców (bardzo dobry epizod z blackmetalowymi mizantropami w trasie koncertowej), hipsterski rap dla panienek z dobrego domu, polską klasę polityczną lub neonazistów. Te epizody czyta się niczym kompletnie niepoprawne politycznie artykuły z podziemnych gazetek. A dawno nie miałem w ręku żadnego zina. Nie jest więc tak, że chcę teraz wziąć „Czarne słońce” i z automatu dokonać jego spalenia na stosie. Chociaż jestem zdania, że jakiś indeks ksiąg zakazanych powinien jednak istnieć. Zwłaszcza po lekturze tej właśnie powieści.

Przede wszystkim „Czarne słońce” jest bezapelacyjnie najgorszym utworem napisanym przez Jakuba Żulczyka. Jego grzechem pierwszym jest dojmująca nuda. Kiedy przyzwyczai się już do wulgarnego słownictwa, nagromadzenia przemocy niczym w grach komputerowych dla pryszczatych nerdów, antyreligijnych bluźnierstw oraz jadu strzykającego w kierunku wartości narodowych i katolickich, dochodzi się do wniosku, że oprócz tego zestawu atrakcji niczego specjalnego tam nie ma. No, są może jeszcze sceny seksu gejowskiego między głównymi bohaterami – członkami nacjonalistycznej bojówki. Fakt, sporo autor poświęca uwagi na opisywanie męskich narządów płciowych, masturbacji („walenie konia” to chyba najczęstsza fraza), ale i seksu damsko-męskiego. Drugim więc grzechem jest mentalne gówniarstwo tej powieści. Niczym mój kolega z dawnych lat, Jakub Żulczyk szokuje, jakby chciał dać upust swojej nienawiści do Kościoła katolickiego. Niestety, nie zauważa tego, że takie nagromadzenie makabry i bluźnierstwa nie przynosi pożądanego efektu. Wręcz przeciwnie, jego powieść zaczyna przypominać nieśmieszny żart pijanego wujka, który po raz kolejny beka przy posiłku, nie wiedząc, że w ten sposób nie robi już na nikim wrażenia.

Grzechem trzecim jest tendencyjność tej prozy, chociaż trzeba przyznać, że mogło być gorzej. Oto bowiem tłem powieści jest Polska z niedalekiej przyszłości, rządzona przez krzyżówkę Jarosława Kaczyńskiego i ojca Tadeusza Rydzyka (pseudo Ojciec-premier) oraz episkopat. Kraj nasz wyszedł z Unii Europejskiej, nie przyjął uchodźców, na których można teraz polować, trawiony jest przez potworne upały (globalne ocieplenie) i w końcu jest gospodarczą oraz społeczną ruiną. Politycy ogłosili Jezusa Chrystusa królem Polski, a mieszkańcy wpadli w religijny amok. W świecie tym grasują nazistowskie bojówki, premier jest pedofilem i mordercą dzieci, a ministrem wychowania jest demoniczna zakonnica. Przyznać trzeba, że bardzo to wszystko przewidywalne i mało wiarygodne. Główny bohater w końcu przechodzi przemianę wewnętrzną, a jej początkiem jest wizja Treblinki zesłana na niego przez powieściowego Syna Bożego. Tu komentarz jest chyba zbędny. Do tej tendencyjności dodać muszę jeszcze miałkość fabuły, która z początku zapowiada się nawet obiecująco, ale od połowy utworu stacza się w dziwaczne i nieprawdopodobne epizody, które kończą się totalną destrukcją świata.

I w końcu czwartym grzechem „Czarnego słońca” jest jego nihilizm. Proszę sobie jednak nie myśleć, że jest on w jakikolwiek sposób sugestywny. Poziom tego nihilizmu przypomina świat wewnętrzny nastoletniego buntownika, który jednocześnie marzy o apokalipsie, Ragnaroku, Szatanie, paleniu kościołów, ale gdzieś tam na dnie jest de facto małym zapłakanym gnojkiem, któremu roi się idylliczna rzeczywistość. A w niej wszyscy kochają się tak mocno niczym w ostatniej księdze „Pana Tadeusza”. Poziom przemyśleń wewnętrznych narratora oraz postaci do złudzenia przypominającej autora (Żulczyk stosuje zabieg, w którym rzekomo ujawnia się jako twórca powieściowej rzeczywistości) to, niestety, poziom tekstów metalowych, bardzo dalekich od zrozumienia złożoności świata. Nihilizm ten, co czyni go chyba tak nieznośnym, jest łączony w powieści z tanim moralizatorstwem. Wiecie, faszyzm prowadzi do zbrodni, a religia i nacjonalizm to zło. I aby to zło pokazać, wykreowano świat, w którym pokazuje się cały katalog perwersji. Bo przecież czytelnik jest za głupi, aby pojąć, do czego prowadzi faszyzm, i trzeba mu w naturalistyczny sposób pokazać tortury, śmierć i zboczenia seksualne. Za chwilę okaże się, że komu się to wszystko nie podoba, jest agentem Watykanu, faszystą, zwolennikiem Hitlera oraz religijnym fanatykiem dyszącym żądzą mordu na uchodźcach.

Jakub Żulczyk, Czarne słońce, wyd. Świat Książki, Warszawa 2019, ss. 508.

Raban to hałas, raban to wywracanie do góry nogami zastanego porządku, w końcu raban to rewolucja. Ale „Raban” to również tytuł zbioru reportaży o współczesnym Kościele. Zbiór ten ma pokazać, że poza obskuranckim i konserwatywnym polskim katolicyzmem istnieje ten prawdziwy obraz chrześcijaństwa, który słucha papieża Franciszka, wstawia się za biednymi i robi raban. Ewentualnie wstaje z kanapy, bo do tego również zachęca biskup Rzymu. Na okładce postać podobna do Franciszka rysuje na murze pacyfki, a z drugiej strony krótka recenzja Szymona Hołowni, ikony Kościoła otwartego. Z dużym prawdopodobieństwem można więc orzec, co znajdzie się w środku, że autor Mirosław Wlekły będzie chciał przedstawić oblicze Kościoła jako instytucji charytatywnej. Tak jest w istocie, jednak obraz ten jest bardziej niepokojący, niż niektórzy czytelnicy się spodziewają. Domyślam się również, jakie recenzje zdobył „Raban” w postępowo-katolickiej prasie. Pewnie doceniły ją „Znak” i Tygodnik Powszechny” – pisma, które nie wiedzieć dlaczego, wciąż nazywane są katolickimi. Jakie to wszystko przewidywalne. Na czym więc polega tytułowy raban?

Aby go opisać, autor wybrał się w niejedną podróż. Odwiedził ojczyznę papieża – Argentynę, ale i Wielką Brytanię czy Belgię. Był również na Bliskim Wschodzie. Każda podróż zamknęła się w oddzielnym tekście, który ma ambicje pokazać obraz katolicyzmu odległy od jego rzekomego oblicza w Polsce. Fałsz jednak pojawia się w jednym z pierwszych fragmentów, w których rozmówca Wlekłego dziwi się, że w naszym kraju nie ma… wspólnot charyzmatycznych. Pozostałe zaś to propagandowa pieśń, w której żongluje się słowami „biedni” oraz „wykluczeni”. Istnym popisem propagandy jest ostatni reportaż, opisujący Birmę, w którym w rzeczywistości o Kościele nie ma prawie nic. Na początku autor opisuje wstrząsające wydarzenia z 2008 roku, kiedy potężny cyklon spustoszył kraj; zginęło wówczas kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Reportaż ten jest oskarżeniem zachodniego świata o spowodowanie katastrofy klimatycznej, czym wpisuje się w obwiązującą walkę na froncie gretyzmu-leninizmu. Manipulacja grubymi nićmi szyta, obliczona na wymuszenie nowych podatków, bo tylko o to chodzi w tych wszystkich klimatycznych harcach. A przyklaskuje im papież Franciszek, z którego encykliki „Laudato si” zaczerpnięto cytaty ilustrujące ten tekst.

Nie to jest jednak najgorsze, chociaż trudno winić autora, że wybrał sobie takich rozmówców. Najbardziej dobitnym elementem jego tekstów jest fakt, że prawie każdy z nich gloryfikuje inną herezję. I tak przykładowo jeden z bohaterów reportażu o Kościele argentyńskim, ksiądz Paco Olveira, wypowiada słowa: mówią nam: on umarł na krzyżu, by nas zbawić. To kłamstwo. On umarł w obronie biednych. Zabili go możni tamtych czasów. Cały tekst jest więc pochwałą teologii wyzwolenia, herezji, która dawno już została potępiona przez Watykan, dzisiaj jednak tylnymi drzwiami wciska się na rzymskie salony. Rzeczony ksiądz sutanny nie nosi, bo po co, a w jego skromnie umeblowanym pokoju wisi plakat Che Guevary. Ani razu również nie odnosi się do życia duchowego; odnosi się wrażenie, że chrześcijaństwo jest dla niego równoznaczne z działalnością charytatywną, bez jakichkolwiek odniesień do jego założyciela. Inny z kolei problem porusza tekst poświęcony Anglii oraz Stanom Zjednoczonym. To naturalnie LGBT. Autor i jego rozmówcy przedstawiają łzawy i sentymentalny obraz kochających się gejów i lesbijek, którzy chcieliby należeć do Kościoła. Sęk w tym, że nikt im tego nie broni. Jednak bohaterowie reportażu dwoją się i troją, aby tę oczywistość, jaką jest potępienie w Biblii stosunków homoseksualnych, zrelatywizować. Takie były czasy – mówią i dodają, że te dzisiejsze są zupełnie inne i że trzeba towarzyszyć, rozeznawać, a w końcu zaakceptować.

Mniej oczywistą część „Rabanu” stanowią jednak rozdziały dotyczące Czech i Libanu. Ten pierwszy kraj, jako ofiara komunistycznej walki z Kościołem katolickim, szczególnie doświadczył prześladowań osób wierzących, włącznie z hierarchią. Wówczas, w opozycji do Kościoła państwowego, narodził się ten podziemny, w którym potajemnie wyświęcano kapłanów, a nawet biskupów. Bohaterowie reportażu twierdzą, że święcenia te objęły nawet trzy kobiety, ale trudno ten fakt zweryfikować. W każdym razie rezultatem tej dramatycznej sytuacji jest istnienie tajnie wyświęconych księży, którzy po odzyskaniu wolności nie chcieli zgodzić się na oficjalne powtórzenie ceremonii. To mało znany fakt, który pokazuje, że w porównaniu do Czechosłowacji, Kościół w PRL cieszył się o wiele większą swobodą. Natomiast tekst dotyczący Libanu w zasadzie nie zawiera żadnych kontrowersji, bo chodzi w nim o pomoc uchodźcom z Syrii. Warto jeszcze wspomnieć o reportażu opisującym Belgię, w którym bohaterem głównym jest pochodzący z Kamerunu kapłan organizujący w kościele wspólne posiłki dla chrześcijan i muzułmanów. Robi to, kierując się jednością i tolerancją religijną, więc nawet nie próbuje nawracać niekatolików.

Dietrich von Hildebrandt w „Koniu trojańskim w mieście Boga” napisał, że prawda zawsze powinna być przed jednością. Natomiast w odwrotny sposób zachowuje się większość z opisanych w „Rabanie” postaci. Porażające jest, że są oni katolickimi duchownymi. Próżno szukać u nich jakichkolwiek odniesień do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Skupiając się na biednych, wykluczonych, uchodźcach, ateistach i innowiercach, nie głoszą im Chrystusa, ale udzielają pomocy doraźnej, a w przypadku tych, którzy kontestują chrześcijańską moralność, głaszczą po głowach, mówiąc: róbta, co chceta. „Raban” wydaje się więc głosić fałszywą tezę, jakoby Kościół w Polsce nie pomagał, co więcej, nie robił tego nigdy przedtem. Wlekły zdaje się sugerować, że pomoc biednym i wykluczonym zawsze musi odbywać się kosztem prawdy katolickiej, że dopiero, gdy głosi się herezje, jest się prawdziwym miłosiernym Samarytaninem. A przecież przykłady Alberta Chmielowskiego czy Jana Bosko pokazują jasno, że to nieprawda. Po co więc wyszła ta książka?

Mirosław Wlekły, Raban! O Kościele nie z tej ziemi, wyd. Agora, Warszawa 2019, ss. 393.

Unia Europejska, jaka jest, każdy widzi. Rozrośnięta do granic absurdu biurokracja, socjalizm i obyczajowa urawniłowka. A podobno kiedyś było inaczej. Gdy powstawała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, mowa była tylko o gospodarce, nie o aborcji, eutanazji czy prawach małżeńskich dla gejów i lesbijek. Skoro miało być tak pięknie: prawicowo i normalnie, skąd dzisiaj te aberracje? Skoro ojcowie założyciele Unii – Jean Monnet i Robert Schuman – mieli poglądy konserwatywne, a ten drugi jest nawet kandydatem na ołtarze, skąd dzisiaj we wspólnocie europejskiej pomysły rodem z Dantego? Zagadkę tę trudno rozwikłać, jeśli patrzy się na świat zgodnie z obowiązującą narracją, która rzeczonych ojców założycieli traktuje jak świętych. A co, jeśli prawda jest nieco inna? Może tak naprawdę Monnet i Schuman mieli na myśli inne cele? Może wcale nie byli tacy święci, a kandydowanie Schumana do panteonu to kolejny dowód na nienormalność, która zapanowała we współczesnym Kościele katolickim? Jak wytłumaczyć fakt, że na przestrzeni kilkudziesięciu lat szlachetne założenia zmieniły się w ich przeciwieństwo? Nie da się zrobić tego inaczej, jak tylko raz jeszcze dokładnie przyjrzeć ojcom założycielom, tym razem bez różowych okularów.

Dokonał tego Philippe de Villiers, francuski pisarz i polityk, który wiele garniturów wytarł w paryskim oraz brukselskim parlamencie. Będąc śmiertelnym wrogiem ujednolicania wspólnoty europejskiej w jedno scentralizowane państwo, przyjrzał się źródłom jej powstania i życiorysom jej architektów. Efektem jego pracy jest fascynująca opowieść zatytułowana „Kiedy opadły maski”. Gros jej treści stanowi wiwisekcja poglądów politycznych oraz działań Schumana i Monneta, z której wynika, że obu panów znajdowało się jak najdalej od cnoty, którą nazywamy honorem. Otóż Robert Schuman podczas II wojny światowej dekował się po klasztorach, aby broń Boże nie dać Niemcom cienia podejrzeń o wspieranie ruchu oporu. Jego katolicyzm zaś można porównać do wiary otwartych katolików z koła poselskiego Znak; jako żywo staje przed oczami Tadeusz Mazowiecki. Z pochodzenia był Luksemburczykiem, a po ukończeniu studiów prawniczych sprawy prowadził w języku niemieckim. Do tego ocierał się o pacyfistyczne i demokratyczne kręgi katolickie, co z pewnością ukształtowało jego poglądy. W I wojnie światowej walczył po stronie niemieckiej, chociaż słowo „walczył” wydaje się użyte mocno na wyrost. Potem zaś przyjął obywatelstwo francuskie. Jest więc bardzo prawdopodobne, że w ten właśnie sposób ukształtował się kosmopolita, nieprzywiązany do żadnej ojczyzny, za to zafascynowany europejską federacją.

Podobnie Jean Monet, Francuz z pochodzenia, już we wczesnej młodości objawiał kosmopolityczne inklinacje. Zafascynowany Anglią, wyjechał do Londynu w interesach. Tam zajmował go biznes, a historia, sztuka i literatura śmiertelnie nudziły. Pierwszą wojnę przeżył, opływając w bogactwo i prowadząc szeroko zakrojone działania handlowe. Potem wyjechał za Ocean, gdzie z kolei zafascynował się Stanami Zjednoczonymi do tego stopnia, że przez niektórych nazywany był amerykańskim bankierem. W czasie II wojny światowej i pod jej wpływem wpadł na pomysł, że likwidacja narodów zagwarantuje światu trwały pokój. Od tego czasu robił wszystko, aby urzeczywistnić swoją ideę. Został emisariuszem Roosevelta, a De Gaulle, z którym spotykał się w czasie wojny z ramienia amerykańskiego rządu, miał go za sprzedawczyka.

Co w tym wszystkim najciekawsze, to fakt, że projekt Unii Europejskiej, oczywiście nie pod tą nazwą, okazuje się w książce De Villiersa projektem amerykańskim, zrealizowanym za amerykańskie pieniądze. Dowodzą tego setki dokumentów, w tym przelewy pieniężne i listy słane w obie strony. Rewelacje te rzucają zupełnie inne światło na genezę i dzisiejszy kształt wspólnoty i każą poważnie zastanowić się nad intencjami ich twórców. Oto bowiem dwóch kosmopolitów i konformistów, wynarodowionych i wewnętrznie wyjałowionych, to ci sławetni ojcowie założyciele, o których ciepłe słowa padają dzisiaj także z ust eurosceptyków. Ci ostatni powinni więc przeczytać to, co Philippe de Villiers ma im do powiedzenia.

Lecz nie tylko o Monnecie i Schumanie możemy przeczytać w jego publikacji. Drugą jej część stanowi analiza działalności i ideologicznego projektu Unii Europejskiej. Jest ona przedstawiona jako niezdolny do zreformowania się twór, który posiada podstawy antychrześcijańskie i antynarodowe. Pisze autor: poddano nas niezwykle niebezpiecznemu doświadczeniu, które prowadzi do powstania wielokulturowego anty-społeczeństwa i odcięcia nas od naszych korzeni. Taka Europa jest falsyfikatem, oszustwem, staje się spłaszczona, porusza się bez busoli, a z jedności europejskiej pozostaje jedynie nazwa. Przeznaczeniem obywateli Europy staje się rola konsumentów rzeczy i praw oferowanych na planetarnym rynku, gdzie spotyka się cała ludzka masa. Europa proponuje takim obywatelom życie bez narodu, bez rodziny, bez godności, bez ziemi i bez nieba. De Villiers zauważa tutaj dwie trucizny cywilizacyjne, które aplikowane są europejskim narodom przez unijnych mocodawców. Pierwszą z nich jest multikulturowość, która – zgodnie z poglądami Monneta – roztapia nacje w wielkim tyglu. Po to więc kult migranta, skwapliwie odprawiany także przez Watykan i papieża Franciszka. Drugą zarazą jest zamazanie granicy między mężczyzną a kobietą, która dzieje się za sprawą ideologii gender, oraz między zwierzęciem a człowiekiem, które pozwala przerywać życie ludzkie przed narodzeniem. Jednym słowem, znów kłania się John Lenin, który wita nas wszystkich w Babilonie.

Philippe de Villiers, Kiedy opadły maski, tłum. W. Golonka, wyd. De Reggio, Warszawa 2019, ss. 278.

Widzieliście „Polowanie” w reżyserii Thomasa Vinterberga? Film opowiada o fałszywym oskarżeniu, które omal nie kończy się dla głównego bohatera tragicznie. Akcja dzieje się w małym skandynawskim miasteczku, którego mieszkańcy wiedzą o sobie wszystko i żyją w surowym protestanckim etosie, narzucającym emocjonalny chłód. Ich relacje normowane są również przez polityczną poprawność. Jednak to prawie że patologiczne społeczeństwo wydaje się spajać jeszcze jedna zasada, której do niedawna nie byłem w stanie nazwać. Dzisiaj, po lekturze najnowszej książki Filipa Sprintera, wiem, że chodzi o prawo Jante, czyli specyficzny kodeks zachowań, które dotyczą specyficznie ujętej równości. Zasada ta, sformułowana przez Aksela Sandemose, norweskiego literata o duńskim pochodzeniu, w jego najsłynniejszej powieści „Uciekinier przecina swój ślad”, wydaje się definiować relacje międzyludzkie w państwach skandynawskich. Stereotypowy chłód i niechęć do obcych to tylko niektóre z symptomów tego charakterystycznego zbioru prawideł. Chociaż miłość Szwedów do nielegalnych imigrantów zdaje się trochę temu przeczyć, ale z drugiej strony afekt do politycznej poprawności może być silniejszy niż prawo Jante. Springer, do tej pory piszący o Polsce, wyruszył do Danii w ślad za tym enigmatycznym zestawem norm.

Efektem tej podróży jest „Dwunaste: nie myśl, że uciekniesz”, którego tytuł wprost odnosi się do jedenastu punktów prawa Jante. Jego nazwa bierze się od fikcyjnej mieściny sportretowanej przez Sandemose w jego słynnym utworze. Autor powieści norm tych nie wymyślił, ale je ponazywał, mając smutne doświadczenia życia na prowincji, gdzie wszyscy wszystkich znają, a ich życie jest poukładane do tego stopnia, że mali chłopcy wiedzą, że z pewnością pójdą w ślady swoich ojców i będą pracować w miejscowej fabryce. Sandemose wyjechał z miasta, aby powrócić do niego już jako znany pisarz. Tropem opisanego przez niego prawa pojechał polski autor. Znalazł w sumie niewiele, ot strzępki informacji na temat Duńczyków, a najważniejszego z nich, zafascynowanego Jante, nie udało mu się odszukać. Stworzył więc sobie postać fikcyjną, co jest najbardziej dyskusyjną częścią tego reportażu. Tym bardziej, że Ole jest najważniejszym bohaterem. I może się nie znam, ale drażni mnie przekraczanie kolejnych granic w prozie dokumentalnej. Od kiedy polski reportaż stracił dziewictwo, po ujawnieniu, że Kapuściński zmyślał, jego adepci coraz częściej, miast dbać o cnotę, udają się do domów uciechy i ochoczo, jawnie bądź w ukryciu, konfabulują, dopowiadają lub po prostu fantazjują. A krytycy pieją z zachwytu. Bez tego całego kontekstu, którym jest celowe zamazywanie granic między fiction a non-fiction, te fabularne wstawki Springera są po prostu nieciekawe.

Na szczęście autor „Dwunastego…” jest na tyle dobrym pisarzem, że póki co jego najsłabsze wydawnictwo i tak jest warte lektury. Przede wszystkim z powodu portretu zbiorowego Skandynawów, który może ostudzić co bardziej naiwnych, którym wydaje się, że emigracja do Szwecji czy Norwegii jest pochwyceniem Pana Boga za nogi. Otóż nie jest, a przede wszystkim za sprawą chłodu, a nawet emocjonalnego zimna. Skandynawia nie jest również dla tych, którzy lubią rywalizację i chwalenie się własnymi osiągnięciami. Wystarczy popatrzeć na nasze nowobogackie domy, z których każdy musi być wyjątkowy, oraz na kult świadectw z paskiem czy średniej powyżej pięciu. Rodzima mentalność kmiecia, który oderwał się od pługa i teraz chce wszystkim udowodnić, że ma najlepszy wóz, najwspanialszy dom i najcudowniejsze dziecko przynoszące ze szkoły same szóstki, w Danii, Szwecji czy Norwegii nie mogłaby rozkwitnąć. Po drugiej stronie Bałtyku leży bowiem druga strona medalu, równie trudna do zaakceptowania jak nasza pycha społeczeństwa na dorobku.

Atutem prozy Springera jest również umiejętność wykreowania, a raczej oddania specyficznego skandynawskiego klimatu, może nie do końca zgodnego z opinią fanów norweskiego black metalu, ale równie chłodnego i nieprzyjaznego, co potęgują fotografie duńskiego miasteczka, zrobione przez samego autora. Czuć w nich depresyjną atmosferę rodem z filmów Bergmana, dodatkowo wzmocnioną przez wieczorną porę. Na ulicach pustki, w oknach światła, jednak brak w nich firanek i zasłon, co każe zapytać o poziom prywatności. Wracamy więc do prawa Jante, którego ostatni punkt brzmi: myślisz, że nic o tobie nie wiemy? Podczas lektury w pokoju robi się jakby zimniej, a my cieszymy się, że urodziliśmy się pod inną szerokością geograficzną. Skandynawię pozostawmy Skandynawom, bo to w zasadzie inna planeta. Szkoda tylko, że Springer tematu nie pogłębił i niepotrzebnie skupił się na tworzeniu fikcji, bo czytanie o tak innych ludziach i odmiennej mentalności naprawdę kształci.

Filip Springer, Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz, wyd. Czarne, Wołowiec 2019, ss. 259.

O tym, że E. Michael Jones jest świetnym pisarzem, nie trzeba przekonywać nikogo, kto serce ma po prawej stronie. Autor ten zasłynął przecież monumentalnym „Libido dominandi”, które opisywało i analizowało kilka wieków demontażu moralności seksualnej. Napisał także „Zdeprawowanych modernistów”, w których obnażył życiorysy znanych i uznanych, stawiając tezę, że ich dorobek artystyczny i intelektualny był pokłosiem erotycznych zboczeń. W końcu jest twórcą trzytomowego „Jałowego pieniądza”, będącego krytyką lichwy uchodzącej za kapitalizm, oraz „Gwiazdy i krzyża”, która to pozycja wzięła pod lupę dzieje Żydów po Chrystusie. Nietrudno się więc domyślić, że z takim zestawem poglądów nie jest ulubionym autorem amerykańskich profesorów i studentów. Po ostatniej jego publikacji, która wyszła w Polsce niedawno, nakładem nieocenionego wydawnictwa Wektory, do swoich wrogów zaliczy go z pewnością spora część hierarchii kościelnej i kleru, nie tylko w USA, ale wszędzie tam, gdzie wkroczył postęp. Jego „Rebelia” jest zapisem trudnych zmagań Kościoła katolickiego z Babilonem, mianem którego określa się współczesny świat. Książka ta, można powiedzieć, zaczyna się tam, gdzie kończyło się „Libido dominandi”, czyli już po zmianach obyczajowych XX wieku, które wydały na świat i hipisów, i radykalne feministki.

Aby naszkicować tło, które jest niezbędnym kontekstem do opisania współczesności, Jones cofa się wpierw do wieku XIX, który dość wyraźnie określił swój sekularystyczny charakter. To wówczas polityka kulturkampfu, prowadzona przez Bismarcka, pokazała masom, że Kościół katolicki musi być prześladowany. Innym punktem zwrotnym, na który autor zwraca uwagę, jest Sobór Watykański II, który wprowadził do Kościoła zamęt i dał asumpt do poluzowania obyczajów w jego łonie. Nawet wówczas, gdy czyniono to wszystko wbrew oficjalnych pism, duch otworzenia się na świat, ułatwił przedstawicielom kleru i wiernym na przeprowadzanie oddolnych rewolucji. Tu jako przykład pojawia się Jean Cordova, zakonnica, która po wstąpieniu do klasztoru rychło dowiedziała się, że nie musi chodzić już na mszę, za to powinna brać udział w sesjach psychologicznych, które rozbudzają jej seksualność. Inną siostrą, która pod wpływem nowych tendencji straciła wiarę, była Mary Bejamin, która „dzięki” wstąpieniu do zakonu odkryła „miłość” lesbijską. To wszystko działo się z błogosławieństwem przełożonych.

Kryzys ten objął również duchownych, czego dowodem stała się spora liczba skandali pedofilskich oraz nieskrywane praktyki homoseksualne. W tym kontekście autor podkreśla dobitne znaczenie rewolucji obyczajowej lat 60., której skutki odczuwalne są aż do dzisiaj. Widzi w niej złowrogie cienie markiza de Sade, oświeceniowego zboczeńca, który wśród różnej maści artystów i historyków ma jednak dobrą prasę, oraz Wilhelma Reicha, architekta seksualnej rewolty, równie plugawą postać co francuski libertyn. Równie ważnym problemem dla Michaela Jonesa jest wojna o media, która zaostrzyła się wraz z liberalizacją tak zwanego kodeksu producenckiego. Ten zbiór przepisów, obowiązujący przez lata w Hollywood, utrzymywał amerykańską kinematografię w dość konserwatywnych ramach. Jego złamanie uruchomiło lawinę, która spowodowała, że Kościół przegrał kulturową bitwę. O jej wyniku przesądziły również skandale seksualne, odpowiednio pompowane i wyolbrzymiane przez media, chociaż nikt nie może zaprzeczyć, że nie miały miejsca. Seks w kulturze stał się wabikiem tak mocnym, że głos katolików stał się dla większości niesłyszalny, a kto go słyszał, najczęściej ignorował.

Kulturowa rewolucja zainfekowała ostatecznie nawet katolickie uczelnie, co zdaniem Jonesa jest szczególnym obrazem tego dramatu. Bowiem sól, która straci smak, nadaje się tylko do wyrzucenia. Teologia wykładana na tych uniwersytetach przestała być katolicka, zaś zwyczajną sytuacją stały się pochwały dla antykoncepcji czy aborcji i jawnie głoszone herezje. Znany w kościelnych kręgach USA ksiądz Richard McBrien w swoich publikacjach zaczął wprost przeciwstawiać się katolickim prawdom i to przy milczącej zgodzie hierarchii. Uznał, że katolik może sobie wybrać to, w co będzie chciał wierzyć, i to, czego będzie przestrzegał, a reszty, jak w przypadku wyboru dań z karty w restauracji, może nie zamawiać. Popierał chociażby aborcję i nie widział niczego złego w praktykach homoseksualnych.

Tutaj dochodzimy do sedna, a głównymi winowajcami, zdaniem Michaela Jonesa, są wolność religijna i dialog. O tym ostatnim autor pisze tak: dialog jest nieudanym eksperymentem. Nie miał on żadnych korzeni w tradycji. W prawie każdej kwestii, której dotyczył, wiązał się z tym, że biskupi poświęcali dla niego Ewangelię. Trudno się z autorem nie zgodzić, tym bardziej, że jego tezy są zbieżne z poglądami innego konserwatywnego krytyka zmian w Kościele katolickim, niemieckiego filozofa Dietricha von Hildebrandta ("Koń trojański w mieście Boga", "Spustoszona winnica"). Obaj piszą zgodnie, że spora część hierarchii zapomniała o starej zasadzie św. Augustyna: nienawidź błędu, kochaj błądzącego, zmieniając ją w istocie w swoje przeciwieństwo.

E. Michael Jones, Rebelia. Kościół katolicki i kulturowa rewolucja, wyd. Wektory, Wrocław 2019, ss. 240.