Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

sobota, 12 sierpnia 2017

Tony Kososki - Widzieć więcej. Podróże pokolenia selfie

Ameryka Południowa to fascynujące miejsce. Bardziej niebezpieczne niż północna część kontynentu, ale i bardziej rdzenne. Gdy protestanci na północy wyrzynali Indian na potęgę, hiszpańscy i portugalscy katolicy na południu w kwestii tej byli bardziej powściągliwi. Stąd też odmienna uroda tubylców i małe szanse na wtopienie się w tłum. Mieszkaniec USA czy Europy Zachodniej widoczny jest tam jak na talerzu; wiążą się z tym faktem różne okoliczności. Nie wszystkie z nich bywają przyjemne, czego doświadczył Tony Kososki (faktycznie Przemysław Śleziak) na własnej skórze. A skąd Polak w Ameryce Łacińskiej? Tego można dowiedzieć się z pierwszej jego książki; „Wiedzieć więcej” jest drugą częścią podróżniczego reportażu. Tym razem autor przemierza autostopem Peru, Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę. Dla laika kontynent ten wydaje się monolityczny, a większość nie jest w stanie odróżnić od siebie poszczególnych krajów. Niżej podpisany również nie jest ekspertem w poniższej tematyce, stąd z zaciekawieniem sięgnął po „Widzieć więcej”. Czy faktycznie po lekturze wiem więcej niż przed nią? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta. I to nie z oczywistych przyczyn.

Tony Kososki jest człowiekiem bardzo młodym, w czasie podróży miał 22 lata, co w zdecydowany sposób odbiło się i na sposobie pisania, i na podejściu do refleksji z podróży. Wiek ten dla jednych czytelników będzie atutem, dla innych stanowi jednak przeszkodę. Zasadniczą zaletą tego reportażu jest jego plastyczny i żywy język. Autor bardzo sprawnie porusza się po polszczyźnie, potrafi uchwycić nastrój permanentnej wędrówki oraz wpleść w tekst emocje. Te – niekiedy euforyczne. W końcu mamy do czynienia z młodzieńcem, który po raz pierwszy został rzucony samotnie na obcy kontynent, gdzie całkiem nieźle sobie poradził. Z tego powodu odczuwa dumę i wielokrotnie o niej wspomina. Wspomina również o przezwyciężeniu kompleksów, które było możliwe właśnie dzięki dalekiej podróży za jeden uśmiech. Zasadą Kososkiego było niepłacenie za transport i wydawanie jak najmniejszej ilości pieniędzy. Dodatkowo na samym początku wędrówki autor stracił telefon i dostęp do karty bankomatowej. Nie oszukujmy się, wielu w jego wieku nie jest w stanie przeżyć godziny bez smartfona, toteż pewnie załamałoby się, chcąc do mamusi. Jednak częste podkreślanie przez Kososkiego terapeutycznego waloru tej podróży może czasem drażnić; autor robi to niezwykle często i dość kompulsywnie, jakby na siłę chciał krzyczeć: patrzcie, nie jestem takim frajerem, jak myśleliście.

Inną kwestią, do której muszę się doczepić, jest poziom refleksji, powiedzmy – filozoficznej, która co rusz pojawia się pomiędzy opisami drogi i spotykanych ludzi. Rozumiem, że autor jest dość młody i że Paulo Coelho pisze podobne kocopały w wieku sędziwym, ale mimo wszystko nie da się tego czytać. Oto kilka próbek. Po powrocie do kraju, podczas spotkania w Krakowie, analizując wszystkie jego dokonania, doszedłem do wniosku, że musiał być to naprawdę spoko koleś. Wyrwał się z ograniczonej Polski do europejskich Włoch i realizował swoje ukryte marzenia o podróżach, przy okazji robiąc tym bardzo dużo dobrego. Ten spoko koleś to Jan Paweł II, jakby ktoś nie wiedział. Wreszcie dotarło do mnie, że każdy człowiek jest jak niezapisana pusta kartka i tylko od nas zależy, co na niej znajdzie. Podobnie naiwny pogląd wypowiedział Rousseau, tyle że w wieku XVIII. I na koniec: Gdyby dla każdego z „wielkich przywódców” człowiek nie był tylko numerem płacącym podatki, lecz także najlepszym przyjacielem, to nigdy nie doszłoby do żadnej wojny. Przyznacie chyba, że nie są to najwyższych lotów przemyślenia, nawet jak na dwudziestoparolatka? Takich wtrętów jest w „Widzieć więcej” całkiem sporo i dla poszukiwaczy literackiego obciachu mogą być one całkiem interesujące.

Nie są natomiast obciachem te części tekstu, które koncentrują się na opisywaniu mijanych państw. Do najciekawszej części książki należą z pewnością rozdziały poświęcone Wenezueli, która od czasów Chaveza stała się miejscem marksistowskich eksperymentów gospodarczych. Widać więc tutaj obrazki, które co prawda dziwią autora, ale dla każdego, kto chociaż jak przez mgłę pamięta realny socjalizm, nie powinny być niczym nowym. Kolejki, racjonowanie żywności, chaos i niezadowolenie, a z drugiej strony deifikacja zmarłego już Hugona Chaveza to przecież nic nowego w socjalistycznej utopii i pojawia się za każdym razem, kiedy państwo zaczyna ręcznie sterować gospodarką. Inny obraz przedstawia kolejne państwo – Kolumbia. Autor opisuje ją jako państwo zmęczone narkotykowym szaleństwem, ale i pełne szlachetnych ludzi, bezinteresownie pomagających obcym. Tony Kososki przygotował się więc do tego zadania i przeczytał minimalną liczbę tekstów pomagających zrozumieć odwiedzane przez niego kraje. Zrobił więc to, czego nie robi większość podróżniczych vlogerów, którzy przynoszą wstyd swoją niewiedzą, tylko odhaczając na mapie kolejne odwiedzone miejsce.

„Widzieć więcej” jest również, pewnie mimowolnie, ciekawym studium dzisiejszych dwudziestolatków. Obraz ten daje dużo do myślenia i zgadza się z analizami socjologów, w których pokolenie to nazywane jest „pokoleniem ja”. Tony Kososki potwierdza te tezy, niemal na każdym kroku podkreślając, kto tu jest narratorem. Zwłaszcza w drugiej części książki, zamiast skupić się na temacie, z lubością powtarza się, pisząc o swojej niezwykłości. Zapewne niezwykłym jest fakt przejechania autostopem tysięcy kilometrów, ale gdyby autor nie wychodził z przechwałkami spomiędzy wierszy, czytelnik doszedłby do tego samego wniosku, co on. Inną cechą tej generacji jest skupianie się na wrażeniach, zamiast analizy rzeczywistości, co również – im bliżej końca reportażu – widoczne jest coraz mocniej. Kososki narkotyzuje się, nadużywa napojów wyskokowych, wchodzi w płytkie relacje międzyludzkie i zachwyca się własnymi przemyśleniami. Do tego jest tak otwarty, kosmopolityczny i tolerancyjny, że gubi gdzieś swój rozsądek. Nie jest przecież prawdą, że podróże każdemu pomagają; niektórzy z ich powodu stają się moralnymi relatywistami.

Tony Kososki, Widzieć więcej, wyd. Muza, Warszawa 2017, ss. 475.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Pacepa, Rychlak - Dezinformacja. Globalne wojny medialne

Lewica żywi się kłamstwem, co zaczęło się od samego jej papieża – Karola Marksa. Jego filozofia, mimo że wykorzystuje prawdziwe informacje, robi to w sposób manipulacyjny. Rodząca się w ten sposób dezinformacja jest niczym wirus, który infekuje tych, którzy są mało odporni na medialne ściemy. Podobnie jest z ruchem antyfaszystowskim, w którego skład wchodzą faszyści w sensie dosłownym oraz tabuny bojówkarzy. Lewica, bazując więc na przeinaczeniach, przekręca znaczenie słów i powtarzając je, dochodzi do swoich celów. Wystarczy tylko dostateczna liczba powtórzeń, aby kłamstwo stało się swoją opozycją. Jak bardzo to niebezpieczny proceder, pokazuje historia XX wieku, w którym lewica – zarówno czerwona, jak i brunatna – wymordowała ponad sto milionów ludzi. Przy czym czerwonej, stalinowskiej lewicy udało się przedstawić jej niemieckich konkurentów spod znaku złamanego krzyża jako siłę prawicową. Kłamstwo to powtarzane jest nawet na uczelniach i nie ma sposobu, aby opinię publiczną przekonać, że Hitler również był lewakiem. Podobnie jak reszta socjalistów, opierał swoje poglądy na silnym państwie, nienawiści do chrześcijaństwa oraz inżynierii społecznej. Wydawałoby się, że ślepy powinien zauważyć to podobieństwo, a jest przecież inaczej.

Dlaczego tak się dzieje, tłumaczy „Dezinformacja”, książka autorstwa Iona Michaia Pacepy i Ronalda Rychlaka. Pierwszy z nich jest rumuńskim emigrantem, który uciekł z kraju Ceausescu do USA; w swoim państwie był jednym z ważniejszych urzędników rumuńskiej bezpieki. Drugi jest profesorem prawa międzynarodowego i historykiem religii. Obaj stworzyli pozycję, która stara się obnażyć kłamstwa lewicy i która wyprowadza większość jej działań dezinformacyjnych od tajnej służby Związku Sowieckiego, osławionego KGB. I chociaż taka teza wydaje się karkołomna, autorzy doskonale potrafią ją udokumentować, przytaczając sporą liczbę przypisów. Źródła nie pozostawiają wątpliwości: kłamstwa sowieckiego wywiadu przenikały na Zachód, do Europy i do Stanów, i tam w myśl zasady Mao dotyczącej powtarzanego kłamstwa stawały się elementami obowiązujących narracji. Autorzy w ciekawy sposób biorą na warsztat kilka powszechnych, również w naszym kraju, mitów dotyczących najnowszej historii, i rozprawiają się z nimi, drobiazgowo powołując się na fakty.

Do najbardziej kontrowersyjnych historii, które zostały zdemitologizowane w książce Pacepy i Rychlaka, należy sprawa Piusa XII, który powszechnie określany jest papieżem Hitlera. Liczba przekłamań, które przykleiły się do tej postaci, jest wręcz oszałamiająca, więc autorzy wysoko ustawili poprzeczkę, aby naprostować najważniejsze z nich. Co ciekawe dla laików, współcześni Piusowi XII badacze, a również przedstawiciele świata żydowskiego mieli jednoznaczne zdanie na temat Pacellego. Ten, ich zdaniem, w czasie wojny pomagał Żydom, koniec, kropka. Dopiero uruchomiona przez Związek Sowiecki machina propagandowa zmieniła obraz papieża, który dzisiaj dla większości wydaje się żydożercą kolaborującym z III Rzeszą. W sukurs politykom i tajniakom przyszli, a jakże, artyści! Sztukę szkalującą Piusa XII, która ukazała się pod tytułem „Namiestnik”, napisał Rolf Hochhuth, a wyreżyserował ją Erwin Piscator. Za nimi poszli inni pożyteczni idioci, którzy tłumaczyli i wystawiali ten paszkwil po obu stronach Atlantyku. Uważna lektura „Dezinformacji” nie pozostawia złudzeń, po czyjej stronie leży prawda. 




To nie jedyne działanie antyreligijne, które ma na sumieniu sowiecka tajna policja. Wystarczy dodać tutaj szkalowanie węgierskiego kardynała Józsefa Mindszenty’ego czy chorwackiego purpurata Alojzijego Stepinaca. Również te procesy dezinformacyjne zostają gruntownie omówione w książce Pacepy i Rychlaka. Natomiast w całym tekście autorzy nie skupiają się tylko na religii. Bardzo ciekawym wątkiem jest kwestia głasnosti i idącego za nią demontażu systemu komunistycznego. Ten ostatni, czego autorzy jednak do końca nie podejmują, nie wziął się przecież z buntu ludów Europy Środkowo-Wschodniej, co z woli samego Gorbaczowa, a przede wszystkim sowieckich służb. Przykład Kuby i Korei Północnej pokazuje bowiem, że nie ma takich trudności, które nie pozwalałyby trwać komunizmowi do dzisiaj. Autorzy bardziej skupiają się na samym pojęciu głasnosti, które oznacza wygładzanie wizerunku rządzących. Głasnosti takiej podlegał nie tylko Gorbaczow, ale i Chruszczow, który po Stalinie chciał się pokazać zagranicznej opinii publicznej jako demokrata. Jako demokrata prezentował się również Ceausescu. Ten sam, który został zabity w Boże Narodzenie 1989 roku i był jednym z okrutniejszych satrapów obozu ludowej demokracji.

Osobną kwestią poruszoną przez Pacepę i Rychlaka jest sowiecki czynnik sprawczy w zamachu na Johna Kennedy’ego. Autorzy dowodzą związku zamachowca z KGB i przedstawiają machinę dezinformacyjną mającą na celu zdyskredytowanie, ich zdaniem, Stanów Zjednoczonych, a przede wszystkim ich działań wojennych podejmowanych na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Ruchy pacyfistyczne, antywojenne, anarchistyczne, co wiadomo przecież nie tylko z tej książki, były inspirowane przez sowieckie służby, a jedynie pożyteczni idioci widzieli w nich kwiaty we włosach, wesołą muzyczkę i hipisowskie pląsy. Przy czym, ta proamerykańska postawa Pacepy, który jako imigrant, od zawsze marzący o podróży do USA, jest czasami groteskowa. Razi ukazywanie USA jako raju (co autor pisze w sposób dosłowny), kraju przeanielonych ludzi, którzy nie popełniają zbrodni wojennych. To jest właściwie najsłabsza część „Dezinformacji”, ponieważ Pacepa nawet nie sili się na obiektywizm. A szkoda, by bezkrytyczne spojrzenie na Stany miało zaciemnić przekaz całości, która w celny sposób punktuje lewicowe działania dezinformacyjne.

Ion Mihai Pacepa, Ronald J. Rychlak, Dezinformacja, tłum. M. Machnik, wyd. Helion, Gliwice 2015, ss. 400.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Witold Repetowicz - Nazywam się Kurdystan. Wojny skłóconego narodu

O Bliskim Wschodzie niewiele wiemy, poza tym, co serwują nam wiadomości telewizyjne czy internetowe. Wiemy o wojnie w Syrii, pewnie słyszeliśmy o Państwie Islamskim, Iraku czy Afganistanie. Tylko że to jedynie kolorowe obrazki, w których dominuje jedna, uproszczona narracja. I jeśli w tej narracji usłyszymy coś o Kurdach, będzie to z pewnością informacja szczątkowa, dotycząca albo historycznych już ataków Saddama Husajna na ten naród, albo współczesnej ich walki z ISIS. Natomiast kim są Kurdowie, jaką wyznają religię, jakie państwa rozdzieliły sobie ich terytoria – nie dowiemy się z telewizji i radia. Możemy natomiast sięgnąć po reportaż Witolda Repetowicza wydany pod tytułem „Nazywam się Kurdystan”. I jeżeli wcześniej nie mieliśmy okazji pogłębić wiadomości na temat Kurdów, lektura omawianej publikacji będzie w tym niezwykle pomocna. Autor bowiem kreśli dzieje Kurdystanu w perspektywie historycznej i koncentruje się na jego dzisiejszych losach. A te są niełatwe, ponieważ Kurdowie nie mają własnego państwa i stają się celem ataku islamskich terrorystów oraz prześladowań etnicznych. Ziemie, do których się przyznają, leżą w granicach administracyjnych czterech państw: Syrii, Iraku, Iranu oraz Turcji.

Najlepsza sytuacja panuje w Iraku, w którym po interwencji amerykańskiej i obaleniu Saddama Husajna Kurdom zagwarantowano coś na kształt autonomii. Jak widać, mamy do czynienia z klasycznymi rozbiorami, których jako Polacy doświadczyliśmy ponad sto lat temu. Tylko że w naszym przypadku udało się zrzucić zaborcze jarzmo; Kurdystan pod tym względem jest w gorszej sytuacji. Każdy konflikt czy polityczne przetasowanie w tym regionie powoduje nadzieję na odzyskanie niepodległości, potem okazuje się jednak, że sytuacja wraca na stare tory. W tym kontekście nie dziwi więc ani walka partyzancka prowadzona przez Kurdów, ani przyłączanie się do wielu stron konfliktów bliskowschodnich. Bo też nie jest prawdą, że w Syrii walczą ze sobą dwie strony: ta popierająca Asada i jej opozycja. Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, co nakreśla w swojej książce Witold Repetowicz. Z tego względu jej lektura jest przedzieraniem się przez gąszcz faktów i niuansów, z których istnienia najczęściej nie zdajemy sobie sprawy. Przykładem takiego węzła zależności jest kwestia religii Kurdów. Ci, jako naród, nie wyznają tylko jednej. Są wśród nich muzułmanie różnych denominacji, ale również jest sporo chrześcijan. Spotyka się również Jazydów, przedstawicieli ciekawej religii, mającej swoje korzenie w starożytnym kulcie Zaratusztry.

I aby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, autor podaje fakty, z których wynika, że nieliczni Kurdowie walczą również po stronie Państwa Islamskiego. Jak widać, w świetle tych faktów, trudno obronić czarno-biały obraz Bliskiego Wschodu serwowany przez popularne media. Nie wpisywałby się w nieskomplikowany przekaz dnia, który zawsze trafia do większej liczby odbiorców. Pisałem już to przy okazji recenzji reportażu Marcina Mamonia, więc się powtórzę, ale Witold Repetowicz, podobnie jak wymieniony obok niego dziennikarz, nie siedzi po hotelach i nie pije kawy na koszt agencji, ale przemieszcza się po terenie, poznaje ludzi, zaprzyjaźnia się z nimi i w ten sposób staje się wiarygodny. A że podróże po tym newralgicznym obszarze wiążą się z niebezpieczeństwami, mało kto się na nie decyduje. Repetowicz opisuje więc spotkania z lokalną policją, które mogły skończyć się o wiele gorzej, wspomina również o przebywaniu w pobliżu linii frontu. A że do tego posługuje się żywym i komunikatywnym językiem, jego reportaż świetnie się czyta. Do tego autor nie przyłącza się do bezmyślnego chóru zwolenników przyjmowania do Europy nielegalnych imigrantów.

I na koniec jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że kwestia kurdyjska jest tak skomplikowana, mianowicie wewnętrzne skłócenie Kurdów. Wydawać by się mogło, że w walce o niepodległość narody się jednoczą. Zresztą nie trzeba daleko szukać: wystarczy poczytać historię Polski. Tutaj jest podobnie. Różnice religijne i polityczne nie pozwalają Kurdom zjednoczyć własnych sił. Rozbieżności te, z zewnątrz wydające się nieznaczne, definiują tożsamość poszczególnych jednostek, którym z kolei przejść do porządku dziennego nad nimi. W ten sposób wydaje się po lekturze reportażu Witolda Repetowicza, że nad narodem kurdyjskim wisi jakieś nieracjonalne fatum, niepozwalające na zgodę narodową w tak szczególnej chwili. Walka, jak widać, będzie trwała długo i nikt z nas nie wie, czy i kiedy Kurdowie odzyskają upragnioną wolność.

Witold Repetowicz, Nazywam się Kurdystan, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2016, ss. 300.

środa, 12 lipca 2017

Hege Storhaug - Islam. Jedenasta plaga. Nowy totalitaryzm?

Lewica kocha nielegalnych imigrantów. Ten truizm znany jest nie od dzisiaj, szczególnie gdy chodzi o kwestię tak zwanych uchodźców. Miłość ta jest tak ogromna, że przewyższa uczucia do własnych narodów i grup etnicznych. Swoją drogą, współczesna ideologiczna lewica i patriotyzm to pojęcia dość mocno się rozjeżdżające. Chór wrażliwych społecznie istot ludzkich przychylających niebo (świeckie, oczywiście, najlepiej to z komunistycznego hymnu Lennona pt. „Imagine”) wszelkiej maści obcym (albo Innym, jak chciałby samozwańczy książę reporterskiego ściemniania), intruzom, a nawet terrorystom, zaczyna już lekko fałszować. Ten nieczysty ton wiąże się z zadyszką, którą złapała w ostatnich latach Europa Zachodnia. Mianowicie, polityka otwartych granic spowodowała niespotykany do tej pory kryzys imigracyjny, który w dziejach nowożytnych jest zjawiskiem bez precedensu. Niektórzy przedstawiciele lewicy, zetknąwszy się z rzeczywistością, zaczynają przeglądać na oczy. Jedną z jej przedstawicielek jest Hege Storhaug, norweska feministka, obrończyni praw człowieka oraz zadeklarowana ateistka. Jej książka „Islam. Jedenasta plaga” jest kijem w szprychy włożonym współczesnej lewicy. Nie pozostawia bowiem wątpliwości, że kryzys imigrancki nie jest okazją do ubogacania kulturowego, a raczej ponurą wizją nowego totalitaryzmu.

Swoją drogą, zastanawiam się nad recepcją tej pozycji w naszym kraju. Czy przeczytają ją tylko przekonani i zadeklarowani przeciwnicy współczesnej imigracji, czy może trafi również do jej zwolenników. Jeśli nawet tak się stanie, nie mam wątpliwości, że autorka zostanie obwołana islamofobką, rasistką, faszystką i zdrajczynią lewicowych ideałów. Cóż, pozostanie jeszcze mocniejsze przekonanie, że środowisko, z którego pochodzi Hege Storhaug, wiedzione nienawiścią do wartości europejskich wynikających z chrześcijaństwa, gra na zniszczenie cywilizacji łacińskiej, a imigrancka fala jest w tym bardzo pomocna. W każdym razie autorka wcale nie musi być chrześcijanką, aby w wyraźny i ostry sposób krytykować współczesny islam. Przybiera w tej krytyce nieprzejednany ton, czym zbliża się do Oriany Falacci, która również przejrzała na oczy w kwestii religii muzułmańskiej. „Islam. Jedenasta plaga” – aby dobrze sformułować swoje tezy – rozróżnia dwa islamy: mekkański i medyński. Różnica ta jest warunkowana dwoma etapami życia Mahometa. W pierwszym z nich prorok był założycielem nowej religii, pokojowo nastawionym do otoczenia. Po ucieczce do Medyny zaczął się wojowniczy etap w jego życiu. Współczesny islam, przede wszystkim w wydaniu salafickim i wahabickim, tę wojowniczość przyswoił sobie jak mało co.

Islam jest stosunkowo młodą religią i znajduje się na etapie ekspansji i dynamicznego rozwoju. Nie dziwi więc fakt, że ideologia dżihadu, rozumiana jako święta wojna przeciwko niewiernym, jest atrakcyjna dla wielu wyznawców religii mahometańskiej. Przy czym, jak tłumaczy autorka, religia ta jest skończonym systemem, który organizuje dosłownie wszystko, począwszy od życia politycznego, poprzez zwyczaje żywieniowe, aż do tego, której ręki należy używać w toalecie. Hege Storhaug wyciąga więc wniosek, że islam to nie tyle religia, co system totalitarny, od którego ucieczką może być tylko śmierć. Już widzicie, dlaczego współczesna lewica, włącznie z tak zwanymi antyfaszystami kocha islam i nie pozwoli na żadne słowa krytyki wobec niego? Stara miłość nie rdzewieje, a skoro Lenin i Stalin już nie żyją, należy znaleźć sobie nowego sojusznika w niszczeniu cywilizacji i religii chrześcijańskiej.

„Islam. Jedenasta plaga” jest więc donośną krytyką tytułowej religii i wiążącej się z nią imigracji. Jest książką niezwykle pieczołowicie udokumentowaną; posiada kilkaset przypisów, których weryfikacja nie powinna pozostawiać żadnych problemów. Autorka pisze o strefach no-go, uznawanych przez lewaków za prawicowy mit. Podaje przykłady francuskie, brytyjskie, szwedzkie i norweskie, podając liczby i konkretne przykłady przestępstw dokonywanych przez islamskich imigrantów: morderstwa, w tym zabójstwa honorowe, gwałty, okaleczanie kobiet, zmuszanie dziewięcioletnich dziewczynek do zamążpójścia (bo przecież Mahomet pojął Aiszę właśnie w tym wieku). Gdyby któryś z tych czynów dokonał biały człowiek, obywatel Szwecji czy Norwegii, długo by nie czekał na postawienie zarzutów. Muzułmańskim imigrantom w dużej mierze uchodzi to na sucho. Policja bowiem boi się oskarżenia o rasizm, poza tym jej pole działania jest ograniczone, a w strefach no-go prawie niemożliwe. Autorka pokazuje czarno na białym, że integracja i multikulturalizm są mitem, który założył Europie pętlę na szyję.

Cenny jest także fakt, że cała ta krytyka odbywa się z pozycji lewicowo-oświeceniowych. Hege Storhaug, jako osoba niewierząca, nie ma sentymentów do żadnej religii, ale zauważa, że to nie chrześcijaństwo generuje dzisiaj problemy w Europie. Te problemy generuje islam i wystarczy przeczytać omawianą pozycję, aby się o tym przekonać. Przy czym to nie terroryzm jest największym problemem. Najgorsze rzeczy dzieją się po cichu, a do nich należy podmiana etniczna, przejmowanie szkół oraz instytucji samorządowych, tak aby w podporządkowanych sobie enklawach wprowadzać religijne prawo szariatu. Podobnie, jak po II wojnie światowej komuniści, tak dzisiaj islamiści zakładają instytucje o neutralnie bądź przyjaźnie brzmiących nazwach, i póki nie dominują liczbowo, zachowują się familiarnie, rozpowiadając o religii pokoju. Dopiero potem, po cichym przejęciu, okazuje się, że to – jak śpiewał zespół Proletaryat – pokój z kulą w głowie.

Hege Storhaug, Islam. Jedenasta plaga, tłum. A. Nikolewicz, wyd. Stapis, Katowice 2017, ss. 335.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Wojciech Rogala - Witajcie w białej Afryce. Nie tylko dla czarnych

Podróże podobno kształcą, a w rzeczywistości tylko tych, którzy wiedzą dokąd i po co się w podróż wybrali. Tych niewykształconych jest mnóstwo, przy czym nie mam na myśli januszy last minute, ale podróżniczych celebrytów, którzy swoje wrażenia z egzotycznych wojaży najczęściej plagiatują, a na okładkach ich książek w centralnym punkcie widnieją ich nieskalane myśleniem oblicza. Na szczęście do tej grupy nie należy Wojciech Rogala, który w świecie podróżniczych literatów jest człowiekiem znikąd. Czytelnika nie obciąża więc fakt, że autor relacji czy reportażu z zagranicznej wyprawy jest znaną twarzą w światku pisarskim, dziennikarskim, aktorskim (niepotrzebne skreślić). Aktor czy dziennikarz (a może lepiej napisać „prezenter pogody”) napisze cokolwiek, co się wyda w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, przy czym kuleć będzie merytoryczna część jego publikacji. Autorzy-pasjonaci, do których zalicza się Wojciech Rogala, pod względem biznesowym mają trudniej, bo nie idzie za nimi fama nazwiska, ale najczęściej piszą o wiele bardziej rzeczowo. I z czystym sumieniem mogę to stwierdzić w przypadku „Witajcie w białej Afryce”. Reportaż ten nie jest może rewelacyjny pod względem literackim, wszakże jego autor w życiu codziennym zajmuje się czymś innym niż pisanie, ale faktograficznie stoi na wysokości zadania.

Sam oksymoron w tytule może drażnić, ponieważ Afryka jest kontynentem kojarzonym z ludnością murzyńską. A każdy, kto ośmiela się zauważyć, że niektóre państwa Czarnego Lądu zamieszkuje rdzenna ludność biała i że ma ona do Afryki takie samo prawo jak czarnoskórzy, jest przez wiadome środowiska okrzykiwany mianem rasisty. Swoją drogą, ci sami ludzie oburzają się, gdy część politycznych środowisk na naszym kontynencie uznaje Europę za naturalne środowisko dla ludności białej i z niechęcią odnosi się do kwestii przyjmowania uchodźców. Murzyn może być dumny ze swojej skóry i wprowadzać rasistowskie prawa dyskryminujące białego człowieka. Biały człowiek – absolutnie nie. Cóż, socjaliści i logika to dwa różne światy. Wydaje się, że Wojciech Rogala stoi w poprzek tym politycznie poprawnym sądom, o czym wielokrotnie daje do zrozumienia w swoim reportażu. Głównym tematem „Witajcie w białej Afryce” jest młode państwo, sąsiadująca z RPA Namibia, która – z tego, co pisze autor – jest jednym z najbezpieczniejszych państw afrykańskich. Przez 1990 rokiem stanowiła federacyjny organizm wspólnie z Republiką Południowej Afryki, a dzisiaj jest krajem, w którym odmiennie niż na pozostałych częściach kontynentu, rządzi demokratyczny rząd.

W Namibii biali ludzie stanowią sześć procent tego ponaddwumilionowego państwa. Językiem urzędowym jest angielski, ale częściej słyszy się afrikaans oraz niemiecki. Ten pierwszy to skutek ścisłego powiązania z RPA, a drugi – burzliwej historii kolonizacji. Niemcy, pod wodzą Bismarcka, prędzej chętne były, aby poszerzać swoją przestrzeń życiową w Europie, co boleśnie odczuli nasi rodacy w zaborze pruskim. Jednak polityczny wyścig kolonizacyjny powodował, że Rzesza nie chciała pozostawać w tyle. Skutkiem tego wyścigu było zasiedlanie południowo-zachodnich rubieży Afryki. Nie dziwi więc dzisiaj fakt, że niektóre miasteczka w Namibii przypominają poniemieckie miejscowości na Dolnym Śląsku. Autor staje tutaj w rozkroku, ponieważ podziwia zapał pionierów, budujących na pustyni swoje domostwa, linie kolejowe, sprowadzających materiały z całej Europy. Z drugiej strony widzi ludobójcze zapędy Niemców, które o kilkadziesiąt lat wyprzedziły II wojnę światową. Otóż, obozy koncentracyjne, eksperymenty medyczne na ludziach, idea podludzi i przestrzeni życiowej były testowane przez Niemców właśnie w Namibii. Widać więc, że prawdziwi Aryjczycy mają to we krwi. Czytając o tym, co Niemcy robili z czarną ludnością, wcale nie żałuję dzisiejszego losu ich potomków.

Faktem jest natomiast, że i biali i czarni mieli na swoim koncie podobne zachowania. Część rdzennych ludów na przykład prześladowała Buszmenów, nie uważając ich za ludzi, a jedni i drudzy tak samo odmawiali człowieczeństwa Basterom, czyli mieszankom afrykańsko-europejskim, którzy do dziś dnia czują się w Namibii obywatelami drugiej kategorii. Jak więc widać, myślącemu człowiekowi trudno zamknąć opowieść o Afryce we frazesach o rasizmie, kolonializmie, złych białych i szlachetnych dzikusach. Rzeczywistość jest bardziej zagmatwana, a Wojciech Rogala, obserwując Namibię z bliska, próbuje rozwikłać ten węzeł gordyjski. Dzisiejsza Namibia poszła bowiem drogą RPA, wprowadzając wzorem socjalistycznych państw w Europie Środkowo-Wschodniej punkty za pochodzenie. Ta akcja afirmacyjna nakazuje białym, którzy w większości rządzą gospodarką tego kraju, zatrudniać czarnych, również na kierowniczych stanowiskach. Natomiast jest to państwo przyjaźniejsze dla białego człowieka; nie giną tam farmerzy, co dzieje się w Zimbabwe i RPA, a przestępczość utrzymuje się na bardzo niskim, szczególnie w Afryce, poziomie.

„Witajcie w białej Afryce” pokazuje więc nieco inny obraz tego kontynentu. Do tego skupia się na państwie praktycznie nieobecnym w polskich mediach. O tym medialnym milczeniu rozmówcy autora wypowiadają się jednak pozytywnie. Bo przecież nie mówi się głośno o krajach, w których nic złego się nie dzieje. Nie jest z pewnością Namibia rajem na ziemi, ale – co podkreślają biali ją zamieszkujący – da się w niej żyć i to pomimo prowincjonalnej nudy. Jednak wszyscy zgodnie podkreślają, że nie identyfikują się z dzisiejszą polityką państwa, nie obchodzą świąt narodowych, a w dodatku zastanawiają się, ile potrwa ten spokój. Trudno orzec, jakie będą losy Namibii, ale jedno jest pewne: biały człowiek ma w jej przeszłości i teraźniejszości zapisane miejsce.

Wojciech Rogala, Witajcie w białej Afryce, wyd. Muza, Warszawa 2017, ss. 429.

wtorek, 27 czerwca 2017

Jill Leovy - Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Dwieście pięćdziesiąt. Tyle morderstw popełniono w Los Angeles w 2013 roku. Dużo to czy mało? Wszystko zależy od punktu odniesienia. Jeśli będzie nim jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie, czyli Polska, liczba będzie ogromna. Jeśli zaś zostaniemy w USA, liczba ta nie będzie już tak szokująca. Wręcz przeciwnie, w Mieście Aniołów może być interpretowana jako wyraz postępu, bo od kilku lat sukcesywnie maleje. O zabójstwach w Los Angeles dużo się pisze, a raperzy tacy jak Ice-T śpiewają o nich piosenki, w których wyklinają na policję i ostrzeliwują fuckami, aż wióry lecą. O sprawie morderstw, ale koncentrując się na czarnych obywatelach Stanów, napisała również amerykańska dziennikarka Jill Leovy. Poświęciła im opasły reportaż, który w oryginale nosił tytuł „Ghettoside: A True Story of Murder in America”. Polski wydawca postanowił zagrać na karcie rasizmu, stąd nieoddające istoty problemu tłumaczenie „Wszyscy wiedzą. O morderstwach czarnych w Ameryce”. Nie znając publikacji, pomyślałbym, że chodzi znów o rasizm. A on zupełnie nie gra tutaj roli, bowiem lwia część inicjatorów zbrodni na czarnych to Murzyni.

„Wszyscy wiedzą” stanowi klasyczny przykład fabularyzowanego reportażu, czyli jest tekstem z pogranicza literatury faktu i powieści. Naturalnie, bohaterowie, o których pisze Leovy, to postacie autentyczne, z którymi autorka spotykała się podczas pracy nad książką. Należą do nich policjanci, mieszkańcy gett murzyńskich czy świadkowie morderstw, w tym członkowie rodzin zabitych. Autorka, pracując nad swoim reportażem, spędziła setki godzin na komisariatach, za kółkiem samochodu, a przede wszystkim na cierpliwych rozmowach z nie zawsze przyjaźnie usposobionymi świadkami. Materiał źródłowy, który udało jej się zebrać, musiał okazać się imponujący. Z drugiej strony Jill Leovy wprowadza do utworu typową dla powieści narrację, w której znalazło się nawet miejsce na opisy pogody. Bohaterów przedstawia jak powieściowe figury, dbając o to, aby różnili się między sobą i aby naszkicować szeroki kontekst ich działalności. Jej metodyką ukazywania świata przedstawionego jest jego fragmentaryzacja; autorka nie ma ambicji ukazania całości problemu, ale wiedząc o jego ogromie, wybiera kilka spraw i na nich się skupia.

Głównym wątkiem reportażu jest więc jedno morderstwo, a jego ofiarą jest Bryant Tennelle, czarnoskóry syn policjanta, który ginie od kuli w biały dzień. Jego zabójcą okazuje się Devin Davis, równie młody chłopak z murzyńskiego getta. I jak się okazuje, przyczyną morderstwa nie były ani gangsterskie porachunki, ani konflikt między ofiarą a zabójcą. Wszystko odbyło się przypadkowo, bowiem Davis został przymuszony do sprawdzenia się na ulicy. Nie zabijając przypadkowego przechodnia, nie okazałby się godny przynależności do gangu i stałby się pośmiewiskiem. Autorka ma zresztą na temat gangów dość oryginalną opinię, uważa, że media wyolbrzymiają ich obraz. Wydaje się więc, że według niej bardziej niż grupy przestępcze winny jest system, którego częścią są policjanci. Jill Leovy przedstawia jednego z nich, tworząc głównego bohatera. Jest nim John Skaggs, typowy twardy gliniarz, charakteryzujący się dodatkowo wyjątkową wytrwałością. I to ona – zdaje się mówić autorka – jest głównym powodem powodzenia śledztwa. Reporterka oskarża bowiem zbiurokratyzowany system policyjny o niedobór śledczych i niewystarczające zaangażowanie. Najbardziej bulwersuje ją fakt, że morderstwa czarnych są bagatelizowane. Dzieje się tak, ponieważ sprawcy również sa czarni; zabójstwa te traktuje się więc jako wewnętrzne sprawy gangów. Policja, zdaniem autorki, nie kwapi się do rozwiązywania spraw, co potęguje jeszcze ich liczba, wynosząca nieraz kilka dziennie. W takich warunkach trudno pracować.


Tytuł „Wszyscy wiedzą” odnosi się do sytuacji, w której tożsamość sprawców najczęściej znana jest w ich sąsiedztwie. Zabójcą okazuje się czyjś syn lub mieszkaniec sąsiedniej posesji. Dlatego tak trudno o zebranie zeznań świadków; ludzie boją rozmawiać się z policją, gdyż szybko mogą stać się następnymi ofiarami. Wolą przygotować zemstę, niż wyspowiadać się śledczym, zresztą zeznawanie na komisariacie jest źle widziane w czarnej społeczności. Autorka, chcąc jednak pokazać wyjątek, nakreśla obraz Jessiki Midkiff, byłej członkini gangu, prostytutki i striptizerki, która po złożonych zeznaniach, na policji i w sądzie, zmienia swoje życie i wychodzi na prostą. Nie oszukujmy się jednak, takich przypadków nie ma wielu, a casus młodej Jessiki dowodzi wyjątkowego hartu ducha dziewczyny, co nie zdarza się zbyt często.

Co jest więc, według autorki, przyczyną tak wielu zbrodni dziejących się w czarnych społecznościach USA? Diagnoza Jill Leovy wydaje się niewystarczająca, bo skupia się na braku państwa. Jak każdy socjalista, amerykańska reporterka lekarstwo na wszystkie problemy widzi w ochronnym parasolu instytucji rządowych. Trochę banalne to rozwiązanie, a Leovy powtarza je co chwilę; takie natręctwo jest charakterystyczne dla amerykańskiej publicystyki. Nie jestem socjologiem, więc nie odpowiem na pytanie, dlaczego zbrodnie wśród czarnych pojawiają się o wiele częściej, niż w białych środowiskach. W każdym razie mamy do czynienia z faktem, który da się udowodnić za pomocą statystyki.

Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce, tłum. J. Ochab, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 411.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Kacper Rękawek - Człowiek z małą bombą. Terroryści u bram

Nie od dziś naukowcy uwielbiają dzielić włos na czworo. Niuansują, tłumaczą, stając się adwokatami diabła. Widzą świat w jednej wielkiej szarości, a umyka im czerń i biel. Stają się przeciwieństwem tych, którzy z kolei przesadzają w drugą stronę. Nie wszystko bowiem jest czarno-białe, a z drugiej strony nie wszystko da się przedstawić jako kolaż szarych barw. Istnieją przecież sytuacje, które aż się proszą o konkretne zaklasyfikowanie. Na przykład terroryzm. Nie jestem przekonany, że sposób, w który pisze o nim Kacper Rękawek, jest tym właściwym. Bo pominięcie aspektu uchodźców oraz imigrantów podczas charakteryzowania tego zjawiska wydaje się dość poważnym pominięciem. Rozumiem, że łączenie obu tych kwestii jest politycznie niepoprawne, ale wystarczy trochę matematyki, aby przekonać się, że nie jest tak, jak chciałyby humanitarne pięknoduchy. Dość tego jednak, bo „Człowiek z małą bombą” nie jest złą publikacją. Jej główny grzech polega na dwóch aspektach: na pominięciu tego, o czym napisałem powyżej, i na skrótowym ujęciu tematu. Rozumiem jednak, że miała być to pozycja popularno-naukowa. I jako taka, sprawdza się dobrze, bo napisana jest z werwą i znajomością realiów.

O terroryzmie można pisać opasłe tomy. Rękawek zaś zaledwie na dwustu stronach sygnalizuje problem, uciekając się do anegdot spod różnych szerokości geograficznych. Główną tezą „Człowieka z małą bombą” jest bowiem zdanie, że zjawisko terroryzmu istnieje na świecie od dawna, natomiast walka z nim jest walką z wiatrakami. Stwierdzenie to jest dość interesujące i pewnie zgodne z naukowym oglądem rzeczy, lecz co ma z niego wynikać? Że teraz pozostało nam robić sobie tatuaże z pszczółką jak w Manchesterze czy nosić w plecaku kolorowe kredki, którymi będzie się bohatersko smarowało po trotuarach w obliczu kolejnych zamachów? Złośliwie piszę, ale wcale nie mam ochoty dowalać autorowi, który z pewnością zna się na rzeczy. Jednak znajomość rzeczy może w wielu przypadkach przysłonić to, co ważniejsze. Bo jeśli stwierdzimy jak europejskie, zbankrutowane elity, że musimy nauczyć się żyć z terrorem, nie dokonamy kapitulacji? Jeśli zaś uznamy obronę własnej tożsamości narodowej i religijnej za faszyzm, to już dawno przestaliśmy zasługiwać na cywilizację łacińską i lepiej, aby barbarzyńcy czym prędzej dokonali sprawy. Rękawek zdaje się mówić właśnie w taki sposób, a to powinno spowodować słuszny opór.

Autor, pisząc o terroryzmie, nie skupia się jedynie na islamskim obliczu tego zjawiska, ale wspomina o baskijskiej ETA, irlandzkiej IRA oraz lewicowej RAF. Wspomina również o powiązaniach między dwiema pierwszymi organizacjami, co nie jest ogólnie znanym faktem. Ale przede wszystkim przedstawia terrorystę jako zwyczajnego człowieka, dla którego barbarzyńskie akty nie są codziennością, ale dodatkiem do zwykłego, najczęściej stereotypowego modelu życia. Terroryści przecież, jak pisze Rękawek, mają i kochają swoje dzieci, spotykają się na pogawędkach, chodzą do barów, a tylko niekiedy wyruszają, aby zabijać. Powodem, dla którego tak się dzieje, jest przede wszystkim ryzyko oraz długotrwałość przygotowań do kolejnych ataków. Terroryści są również inwigilowani, a statystyki twierdzą jednoznacznie: większość ataków daje się udaremnić, a ich wykonawcy wpadają z powodu własnej niefrasobliwości. Nie są bowiem terroryści niezniszczalnymi mścicielami, ale to często osoby nie do końca rozgarnięte, a niekiedy po prostu głupie. Tutaj autor daje nadzieję tym, którzy chcieliby w swoim fatalizmie widzieć w nich wcielone zło. Co więcej, każdy udany akt terroru jest efektem wprowadzonej innowacji. Potem podobne modele ataków stają się łatwiejsze do wyśledzenia.

Obala również autor tabu związane z płaceniem okupu. Podczas lektury „Człowieka z małą bombą” okazuje się więc, że mimo szlachetnego gadania o niezłomności i niepłaceniu łajdakom, opłaty uiszczają wszyscy. Bo gdy chodzi o własnych obywateli, państwa zachowują się niczym zdesperowane matki broniące swoich dzieci. Trochę to pocieszające dla tych, którzy kiedyś zostaną porwani, natomiast w ogólnym rozrachunku smutne. Rękawek demitologizuje również obraz ochotników, którzy udają się do Państwa Islamskiego. Jego zdaniem większość z nich to średnio przygotowani i wyekwipowani młodzieńcy, którym marzy się udział w muzułmańskiej świętej wojnie. Autor wydaje się ironicznie patrzeć na to całe zjawisko i w dużej mierze je bagatelizuje. Nie wiem, czy jest to dobry wniosek, w końcu w Armii Czerwonej większość wojska składała się z marznących obszarpańców, lecz to oni właśnie doszli do Berlina, a dobrze odżywieni Niemcy uciekali tysiące kilometrów do własnych heimatów. Ośmieszanie problemu nie jest więc receptą na jego złagodzenie. Nazwanie tygrysa chomikiem nie powoduje, iż rzeczony kot stanie się łagodniejszy.

„Człowiek z małą bombą”, jakkolwiek interesujący i napisany dobrym piórem, pozostaje w cieniu swoich grzechów. Intelektualizm autora i jego ironia wcale sprawy nie ułatwiają. Bo co komu po stwierdzeniu, że również chrześcijanie podkładali sobie nawzajem bomby w Irlandii Północnej, skoro to nie oni dzisiaj wysadzają się na koncertach popowych gwiazdek trzeciego sortu i to nie oni rozjeżdżają ludzi ciężarówkami? Ludzie w Europie boją się terrorystów muzułmańskich, a dodatkowo mają usta zakneblowane polityczną poprawnością. Kacper Rękawek proponuje im za to pogadankę o tym, że nie tylko islamiści zabijają i że to w zasadzie są równe chłopaki, tylko czasami trochę wybuchowe.

Kacper Rękawek, Człowiek z małą bombą, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 211.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Michał Olszewski - #upał. Rechot głupców

Pamiętacie maratończyka, który zostawił psa przed schroniskiem dla zwierząt? W każdym razie ja zdążyłem zapomnieć o całej tej w zasadzie banalnej historii. Historia ta była też o wiele mniej bulwersująca, niż jej medialny obraz, który przetoczył się przez elektroniczne i drukowane publikatory dwa lata temu. A lato 2015 było bardzo gorące; w takim sezonie ogórkowym muszą pojawiać się podobne historie. Nie tyle ochładzają one, co jeszcze bardziej ożywiają rozpalone wysokimi temperaturami głowy. Świat mediów natomiast już dawno (o ile kiedykolwiek był) przestał opierać się na racjonalnych przesłankach. Brukowce jawnie odwołują się do emocji czytelników, bardziej ukrywają tę przypadłość gazety, którym nie jest wszystko jedno. Natomiast w zasadzie wszystko jedno, bo manipulacja zawsze będzie manipulacją, a podkręcony w dobrej wierze news niewiele różni się od fałszywej informacji. Co więcej, cierpienie zwierząt dzisiaj rusza coraz większą liczbę osób niż cierpienie ludzi (zagadka: jaki procent wegan i obrońców zwierząt to zwolennicy aborcji?), więc maratończyk i jego pies stali się na kilkanaście dni świetną zachętą do klikania.

Piszę o tym dlatego, że mam przed sobą fabularny debiut Michała Olszewskiego. „#upał”, bo o nim mowa, nie jest pierwszą książką wydaną przez autora; dwa lata temu ukazał się tom reportaży o współczesnej Polsce zatytułowany „Najlepsze buty na świecie”. Teraz Olszewski w swojej pierwszej powieści, jako zawodowy dziennikarz, w dosadny sposób ukazał świat współczesnych mediów, dokładając w zasadzie wszystkim jego ogniwom. Od razu przypomina mi się dictum Roberta Mazurka, w którym znany żurnalista stwierdził, że od dziennikarzy jeszcze głupsi są tylko aktorzy. Prowokacja czy efekt wieloletniej obserwacji? I jedno, i drugie, ponieważ ta grupa zawodowa ignorancję wpisaną ma w życie, co również opisuje Michał Olszewski. Goniąc od tematu do tematu, nie mogąc skupić się na pogłębionej analizie, większość dziennikarzy znajduje się tylko jeden stopień niżej od komediantów. W ten obraz doskonale wpisuje się główny bohater, Fej, który swój pseudonim zawdzięcza uzależnieniu od fejsbuka. Fej to więc klasyczny przykład ignoranta, który pędzi od jednego niusa do drugiego, aby podgrzewać atmosferę na miejskim portalu. Od rana ciska się z kąta w kąt, a to odbierając snapy od kochanki, esemesując z żoną, odbierając telefony i w końcu wyszukując informacji. Ten przerysowany obraz nie jest jednak daleki od rzeczywistości; uzależnienie od mediów widać nie tylko u dziennikarzy, wystarczy wsiąść do publicznego środka transportu, by ujrzeć dziesiątki zombie przesuwających paluchem ekran i tępo wpatrujących się w smartfona.

Jeszcze głupsi od Feja są jednak jego praktykanci, w których widzę z kolei odzwierciedlenie dziennikarskiej drużyny jednego z teleturniejów telewizyjnych. To średnio rozgarnięta młodzież, która używa modnych wyrazów i to zupełnie bez ich zrozumienia. Ci adepci żurnalistyki piszą o „kontrowersyjnym śniegu” i chodzeniu na spacery „z dziećmi oraz innymi zwierzętami”. Obraz tego młodego narybku nie jest, niestety, daleki od rzeczywistości. Dziennikarstwo nie jest więc w „#upale” niczym więcej jak małpią umiejętnością podgrzewania emocji; powieściowi redaktorzy mówią wprost o „grzaniu tematów” i „podkręcaniu niusów”. Wystarczy jedna wizyta na dowolnym portalu informacyjnym, również tym nieplotkarskim, aby przekonać się, że współczesnym dziennikarstwem rządzi fejk i przeinaczanie faktów. A prawda? Cóż jest prawda – pytał kiedyś pewien Rzymianin.

Siłę rażenia tej powieści podnosi również język, stylizowany na korporacyjny żargon oraz internetowy slang. Bohaterowie mówią półsłówkami, stosując prymitywne komunikaty, nie lepszy jest narrator, czyli Fej we własnej osobie. Jego język jest groteskową mieszaniną mowy potocznej, telewizyjno-internetowego żargonu oraz wulgarnej dosadności. Bohater, nie mogąc skupić się na niczym dłużej niż pół minuty, rwie swoją opowieść, co chwilę popadając w liczne dygresje. Natomiast struktura powieści jest skonstruowana zgodnie z regułami literackiej dyscypliny i czytelnik nie ma poczucia, że gubi się w chaosie. Co więcej, łatwo podążać za kolejnymi strumieniami świadomości, bo przypominają one internetowe linki, prowadzące do kolejnych informacji. W strukturę „#upału” umiejętnie wpleciono również imitacje sieciowych komentarzy oraz cztery autonomiczne opowiadania. Skąd taki pomysł? Otóż powieściowy miejski serwis informacyjny zorganizował konkurs na krótki tekst literacki. Te cztery miniatury to równie dobre zwierciadło naszych czasów, jak główna część utworu.

Mimo tych niewątpliwych eksperymentów formalnych debiut Olszewskiego jest logiczną strukturą, nad którą autor doskonale zapanował. Wszystkie wydarzenia w tekście, poza dygresjami, dzieją się jednego dnia i prowadzą do mocnego finału, w którym odnajdziemy ślad kolejnego niusa, który grzany jest zawsze, gdy wydarzy się podobna tragedia. „#upał” jest z pewnością rodzajem gorzkiej satyry na dzisiejsze czasy, lecz jest również obrazem dehumanizacji, której przyszło nam dożyć. I jest to bardzo smutna powieść, pomimo sporych walorów komicznych, które pojawiają się zwłaszcza na jej początku. Potem szybko odechciewa nam się śmiać, ponieważ oblicze współczesności ukazane w powieści to rodzaj permanentnego święta głupców, podczas którego ludzka menażeria z rechotem podcina gałąź, na której siedzi.

Michał Olszewski, #upał, wyd. Znak, Kraków 2017, ss. 318.

środa, 31 maja 2017

Maciej Płaza - Skoruń. Między zdarzeniem a wyobraźnią

Od kiedy odkryto naturalizm, wieś już nigdy nie była taka jak przedtem. Skończyły się Rejowe bajania i romantyczne wizje, a zaczęło się życie. Na początku przegięto, oczywiście, w drugą stronę, bo wieś stała się pełną patologii i nędzy przestrzenią, ale jak to w życiu bywa, oba obrazy prowincji się w miarę wyrównały, co nastąpiło po II wojnie światowej. Tematykę wiejską poruszali wówczas Tadeusz Nowak, Edward Redliński czy Wiesław Myśliwski, w te rejony zaglądali również tacy mistrzowie małego realizmu jak Marek Nowakowski i Bohdan Madej. Ten drugi czynił to wyjątkowo boleśnie, co było znakiem rozpoznawczym całej jego twórczości, która w wyjątkowo brutalny sposób opisywała rzeczywistość Peerelu. Do przedstawicieli realistycznej prozy tworzonej w nurcie wiejskim dołącza właśnie debiutant, Maciej Płaza, znany wcześniej jako tłumacz H. P. Lovecrafta i autor monografii Lema. I robi to w sposób wyśmienity, gdyż jego pierwsza powieść „Skoruń” może bez wstydu stanąć obok Madeja, Nowaka czy Redlińskiego. Jest, co prawda, nieco inna niż teksty wymienionych powyżej twórców, ale zaskakuje poziomem fabuły, barwnym i oryginalnym językiem oraz nieuchwytną atmosferą, która ma coś wspólnego z realizmem magicznym.

Można „Skorunia” czytać jako powieść, a można potraktować jako siedem niezależnych od siebie opowiadań. To charakterystyczna cecha debiutu Płazy: akcja każdego tekstu jest osobną fabułą, która się rozwiązuje i zamyka, ale czytelnik może śledzić dorastanie i dojrzewanie głównej postaci, ponieważ opowiadania te ułożone są w sposób chronologiczny. Poznajemy bohatera pod koniec szkoły podstawowej, a w ostatnim tekście jest on już uczniem technikum. Kreacja postaci jest specyficzna; Skoruń jest wiejskim odludkiem, mającym swoje oryginalne przemyślenia na temat rzeczywistości, ale wydaje się w zerowym stopniu zainteresowany otaczającym go światem. Jego ojciec, twardy sadownik, ale i nauczyciel oraz absolwent studiów, kilka razy wdaje się w opozycyjne awantury i ląduje w więzieniu. Chłopak zaś niewiele rozumie z tego politycznego kontekstu, żyjąc w świecie wyobraźni i włócząc się po okolicy, czym doprowadza rodzica do szewskiej pasji. Wydaje się nieodpowiedzialny, nie jest stworzony do wiejskiej roboty, ale typem intelektualisty również nie jest. Poruszając się na styku dwóch światów – realnego oraz wyobrażonego – jest pełen paradoksów. Bohater, z jednej strony obdarzony dużą wrażliwością, w wielu sytuacjach wydaje się jej pozbawiony. Widzi fakty, ale ich nie łączy, pozostając chłopakiem, który raz czytelnikowi zdaje się zdrowy, innym razem skażony jakimś podskórnym szaleństwem.

Wieś, opisywana przez pierwszoosobowego narratora, którym jest Skoruń, to okolice Sandomierza, czyli miejsce, w którym urodził się autor. W takich przypadkach naturalnym jest pytanie o autobiografizm tej prozy, ponieważ doświadczenie mówi, że korelacja między fikcją literacką a doświadczeniami pisarza najczęściej jest spora. W każdym razie obraz prowincji nakreślony jest nie do końca realistycznym piórem. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się prawdopodobne: twardy ojciec i jego brat, który wiecznie się z nim kłóci, opiekuńcza matka, wiejscy koledzy, a nawet niedorozwinięta umysłowo córka sołtysa. Również przestrzeń, składająca się z wnętrz wiejskich chałup, malowniczej okolicy i obowiązkowego kościoła, nie różni się niczym od typowej kreacji występującej w tego typu prozie. Jest jednak obecny w „Skoruniu” pewien niepokojący rys, który prawdopodobnie bierze się z percepcji bohatera. Ten, jako człowiek nie do końca ogarniający świat, w którym żyje, opisuje go inaczej, niż twardo stąpający po ziemi chłopscy bohaterowie innych utworów. Każde wydarzenie, w którym bierze udział, urasta do rangi przygody; to tak jakby Bruno Schulz zapragnął pisać w poetyce Niziurskiego. Nie jest to realizm magiczny Olgi Tokarczuk czy Andrzeja Stasiuka z „Opowieści galicyjskich”; autor z powodzeniem wykreował unikalną atmosferę, w której wszystko może się wydarzyć, a jednak jakimś cudem rzeczy pozostają na swoim miejscu. Właśnie to napięcie między tym, co potencjalne i „zdarzone”, stanowi o oryginalności „Skorunia”.

Wieś to również przestrzeń, w której mieszkańcy posiadają swoje tajemnice. Na początku nie dają się one poznać głównemu bohaterowi, ale w miarę dojrzewania Skoruń dowie się interesujących faktów na temat ojca i stryja. Ale sekrety posiada również główna postać, może być to spotkanie z tajemniczym marynarzem w stanie spoczynku, inicjacja seksualna z udziałem wspomnianej już córki sołtysa lub też znajomość ze zbiegłym pracownikiem cyrku. Z powodu ograniczonego zaufania do wyobraźni bohatera nie do końca wiemy, co jest prawdą w jego opowieściach, a co zmyśleniem, lecz właśnie ten zabieg powoduje, że jego historie są tak interesujące. Te w dodatku są opowiedziane żywym i realistycznym językiem, z dużą liczbą środowiskowych neologizmów. Postacie opowiadań Płazy mówią kolokwialnie, z wiejskimi naleciałościami, krótkimi zdaniami, obrazowo i nieraz wulgarnie. Wulgaryzmy jednak w warstwie językowej nie dominują, bez nich jednak proza ta byłaby uboższa o niezbędną dosadność.

Cieszy fakt, że polska proza zaczyna przeżywać czasy ponownego wzrostu; pojawia się w niej coraz więcej twórców, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie. Bo to interesująca opowieść, a nie eksperyment formalny czy nienawistny wrzask jest głównym składnikiem epiki. Wie o tym dobrze Maciej Płaza, ponieważ jego opowiadania, niczym u mistrza z Providence, którego tłumaczył, posiadają bardzo dobrą konstrukcję fabularną. Nie rozjeżdżają się, do końca trzymają w napięciu i co równie ważne – traktują czytelnika jak partnera, nie imbecyla, którego trzeba wychowywać i objaśniać mu świat.

Maciej Płaza, Skoruń, wyd. WAB, Warszawa 2015, ss. 349.

piątek, 26 maja 2017

Katarzyna Tubylewicz - Moraliści. Utopijna Szwecja

Lewica nie dała rady. Stworzyła najbardziej szczodre państwo opiekuńcze na świecie, zaprosiła wszystkich imigrantów i dostała zadyszki. Jeszcze wcześniej ograniczyła wolność słowa do tego stopnia, że ktokolwiek ośmielił się krytykować politykę imigracyjną, zostawał islamofobem. Łatkę tę przypinano nawet samym muzułmanom. Już wiecie, o jakie państwo chodzi? Szwecja, bo o niej właśnie mowa, szczyci się swoim liberalizmem i humanitaryzmem, i w związku z tym przeżywa kryzys. Kurczą się fundusze socjalne, obywatele próbują krytykować linię polityczną władz, a odpowiedź rządzących może być tylko jedna. Jeszcze więcej tolerancji, jeszcze więcej integracji. Co śmieszniejsze, oni w to wierzą! Nie od dziś bowiem wiadomo, że socjalizm polega na bohaterskim rozwiązywaniu problemów, które uprzednio się stworzyło. Natomiast część liberalnej i laickiej lewicy zaczyna mieć dość imigranckiego pata i zaczyna buntować się przeciwko temu, co się w ostatnich latach dzieje ze Szwecją. Jej diagnoza wydaje się słuszna, co nie znaczy, że szwedzka lewica ma dobre pomysły na rozwiązanie problemów. Podejrzewam, że w samej Szwecji siedzi raczej cicho, bo wciąż dominuje tam polityczna poprawność, w myśl której nie wolno głośno mówić tego, o czym się myśli.

Problem ten podejmują „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz. Autorka we wstępie zaznacza, że nie chciała pokazać czarno-białego obrazu Szwecji – kraju, z którym jest związana od kilkunastu lat. A to znaczy, że mogą się na nią obrazić jej liberalni przyjaciele. I nie tylko na nią, ale na jej rozmówców. Jej książka jest bowiem zbiorem reportaży i wywiadów przeprowadzonych i ze Szwedami, i z imigrantami. Nie da się z niej wyczytać jednoznacznego obrazu tego przedziwnego miejsca, ale z pewnością nie jest ona pochwałą skandynawskiego raju. To znaczy, trochę nią jest, ale autorka, a raczej jej rozmówcy, zauważa pęknięcia rysujące się na utopijnej fasadzie Szwecji. Gdzie leży problem? Wydaje się, że w przejściu od skrajności do skrajności. W połowie XX wieku Szwecja była bowiem zamkniętym i flirtującym z nazistowskimi Niemcami państwem, aby od lat 70. XX wieku stawać się imigranckim rajem. Szwecja to również kraj, który do tego momentu sterylizował swoich niepełnosprawnych obywateli, o czym pisał w „Higienistach” Maciej Zaremba, a po zmianie przepisów zwrócił się w kierunku radykalnego humanitaryzmu. W przypadku Szwecji łatwo można zauważyć, że budowa utopijnego społeczeństwa, opartego na lewicowych ideałach, zawsze musi ponieść klęskę. Rozmówcy autorki, jak i ona sama, jednak nie widzą przyszłości swojego kraju w ponurych barwach.

A jakie to kolory? Przede wszystkim tęczowe. Równość, tolerancja, polityczna poprawność to dla bohaterów książki podstawowe wartości, którymi w życiu należy się kierować. W tym samym momencie mówią jednak oni o tym, że poprawność polityczna nie pozwala im mówić pełnym głosem i ich – przedstawicieli lewicy – stygmatyzuje za pomocą takich pojęć jak islamofobia czy nacjonalizm. A pamiętać należy, o czym pisze Tubylewicz, że Szwedzi są społeczeństwem, które nie jest specjalnie przywiązane do wartości patriotycznych. „Moraliści” zwracają słuszną uwagę na fakt, że w społeczeństwie powszechnej równości coraz bardziej zagrożone są prawa kobiet. Dzieje się tak, ponieważ muzułmańscy imigranci nie respektują wartości liberalnych, a czołowe autorytety moralne nie pozwalają krytykować ich sposobu życia. Rodzi się więc znany już z innych państw Zachodu paradoks: nie krytykujemy obcych kultur, a próbę obrony przed ich ekspansywnością nazywamy faszyzmem. Refugees welcome i do przodu!

Szwecja ukazana w „Moralistach” to również państwo egzotyczne z innych powodów. Jednym z nich jest obce polskiej mentalności podejście do religii. Przede wszystkim ta ostatnia funkcjonuje w społeczeństwie szwedzkim jako kulturowa fasada, z którą mało komu po drodze. Jedynie rodzina królewska jest zobowiązana do tego, by brać udział w nabożeństwach. Kościół w Szwecji to przede wszystkim lewicowa organizacja charytatywna, w której w Boga chyba nikt już nie wierzy, można więc odprawiać obrzędy religijne dla ateistów. Obce jest również podejście do śmierci. Szwedzi bowiem umierają w samotności, a obrzędy pogrzebowe często przypominają artystyczne show. Dodajmy do tego obrazu karykaturalną wręcz chęć do działań humanitarnych, a efekt będzie można nazwać społeczną utopią. Wydaje się więc, że w sprawie imigrantów Szwedzi podejmują sporo działań, tych brakuje jednak, aby tworzyć narodową wspólnotę.

Dokąd więc zmierza nasz zamorski sąsiad? „Moraliści” nie odpowiadają na to pytanie, ale są ciekawą diagnozą współczesnego oblicza tego państwa. I to bardziej niepokojącą, niż wydaje się autorce i jej rozmówcom. Czytać książkę Tubylewicz powinno się więc uważnie i między wierszami. Skoro powściągliwi Szwedzi z szeroko pojętej lewicy mówią o błędach polityki imigracyjnej, narażając się na bycie faszystami, wydaje się, że sytuacja jest o wiele gorsza. „Moraliści” pokazują bowiem, dokąd prowadzi człowieka humanitaryzm i budowanie systemów etycznych na rezygnacji z narodowej i religijnej tożsamości.

Katarzyna Tubylewicz, Moraliści, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017, ss. 407.

poniedziałek, 22 maja 2017

Jarosław Wojciech Krynicki - Spowiedź masona. Nuda w klubie dżentelmenów

Jak koncertowo zepsuć dobry temat? Chętnie zapytałbym o to autora „Spowiedzi masona”, która kilka tygodni temu ukazała się nakładem Oficyny Rytm. Bo przecież masoneria i tajne związki to samograj, który powinien owocować ciekawymi opowieściami. Sam tytuł zaś – „Spowiedź masona” – wydaje się mylący. Od penitenta oczekujemy przecież wyznania grzechów, natomiast książka Jarosława Wojciecha Krynickiego nie wpisuje się w tę konwencję. Nie dość, że narrator rzeczonych wspomnień raczej nie ma poczucia grzechu, to dodatkowo sprzedaje nam łzawą opowieść o masońskich ideałach. Że niby wolnomularze to istoty szlachetne – za Słowackim prawie aniołowie – którzy w życiu kierują się wskazaniami szlachetnych mężów, którzy z kolei w historii dali się poznać jako twórcy szlachetnych idei oświeceniowych. Takich chodzących wcieleń cnoty można w krajowej i europejskiej polityce obserwować na pęczki i to właśnie ci czcigodni obywatele są świętymi liberalnej demokracji. Pamiętać trzeba jeszcze o tym, że głoszone przez nich hasło Wielkiej Rewolucji Francuskiej – „wolność, równość, braterstwo” – posiada dalszą część, która brzmi „albo śmierć”. A to zmienia postać rzeczy.

Tak więc J. W. Krynicki się wyspowiadał. Zdradził tajemnice loży i wydał książkę. Pierwsza sprawa: jeśli masoneria jest związkiem tajnym, ujawnił tylko tyle, co mógł ujawnić. Z tego powodu wszystko, o czym autor pisze, nie wydaje się ściśle zastrzeżone. Ot, historie z inicjacji wolnomularskiej opowiedziane dość oględnie. Czy przedstawienie loży jako klubu dżentelmenów, którego członkowie przebierają się w śmieszne stroje i ćwiczą krok masoński (proszę wybaczyć moje skojarzenia z Ministerstwem Dziwnych Kroków). Czasem jeszcze wygłaszają referaty, czyli tak zwane deski. Tyle wielkich tajemnic tajnego związku. Druga sprawa: nie mamy gwarancji, że cokolwiek z tego, co autor ujawnił, w rzeczywistości jest prawdą. Za bardzo ten wizerunek wolnomularstwa jest lukrowany. Przypomina klub dyskusyjny złożony z członków o takich samych poglądach. A raczej pozbawionych wyrazistego zdania na jakiekolwiek tematy, głównie polityczne i religijne. Klub ten czci za to cnoty tolerancji i humanizmu. I gdyby nawet tak było, Krynicki powinien umieć o tym wszystkim opowiedzieć. A że z narracją krucho, „Spowiedź masona” jest jedną z nudniejszych pozycji, które ostatnio zdarzyło mi się czytać.

Z początku jednak nic nie zapowiada czytelniczej katastrofy. Autor, a może raczej narrator, zaczyna snuć swoją opowieść na kilku płaszczyznach. Tą najbardziej współczesną jest historia wstąpienia do masonerii i późniejszy z nią rozbrat. Narrator jednak wciąż masonem się czuje i kieruje się w życiu wskazaniami spod znaku cyrkla i węgielnicy. Oprócz tego dowiadujemy się o młodości protagonisty, o jego studiach wyższych, miłościach i problemach rodzinnych. Zaglądamy w przeszłość i śledzimy seminaryjny epizod, a potem samorządową karierę urzędniczą w małym miasteczku w okolicach Krakowa. Ta przeszłość jest dodatkowo podzielona na osobne historie, które przeplatają się z wątkiem współczesnym i ze sobą nawzajem. W efekcie jednak „Spowiedź masona” jest obyczajową pulpą, której narratorem jest typowy facet po przejściach, co to z jednej strony obwinia świat za swoje niepowodzenia osobiste, a z drugiej szczyci się przynależnością i sympatiami do klubu dżentelmenów w fartuszkach. Bohater ten w dodatku irytuje swoją ignorancją ubraną w szatki filozoficznych zainteresowań. Nie muszę mówić, że jego życiowe maksymy swoją głębią przypominają pewnego brazylijskiego myśliciela dla nastolatek. Śmieszne to i smutne, jak alimenciarz, który płacze koledze w barze, jak to kocha własne dzieci.

Oprócz nudy, która przelewa się przez strony tej książki, jej ocenę obniża manieryczny język. Zbyt dużo w niej nacechowanych emocjonalnie przymiotników, co powoduje efekt fałszywej czułostkowości. Często straszy w niej spójnik „aczkolwiek”; narrator zamiast „moja, moje, mojego” pisze „ma, me, mego”, przełyka „wielkie i koszmarnie ciężkie krople goryczy” i marzy o „dzieleniu się szczęściem z nieodnalezioną dotąd, ale z pewnością istniejącą gdzieś moją drugą połową jabłka”. I żeby przelać tę „kroplę goryczy”, wspomnę jeszcze o kilku felietonach, którymi autor pochwalił się w swojej spowiedzi. Cytować ich nie zamierzam, ale gdyby ktoś chciał dowiedzieć się, jak felietonów nie należy pisać, może zajrzeć do „Spowiedzi masona”. A dlaczego autor to wszystko robi? Jak spowiedź, to spowiedź i trzeba się trochę pochwalić. Co prawda, często padają tu słowa, że mason się nie przechwala i że autopromocja to spora skaza na wolnomularskim sumieniu, ale kilka zdań dalej bohater nie ma skrupułów przed kolejnymi okrągłymi zdaniami na temat własnej osoby.

Świat – zamiast czerpać ze wspaniałych myśli oświeceniowych, zamiast pielęgnować wolność, równość i braterstwo, zamiast mądrze wykorzystywać postępy nauki i techniki – najwyraźniej dąży ku upadkowi. Tak zaczyna się ostatni akapit „Spowiedzi masona” i proszę nie regulować odbiorników! O samym tajnym stowarzyszeniu czytelnik dowiedział się niewiele, za to przyszło mu obcować z podobnymi komunałami przez ponad dwieście stron. Czym jest bowiem wolnomularstwo według Jarosława Wojciecha Krynickiego? Obecnie masoneria jest jedną z ostoi prawdziwych relacji międzyludzkich, przyjaźni, braterstwa. To zupełnie jak u wąsatych Sycylijczyków.

Jarosław Wojciech Krynicki, Spowiedź masona, OW Rytm, Warszawa 2017, ss. 214.

poniedziałek, 15 maja 2017

Sebastian Reńca - Niewidzialni. Rozliczenia z systemem

Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy – powiedział Oscar Wilde. Słowa te wypowiada główny bohater „Niewidzialnych” Sebastiana Reńcy – dziennikarz śledczy Wiktor Katon. I choć nie wiadomo, o którego Katona chodzi, to jednak słowa dotyczące Kartaginy (a poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć) nasuwają myśl, że aluzją do nazwiska głównego bohatera powieści powinien być starszy z nich, czyli Katon Starszy. Do współczesnego Katona nie pasuje przecież stoicyzm młodszego z Rzymian; postać utworu Sebastiana Reńcy zbyt często ulega emocjom i żyje na krawędzi, czym wpisuje się w klasyczny już, zarówno filmowy, jak i literacki, motyw wyklętego żurnalisty. Taki bohater jest zbyt dobry w swoim fachu, aby ostatecznie pożegnano się z nim w redakcji, natomiast tryb życia, jaki prowadzi, każe myśleć o nim jak o wykolejeńcu, który jakimś cudem jeszcze trzyma się pionu. Taka kreacja głównej postaci przywołuje Chandlerowskie czarne kryminały z Philipem Marlowem w roli głównej. Obaj, bo i on, i Katon, patrzą w gwiazdy z perspektywy rynsztoka, w którym przyszło im się babrać. A rynsztok Katona to współczesna Polska rzeczywistość, w której zabrakło sprawiedliwości.

Jej brak związany jest z brakiem lustracji. Brak ten spowodował sytuację znaną już chociażby z takich filmów jak „Układ zamknięty”, „Uwikłanie” (z pierwowzorem literackim Miłoszewskiego) czy spektaklu Teatru TV pod tytułem „Norymberga”. Punktem wspólnym tych wszystkich opowieści jest mit założycielski III Rzeczypospolitej, w którym znajdzie się miejsce i na palone teczki (widoczne również w „Psach”), i na dogadaną z komunistami część opozycji, ale przede wszystkim na bezpieczniacką agenturę pochowaną w SB. I jak mitem współczesnych Niemiec jest prawdziwa Norymberga, tak opowieścią startową III RP stał się brak rozliczeń. Nazizm w RFN jest tabu, natomiast we współczesnej Polsce tabu stał się pomysł rozliczeń z przeszłością. Ta historia stała się kanwą powieści politycznej, którą napisał Sebastian Reńca. „Niewidzialni”, bo o niej mowa, jest nie pierwszą tego typu powieścią we współczesnej Polsce, stanowi raczej próbę wpisania się w uprawianą przez Łysiaka czy Wildsteina beletrystyczną publicystykę. Dlaczego mówię o publicystyce, mając przed sobą przeczytaną powieść kryminalną? Dlatego, że między wierszami, niezbyt dyskretnie, leży sobie teza. A tezy mają to do siebie, że trzeba je udowodnić, co stanowi zasadniczą słabość tej książki.

Co jej zatem nie stanowi? Owszem, intrygujący początek, w którym mamy dwie śmierci. Jedną, w Katowicach, gdy w mroku epoki jaruzelskiej ginie młoda dziewczyna, a wszystkie ślady każą domyślać się upozorowanego samobójstwa. Druga ma miejsce kilkadziesiąt lat później, na squocie w Amsterdamie, gdzie w tajemniczych okolicznościach umiera nie pierwszej już młodości imigrant z Polski. Od samego początku można się domyśleć, że te dwa zgony będą miały wspólny mianownik. I tu zaczyna się zagadka, którą próbuje rozwikłać Wiktor Katon. Po drodze pojawiają się kolejni bohaterowie, którzy będą a to pomagać, a to przeszkadzać bohaterowi. Pojawią się policjanci i byli ubecy, pani redaktor wydawnictwa i umoczony profesor, a cała historia będzie oparta na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach 80. Tło jest więc interesujące, jak i spojrzenie na ten okres: nie jak na wesoły barak, w którym śpiewa się rockowe piosenki, oszwabiając tępych cenzorów, ale na mroczny okres permanentnej inwigilacji, że posłużę się tutaj cytatem z „Seksmisji”. Wizja rzeczywistości, również tej podziemnej, nie pozostawia złudzeń. Zdaniem głównego bohatera opozycja była infiltrowana do takiego stopnia, że nic nie umknęło oczom SB, a wszystkie podejmowane działania odbywały się za cichą zgodą różnych departamentów. Wydaje się, że wizja ta, jakkolwiek niezgodna z podręcznikami historii, ma coraz większe szanse na bycie prawdziwą.

Problemy z powieścią zaczynają się jednak na poziomie jej struktury. Mimo że „Niewidzialni” są kryminałem, albo za taki uchodzą, nie trzymają w napięciu, co jest szczególnie widoczne już pod koniec, kiedy nie wiadomo jeszcze, kto jest pociąga za główny sznurek, ale cała reszta jest już wyłożona jak na tacy. Kuleją również postacie, które zamiast budzić współczucie, nudzą i pozostawiają w obojętności. Poważniejszym jednak problemem jest narracja. Jest drobiazgowa do tego stopnia, że czytelnik dowiaduje się co chwilę o zjedzonych przez Katona potrawach, oglądanych przez niego programach w telewizji, o innych drobnych czynnościach wykonywanych przez bohaterów, aż wszystkich końcu o wszystkich drobiazgach, które są tutaj absolutnie niepotrzebne. Bo ani nie budują szerszego obrazu, ani nie są motywowane czymkolwiek; mam wrażenie, że stanowią watę słowną, którą trzeba dopchać dzieło. I jeśli na początku nie zwracałem na ten fakt szczególnej uwagi, to za jakiś czas zaczął on wyjątkowo irytować.

Szkoda więc formy, skoro cała opowieść ma potencjał fabularny i aż by się chciało przeczytać ją w innym wykonaniu. Gdyby zrezygnować z tej drobiazgowości i nieco inaczej sformatować postacie, rezultat byłby lepszy. Mniej papierowy, a bardziej krwisty i pełnowymiarowy. Mimo zachęcających blurbów autorstwa Witolda Gadowskiego i Waldemara Łysiaka, „Niewidzialni” nie są dziełem tak dobrym, jak w opinii tych dwóch autorów. To poprawna, ale przeciętna proza, której daleko jednak do pasjonującej opowieści.

Sebastian Reńca, Niewidzialni, wyd. Prohibita, Warszawa 2014, ss. 340.

sobota, 6 maja 2017

Marta Szarejko - Zaduch. Sushi - tak! Mięso - nie!

Och, jak śmierdzi! Skoro tytuł reporterskiej książki Marty Szarejko brzmi „Zaduch”, wydaje się więc, że coś będzie brzydko pachnieć. I gdybym był złośliwy, zwróciłbym uwagę na fakt, że blurb na tylnej okładce napisała Joanna Bator, której literackie wybory oscylują wokół złej prowincji, co to wysysa siły witalne z bohaterek osiedlonych w Warszawie. Ale złośliwy nie jestem, więc przemilczę ten fakt. Nie będę również zwracał uwagę na pisma, w których publikowała autorka tego niewielkiego zbiorku, bo tu nie o to chodzi. A o co chodzi? Na przykład o tytuł, z którego wynika, że polska prowincja jest duszna i śmierdzi. A biedne żuczki, których szczęściem niebywałym był fakt, że wyprowadziły się z tej głuszy, i mieszkają w Warszawie, mogą do końca życia Bogu dziękować, że wyzwolił ich on z egipskiej niewoli. Chyba nie ma niczego prostszego niż zebrać kilkanaście historii, z których każda będzie swoim bliźniaczym odbiciem, i dopasować je do tezy o złej prowincji i dobrym dużym mieście. Przy czym to duże miasto zredukowane jest wyłącznie do stolicy. Cóż, nie trzeba nawet wyjeżdżać, brudzić sobie rączek i wdychać przykrego zapachu. Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że współczesne towarzystwo stolikowe nie lubi pozastołecznej przestrzeni i chętnie zapomniałoby o jej istnieniu.

Nie zaprzeczam, że opisane losy postaci są prawdziwe (chociaż nie we wszystko chce mi się wierzyć), ale jednowymiarowość tych tekstów każe podejrzewać, że ktoś tu miał inną intencję niż obiektywne spojrzenie na rzeczywistość. A to w polskim reportażu obyczajowym norma. Autorka kroczy więc drogą Justyny Kopińskiej i Lidii Ostałowskiej, a droga ta prowadzi donikąd. Bo czego dowiadujemy się z tych kilkunastu tekstów? Owszem, postaci odrysowane są plastycznie, a poznajemy je tylko za pośrednictwem ich wypowiedzi; głos autorki w zasadzie się nie pojawia. Każdy z bohaterów „Zaduchu” ma więc swoją opowieść, która przedstawiona jest atrakcyjnie pod względem językowym: potoczny styl pozwala poczuć się, jakbyśmy słuchali gawędy. Co z tego jednak, skoro historie te mają wyraźny feler. Wynika z nich, że tylko w Warszawie da się względnie żyć. Na prowincji bowiem (czyli wszędzie poza stolicą) przeszkadzają w tym lokalne układy, nietolerancja, klerykalizm, małomiasteczkowa mentalność i cały wachlarz negatywnych cech z zawiścią na czele. Bohaterowie w większości zgodnie przyznają, że i w Warszawie czują się nie do końca dobrze. Czują się obco, rozdarci między robieniem kariery, a relacjami rodzinnymi. Winą za swoje kompleksy i niepowodzenia obarczają rodziców, sąsiedztwo, księży katechetów, nauczycieli, wujów i ciotki; wszystkich, tylko nie siebie.

Na przykład jeden z bohaterów tych reportaży wyrzuca rodzicom, że w domu jadło się przede wszystkim mięso, a w kuchni używano czterech przypraw na krzyż. Szczerze mówiąc, współczuję, dziwując się, jak ten wrażliwy młody człowiek wytrzymał tyle lat bez sushi! Przecież niektóre z tych wynurzeń czyta się jak kabaretowe kawałki! I niedaleko w nich od korporacyjnego humoru „Młodych wykształconych z wielkich miast”. Ten sam bohater na przykład nie potrafi wyobrazić sobie, że kupuje buty za osiemdziesiąt złotych. Za tanie. Powinny kosztować co najmniej trzysta. Czyta również, a jakże, „Politykę”, i dzwoni czasem do matki, chcąc podzielić się z nią swoją zdobytą dzięki tygodnikowi wiedzą. Ale kulą w płot. Matka jest głupia i nie ogarnia. Inna z kolei, tym razem młoda, wykształcona, nie może znieść tego, jak żyją jej rodzice. Nie, nie chleją na umór ani nie oszukują swoich sąsiadów. Uwaga: nie znają języków i nie wyjeżdżają za granicę. Grzech niewybaczalny, proszę państwa! Na szczęście Warszawa jest dobra na wszystko i utuli biedną prowincjuszkę, która przecież prowincjuszką już nie jest. Żaden z niej słoik, co to, to nie. Pełną gębą z niej warszawianka. Przecież zna języki i jeździ za granicę.

„Zaduch” w dużej mierze, zamiast przestraszać, śmieszy. I robi to niezamierzenie, więc nie spełnia raczej postawionego przed nim zadania. Autorka miała przecież misję, której celem było obrzydzenie polskiej prowincji, na której rzekomo straszy. A wyszedł jej nieudany pastisz reportażu, w którym spotkamy wszystkie propagandowe kawałki rodem z „Newsweeka” albo „Gazety Wyborczej”. Poza Warszawą więc, według tez zawartych w „Zaduchu”, nie da się żyć. Pamiętacie francuską komedię „Jeszcze dalej niż północ”? Jej bohater, urzędnik poczty, został przeniesiony do północnej prowincji Francji, która wśród Paryżan ma taką samą opinię jak Podkarpacie w Warszawie. Okazało się jednak, i na tym zasadzał się komizm filmu, że wszystkie stereotypy na temat tego regionu okazały się fałszywe, a życie na północy było lepsze niż w stolicy. „Zaduch” niestety, nie podejmuje jakiejkolwiek rewizji cytowanych opowieści, w związku z tym zamiast być reportażem staje się przerysowaną satyrą na farbowanych warszawian, którzy odcięli własne korzenie.

Marta Szarejko, Zaduch. Reportaże o obcości, wyd. PWN, Warszawa 2015, ss. 183.

wtorek, 2 maja 2017

Jakub Żulczyk - Wzgórze psów. Mazurskie zbrodnie

Gdyby Bono przeczytał „Wzgórze psów”, najnowszą powieść Jakuba Żulczyka, wytoczyłby autorowi proces o zniesławienie. Nie skłamię, gdy powiem, że jego zespół pojawia się na jej kartach prawie dziesięć razy. Nie, wcale nie jako bohater akcji, tutaj niech sobie Bono za wiele nie wyobraża. U2 pojawia się w narracji jako symbol złego smaku w muzyce, a bohaterowie Żulczyka, do czego autor zdążył już przyzwyczaić czytelników, muzyki słuchają na potęgę. Nie wiem, co aż tak złego zrobił autorowi ten skądinąd sympatyczny zespół, natomiast bohaterowie „Wzgórza psów” robią wiele złego, jak to zwykle u Żulczyka bywa. I jeśli „Radio Armagedon” było młodzieńczą erupcją złowieszczej groteski, „Ślepnąc od świateł” – brutalistycznym przelotem przez świat celebryckiej warszawki, to „Wzgórze psów” stanowi wiwisekcję prowincji w duchu filmowych seriali o zbrodni, która cementuje małe społeczności. Widać od razu, kto napisał scenariusz „Belfra”, jednej z najlepszych polskich produkcji odcinkowych ostatnich lat, bo przecież mowa o Jakubie Żulczyku. Widać to w misternie tkanej narracji, doskonale rozłożonych suspensach i w języku, którego realizm nie przestaje zadziwiać.

Realizm to bardzo ważne słowo w kontekście „Wzgórza psów”, co nie jest takie oczywiste, bo mamy przede wszystkim do czynienia z prozą gatunkową. Najnowsza powieść autora to thriller, w którym przede wszystkim liczy się zbrodnia i odpowiedź na pytania: kto zginie następny i kto zabił. Stop, powiedziałem „przede wszystkim”? Nie, tu nie ma „przede wszystkim”, bo równie ważna jest cała reszta, czyli konstrukcja obojga głównych bohaterów, Mikołaja i Justyny, ale też tło obyczajowe i społeczne małego mazurskiego miasteczka. Gdyby ten temat podjęła Joanna Bator, dostalibyśmy drugie „Ciemno, prawie noc”, w którym autorka popłakałaby kolejny raz, jak to zła moherowa prowincja ją skrzywdziła. Natomiast po tym poznajemy prawdziwą literaturę, że ona prostych odpowiedzi nie daje, co więcej, sama komplikuje swoją interpretację. Bo przecież bohaterem głównym jest młody trzydziestoletni gość, nieco w typie irytującego bohatera głównego filmu „Kamper”, autor jednej książki, słoik z Warszawy, który obraził się na miejsce swojego pochodzenia i wyrzygał się na nie w swojej powieści. Już się boję, co zrobiłaby z tego Joanna Bator. Natomiast postać Mikołaja jest na tyle ambiwalentna, że raz budzi współczucie swoją nieporadnością, raz wyjątkowo irytuje – tą samą w zasadzie cechą. I co więcej, jest dynamiczna i wiarygodnie się zmienia.

Prowincja natomiast we „Wzgórzu psów” to fikcyjny Zybork, miasteczko położone w okolicach Szczytna, w którym na fasadowość ziem odzyskanych nakłada się niemiecki żywioł oraz cała gama problemów społecznych charakterystycznych dla terytorialnych przeszczepów, którymi na mapie Polski są Warmia i Mazury. Co charakterystyczne, Żulczyk nie ukazuje swoich rodzinnych terenów z wyższością mieszkańca stolicy, którym przecież jest. Nie każdy mieszkaniec powieściowego Zyborka jest degeneratem, a ksiądz w parafii nie jest nacjonalistą molestującym ministrantów i dziewczynki od pierwszej komunii. Natomiast splot tajemniczych lokalnych powiązań, z którym mieliśmy do czynienia również w „Belfrze”, wynika bardziej z konwencji literackiej, niż z chęci osobistej zemsty pisarza na miejscu jego pochodzenia. Takie zemsty nigdy nie wychodzą w literaturze na dobre, co potwierdza bohater główny, przywołując osławionego „Malowanego ptaka”, literacką fałszywkę autorstwa Jerzego Kosińskiego. Wspomniana już wyżej powieściowa książka Mikołaja Głowackiego jest trochę takim Kosińskim, trochę Batorową (tytuł „Ciemna, zimna woda”), trochę też „Pokłosiem”. Zybork ukazany przez Żulczyka, nie przez jego bohatera, trochę jest taką upiorną polską prowincją, a trochę nią nie jest. Nie wiadomo w zasadzie, bo wymyka się jednoznacznej ocenie. A oceniać „Wzgórze psów” przez pryzmat wymienionych powyżej tytułów jest po prostu krzywdzące.

Ocenę powieści podnosi również język, który w naturalnej skali przenosi to, jak ludzie mówią. I nie chodzi tutaj tylko o wulgaryzmy, których jest w tej powieści naprawdę sporo, ale o konstrukcję zdań: prostych, czasem koślawych, ale zawsze komunikatywnych, i potoczną leksykę. Dialogi Żulczyka są wręcz wzorcowym przykładem odwzorowania językowej rzeczywistości ludzi w młodym i średnim wieku: charakterystyczne powiedzonka, nieporadne metafory, używane niczym przecinki wulgarne słowa czy w końcu obrazowe i ekspresywne frazy, nieraz dowcipne, a nieraz suche i mało finezyjne. Podobnie dzieje się w języku narracji, która prowadzona jest z kilku, a głównie z dwóch punktów widzenia: Mikołaja i Justyny. Obie pisane są w czasie teraźniejszym; ten zresztą dominuje w powieści, co staje się charakterystyczną cechą pisarstwa Jakuba Żulczyka i w jego przypadku doskonale się sprawdza. Autor potrafi pokierować czytelnikiem tak, że niejednokrotnie wyprowadza go na manowce, podsuwając fałszywe tropy. Co więcej, stosuje zasadę fragmentaryczności w przedstawianiu niektórych wydarzeń; dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się, jakie jest pełne znaczenie danej sceny.

„Wzgórze psów”, dzięki językowi, ale też opisanym wydarzeniom, pozostawia czytelnika z całym zbiorem pytań. Tych dotyczących powieściowego świata przedstawionego, ewentualnych, już nieopisanych losów bohaterów, tych etycznych, o sens zemsty i uczestniczenia w złu, o granice między lojalnością, a współuczestnictwem w zbrodni, w końcu o prawdziwy obraz naszego społeczeństwa. Bo nie chodzi tylko o małe miasteczka, którym jeden ze swoich wierszy poświęcił Andrzej Bursa. Nie chodzi o mityczną Warszawę, w której wielu chce zamieszkać, a niewielu jest szczęśliwych. Chodzi raczej o miłość i o jej brak, o śmierć, tu wspominaną nader często, i o duchowość, której na kartach „Wzgórza psów” nie ma, co też jest czytelnym sygnałem na temat tego, że coś złego dzieje się z Zyborkiem.

Jakub Żulczyk, Wzgórze psów, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017, ss. 862.

piątek, 28 kwietnia 2017

Marcin Mamoń - Wojna braci. Za kurtyną Al-Kaidy

Pamiętacie porwanego w 2015 roku przez Al-Kaidę dziennikarza Marcina Mamonia? Jego poszukiwania na szczęście zakończyły się powodzeniem, a niemała w tym zasługa polskich służb wywiadowczych. Nie wszyscy mieli jednak takie szczęście i zostali zamordowani przez islamskich terrorystów gdzieś w Syrii czy w Iraku. Ten właśnie Marcin Mamoń, znany już wcześniej z filmów dokumentalnych, które koncentrowały się na tematyce bliskowschodniej, napisał właśnie niezwykle interesującą „Wojnę braci”, która na polskim rynku czytelniczym jest jedną z bardziej wartościowych pozycji dotyczących islamskiego terroryzmu. Jej tytuł sugeruje natomiast istnienie pewnej wspólnoty – interesów i religii – która staje się coraz bardziej ekspansywna i co rusz dokonuje nowych aktów terroru nie tylko w Europie, ale przede wszystkim na Bliskim Wschodzie. Natomiast autor, z charakterystycznym znawstwem tematu przedstawia całą sprawę bardziej skomplikowanie, niż czynią to z definicji uproszczone przekazy medialne. I sam tytuł może być dla niektórych prowokacyjny. Dlaczego „Wojna braci”? Jaką wojnę prowadzą islamiści i skąd ten łagodny, pozytywnie nacechowany rzeczownik? Odpowiedzi znajdą się w książce.

A ta jest rasowym reportażem. Ostatnio utyskuję nieco na formę rodzimej odmiany tego gatunku, ale na szczęście politycznej odmiany reportaży, których z drugiej strony nie ma zbyt wielu, ta zła passa nie dotyczy. Podoba mi się również struktura „Wojny braci”. Autor historię swojego (i fotografa Tomasza Głowackiego) porwania zostawił na koniec, wcale nie epatując tym wątkiem na samym początku tekstu. Fakt ten jest dowodem dziennikarskiej klasy Marcina Mamonia. Poza tym „Wojna braci” to fascynujące studium międzynarodowego terroryzmu, z którym mamy coraz częściej do czynienia. Opowieści autora zaczynają się w Czeczenii, tam bowiem jeździł on na samym początku. Tam również zdobywał pierwsze kontakty, które zaowocowały rozległymi znajomościami. Bo kto z polskich dziennikarzy może pochwalić się rozmową z najważniejszymi osobami w Al-Kaidzie i Państwie Islamskim? Kontakty te, i zawarte z bojownikami przyjaźnie, owocują więc potężnym materiałem faktograficznym, którego w życiu nie zbierze żaden schowany w hotelu reporter. Mamoń w hotele się nie bawi, śpi pod gołym niebem i w ziemiankach bojowników. Wracając do Czeczenii, zaznaczyć muszę, że według autora jest ona jednym z kamieni milowych procesu radykalizowania się wspólnoty muzułmańskiej na Bliskim Wschodzie.

Autor poświęca swój reportaż również na opisanie sytuacji w Syrii, którą opisuje z perspektywy roku 2012, jak i 2015. Ponownie jego tekst nie jest zbiorem geopolitycznych rozważań teoretycznych, ale zawiera opisy podróży pod ostrzałem i rozmów z powstańcami walczącymi z reżimem Asada. Wielu z nich żałuje, że autor nie nawrócił się na islam, ale nie bez powodu nazywają go bratem, terminem zarezerwowanym dla członków muzułmańskiej ummy – wspólnoty wszystkich wierzących w Mahometa i Allacha. Mimo tego autor nie ulega optyce bojowników, którzy nierzadko stają się również terrorystami. Tych dwóch światów nie da się bowiem odseparować. I w tym leży trudność w ocenie zjawiska. Z pewnością jednoznacznie negatywnie ocenia autor terrorystyczną działalność Al-Kaidy oraz Państwa Islamskiego, ale przywołując ludzkie historie, nie ocenia pojedynczych przypadków. Interpretację pozostawia czytelnikom.

Innym ciekawym aspektem „Wojny braci” jest rozdział poświęcony Ukrainie, na której przeciwko Rosji walczą nie tylko kijowscy patrioci i nacjonaliści, ale również muzułmańscy bojownicy, co dla tych drugich stanowi swoistą zemstę za Czeczenię. Co więcej, nieznanym faktem jest również kwestia Batalionu Świętej Marii, którego lider Dmytro Korczyński marzy o chrześcijańskim talibanie, który siałby postrach wewnątrz Federacji Rosyjskiej. Interesujący jest również powracający wciąż wątek Państwa Islamskiego, które według autora jest bytem w mniejszym stopniu religijnym, niż przedstawiają go telewizja czy internet. ISIS więc to przede wszystkim organizm polityczny, religię wykorzystujący w sposób instrumentalny. Idea dżihadu, którą rozprzestrzenia, istnieje dla tysięcy ochotników, również tych z Europy Zachodniej. Dowodem na to jest, zdaniem autora, wierchuszka organizacji, złożona w dużej mierze z wysokich urzędników irackiej partii Baas, która rządziła tym krajem za czasów Saddama Husajna. O rozmijaniu się oczekiwań z rzeczywistością świadczą również dezercje z Państwa Islamskiego, które Marcin Mamoń również opisuje.

Nie sposób w tak krótkim tekście zwrócić uwagi na wszystkie walory „Wojny braci”, warto jednak pamiętać, że mamy do czynienia z bardzo dobrą, profesjonalnie napisaną i udokumentowaną pozycją reportażową, której głównym atutem jest znajomość tematu w stopniu niedostępnym dla większości dziennikarzy. Liczba informacji zawartych w książce musi robić wrażenie, a wśród nich znajduje się wiele takich, o których słyszy się po raz pierwszy. Zagadnienie islamskiego terroryzmu i globalnego dżihadu okazuje się bowiem kwestią bardziej skomplikowaną i niejednorodną, niż to się wydaje.

Marcin Mamoń, Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy, wyd. Literackie, Kraków 2017, ss. 488.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Leszek Gnoiński - Republika. Nieustanne tango

Toruńska Republika była zespołem stojącym w rozkroku. Z jednej strony z powodzeniem funkcjonowała w systemie realnego socjalizmu, wydając płyty, co udawało się nielicznym wykonawcom rockowym. Z drugiej – była wiarygodną kapelą dla zbuntowanej młodzieży, nieufnie patrzącej w stronę „młodzieżowych” zespołów jak Lady Pank, Perfect czy Lombard. Z trzeciej strony – ta wiarygodność została nadszarpnięta po wydaniu drugiego albumu kapeli. Wówczas, pewnego sierpniowego wieczoru na festiwalu w Jarocinie, na scenę, na której Republika rozpoczęła swój występ, poleciał deszcz pomidorów i worków z piaskiem. Grupa wyszła z tego starcia zwycięsko, ale niesmak pozostał. Z perspektywy czasu widać jednak coraz bardziej, że jakakolwiek forma działalności artystycznej w PRL, czy to oficjalna, czy podziemna, okupiona być musiała kompromisami z władzą. Natomiast wizja dzielnych muzyków rockowych walczących z komuną jawi się jako ładna legenda, niemająca wiele wspólnego ze stanem faktycznym. Bo ci, co faktycznie walczyli, nie mieli życia i nie mogli wydawać płyt. Większość jednak chciała jakoś egzystować. I w tej większości znalazł się również toruński zespół.

Wydana pod koniec zeszłego roku biografia Republiki, napisana przez Leszka Gnoińskiego, na szczęście nie podejmuje tak ochoczo wątków kombatanckich i nie robi z kwartetu dowodzonego przez Grzegorza Ciechowskiego bardów Solidarności. Przyznać również trzeba, że pod względem faktograficznym i edytorskim jest to jedna z absolutnie najlepszych książek biograficznych poświęconych muzyce rockowej, nie tylko w Polsce. Napisana jest dobrym językiem, niepopadającym w banał i nieobrażającym inteligencji czytelnika, w czym celują tłumaczenia zachodnich pozycji dotyczących muzyki metalowej. Gnoiński od początku angażuje odbiorcę w proces czytania, co rusz przytaczając ciekawe fakty z dziejów Republiki oraz ich członków. Drobiazgowo opisuje rodzinne i artystyczne korzenie każdego z muzyków zespołu, ale nie wchodzi z butami w ich życie prywatne. Naturalnie, najwięcej miejsca poświęca Grzegorzowi Ciechowskiemu, ale to dlatego, że jego droga twórcza była najbardziej znana słuchaczom i najmocniej rozwinięta. Dowiadujemy się jednak i o Krzywańskim, i Ciesielskim, i Kuczyńskim, w końcu o Leszku Bioliku – basiście, który współpracę z kapelą zaczął po jej reaktywacji, zastępując Pawła Kuczyńskiego. Strony im poświęcone czyta się z takim samym zaciekawieniem, jak te dotyczące lidera i całego zespołu.

Republika na kartach książki Gnoińskiego wydaje się jednym z najbardziej nowatorskich i znaczących zespołów na polskiej scenie muzycznej. Autor nie kryje więc swojego subiektywizmu, rysując obraz zespołu jako swoistego fenomenu, który po raz pierwszy w polskich realiach zaproponował spójną wizję artystyczną łączącą muzykę, wizerunek sceniczny (i poza nią) oraz teksty. Szczególnie na początku działalności grupy wizja ta była czynnikiem wyróżniającym. Na tle leśnych dziadków ze świata Muzyki Młodej Generacji Republika lśniła autentycznym blaskiem, a orwellowski charakter jej tekstów i wizerunku (czerń i biel) uwiarygodniał jej przekaz artystyczny. Nie dziwi więc fakt, że zespół bardzo szybko zaskarbił sobie serca fanów (i fanatyków). Gnoiński umiejętnie opisuje, jak doszło do stworzenia kapeli i do wypracowania tak oryginalnego image. Stawia tezę, że to właśnie ta oryginalna i spójna wizja była przyczyną tak spektakularnego sukcesu. I Republika stała się zespołem wiarygodnym i dla części punków, nieufnie nastawionych do wykonawców z głównego nurtu, i dla całej reszty niezaangażowanej w działalność kontrkulturową młodzieży. Stąd właśnie ten rozkrok, o którym wspomniałem we wstępie.

Omawiana właśnie biografia jest również opowieścią o talencie Grzegorza Ciechowskiego – człowieka, który nie tylko nagrywał solowe albumy, na tamte czasy brzmiące niezwykle świeżo i nowocześnie, ale również tego, kto „wymyślił” kilka znanych do dzisiaj wokalistek: Kasię Kowalską, Justynę Steczkowską czy Katarzynę Groniec. Znamienny jest fakt, że dwie pierwsze z wymienionych pań największe swoje sukcesy odnosiły wówczas, gdy ściśle współpracowały z Ciechowskim. Późniejsze ich dokonania znajdowały się już w cieniu tych pierwszych i nigdy nie odniosły takiego sukcesu. Nie sposób też mówić o książce bez wspomnienia o śmierci Ciechowskiego, która przyszła niespodziewanie pod koniec 2001 roku, a która stanowi punkt kulminacyjny całej opowieści. Była ona końcem dla Republiki, ale spowodowała wiele innych muzycznych wydarzeń, które na artystycznej mapie Polski pojawiają się do dzisiaj. Kariera zespołu, która zaczynała nabierać tempa po bardzo dobrze ocenianej „Masakrze”, została urwana w połowie, co prowokuje do pytań o jej dalszy przebieg.

Dalszego ciągu Republiki nie będzie, ale w życiu po życiu pojawiają się Nowe Sytuacje – koncertowy zespół Krzywańskiego, Ciesielskiego i Biolika, pojawia się Dzień Białej Flagi, niedawno ukazała się książka Anny Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego „My lunatycy” – opowieść fanów o fanach i zespole. Do kompletu trzeba dodać jeszcze tę ostatnią, skromnie zatytułowaną biografię o czarnej okładce z białym logo na środku. Republika wciąż pozostaje dla swoich miłośników ważnym zespołem i przeżyciem pokoleniowym. Co więcej, pojawiają się nowi fani, którzy już nie widzieli zespołu na żywo. Wszyscy oni czują silną identyfikację ze zjawiskiem artystycznym, któremu na imię Republika.

Leszek Gnoiński, Republika. Nieustanne tango, wyd. Agora/Kayax, Warszawa 2016, ss. 762.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Wojciech Chmielewski - Belweder gryzie w rękę. Realizm bez nihilizmu

Wojciech Chmielewski nie należy do tych pisarzy, którzy co rok wydają nową książkę. Na szczęście tworzenie literatury nie jest jego zajęciem zawodowym, więc może pisać, kiedy chce i jak chce. I nie jest ograniczony kontraktem, który wymuszałby na nim publikowanie dzienników w puste miejsce po nienapisanej powieści, kiedy akurat krucho z weną. Nie neguję oczywiście sensu pisania memuarów, natomiast sprzeciwiam się procederowi, który każe czynić to ludziom w miarę młodym. Ale młodość literata to rzecz względna: dla muzyka rockowego oznacza już wiek średni. Chmielewski jest więc jeszcze pisarzem młodym, którego wiek dojrzały zacznie się już niedługo. A wszystko okaże się przy następnym tomie, czy to powieściowym, czy zawierającym opowiadania. Tym razem dostaliśmy powieść, drugą po „Kawie u Doroty”, zatytułowaną „Belweder gryzie w rękę”. I ponownie jej bohaterami są ludzie w wieku średnim, bliskim autorowi. Tym razem jednak, co stanowi odmianę, głównych postaci jest kilkoro.

W poprzedniej powieści Wojciecha Chmielewskiego protagonistą był zmęczony życiem człowiek po mieszczańskich przejściach, warszawianin podsumowujący swoje średniej jakości życie. Tym razem tych podsumowań jest więcej i są bardziej różnorodne, ponieważ bohaterowie „Belwedera” to i mężczyźni, i kobiety, i świeccy, i duchowni. Ten ostatni jest, co prawda, tylko jeden, ale dość charakterystyczny. To Robert, diecezjalny kapłan, duszący się w przeciętnej stołecznej parafii, mający dość rozwrzeszczanej hałastry na lekcjach religii. Marzy za to o wstąpieniu do trapistów: jednego z trudniejszych zakonów o żelaznej regule. Jest też Basia, zaniedbywana przez męża, ale raczej w wyniku codziennej rutyny i pędu za pieniędzmi, niż z wyrachowania. Jest marząca o dziecku, ale niemogąca zajść w ciążę Monika. W końcu Justyna – najbardziej zrealizowana zawodowo, ale czy bardziej szczęśliwa niż pozostałe powieściowe bohaterki? Naturalnie, mamy i mężczyzn: januszowatego biznesmena Marka handlującego dywanami, szukającego szczęścia za granicą Mariusza, i w końcu Grzegorza, który powiązany jest bezpośrednio z tytułem powieści.

Bo Belweder to imię psa, który pewnego dnia, w momencie nieuwagi Grzegorza, gryzie jego córkę w rękę tak pechowo, że dziecko ląduje w szpitalu. I niby to kolejna polska powieść obyczajowa, w której bohaterowie szukają szczęścia, ale Chmielewski te znane wszem i wobec klocki poukładał jakoś inaczej. Przede wszystkim zrobił w książce nieco więcej przestrzeni dla optymizmu. Bo nie jest tak, że wszyscy ponoszą w niej klęskę, czemu przyglądać powinno się zbolałe zdjęcie autora. Wręcz przeciwnie, pisarz pokazuje, że kryzys to tylko moment przejściowy. Nie każe pławić się bohaterom w wymyślonym przez siebie piekle i nie epatuje nihilizmem. Zostawia nadzieję i nie jest to nadzieja płonna. Drugim ważnym elementem, który odróżnia pisarstwo Chmielewskiego od większości jego piszących o współczesności kolegów po piórze, są aspekty duchowe. Nie tworząc literatury religijnej, autor nie zapomina jednak, że religia dla większości ludzi jest ważnym tematem. Ta ostatnia w większości naszej literatury obyczajowej jest albo przyczynkiem do wywlekania na światło dzienne autorskich traum, albo przedmiotem drwin. Tylko co to ma wspólnego z realizmem?

Wspomniany wyżej realizm to główny atut powieści. I piszę tu o czystym, małym realizmie, patrzącym nieco w stronę Marka Nowakowskiego, a nie o tym zapiaszczonym groteską, bo pisarz ma akurat ochotę wyrzucić z siebie to, co powinien u psychiatry, więc publikuje książkę. Nieprzypadkowo pojawiło się tutaj nazwisko mistrza małej prozy i małego realizmu, również całe życie mieszkającego w Warszawie, chociaż nie zawsze o niej piszącego. Chmielewski oczywiście nie jest kopistą, bo robi coś swojego, ale da się zauważyć u niego podobny prowincjonalny rysunek postaci i przestrzeni. Warszawa, jako stolica, nie jest w „Belwederze” miastem neonów i białych kołnierzyków. Jest ciągiem przedmieść, w których żyją ci sami ludzie, co w Radomiu czy Wałbrzychu: podziobani przez los, ale zachowujący marzenia. Do Nowakowskiego zbliża się autor najbardziej na drugim planie, malując postaci miejscowych żulików i pijaczków. Brak również w najnowszej powieści autora (jak i w poprzednich tomach) jakiegokolwiek dydaktyzmu, tak charakterystycznego dla współczesnej literatury tendencyjnej, dla niepoznaki ubierającej się raz w szaty to reportażu, to dziennika, to znów prozy kryminalnej czy obyczajowej. Chmielewski ukazuje przeciętne losy przeciętnych bohaterów, zdając się mówić, że to wszystko o nas. Przy czym ani nie ich skreśla, ani nie moralizuje, wpuszczając do świata przedstawionego nieco więcej optymizmu niż przeciętny polski literat.

Wojciech Chmielewski, Belweder gryzie w rękę, wyd. Iskry, Warszawa 2017, ss. 217.