Literatura piękna

Powieści i opowiadania. Fantastyka i realizm.

Literatura faktu

Reportaże, biografie, wywiady. Historia, polityka, religia.

Muzyka

Recenzje płyt. Metal, rock i okolice.

Wywiady

Literaci i muzycy. Zawsze na temat.

LITERA TURA

Nowoczesność y tradycja

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Kacper Rękawek - Człowiek z małą bombą. Terroryści u bram

Nie od dziś naukowcy uwielbiają dzielić włos na czworo. Niuansują, tłumaczą, stając się adwokatami diabła. Widzą świat w jednej wielkiej szarości, a umyka im czerń i biel. Stają się przeciwieństwem tych, którzy z kolei przesadzają w drugą stronę. Nie wszystko bowiem jest czarno-białe, a z drugiej strony nie wszystko da się przedstawić jako kolaż szarych barw. Istnieją przecież sytuacje, które aż się proszą o konkretne zaklasyfikowanie. Na przykład terroryzm. Nie jestem przekonany, że sposób, w który pisze o nim Kacper Rękawek, jest tym właściwym. Bo pominięcie aspektu uchodźców oraz imigrantów podczas charakteryzowania tego zjawiska wydaje się dość poważnym pominięciem. Rozumiem, że łączenie obu tych kwestii jest politycznie niepoprawne, ale wystarczy trochę matematyki, aby przekonać się, że nie jest tak, jak chciałyby humanitarne pięknoduchy. Dość tego jednak, bo „Człowiek z małą bombą” nie jest złą publikacją. Jej główny grzech polega na dwóch aspektach: na pominięciu tego, o czym napisałem powyżej, i na skrótowym ujęciu tematu. Rozumiem jednak, że miała być to pozycja popularno-naukowa. I jako taka, sprawdza się dobrze, bo napisana jest z werwą i znajomością realiów.

O terroryzmie można pisać opasłe tomy. Rękawek zaś zaledwie na dwustu stronach sygnalizuje problem, uciekając się do anegdot spod różnych szerokości geograficznych. Główną tezą „Człowieka z małą bombą” jest bowiem zdanie, że zjawisko terroryzmu istnieje na świecie od dawna, natomiast walka z nim jest walką z wiatrakami. Stwierdzenie to jest dość interesujące i pewnie zgodne z naukowym oglądem rzeczy, lecz co ma z niego wynikać? Że teraz pozostało nam robić sobie tatuaże z pszczółką jak w Manchesterze czy nosić w plecaku kolorowe kredki, którymi będzie się bohatersko smarowało po trotuarach w obliczu kolejnych zamachów? Złośliwie piszę, ale wcale nie mam ochoty dowalać autorowi, który z pewnością zna się na rzeczy. Jednak znajomość rzeczy może w wielu przypadkach przysłonić to, co ważniejsze. Bo jeśli stwierdzimy jak europejskie, zbankrutowane elity, że musimy nauczyć się żyć z terrorem, nie dokonamy kapitulacji? Jeśli zaś uznamy obronę własnej tożsamości narodowej i religijnej za faszyzm, to już dawno przestaliśmy zasługiwać na cywilizację łacińską i lepiej, aby barbarzyńcy czym prędzej dokonali sprawy. Rękawek zdaje się mówić właśnie w taki sposób, a to powinno spowodować słuszny opór.

Autor, pisząc o terroryzmie, nie skupia się jedynie na islamskim obliczu tego zjawiska, ale wspomina o baskijskiej ETA, irlandzkiej IRA oraz lewicowej RAF. Wspomina również o powiązaniach między dwiema pierwszymi organizacjami, co nie jest ogólnie znanym faktem. Ale przede wszystkim przedstawia terrorystę jako zwyczajnego człowieka, dla którego barbarzyńskie akty nie są codziennością, ale dodatkiem do zwykłego, najczęściej stereotypowego modelu życia. Terroryści przecież, jak pisze Rękawek, mają i kochają swoje dzieci, spotykają się na pogawędkach, chodzą do barów, a tylko niekiedy wyruszają, aby zabijać. Powodem, dla którego tak się dzieje, jest przede wszystkim ryzyko oraz długotrwałość przygotowań do kolejnych ataków. Terroryści są również inwigilowani, a statystyki twierdzą jednoznacznie: większość ataków daje się udaremnić, a ich wykonawcy wpadają z powodu własnej niefrasobliwości. Nie są bowiem terroryści niezniszczalnymi mścicielami, ale to często osoby nie do końca rozgarnięte, a niekiedy po prostu głupie. Tutaj autor daje nadzieję tym, którzy chcieliby w swoim fatalizmie widzieć w nich wcielone zło. Co więcej, każdy udany akt terroru jest efektem wprowadzonej innowacji. Potem podobne modele ataków stają się łatwiejsze do wyśledzenia.

Obala również autor tabu związane z płaceniem okupu. Podczas lektury „Człowieka z małą bombą” okazuje się więc, że mimo szlachetnego gadania o niezłomności i niepłaceniu łajdakom, opłaty uiszczają wszyscy. Bo gdy chodzi o własnych obywateli, państwa zachowują się niczym zdesperowane matki broniące swoich dzieci. Trochę to pocieszające dla tych, którzy kiedyś zostaną porwani, natomiast w ogólnym rozrachunku smutne. Rękawek demitologizuje również obraz ochotników, którzy udają się do Państwa Islamskiego. Jego zdaniem większość z nich to średnio przygotowani i wyekwipowani młodzieńcy, którym marzy się udział w muzułmańskiej świętej wojnie. Autor wydaje się ironicznie patrzeć na to całe zjawisko i w dużej mierze je bagatelizuje. Nie wiem, czy jest to dobry wniosek, w końcu w Armii Czerwonej większość wojska składała się z marznących obszarpańców, lecz to oni właśnie doszli do Berlina, a dobrze odżywieni Niemcy uciekali tysiące kilometrów do własnych heimatów. Ośmieszanie problemu nie jest więc receptą na jego złagodzenie. Nazwanie tygrysa chomikiem nie powoduje, iż rzeczony kot stanie się łagodniejszy.

„Człowiek z małą bombą”, jakkolwiek interesujący i napisany dobrym piórem, pozostaje w cieniu swoich grzechów. Intelektualizm autora i jego ironia wcale sprawy nie ułatwiają. Bo co komu po stwierdzeniu, że również chrześcijanie podkładali sobie nawzajem bomby w Irlandii Północnej, skoro to nie oni dzisiaj wysadzają się na koncertach popowych gwiazdek trzeciego sortu i to nie oni rozjeżdżają ludzi ciężarówkami? Ludzie w Europie boją się terrorystów muzułmańskich, a dodatkowo mają usta zakneblowane polityczną poprawnością. Kacper Rękawek proponuje im za to pogadankę o tym, że nie tylko islamiści zabijają i że to w zasadzie są równe chłopaki, tylko czasami trochę wybuchowe.

Kacper Rękawek, Człowiek z małą bombą, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 211.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Michał Olszewski - #upał. Rechot głupców

Pamiętacie maratończyka, który zostawił psa przed schroniskiem dla zwierząt? W każdym razie ja zdążyłem zapomnieć o całej tej w zasadzie banalnej historii. Historia ta była też o wiele mniej bulwersująca, niż jej medialny obraz, który przetoczył się przez elektroniczne i drukowane publikatory dwa lata temu. A lato 2015 było bardzo gorące; w takim sezonie ogórkowym muszą pojawiać się podobne historie. Nie tyle ochładzają one, co jeszcze bardziej ożywiają rozpalone wysokimi temperaturami głowy. Świat mediów natomiast już dawno (o ile kiedykolwiek był) przestał opierać się na racjonalnych przesłankach. Brukowce jawnie odwołują się do emocji czytelników, bardziej ukrywają tę przypadłość gazety, którym nie jest wszystko jedno. Natomiast w zasadzie wszystko jedno, bo manipulacja zawsze będzie manipulacją, a podkręcony w dobrej wierze news niewiele różni się od fałszywej informacji. Co więcej, cierpienie zwierząt dzisiaj rusza coraz większą liczbę osób niż cierpienie ludzi (zagadka: jaki procent wegan i obrońców zwierząt to zwolennicy aborcji?), więc maratończyk i jego pies stali się na kilkanaście dni świetną zachętą do klikania.

Piszę o tym dlatego, że mam przed sobą fabularny debiut Michała Olszewskiego. „#upał”, bo o nim mowa, nie jest pierwszą książką wydaną przez autora; dwa lata temu ukazał się tom reportaży o współczesnej Polsce zatytułowany „Najlepsze buty na świecie”. Teraz Olszewski w swojej pierwszej powieści, jako zawodowy dziennikarz, w dosadny sposób ukazał świat współczesnych mediów, dokładając w zasadzie wszystkim jego ogniwom. Od razu przypomina mi się dictum Roberta Mazurka, w którym znany żurnalista stwierdził, że od dziennikarzy jeszcze głupsi są tylko aktorzy. Prowokacja czy efekt wieloletniej obserwacji? I jedno, i drugie, ponieważ ta grupa zawodowa ignorancję wpisaną ma w życie, co również opisuje Michał Olszewski. Goniąc od tematu do tematu, nie mogąc skupić się na pogłębionej analizie, większość dziennikarzy znajduje się tylko jeden stopień niżej od komediantów. W ten obraz doskonale wpisuje się główny bohater, Fej, który swój pseudonim zawdzięcza uzależnieniu od fejsbuka. Fej to więc klasyczny przykład ignoranta, który pędzi od jednego niusa do drugiego, aby podgrzewać atmosferę na miejskim portalu. Od rana ciska się z kąta w kąt, a to odbierając snapy od kochanki, esemesując z żoną, odbierając telefony i w końcu wyszukując informacji. Ten przerysowany obraz nie jest jednak daleki od rzeczywistości; uzależnienie od mediów widać nie tylko u dziennikarzy, wystarczy wsiąść do publicznego środka transportu, by ujrzeć dziesiątki zombie przesuwających paluchem ekran i tępo wpatrujących się w smartfona.

Jeszcze głupsi od Feja są jednak jego praktykanci, w których widzę z kolei odzwierciedlenie dziennikarskiej drużyny jednego z teleturniejów telewizyjnych. To średnio rozgarnięta młodzież, która używa modnych wyrazów i to zupełnie bez ich zrozumienia. Ci adepci żurnalistyki piszą o „kontrowersyjnym śniegu” i chodzeniu na spacery „z dziećmi oraz innymi zwierzętami”. Obraz tego młodego narybku nie jest, niestety, daleki od rzeczywistości. Dziennikarstwo nie jest więc w „#upale” niczym więcej jak małpią umiejętnością podgrzewania emocji; powieściowi redaktorzy mówią wprost o „grzaniu tematów” i „podkręcaniu niusów”. Wystarczy jedna wizyta na dowolnym portalu informacyjnym, również tym nieplotkarskim, aby przekonać się, że współczesnym dziennikarstwem rządzi fejk i przeinaczanie faktów. A prawda? Cóż jest prawda – pytał kiedyś pewien Rzymianin.

Siłę rażenia tej powieści podnosi również język, stylizowany na korporacyjny żargon oraz internetowy slang. Bohaterowie mówią półsłówkami, stosując prymitywne komunikaty, nie lepszy jest narrator, czyli Fej we własnej osobie. Jego język jest groteskową mieszaniną mowy potocznej, telewizyjno-internetowego żargonu oraz wulgarnej dosadności. Bohater, nie mogąc skupić się na niczym dłużej niż pół minuty, rwie swoją opowieść, co chwilę popadając w liczne dygresje. Natomiast struktura powieści jest skonstruowana zgodnie z regułami literackiej dyscypliny i czytelnik nie ma poczucia, że gubi się w chaosie. Co więcej, łatwo podążać za kolejnymi strumieniami świadomości, bo przypominają one internetowe linki, prowadzące do kolejnych informacji. W strukturę „#upału” umiejętnie wpleciono również imitacje sieciowych komentarzy oraz cztery autonomiczne opowiadania. Skąd taki pomysł? Otóż powieściowy miejski serwis informacyjny zorganizował konkurs na krótki tekst literacki. Te cztery miniatury to równie dobre zwierciadło naszych czasów, jak główna część utworu.

Mimo tych niewątpliwych eksperymentów formalnych debiut Olszewskiego jest logiczną strukturą, nad którą autor doskonale zapanował. Wszystkie wydarzenia w tekście, poza dygresjami, dzieją się jednego dnia i prowadzą do mocnego finału, w którym odnajdziemy ślad kolejnego niusa, który grzany jest zawsze, gdy wydarzy się podobna tragedia. „#upał” jest z pewnością rodzajem gorzkiej satyry na dzisiejsze czasy, lecz jest również obrazem dehumanizacji, której przyszło nam dożyć. I jest to bardzo smutna powieść, pomimo sporych walorów komicznych, które pojawiają się zwłaszcza na jej początku. Potem szybko odechciewa nam się śmiać, ponieważ oblicze współczesności ukazane w powieści to rodzaj permanentnego święta głupców, podczas którego ludzka menażeria z rechotem podcina gałąź, na której siedzi.

Michał Olszewski, #upał, wyd. Znak, Kraków 2017, ss. 318.

środa, 31 maja 2017

Maciej Płaza - Skoruń. Między zdarzeniem a wyobraźnią

Od kiedy odkryto naturalizm, wieś już nigdy nie była taka jak przedtem. Skończyły się Rejowe bajania i romantyczne wizje, a zaczęło się życie. Na początku przegięto, oczywiście, w drugą stronę, bo wieś stała się pełną patologii i nędzy przestrzenią, ale jak to w życiu bywa, oba obrazy prowincji się w miarę wyrównały, co nastąpiło po II wojnie światowej. Tematykę wiejską poruszali wówczas Tadeusz Nowak, Edward Redliński czy Wiesław Myśliwski, w te rejony zaglądali również tacy mistrzowie małego realizmu jak Marek Nowakowski i Bohdan Madej. Ten drugi czynił to wyjątkowo boleśnie, co było znakiem rozpoznawczym całej jego twórczości, która w wyjątkowo brutalny sposób opisywała rzeczywistość Peerelu. Do przedstawicieli realistycznej prozy tworzonej w nurcie wiejskim dołącza właśnie debiutant, Maciej Płaza, znany wcześniej jako tłumacz H. P. Lovecrafta i autor monografii Lema. I robi to w sposób wyśmienity, gdyż jego pierwsza powieść „Skoruń” może bez wstydu stanąć obok Madeja, Nowaka czy Redlińskiego. Jest, co prawda, nieco inna niż teksty wymienionych powyżej twórców, ale zaskakuje poziomem fabuły, barwnym i oryginalnym językiem oraz nieuchwytną atmosferą, która ma coś wspólnego z realizmem magicznym.

Można „Skorunia” czytać jako powieść, a można potraktować jako siedem niezależnych od siebie opowiadań. To charakterystyczna cecha debiutu Płazy: akcja każdego tekstu jest osobną fabułą, która się rozwiązuje i zamyka, ale czytelnik może śledzić dorastanie i dojrzewanie głównej postaci, ponieważ opowiadania te ułożone są w sposób chronologiczny. Poznajemy bohatera pod koniec szkoły podstawowej, a w ostatnim tekście jest on już uczniem technikum. Kreacja postaci jest specyficzna; Skoruń jest wiejskim odludkiem, mającym swoje oryginalne przemyślenia na temat rzeczywistości, ale wydaje się w zerowym stopniu zainteresowany otaczającym go światem. Jego ojciec, twardy sadownik, ale i nauczyciel oraz absolwent studiów, kilka razy wdaje się w opozycyjne awantury i ląduje w więzieniu. Chłopak zaś niewiele rozumie z tego politycznego kontekstu, żyjąc w świecie wyobraźni i włócząc się po okolicy, czym doprowadza rodzica do szewskiej pasji. Wydaje się nieodpowiedzialny, nie jest stworzony do wiejskiej roboty, ale typem intelektualisty również nie jest. Poruszając się na styku dwóch światów – realnego oraz wyobrażonego – jest pełen paradoksów. Bohater, z jednej strony obdarzony dużą wrażliwością, w wielu sytuacjach wydaje się jej pozbawiony. Widzi fakty, ale ich nie łączy, pozostając chłopakiem, który raz czytelnikowi zdaje się zdrowy, innym razem skażony jakimś podskórnym szaleństwem.

Wieś, opisywana przez pierwszoosobowego narratora, którym jest Skoruń, to okolice Sandomierza, czyli miejsce, w którym urodził się autor. W takich przypadkach naturalnym jest pytanie o autobiografizm tej prozy, ponieważ doświadczenie mówi, że korelacja między fikcją literacką a doświadczeniami pisarza najczęściej jest spora. W każdym razie obraz prowincji nakreślony jest nie do końca realistycznym piórem. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się prawdopodobne: twardy ojciec i jego brat, który wiecznie się z nim kłóci, opiekuńcza matka, wiejscy koledzy, a nawet niedorozwinięta umysłowo córka sołtysa. Również przestrzeń, składająca się z wnętrz wiejskich chałup, malowniczej okolicy i obowiązkowego kościoła, nie różni się niczym od typowej kreacji występującej w tego typu prozie. Jest jednak obecny w „Skoruniu” pewien niepokojący rys, który prawdopodobnie bierze się z percepcji bohatera. Ten, jako człowiek nie do końca ogarniający świat, w którym żyje, opisuje go inaczej, niż twardo stąpający po ziemi chłopscy bohaterowie innych utworów. Każde wydarzenie, w którym bierze udział, urasta do rangi przygody; to tak jakby Bruno Schulz zapragnął pisać w poetyce Niziurskiego. Nie jest to realizm magiczny Olgi Tokarczuk czy Andrzeja Stasiuka z „Opowieści galicyjskich”; autor z powodzeniem wykreował unikalną atmosferę, w której wszystko może się wydarzyć, a jednak jakimś cudem rzeczy pozostają na swoim miejscu. Właśnie to napięcie między tym, co potencjalne i „zdarzone”, stanowi o oryginalności „Skorunia”.

Wieś to również przestrzeń, w której mieszkańcy posiadają swoje tajemnice. Na początku nie dają się one poznać głównemu bohaterowi, ale w miarę dojrzewania Skoruń dowie się interesujących faktów na temat ojca i stryja. Ale sekrety posiada również główna postać, może być to spotkanie z tajemniczym marynarzem w stanie spoczynku, inicjacja seksualna z udziałem wspomnianej już córki sołtysa lub też znajomość ze zbiegłym pracownikiem cyrku. Z powodu ograniczonego zaufania do wyobraźni bohatera nie do końca wiemy, co jest prawdą w jego opowieściach, a co zmyśleniem, lecz właśnie ten zabieg powoduje, że jego historie są tak interesujące. Te w dodatku są opowiedziane żywym i realistycznym językiem, z dużą liczbą środowiskowych neologizmów. Postacie opowiadań Płazy mówią kolokwialnie, z wiejskimi naleciałościami, krótkimi zdaniami, obrazowo i nieraz wulgarnie. Wulgaryzmy jednak w warstwie językowej nie dominują, bez nich jednak proza ta byłaby uboższa o niezbędną dosadność.

Cieszy fakt, że polska proza zaczyna przeżywać czasy ponownego wzrostu; pojawia się w niej coraz więcej twórców, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie. Bo to interesująca opowieść, a nie eksperyment formalny czy nienawistny wrzask jest głównym składnikiem epiki. Wie o tym dobrze Maciej Płaza, ponieważ jego opowiadania, niczym u mistrza z Providence, którego tłumaczył, posiadają bardzo dobrą konstrukcję fabularną. Nie rozjeżdżają się, do końca trzymają w napięciu i co równie ważne – traktują czytelnika jak partnera, nie imbecyla, którego trzeba wychowywać i objaśniać mu świat.

Maciej Płaza, Skoruń, wyd. WAB, Warszawa 2015, ss. 349.

piątek, 26 maja 2017

Katarzyna Tubylewicz - Moraliści. Utopijna Szwecja

Lewica nie dała rady. Stworzyła najbardziej szczodre państwo opiekuńcze na świecie, zaprosiła wszystkich imigrantów i dostała zadyszki. Jeszcze wcześniej ograniczyła wolność słowa do tego stopnia, że ktokolwiek ośmielił się krytykować politykę imigracyjną, zostawał islamofobem. Łatkę tę przypinano nawet samym muzułmanom. Już wiecie, o jakie państwo chodzi? Szwecja, bo o niej właśnie mowa, szczyci się swoim liberalizmem i humanitaryzmem, i w związku z tym przeżywa kryzys. Kurczą się fundusze socjalne, obywatele próbują krytykować linię polityczną władz, a odpowiedź rządzących może być tylko jedna. Jeszcze więcej tolerancji, jeszcze więcej integracji. Co śmieszniejsze, oni w to wierzą! Nie od dziś bowiem wiadomo, że socjalizm polega na bohaterskim rozwiązywaniu problemów, które uprzednio się stworzyło. Natomiast część liberalnej i laickiej lewicy zaczyna mieć dość imigranckiego pata i zaczyna buntować się przeciwko temu, co się w ostatnich latach dzieje ze Szwecją. Jej diagnoza wydaje się słuszna, co nie znaczy, że szwedzka lewica ma dobre pomysły na rozwiązanie problemów. Podejrzewam, że w samej Szwecji siedzi raczej cicho, bo wciąż dominuje tam polityczna poprawność, w myśl której nie wolno głośno mówić tego, o czym się myśli.

Problem ten podejmują „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz. Autorka we wstępie zaznacza, że nie chciała pokazać czarno-białego obrazu Szwecji – kraju, z którym jest związana od kilkunastu lat. A to znaczy, że mogą się na nią obrazić jej liberalni przyjaciele. I nie tylko na nią, ale na jej rozmówców. Jej książka jest bowiem zbiorem reportaży i wywiadów przeprowadzonych i ze Szwedami, i z imigrantami. Nie da się z niej wyczytać jednoznacznego obrazu tego przedziwnego miejsca, ale z pewnością nie jest ona pochwałą skandynawskiego raju. To znaczy, trochę nią jest, ale autorka, a raczej jej rozmówcy, zauważa pęknięcia rysujące się na utopijnej fasadzie Szwecji. Gdzie leży problem? Wydaje się, że w przejściu od skrajności do skrajności. W połowie XX wieku Szwecja była bowiem zamkniętym i flirtującym z nazistowskimi Niemcami państwem, aby od lat 70. XX wieku stawać się imigranckim rajem. Szwecja to również kraj, który do tego momentu sterylizował swoich niepełnosprawnych obywateli, o czym pisał w „Higienistach” Maciej Zaremba, a po zmianie przepisów zwrócił się w kierunku radykalnego humanitaryzmu. W przypadku Szwecji łatwo można zauważyć, że budowa utopijnego społeczeństwa, opartego na lewicowych ideałach, zawsze musi ponieść klęskę. Rozmówcy autorki, jak i ona sama, jednak nie widzą przyszłości swojego kraju w ponurych barwach.

A jakie to kolory? Przede wszystkim tęczowe. Równość, tolerancja, polityczna poprawność to dla bohaterów książki podstawowe wartości, którymi w życiu należy się kierować. W tym samym momencie mówią jednak oni o tym, że poprawność polityczna nie pozwala im mówić pełnym głosem i ich – przedstawicieli lewicy – stygmatyzuje za pomocą takich pojęć jak islamofobia czy nacjonalizm. A pamiętać należy, o czym pisze Tubylewicz, że Szwedzi są społeczeństwem, które nie jest specjalnie przywiązane do wartości patriotycznych. „Moraliści” zwracają słuszną uwagę na fakt, że w społeczeństwie powszechnej równości coraz bardziej zagrożone są prawa kobiet. Dzieje się tak, ponieważ muzułmańscy imigranci nie respektują wartości liberalnych, a czołowe autorytety moralne nie pozwalają krytykować ich sposobu życia. Rodzi się więc znany już z innych państw Zachodu paradoks: nie krytykujemy obcych kultur, a próbę obrony przed ich ekspansywnością nazywamy faszyzmem. Refugees welcome i do przodu!

Szwecja ukazana w „Moralistach” to również państwo egzotyczne z innych powodów. Jednym z nich jest obce polskiej mentalności podejście do religii. Przede wszystkim ta ostatnia funkcjonuje w społeczeństwie szwedzkim jako kulturowa fasada, z którą mało komu po drodze. Jedynie rodzina królewska jest zobowiązana do tego, by brać udział w nabożeństwach. Kościół w Szwecji to przede wszystkim lewicowa organizacja charytatywna, w której w Boga chyba nikt już nie wierzy, można więc odprawiać obrzędy religijne dla ateistów. Obce jest również podejście do śmierci. Szwedzi bowiem umierają w samotności, a obrzędy pogrzebowe często przypominają artystyczne show. Dodajmy do tego obrazu karykaturalną wręcz chęć do działań humanitarnych, a efekt będzie można nazwać społeczną utopią. Wydaje się więc, że w sprawie imigrantów Szwedzi podejmują sporo działań, tych brakuje jednak, aby tworzyć narodową wspólnotę.

Dokąd więc zmierza nasz zamorski sąsiad? „Moraliści” nie odpowiadają na to pytanie, ale są ciekawą diagnozą współczesnego oblicza tego państwa. I to bardziej niepokojącą, niż wydaje się autorce i jej rozmówcom. Czytać książkę Tubylewicz powinno się więc uważnie i między wierszami. Skoro powściągliwi Szwedzi z szeroko pojętej lewicy mówią o błędach polityki imigracyjnej, narażając się na bycie faszystami, wydaje się, że sytuacja jest o wiele gorsza. „Moraliści” pokazują bowiem, dokąd prowadzi człowieka humanitaryzm i budowanie systemów etycznych na rezygnacji z narodowej i religijnej tożsamości.

Katarzyna Tubylewicz, Moraliści, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017, ss. 407.

poniedziałek, 22 maja 2017

Jarosław Wojciech Krynicki - Spowiedź masona. Nuda w klubie dżentelmenów

Jak koncertowo zepsuć dobry temat? Chętnie zapytałbym o to autora „Spowiedzi masona”, która kilka tygodni temu ukazała się nakładem Oficyny Rytm. Bo przecież masoneria i tajne związki to samograj, który powinien owocować ciekawymi opowieściami. Sam tytuł zaś – „Spowiedź masona” – wydaje się mylący. Od penitenta oczekujemy przecież wyznania grzechów, natomiast książka Jarosława Wojciecha Krynickiego nie wpisuje się w tę konwencję. Nie dość, że narrator rzeczonych wspomnień raczej nie ma poczucia grzechu, to dodatkowo sprzedaje nam łzawą opowieść o masońskich ideałach. Że niby wolnomularze to istoty szlachetne – za Słowackim prawie aniołowie – którzy w życiu kierują się wskazaniami szlachetnych mężów, którzy z kolei w historii dali się poznać jako twórcy szlachetnych idei oświeceniowych. Takich chodzących wcieleń cnoty można w krajowej i europejskiej polityce obserwować na pęczki i to właśnie ci czcigodni obywatele są świętymi liberalnej demokracji. Pamiętać trzeba jeszcze o tym, że głoszone przez nich hasło Wielkiej Rewolucji Francuskiej – „wolność, równość, braterstwo” – posiada dalszą część, która brzmi „albo śmierć”. A to zmienia postać rzeczy.

Tak więc J. W. Krynicki się wyspowiadał. Zdradził tajemnice loży i wydał książkę. Pierwsza sprawa: jeśli masoneria jest związkiem tajnym, ujawnił tylko tyle, co mógł ujawnić. Z tego powodu wszystko, o czym autor pisze, nie wydaje się ściśle zastrzeżone. Ot, historie z inicjacji wolnomularskiej opowiedziane dość oględnie. Czy przedstawienie loży jako klubu dżentelmenów, którego członkowie przebierają się w śmieszne stroje i ćwiczą krok masoński (proszę wybaczyć moje skojarzenia z Ministerstwem Dziwnych Kroków). Czasem jeszcze wygłaszają referaty, czyli tak zwane deski. Tyle wielkich tajemnic tajnego związku. Druga sprawa: nie mamy gwarancji, że cokolwiek z tego, co autor ujawnił, w rzeczywistości jest prawdą. Za bardzo ten wizerunek wolnomularstwa jest lukrowany. Przypomina klub dyskusyjny złożony z członków o takich samych poglądach. A raczej pozbawionych wyrazistego zdania na jakiekolwiek tematy, głównie polityczne i religijne. Klub ten czci za to cnoty tolerancji i humanizmu. I gdyby nawet tak było, Krynicki powinien umieć o tym wszystkim opowiedzieć. A że z narracją krucho, „Spowiedź masona” jest jedną z nudniejszych pozycji, które ostatnio zdarzyło mi się czytać.

Z początku jednak nic nie zapowiada czytelniczej katastrofy. Autor, a może raczej narrator, zaczyna snuć swoją opowieść na kilku płaszczyznach. Tą najbardziej współczesną jest historia wstąpienia do masonerii i późniejszy z nią rozbrat. Narrator jednak wciąż masonem się czuje i kieruje się w życiu wskazaniami spod znaku cyrkla i węgielnicy. Oprócz tego dowiadujemy się o młodości protagonisty, o jego studiach wyższych, miłościach i problemach rodzinnych. Zaglądamy w przeszłość i śledzimy seminaryjny epizod, a potem samorządową karierę urzędniczą w małym miasteczku w okolicach Krakowa. Ta przeszłość jest dodatkowo podzielona na osobne historie, które przeplatają się z wątkiem współczesnym i ze sobą nawzajem. W efekcie jednak „Spowiedź masona” jest obyczajową pulpą, której narratorem jest typowy facet po przejściach, co to z jednej strony obwinia świat za swoje niepowodzenia osobiste, a z drugiej szczyci się przynależnością i sympatiami do klubu dżentelmenów w fartuszkach. Bohater ten w dodatku irytuje swoją ignorancją ubraną w szatki filozoficznych zainteresowań. Nie muszę mówić, że jego życiowe maksymy swoją głębią przypominają pewnego brazylijskiego myśliciela dla nastolatek. Śmieszne to i smutne, jak alimenciarz, który płacze koledze w barze, jak to kocha własne dzieci.

Oprócz nudy, która przelewa się przez strony tej książki, jej ocenę obniża manieryczny język. Zbyt dużo w niej nacechowanych emocjonalnie przymiotników, co powoduje efekt fałszywej czułostkowości. Często straszy w niej spójnik „aczkolwiek”; narrator zamiast „moja, moje, mojego” pisze „ma, me, mego”, przełyka „wielkie i koszmarnie ciężkie krople goryczy” i marzy o „dzieleniu się szczęściem z nieodnalezioną dotąd, ale z pewnością istniejącą gdzieś moją drugą połową jabłka”. I żeby przelać tę „kroplę goryczy”, wspomnę jeszcze o kilku felietonach, którymi autor pochwalił się w swojej spowiedzi. Cytować ich nie zamierzam, ale gdyby ktoś chciał dowiedzieć się, jak felietonów nie należy pisać, może zajrzeć do „Spowiedzi masona”. A dlaczego autor to wszystko robi? Jak spowiedź, to spowiedź i trzeba się trochę pochwalić. Co prawda, często padają tu słowa, że mason się nie przechwala i że autopromocja to spora skaza na wolnomularskim sumieniu, ale kilka zdań dalej bohater nie ma skrupułów przed kolejnymi okrągłymi zdaniami na temat własnej osoby.

Świat – zamiast czerpać ze wspaniałych myśli oświeceniowych, zamiast pielęgnować wolność, równość i braterstwo, zamiast mądrze wykorzystywać postępy nauki i techniki – najwyraźniej dąży ku upadkowi. Tak zaczyna się ostatni akapit „Spowiedzi masona” i proszę nie regulować odbiorników! O samym tajnym stowarzyszeniu czytelnik dowiedział się niewiele, za to przyszło mu obcować z podobnymi komunałami przez ponad dwieście stron. Czym jest bowiem wolnomularstwo według Jarosława Wojciecha Krynickiego? Obecnie masoneria jest jedną z ostoi prawdziwych relacji międzyludzkich, przyjaźni, braterstwa. To zupełnie jak u wąsatych Sycylijczyków.

Jarosław Wojciech Krynicki, Spowiedź masona, OW Rytm, Warszawa 2017, ss. 214.

poniedziałek, 15 maja 2017

Sebastian Reńca - Niewidzialni. Rozliczenia z systemem

Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale niektórzy z nas patrzą w gwiazdy – powiedział Oscar Wilde. Słowa te wypowiada główny bohater „Niewidzialnych” Sebastiana Reńcy – dziennikarz śledczy Wiktor Katon. I choć nie wiadomo, o którego Katona chodzi, to jednak słowa dotyczące Kartaginy (a poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć) nasuwają myśl, że aluzją do nazwiska głównego bohatera powieści powinien być starszy z nich, czyli Katon Starszy. Do współczesnego Katona nie pasuje przecież stoicyzm młodszego z Rzymian; postać utworu Sebastiana Reńcy zbyt często ulega emocjom i żyje na krawędzi, czym wpisuje się w klasyczny już, zarówno filmowy, jak i literacki, motyw wyklętego żurnalisty. Taki bohater jest zbyt dobry w swoim fachu, aby ostatecznie pożegnano się z nim w redakcji, natomiast tryb życia, jaki prowadzi, każe myśleć o nim jak o wykolejeńcu, który jakimś cudem jeszcze trzyma się pionu. Taka kreacja głównej postaci przywołuje Chandlerowskie czarne kryminały z Philipem Marlowem w roli głównej. Obaj, bo i on, i Katon, patrzą w gwiazdy z perspektywy rynsztoka, w którym przyszło im się babrać. A rynsztok Katona to współczesna Polska rzeczywistość, w której zabrakło sprawiedliwości.

Jej brak związany jest z brakiem lustracji. Brak ten spowodował sytuację znaną już chociażby z takich filmów jak „Układ zamknięty”, „Uwikłanie” (z pierwowzorem literackim Miłoszewskiego) czy spektaklu Teatru TV pod tytułem „Norymberga”. Punktem wspólnym tych wszystkich opowieści jest mit założycielski III Rzeczypospolitej, w którym znajdzie się miejsce i na palone teczki (widoczne również w „Psach”), i na dogadaną z komunistami część opozycji, ale przede wszystkim na bezpieczniacką agenturę pochowaną w SB. I jak mitem współczesnych Niemiec jest prawdziwa Norymberga, tak opowieścią startową III RP stał się brak rozliczeń. Nazizm w RFN jest tabu, natomiast we współczesnej Polsce tabu stał się pomysł rozliczeń z przeszłością. Ta historia stała się kanwą powieści politycznej, którą napisał Sebastian Reńca. „Niewidzialni”, bo o niej mowa, jest nie pierwszą tego typu powieścią we współczesnej Polsce, stanowi raczej próbę wpisania się w uprawianą przez Łysiaka czy Wildsteina beletrystyczną publicystykę. Dlaczego mówię o publicystyce, mając przed sobą przeczytaną powieść kryminalną? Dlatego, że między wierszami, niezbyt dyskretnie, leży sobie teza. A tezy mają to do siebie, że trzeba je udowodnić, co stanowi zasadniczą słabość tej książki.

Co jej zatem nie stanowi? Owszem, intrygujący początek, w którym mamy dwie śmierci. Jedną, w Katowicach, gdy w mroku epoki jaruzelskiej ginie młoda dziewczyna, a wszystkie ślady każą domyślać się upozorowanego samobójstwa. Druga ma miejsce kilkadziesiąt lat później, na squocie w Amsterdamie, gdzie w tajemniczych okolicznościach umiera nie pierwszej już młodości imigrant z Polski. Od samego początku można się domyśleć, że te dwa zgony będą miały wspólny mianownik. I tu zaczyna się zagadka, którą próbuje rozwikłać Wiktor Katon. Po drodze pojawiają się kolejni bohaterowie, którzy będą a to pomagać, a to przeszkadzać bohaterowi. Pojawią się policjanci i byli ubecy, pani redaktor wydawnictwa i umoczony profesor, a cała historia będzie oparta na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w latach 80. Tło jest więc interesujące, jak i spojrzenie na ten okres: nie jak na wesoły barak, w którym śpiewa się rockowe piosenki, oszwabiając tępych cenzorów, ale na mroczny okres permanentnej inwigilacji, że posłużę się tutaj cytatem z „Seksmisji”. Wizja rzeczywistości, również tej podziemnej, nie pozostawia złudzeń. Zdaniem głównego bohatera opozycja była infiltrowana do takiego stopnia, że nic nie umknęło oczom SB, a wszystkie podejmowane działania odbywały się za cichą zgodą różnych departamentów. Wydaje się, że wizja ta, jakkolwiek niezgodna z podręcznikami historii, ma coraz większe szanse na bycie prawdziwą.

Problemy z powieścią zaczynają się jednak na poziomie jej struktury. Mimo że „Niewidzialni” są kryminałem, albo za taki uchodzą, nie trzymają w napięciu, co jest szczególnie widoczne już pod koniec, kiedy nie wiadomo jeszcze, kto jest pociąga za główny sznurek, ale cała reszta jest już wyłożona jak na tacy. Kuleją również postacie, które zamiast budzić współczucie, nudzą i pozostawiają w obojętności. Poważniejszym jednak problemem jest narracja. Jest drobiazgowa do tego stopnia, że czytelnik dowiaduje się co chwilę o zjedzonych przez Katona potrawach, oglądanych przez niego programach w telewizji, o innych drobnych czynnościach wykonywanych przez bohaterów, aż wszystkich końcu o wszystkich drobiazgach, które są tutaj absolutnie niepotrzebne. Bo ani nie budują szerszego obrazu, ani nie są motywowane czymkolwiek; mam wrażenie, że stanowią watę słowną, którą trzeba dopchać dzieło. I jeśli na początku nie zwracałem na ten fakt szczególnej uwagi, to za jakiś czas zaczął on wyjątkowo irytować.

Szkoda więc formy, skoro cała opowieść ma potencjał fabularny i aż by się chciało przeczytać ją w innym wykonaniu. Gdyby zrezygnować z tej drobiazgowości i nieco inaczej sformatować postacie, rezultat byłby lepszy. Mniej papierowy, a bardziej krwisty i pełnowymiarowy. Mimo zachęcających blurbów autorstwa Witolda Gadowskiego i Waldemara Łysiaka, „Niewidzialni” nie są dziełem tak dobrym, jak w opinii tych dwóch autorów. To poprawna, ale przeciętna proza, której daleko jednak do pasjonującej opowieści.

Sebastian Reńca, Niewidzialni, wyd. Prohibita, Warszawa 2014, ss. 340.

sobota, 6 maja 2017

Marta Szarejko - Zaduch. Sushi - tak! Mięso - nie!

Och, jak śmierdzi! Skoro tytuł reporterskiej książki Marty Szarejko brzmi „Zaduch”, wydaje się więc, że coś będzie brzydko pachnieć. I gdybym był złośliwy, zwróciłbym uwagę na fakt, że blurb na tylnej okładce napisała Joanna Bator, której literackie wybory oscylują wokół złej prowincji, co to wysysa siły witalne z bohaterek osiedlonych w Warszawie. Ale złośliwy nie jestem, więc przemilczę ten fakt. Nie będę również zwracał uwagę na pisma, w których publikowała autorka tego niewielkiego zbiorku, bo tu nie o to chodzi. A o co chodzi? Na przykład o tytuł, z którego wynika, że polska prowincja jest duszna i śmierdzi. A biedne żuczki, których szczęściem niebywałym był fakt, że wyprowadziły się z tej głuszy, i mieszkają w Warszawie, mogą do końca życia Bogu dziękować, że wyzwolił ich on z egipskiej niewoli. Chyba nie ma niczego prostszego niż zebrać kilkanaście historii, z których każda będzie swoim bliźniaczym odbiciem, i dopasować je do tezy o złej prowincji i dobrym dużym mieście. Przy czym to duże miasto zredukowane jest wyłącznie do stolicy. Cóż, nie trzeba nawet wyjeżdżać, brudzić sobie rączek i wdychać przykrego zapachu. Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że współczesne towarzystwo stolikowe nie lubi pozastołecznej przestrzeni i chętnie zapomniałoby o jej istnieniu.

Nie zaprzeczam, że opisane losy postaci są prawdziwe (chociaż nie we wszystko chce mi się wierzyć), ale jednowymiarowość tych tekstów każe podejrzewać, że ktoś tu miał inną intencję niż obiektywne spojrzenie na rzeczywistość. A to w polskim reportażu obyczajowym norma. Autorka kroczy więc drogą Justyny Kopińskiej i Lidii Ostałowskiej, a droga ta prowadzi donikąd. Bo czego dowiadujemy się z tych kilkunastu tekstów? Owszem, postaci odrysowane są plastycznie, a poznajemy je tylko za pośrednictwem ich wypowiedzi; głos autorki w zasadzie się nie pojawia. Każdy z bohaterów „Zaduchu” ma więc swoją opowieść, która przedstawiona jest atrakcyjnie pod względem językowym: potoczny styl pozwala poczuć się, jakbyśmy słuchali gawędy. Co z tego jednak, skoro historie te mają wyraźny feler. Wynika z nich, że tylko w Warszawie da się względnie żyć. Na prowincji bowiem (czyli wszędzie poza stolicą) przeszkadzają w tym lokalne układy, nietolerancja, klerykalizm, małomiasteczkowa mentalność i cały wachlarz negatywnych cech z zawiścią na czele. Bohaterowie w większości zgodnie przyznają, że i w Warszawie czują się nie do końca dobrze. Czują się obco, rozdarci między robieniem kariery, a relacjami rodzinnymi. Winą za swoje kompleksy i niepowodzenia obarczają rodziców, sąsiedztwo, księży katechetów, nauczycieli, wujów i ciotki; wszystkich, tylko nie siebie.

Na przykład jeden z bohaterów tych reportaży wyrzuca rodzicom, że w domu jadło się przede wszystkim mięso, a w kuchni używano czterech przypraw na krzyż. Szczerze mówiąc, współczuję, dziwując się, jak ten wrażliwy młody człowiek wytrzymał tyle lat bez sushi! Przecież niektóre z tych wynurzeń czyta się jak kabaretowe kawałki! I niedaleko w nich od korporacyjnego humoru „Młodych wykształconych z wielkich miast”. Ten sam bohater na przykład nie potrafi wyobrazić sobie, że kupuje buty za osiemdziesiąt złotych. Za tanie. Powinny kosztować co najmniej trzysta. Czyta również, a jakże, „Politykę”, i dzwoni czasem do matki, chcąc podzielić się z nią swoją zdobytą dzięki tygodnikowi wiedzą. Ale kulą w płot. Matka jest głupia i nie ogarnia. Inna z kolei, tym razem młoda, wykształcona, nie może znieść tego, jak żyją jej rodzice. Nie, nie chleją na umór ani nie oszukują swoich sąsiadów. Uwaga: nie znają języków i nie wyjeżdżają za granicę. Grzech niewybaczalny, proszę państwa! Na szczęście Warszawa jest dobra na wszystko i utuli biedną prowincjuszkę, która przecież prowincjuszką już nie jest. Żaden z niej słoik, co to, to nie. Pełną gębą z niej warszawianka. Przecież zna języki i jeździ za granicę.

„Zaduch” w dużej mierze, zamiast przestraszać, śmieszy. I robi to niezamierzenie, więc nie spełnia raczej postawionego przed nim zadania. Autorka miała przecież misję, której celem było obrzydzenie polskiej prowincji, na której rzekomo straszy. A wyszedł jej nieudany pastisz reportażu, w którym spotkamy wszystkie propagandowe kawałki rodem z „Newsweeka” albo „Gazety Wyborczej”. Poza Warszawą więc, według tez zawartych w „Zaduchu”, nie da się żyć. Pamiętacie francuską komedię „Jeszcze dalej niż północ”? Jej bohater, urzędnik poczty, został przeniesiony do północnej prowincji Francji, która wśród Paryżan ma taką samą opinię jak Podkarpacie w Warszawie. Okazało się jednak, i na tym zasadzał się komizm filmu, że wszystkie stereotypy na temat tego regionu okazały się fałszywe, a życie na północy było lepsze niż w stolicy. „Zaduch” niestety, nie podejmuje jakiejkolwiek rewizji cytowanych opowieści, w związku z tym zamiast być reportażem staje się przerysowaną satyrą na farbowanych warszawian, którzy odcięli własne korzenie.

Marta Szarejko, Zaduch. Reportaże o obcości, wyd. PWN, Warszawa 2015, ss. 183.

wtorek, 2 maja 2017

Jakub Żulczyk - Wzgórze psów. Mazurskie zbrodnie

Gdyby Bono przeczytał „Wzgórze psów”, najnowszą powieść Jakuba Żulczyka, wytoczyłby autorowi proces o zniesławienie. Nie skłamię, gdy powiem, że jego zespół pojawia się na jej kartach prawie dziesięć razy. Nie, wcale nie jako bohater akcji, tutaj niech sobie Bono za wiele nie wyobraża. U2 pojawia się w narracji jako symbol złego smaku w muzyce, a bohaterowie Żulczyka, do czego autor zdążył już przyzwyczaić czytelników, muzyki słuchają na potęgę. Nie wiem, co aż tak złego zrobił autorowi ten skądinąd sympatyczny zespół, natomiast bohaterowie „Wzgórza psów” robią wiele złego, jak to zwykle u Żulczyka bywa. I jeśli „Radio Armagedon” było młodzieńczą erupcją złowieszczej groteski, „Ślepnąc od świateł” – brutalistycznym przelotem przez świat celebryckiej warszawki, to „Wzgórze psów” stanowi wiwisekcję prowincji w duchu filmowych seriali o zbrodni, która cementuje małe społeczności. Widać od razu, kto napisał scenariusz „Belfra”, jednej z najlepszych polskich produkcji odcinkowych ostatnich lat, bo przecież mowa o Jakubie Żulczyku. Widać to w misternie tkanej narracji, doskonale rozłożonych suspensach i w języku, którego realizm nie przestaje zadziwiać.

Realizm to bardzo ważne słowo w kontekście „Wzgórza psów”, co nie jest takie oczywiste, bo mamy przede wszystkim do czynienia z prozą gatunkową. Najnowsza powieść autora to thriller, w którym przede wszystkim liczy się zbrodnia i odpowiedź na pytania: kto zginie następny i kto zabił. Stop, powiedziałem „przede wszystkim”? Nie, tu nie ma „przede wszystkim”, bo równie ważna jest cała reszta, czyli konstrukcja obojga głównych bohaterów, Mikołaja i Justyny, ale też tło obyczajowe i społeczne małego mazurskiego miasteczka. Gdyby ten temat podjęła Joanna Bator, dostalibyśmy drugie „Ciemno, prawie noc”, w którym autorka popłakałaby kolejny raz, jak to zła moherowa prowincja ją skrzywdziła. Natomiast po tym poznajemy prawdziwą literaturę, że ona prostych odpowiedzi nie daje, co więcej, sama komplikuje swoją interpretację. Bo przecież bohaterem głównym jest młody trzydziestoletni gość, nieco w typie irytującego bohatera głównego filmu „Kamper”, autor jednej książki, słoik z Warszawy, który obraził się na miejsce swojego pochodzenia i wyrzygał się na nie w swojej powieści. Już się boję, co zrobiłaby z tego Joanna Bator. Natomiast postać Mikołaja jest na tyle ambiwalentna, że raz budzi współczucie swoją nieporadnością, raz wyjątkowo irytuje – tą samą w zasadzie cechą. I co więcej, jest dynamiczna i wiarygodnie się zmienia.

Prowincja natomiast we „Wzgórzu psów” to fikcyjny Zybork, miasteczko położone w okolicach Szczytna, w którym na fasadowość ziem odzyskanych nakłada się niemiecki żywioł oraz cała gama problemów społecznych charakterystycznych dla terytorialnych przeszczepów, którymi na mapie Polski są Warmia i Mazury. Co charakterystyczne, Żulczyk nie ukazuje swoich rodzinnych terenów z wyższością mieszkańca stolicy, którym przecież jest. Nie każdy mieszkaniec powieściowego Zyborka jest degeneratem, a ksiądz w parafii nie jest nacjonalistą molestującym ministrantów i dziewczynki od pierwszej komunii. Natomiast splot tajemniczych lokalnych powiązań, z którym mieliśmy do czynienia również w „Belfrze”, wynika bardziej z konwencji literackiej, niż z chęci osobistej zemsty pisarza na miejscu jego pochodzenia. Takie zemsty nigdy nie wychodzą w literaturze na dobre, co potwierdza bohater główny, przywołując osławionego „Malowanego ptaka”, literacką fałszywkę autorstwa Jerzego Kosińskiego. Wspomniana już wyżej powieściowa książka Mikołaja Głowackiego jest trochę takim Kosińskim, trochę Batorową (tytuł „Ciemna, zimna woda”), trochę też „Pokłosiem”. Zybork ukazany przez Żulczyka, nie przez jego bohatera, trochę jest taką upiorną polską prowincją, a trochę nią nie jest. Nie wiadomo w zasadzie, bo wymyka się jednoznacznej ocenie. A oceniać „Wzgórze psów” przez pryzmat wymienionych powyżej tytułów jest po prostu krzywdzące.

Ocenę powieści podnosi również język, który w naturalnej skali przenosi to, jak ludzie mówią. I nie chodzi tutaj tylko o wulgaryzmy, których jest w tej powieści naprawdę sporo, ale o konstrukcję zdań: prostych, czasem koślawych, ale zawsze komunikatywnych, i potoczną leksykę. Dialogi Żulczyka są wręcz wzorcowym przykładem odwzorowania językowej rzeczywistości ludzi w młodym i średnim wieku: charakterystyczne powiedzonka, nieporadne metafory, używane niczym przecinki wulgarne słowa czy w końcu obrazowe i ekspresywne frazy, nieraz dowcipne, a nieraz suche i mało finezyjne. Podobnie dzieje się w języku narracji, która prowadzona jest z kilku, a głównie z dwóch punktów widzenia: Mikołaja i Justyny. Obie pisane są w czasie teraźniejszym; ten zresztą dominuje w powieści, co staje się charakterystyczną cechą pisarstwa Jakuba Żulczyka i w jego przypadku doskonale się sprawdza. Autor potrafi pokierować czytelnikiem tak, że niejednokrotnie wyprowadza go na manowce, podsuwając fałszywe tropy. Co więcej, stosuje zasadę fragmentaryczności w przedstawianiu niektórych wydarzeń; dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się, jakie jest pełne znaczenie danej sceny.

„Wzgórze psów”, dzięki językowi, ale też opisanym wydarzeniom, pozostawia czytelnika z całym zbiorem pytań. Tych dotyczących powieściowego świata przedstawionego, ewentualnych, już nieopisanych losów bohaterów, tych etycznych, o sens zemsty i uczestniczenia w złu, o granice między lojalnością, a współuczestnictwem w zbrodni, w końcu o prawdziwy obraz naszego społeczeństwa. Bo nie chodzi tylko o małe miasteczka, którym jeden ze swoich wierszy poświęcił Andrzej Bursa. Nie chodzi o mityczną Warszawę, w której wielu chce zamieszkać, a niewielu jest szczęśliwych. Chodzi raczej o miłość i o jej brak, o śmierć, tu wspominaną nader często, i o duchowość, której na kartach „Wzgórza psów” nie ma, co też jest czytelnym sygnałem na temat tego, że coś złego dzieje się z Zyborkiem.

Jakub Żulczyk, Wzgórze psów, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017, ss. 862.

piątek, 28 kwietnia 2017

Marcin Mamoń - Wojna braci. Za kurtyną Al-Kaidy

Pamiętacie porwanego w 2015 roku przez Al-Kaidę dziennikarza Marcina Mamonia? Jego poszukiwania na szczęście zakończyły się powodzeniem, a niemała w tym zasługa polskich służb wywiadowczych. Nie wszyscy mieli jednak takie szczęście i zostali zamordowani przez islamskich terrorystów gdzieś w Syrii czy w Iraku. Ten właśnie Marcin Mamoń, znany już wcześniej z filmów dokumentalnych, które koncentrowały się na tematyce bliskowschodniej, napisał właśnie niezwykle interesującą „Wojnę braci”, która na polskim rynku czytelniczym jest jedną z bardziej wartościowych pozycji dotyczących islamskiego terroryzmu. Jej tytuł sugeruje natomiast istnienie pewnej wspólnoty – interesów i religii – która staje się coraz bardziej ekspansywna i co rusz dokonuje nowych aktów terroru nie tylko w Europie, ale przede wszystkim na Bliskim Wschodzie. Natomiast autor, z charakterystycznym znawstwem tematu przedstawia całą sprawę bardziej skomplikowanie, niż czynią to z definicji uproszczone przekazy medialne. I sam tytuł może być dla niektórych prowokacyjny. Dlaczego „Wojna braci”? Jaką wojnę prowadzą islamiści i skąd ten łagodny, pozytywnie nacechowany rzeczownik? Odpowiedzi znajdą się w książce.

A ta jest rasowym reportażem. Ostatnio utyskuję nieco na formę rodzimej odmiany tego gatunku, ale na szczęście politycznej odmiany reportaży, których z drugiej strony nie ma zbyt wielu, ta zła passa nie dotyczy. Podoba mi się również struktura „Wojny braci”. Autor historię swojego (i fotografa Tomasza Głowackiego) porwania zostawił na koniec, wcale nie epatując tym wątkiem na samym początku tekstu. Fakt ten jest dowodem dziennikarskiej klasy Marcina Mamonia. Poza tym „Wojna braci” to fascynujące studium międzynarodowego terroryzmu, z którym mamy coraz częściej do czynienia. Opowieści autora zaczynają się w Czeczenii, tam bowiem jeździł on na samym początku. Tam również zdobywał pierwsze kontakty, które zaowocowały rozległymi znajomościami. Bo kto z polskich dziennikarzy może pochwalić się rozmową z najważniejszymi osobami w Al-Kaidzie i Państwie Islamskim? Kontakty te, i zawarte z bojownikami przyjaźnie, owocują więc potężnym materiałem faktograficznym, którego w życiu nie zbierze żaden schowany w hotelu reporter. Mamoń w hotele się nie bawi, śpi pod gołym niebem i w ziemiankach bojowników. Wracając do Czeczenii, zaznaczyć muszę, że według autora jest ona jednym z kamieni milowych procesu radykalizowania się wspólnoty muzułmańskiej na Bliskim Wschodzie.

Autor poświęca swój reportaż również na opisanie sytuacji w Syrii, którą opisuje z perspektywy roku 2012, jak i 2015. Ponownie jego tekst nie jest zbiorem geopolitycznych rozważań teoretycznych, ale zawiera opisy podróży pod ostrzałem i rozmów z powstańcami walczącymi z reżimem Asada. Wielu z nich żałuje, że autor nie nawrócił się na islam, ale nie bez powodu nazywają go bratem, terminem zarezerwowanym dla członków muzułmańskiej ummy – wspólnoty wszystkich wierzących w Mahometa i Allacha. Mimo tego autor nie ulega optyce bojowników, którzy nierzadko stają się również terrorystami. Tych dwóch światów nie da się bowiem odseparować. I w tym leży trudność w ocenie zjawiska. Z pewnością jednoznacznie negatywnie ocenia autor terrorystyczną działalność Al-Kaidy oraz Państwa Islamskiego, ale przywołując ludzkie historie, nie ocenia pojedynczych przypadków. Interpretację pozostawia czytelnikom.

Innym ciekawym aspektem „Wojny braci” jest rozdział poświęcony Ukrainie, na której przeciwko Rosji walczą nie tylko kijowscy patrioci i nacjonaliści, ale również muzułmańscy bojownicy, co dla tych drugich stanowi swoistą zemstę za Czeczenię. Co więcej, nieznanym faktem jest również kwestia Batalionu Świętej Marii, którego lider Dmytro Korczyński marzy o chrześcijańskim talibanie, który siałby postrach wewnątrz Federacji Rosyjskiej. Interesujący jest również powracający wciąż wątek Państwa Islamskiego, które według autora jest bytem w mniejszym stopniu religijnym, niż przedstawiają go telewizja czy internet. ISIS więc to przede wszystkim organizm polityczny, religię wykorzystujący w sposób instrumentalny. Idea dżihadu, którą rozprzestrzenia, istnieje dla tysięcy ochotników, również tych z Europy Zachodniej. Dowodem na to jest, zdaniem autora, wierchuszka organizacji, złożona w dużej mierze z wysokich urzędników irackiej partii Baas, która rządziła tym krajem za czasów Saddama Husajna. O rozmijaniu się oczekiwań z rzeczywistością świadczą również dezercje z Państwa Islamskiego, które Marcin Mamoń również opisuje.

Nie sposób w tak krótkim tekście zwrócić uwagi na wszystkie walory „Wojny braci”, warto jednak pamiętać, że mamy do czynienia z bardzo dobrą, profesjonalnie napisaną i udokumentowaną pozycją reportażową, której głównym atutem jest znajomość tematu w stopniu niedostępnym dla większości dziennikarzy. Liczba informacji zawartych w książce musi robić wrażenie, a wśród nich znajduje się wiele takich, o których słyszy się po raz pierwszy. Zagadnienie islamskiego terroryzmu i globalnego dżihadu okazuje się bowiem kwestią bardziej skomplikowaną i niejednorodną, niż to się wydaje.

Marcin Mamoń, Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy, wyd. Literackie, Kraków 2017, ss. 488.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Leszek Gnoiński - Republika. Nieustanne tango

Toruńska Republika była zespołem stojącym w rozkroku. Z jednej strony z powodzeniem funkcjonowała w systemie realnego socjalizmu, wydając płyty, co udawało się nielicznym wykonawcom rockowym. Z drugiej – była wiarygodną kapelą dla zbuntowanej młodzieży, nieufnie patrzącej w stronę „młodzieżowych” zespołów jak Lady Pank, Perfect czy Lombard. Z trzeciej strony – ta wiarygodność została nadszarpnięta po wydaniu drugiego albumu kapeli. Wówczas, pewnego sierpniowego wieczoru na festiwalu w Jarocinie, na scenę, na której Republika rozpoczęła swój występ, poleciał deszcz pomidorów i worków z piaskiem. Grupa wyszła z tego starcia zwycięsko, ale niesmak pozostał. Z perspektywy czasu widać jednak coraz bardziej, że jakakolwiek forma działalności artystycznej w PRL, czy to oficjalna, czy podziemna, okupiona być musiała kompromisami z władzą. Natomiast wizja dzielnych muzyków rockowych walczących z komuną jawi się jako ładna legenda, niemająca wiele wspólnego ze stanem faktycznym. Bo ci, co faktycznie walczyli, nie mieli życia i nie mogli wydawać płyt. Większość jednak chciała jakoś egzystować. I w tej większości znalazł się również toruński zespół.

Wydana pod koniec zeszłego roku biografia Republiki, napisana przez Leszka Gnoińskiego, na szczęście nie podejmuje tak ochoczo wątków kombatanckich i nie robi z kwartetu dowodzonego przez Grzegorza Ciechowskiego bardów Solidarności. Przyznać również trzeba, że pod względem faktograficznym i edytorskim jest to jedna z absolutnie najlepszych książek biograficznych poświęconych muzyce rockowej, nie tylko w Polsce. Napisana jest dobrym językiem, niepopadającym w banał i nieobrażającym inteligencji czytelnika, w czym celują tłumaczenia zachodnich pozycji dotyczących muzyki metalowej. Gnoiński od początku angażuje odbiorcę w proces czytania, co rusz przytaczając ciekawe fakty z dziejów Republiki oraz ich członków. Drobiazgowo opisuje rodzinne i artystyczne korzenie każdego z muzyków zespołu, ale nie wchodzi z butami w ich życie prywatne. Naturalnie, najwięcej miejsca poświęca Grzegorzowi Ciechowskiemu, ale to dlatego, że jego droga twórcza była najbardziej znana słuchaczom i najmocniej rozwinięta. Dowiadujemy się jednak i o Krzywańskim, i Ciesielskim, i Kuczyńskim, w końcu o Leszku Bioliku – basiście, który współpracę z kapelą zaczął po jej reaktywacji, zastępując Pawła Kuczyńskiego. Strony im poświęcone czyta się z takim samym zaciekawieniem, jak te dotyczące lidera i całego zespołu.

Republika na kartach książki Gnoińskiego wydaje się jednym z najbardziej nowatorskich i znaczących zespołów na polskiej scenie muzycznej. Autor nie kryje więc swojego subiektywizmu, rysując obraz zespołu jako swoistego fenomenu, który po raz pierwszy w polskich realiach zaproponował spójną wizję artystyczną łączącą muzykę, wizerunek sceniczny (i poza nią) oraz teksty. Szczególnie na początku działalności grupy wizja ta była czynnikiem wyróżniającym. Na tle leśnych dziadków ze świata Muzyki Młodej Generacji Republika lśniła autentycznym blaskiem, a orwellowski charakter jej tekstów i wizerunku (czerń i biel) uwiarygodniał jej przekaz artystyczny. Nie dziwi więc fakt, że zespół bardzo szybko zaskarbił sobie serca fanów (i fanatyków). Gnoiński umiejętnie opisuje, jak doszło do stworzenia kapeli i do wypracowania tak oryginalnego image. Stawia tezę, że to właśnie ta oryginalna i spójna wizja była przyczyną tak spektakularnego sukcesu. I Republika stała się zespołem wiarygodnym i dla części punków, nieufnie nastawionych do wykonawców z głównego nurtu, i dla całej reszty niezaangażowanej w działalność kontrkulturową młodzieży. Stąd właśnie ten rozkrok, o którym wspomniałem we wstępie.

Omawiana właśnie biografia jest również opowieścią o talencie Grzegorza Ciechowskiego – człowieka, który nie tylko nagrywał solowe albumy, na tamte czasy brzmiące niezwykle świeżo i nowocześnie, ale również tego, kto „wymyślił” kilka znanych do dzisiaj wokalistek: Kasię Kowalską, Justynę Steczkowską czy Katarzynę Groniec. Znamienny jest fakt, że dwie pierwsze z wymienionych pań największe swoje sukcesy odnosiły wówczas, gdy ściśle współpracowały z Ciechowskim. Późniejsze ich dokonania znajdowały się już w cieniu tych pierwszych i nigdy nie odniosły takiego sukcesu. Nie sposób też mówić o książce bez wspomnienia o śmierci Ciechowskiego, która przyszła niespodziewanie pod koniec 2001 roku, a która stanowi punkt kulminacyjny całej opowieści. Była ona końcem dla Republiki, ale spowodowała wiele innych muzycznych wydarzeń, które na artystycznej mapie Polski pojawiają się do dzisiaj. Kariera zespołu, która zaczynała nabierać tempa po bardzo dobrze ocenianej „Masakrze”, została urwana w połowie, co prowokuje do pytań o jej dalszy przebieg.

Dalszego ciągu Republiki nie będzie, ale w życiu po życiu pojawiają się Nowe Sytuacje – koncertowy zespół Krzywańskiego, Ciesielskiego i Biolika, pojawia się Dzień Białej Flagi, niedawno ukazała się książka Anny Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego „My lunatycy” – opowieść fanów o fanach i zespole. Do kompletu trzeba dodać jeszcze tę ostatnią, skromnie zatytułowaną biografię o czarnej okładce z białym logo na środku. Republika wciąż pozostaje dla swoich miłośników ważnym zespołem i przeżyciem pokoleniowym. Co więcej, pojawiają się nowi fani, którzy już nie widzieli zespołu na żywo. Wszyscy oni czują silną identyfikację ze zjawiskiem artystycznym, któremu na imię Republika.

Leszek Gnoiński, Republika. Nieustanne tango, wyd. Agora/Kayax, Warszawa 2016, ss. 762.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Wojciech Chmielewski - Belweder gryzie w rękę. Realizm bez nihilizmu

Wojciech Chmielewski nie należy do tych pisarzy, którzy co rok wydają nową książkę. Na szczęście tworzenie literatury nie jest jego zajęciem zawodowym, więc może pisać, kiedy chce i jak chce. I nie jest ograniczony kontraktem, który wymuszałby na nim publikowanie dzienników w puste miejsce po nienapisanej powieści, kiedy akurat krucho z weną. Nie neguję oczywiście sensu pisania memuarów, natomiast sprzeciwiam się procederowi, który każe czynić to ludziom w miarę młodym. Ale młodość literata to rzecz względna: dla muzyka rockowego oznacza już wiek średni. Chmielewski jest więc jeszcze pisarzem młodym, którego wiek dojrzały zacznie się już niedługo. A wszystko okaże się przy następnym tomie, czy to powieściowym, czy zawierającym opowiadania. Tym razem dostaliśmy powieść, drugą po „Kawie u Doroty”, zatytułowaną „Belweder gryzie w rękę”. I ponownie jej bohaterami są ludzie w wieku średnim, bliskim autorowi. Tym razem jednak, co stanowi odmianę, głównych postaci jest kilkoro.

W poprzedniej powieści Wojciecha Chmielewskiego protagonistą był zmęczony życiem człowiek po mieszczańskich przejściach, warszawianin podsumowujący swoje średniej jakości życie. Tym razem tych podsumowań jest więcej i są bardziej różnorodne, ponieważ bohaterowie „Belwedera” to i mężczyźni, i kobiety, i świeccy, i duchowni. Ten ostatni jest, co prawda, tylko jeden, ale dość charakterystyczny. To Robert, diecezjalny kapłan, duszący się w przeciętnej stołecznej parafii, mający dość rozwrzeszczanej hałastry na lekcjach religii. Marzy za to o wstąpieniu do trapistów: jednego z trudniejszych zakonów o żelaznej regule. Jest też Basia, zaniedbywana przez męża, ale raczej w wyniku codziennej rutyny i pędu za pieniędzmi, niż z wyrachowania. Jest marząca o dziecku, ale niemogąca zajść w ciążę Monika. W końcu Justyna – najbardziej zrealizowana zawodowo, ale czy bardziej szczęśliwa niż pozostałe powieściowe bohaterki? Naturalnie, mamy i mężczyzn: januszowatego biznesmena Marka handlującego dywanami, szukającego szczęścia za granicą Mariusza, i w końcu Grzegorza, który powiązany jest bezpośrednio z tytułem powieści.

Bo Belweder to imię psa, który pewnego dnia, w momencie nieuwagi Grzegorza, gryzie jego córkę w rękę tak pechowo, że dziecko ląduje w szpitalu. I niby to kolejna polska powieść obyczajowa, w której bohaterowie szukają szczęścia, ale Chmielewski te znane wszem i wobec klocki poukładał jakoś inaczej. Przede wszystkim zrobił w książce nieco więcej przestrzeni dla optymizmu. Bo nie jest tak, że wszyscy ponoszą w niej klęskę, czemu przyglądać powinno się zbolałe zdjęcie autora. Wręcz przeciwnie, pisarz pokazuje, że kryzys to tylko moment przejściowy. Nie każe pławić się bohaterom w wymyślonym przez siebie piekle i nie epatuje nihilizmem. Zostawia nadzieję i nie jest to nadzieja płonna. Drugim ważnym elementem, który odróżnia pisarstwo Chmielewskiego od większości jego piszących o współczesności kolegów po piórze, są aspekty duchowe. Nie tworząc literatury religijnej, autor nie zapomina jednak, że religia dla większości ludzi jest ważnym tematem. Ta ostatnia w większości naszej literatury obyczajowej jest albo przyczynkiem do wywlekania na światło dzienne autorskich traum, albo przedmiotem drwin. Tylko co to ma wspólnego z realizmem?

Wspomniany wyżej realizm to główny atut powieści. I piszę tu o czystym, małym realizmie, patrzącym nieco w stronę Marka Nowakowskiego, a nie o tym zapiaszczonym groteską, bo pisarz ma akurat ochotę wyrzucić z siebie to, co powinien u psychiatry, więc publikuje książkę. Nieprzypadkowo pojawiło się tutaj nazwisko mistrza małej prozy i małego realizmu, również całe życie mieszkającego w Warszawie, chociaż nie zawsze o niej piszącego. Chmielewski oczywiście nie jest kopistą, bo robi coś swojego, ale da się zauważyć u niego podobny prowincjonalny rysunek postaci i przestrzeni. Warszawa, jako stolica, nie jest w „Belwederze” miastem neonów i białych kołnierzyków. Jest ciągiem przedmieść, w których żyją ci sami ludzie, co w Radomiu czy Wałbrzychu: podziobani przez los, ale zachowujący marzenia. Do Nowakowskiego zbliża się autor najbardziej na drugim planie, malując postaci miejscowych żulików i pijaczków. Brak również w najnowszej powieści autora (jak i w poprzednich tomach) jakiegokolwiek dydaktyzmu, tak charakterystycznego dla współczesnej literatury tendencyjnej, dla niepoznaki ubierającej się raz w szaty to reportażu, to dziennika, to znów prozy kryminalnej czy obyczajowej. Chmielewski ukazuje przeciętne losy przeciętnych bohaterów, zdając się mówić, że to wszystko o nas. Przy czym ani nie ich skreśla, ani nie moralizuje, wpuszczając do świata przedstawionego nieco więcej optymizmu niż przeciętny polski literat.

Wojciech Chmielewski, Belweder gryzie w rękę, wyd. Iskry, Warszawa 2017, ss. 217.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Jacek Matecki - Dramat numer trzy. W prowincjonalnym teatrze

To już druga książka Jacka Mateckiego o Rosji. Pierwsza ukazała się dwa lata temu; o tej nic nie wiedziałem do momentu premiery. Może to i lepiej, bo pamiętając, jakie wrażenie wywarła na mnie poprzedniczka, denerwowałbym się, czekając na „Dramat numer trzy”. Jeśli ktoś za to czekał, od razu uspokoję: było na co. Już poprzednim reportażem Matecki pokazał, że w kwestii wschodnich klimatów mało kto może mu dorównać. „Co wy, ***, wiecie o Rosji” była bowiem pozycją równie buńczuczną jak jej tytuł, ale ukazywała prawdziwy i świeży obraz tego kraju. Mogła zatem zawstydzić tych, którzy o Rosji pisali, konfabulując i koloryzując, zamiast spróbować zrozumieć i mniej oceniać. „Dramat numer trzy” również nie ocenia. Nie jest reportażem pisanym z wyżyn oświeconego Europejczyka, który masakruje barbarię. Nie jest też opowieścią o tych, którzy utonęli w morzu wódki, chwytając się przed śmiercią ostatniego śledzia ratunku. Siłą tej pozycji jest fakt, że mówi ona o zwykłych problemach zwykłych ludzi. No, może nie do końca zwykłych, bowiem jej bohaterami są aktorzy prowincjonalnego teatru „Dramat Numer Trzy” w Kamieńsku Uralskim. Tak, też nie miałem świadomości istnienia tego miasta.

A miasto jak miasto. Średniej wielkości, ponad stusiedemdziesięciotysięczne, z kurczącą się jak w całej Rosji demografią. Oglądam je właśnie dzięki technologii Google i widzę typowe siermiężne blokowisko. Budynek teatru również nie pierwszej młodości: typowa socjalistyczna bryła z lat 70. W zamyśle nowoczesna, jednak szybko stała się anachroniczna. Na stronie teatru widzę projekt nowego budynku: nowoczesnego, przestronnego, zaprojektowanego w zachodnim stylu. Jasne wnętrza, ogromne szyby i efektowna sala. Na razie jednak realia są prowincjonalne. I w tych realiach pojawia się Jacek Matecki. Nie zdradzę, jak udało mu się dostać do Kamieńska i czym zaskarbił sobie zaufanie rozmówców: tego wszystkiego można dowiedzieć się podczas lektury. A ta nie obfituje w polityczne rozważania, chociaż – naturalnie – polityka pojawia się gdzieś w tle. Ta przede wszystkim skupia się na pojedynczym człowieku: na aktorze, który funkcjonuje w prowincjonalnym mieście i tak samo kocha sztukę jak artyści z Moskwy, Petersburga czy Nowego Jorku. Co więcej, ujęcie Mateckiego jest jeszcze ciekawsze niż wielkomiejska perspektywa. A przynajmniej bardziej prawdziwe.

Bo nie oszukujmy się, większość z nas mieszka na prowincji. Nie w Warszawie, nie we Wrocławiu czy Krakowie, ale w małych i średnich miastach, także na wsiach. Przejrzenie się w ludziach z innego kraju, tak samo związanych z miejscem położonym z dala od stolicy, pozwala na poczucie pewnej wspólnoty. Autor przedstawił bowiem swoich bohaterów nie tyle jako Rosjan, co normalnych, bezpretensjonalnych uczestników życia. Niektórzy z nich chcieliby się wyrwać gdzieś dalej, ale większość nie marzy o dalekich podróżach i robi swoje. Robi to, co umie najlepiej. Aktorska profesja pokazana przez Jacka Mateckiego daleka jest od celebryckiej sławy. Ci artyści nie stają przy ściankach, nie brylują w mediach i nie stają się moralnymi autorytetami. W perspektywie Kamieńska Uralskiego granie w teatrze jest tylko graniem w teatrze, i to dla niespecjalnie dużej publiczności. Bo większość mieszkańców do przybytku Melpomeny nie chadza. A teatr musi z tym jakoś żyć. Dzięki temu właśnie aktorzy sportretowani na kartach „Dramatu numer trzy” są zahartowani, a ich pasja zaciekawia, nie pozostawiając nikogo obojętnym. Autor pozwala swoim bohaterom mówić: otwierają się przed nim, dzięki czemu poznajemy ich problemy, ale i momenty szczęścia.

Dziwić może też fakt, że teatr opisany przez Jacka Mateckiego jest wręcz konserwatywny, stroniący od nowinek: golizny, wulgarności i wszechobecnej transgresji. Takiej „Klątwy” nie ma się co w nim spodziewać. To, co w naszym kraju większość uznaje za normę, w Rosji jednak się nie przyjmuje. Jak mówi jeden z bohaterów reportażu, stary doświadczony aktor: goła dupa jest tylko gołą dupą, i próżno szukać w niej jakiejkolwiek głębi. Przyznam, że zazdroszczę takiego podejścia do sztuki teatralnej, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że jest ono skutkiem polityki państwa. Trudno jednak przejść obojętnie obok faktu, że są jeszcze ludzie, którzy w tej materii zachowali zdrowy rozsądek i nie przyjmują ślepo wszelkich nowinek z Zachodu. I nie interesuje mnie, czy to Rosjanie, Amerykanie, czy Marsjanie. Jednak autor nie uważa Rosji, wzorem rusofilów z waniających walonkami polskojęzycznych portali, za obrończynię tradycyjnych wartości. Jego zdaniem, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, a rządy Putina nie przestają być reżimem.

Dodatkowo Jacek Matecki, co udowodnił już poprzednią książką, potrafi pisać zajmująco. Jego opowieściom się wierzy, a czytając je, ma się ochotę rzucić wszystko i pojechać na wschód, i to mimo nieprzyjaznych politycznych wiatrów. Jako reporter, autor nie znika z narracji, ale jest przy tym nienachalny, opisuje swoje reakcje i wrażenia, robiąc to z umiarem, więc czytając, nie ma się wrażenia, że stawia siebie w centrum. Tam bowiem znajduje się bohater: prowincjonalny aktor, nie gorzej uzdolniony niż jego kolega ze stolicy i bardziej normalny niż ten z wielkomiejskiego parnasu.

Jacek Matecki, Dramat numer trzy, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2017, ss. 287.

środa, 5 kwietnia 2017

Piotr Ciszewski, Robert Nowak - Wszystkich nas nie spalicie

W ostatnich miesiącach coraz głośniej robi się na temat warszawskiej reprywatyzacji. Coraz szersze kręgi społeczeństwa dowiadują się o tym, co działo się w stolicy od kilkunastu lat. Naturalnie, skandale związane z tym procederem nie są tylko specyfiką Warszawy. O czyścicielach kamienic i dramatach zwykłych ludzi słychać bowiem w kontekście Poznania czy Krakowa; na mniejszą skalę dzieje się to praktycznie wszędzie poza Ziemiami Odzyskanymi. I teraz gdy kilka osób ze stołecznego ratusza zostało aresztowanych pod zarzutem nieprawidłowości związanych z reprywatyzacją, ukazuje się reportaż dziennikarskiego tandemu, w skład którego wchodzą Piotr Ciszewski i Robert Nowak. Obaj lewicowcy, co niespecjalnie dziwi, zważywszy również na fakt, że tradycyjny podział na prawicę i lewicę w Polsce praktycznie nie istnieje. Zdeklarowani prawicowcy okazują się przecież socjalistami, a lewicowi liberałowie – zwolennikami wolnego rynku i wolności gospodarczej. Deklaratywnie, bo żadna z dużych partii politycznych w naszym kraju nie reprezentuje autentycznego rynkowego liberalizmu. Ale nie o tym mowa.

Mowa natomiast o tak zwanej dzikiej reprywatyzacji i skupywaniu roszczeń. Na czym ono polega? W skrócie chodzi o to, że budynki trafiają nie w ręce prawowitych właścicieli czy ich potomków, ale do obcych ludzi, którzy od tych pierwszych nabyli prawa do nieruchomości. W stolicy odzyskano w ten sposób całkiem pokaźny zbiór budynków komunalnych, co często kończyło się dramatem mieszkańców. Starym bowiem obyczajem nowy właściciel podwyższa czynsz i uprzykrza życie tym lokatorom, którzy mimo wszystko zdecydowali się płacić wyższą stawkę komornego. W efekcie i tak wszyscy przenoszą się gdzie indziej, generalnie do gorszego standardu. Ciszewski i Nowak, idąc śladem Filipa Springera, opisują te działania, wpisując się w konwencję społecznie zaangażowanego reportażu. Symbolem tego zaangażowania jest Jolanta Brzeska, której uwieczniona na muralu twarz spogląda na czytelnika z okładki. To ona staje się główną bohaterką książki. I tutaj reporterzy mogli pójść dalej, i w większym stopniu skupić się na jej postaci. Rezultat byłby tekstem bardziej reportażowym, a mniej publicystycznym. Bo tej publicystyki w książce jest całkiem sporo.

Rozumiem jednak zamysł autorów, którym było przedstawienie nie tylko zamordowanej Jolanty Brzeskiej, ale i naświetlenie procederu reprywatyzacyjnego w Warszawie. Poznajemy więc kilka najsłynniejszych przykładów odzyskiwania kamienic w centrum miasta, w tym osławionej działki przy ulicy Chmielnej. Mimowolnie na kartach reportażu pojawia się pani prezydent stolicy z mężem, ale i panowie Massalski i Mossakowski, którzy w opinii świadków to wyjątkowe szuje. Opisane działanie tych dwóch ostatnich dżentelmenów jest wręcz modelowe. To oni oskarżani są przez rozmówców Ciszewskiego i Nowaka o śmierć Brzeskiej, która zginęła spalona w Lesie Kabackim. Sprawa ta wręcz woła o porządny reportaż śledczy, natomiast książka zatrzymuje się w połowie, idąc w kierunku relacjonowania kolejnych sesji Rady Miasta, na które z łaski dopuszczano pokrzywdzonych lokatorów. Zabieg ten powoduje, że „Wszystkich nas nie spalicie” wydaje się tekstem niejednorodnym: raz podejmuje wątki Brzeskiej, a innym razem wyrzuconych z domów mieszkańców. Lepsza jest jednak ta część poświęcona skupywaniu roszczeń: jest lepiej udokumentowana i napisana z większym nerwem.

Dodatkowo dowiadujemy się z książki, jak – i to już w tej dekadzie – polskie media reagowały na reprywatyzacyjne działania władz stolicy. Okazuje się, że dla gazety, której nie jest wszystko jedno, negatywnymi bohaterami tej opowieści byli… anarchiści malujący frontony kamienic oskarżycielskimi muralami. Jak wspominają twórcy reportażu, Wojciech Tymowski z tejże gazety pisał w tym kontekście o zdziczeniu obyczajów. Naturalnie, dzikimi nie byli ci, którzy wyrzucali lokatorów z ich mieszkań, ale ci, którzy te działania krytykowali. Skądinąd wiadomo, że nie ma wielu powodów, aby kochać anarchistów i antyfaszystów, ale w tej sprawie wykazali się większą przyzwoitością niż „wrażliwe społecznie” media codzienne. Pojawiać się też musi pytanie o sprawiedliwość, która związana jest z reprywatyzacją. Wiadomo przecież, że trzeba oddać to, co się zabrało. Jeśli zaś zabrało państwo, ono musi zwrócić. Tylko, że autorzy dowodzą, iż w małym stopniu nieruchomości te wracają do prawowitych właścicieli. Ci często nie żyją, albo nie są zainteresowani, albo – co więcej – ich kamienice przepadły w czasie wojny i zostały postawione na nowo po 1945 roku. Jak widać, czkawką odbija się fakt nieistnienia do tej pory ustawy reprywatyzacyjnej. Co będzie z kolejnymi kamienicami, co będzie z umoczonymi w te sprawy urzędnikami i prawnikami, czas pokaże.

Piotr Ciszewski, Robert Nowak, Wszystkich nas nie spalicie, wyd. Trzecia strona, Warszawa 2016, ss. 206.

czwartek, 30 marca 2017

Eustachy Rylski - Obok Julii. Nuda i pozerstwo

Dałem się nabrać na Eustachego Rylskiego. Na tę obyczajową prozę opisującą PRL. Na silnego i męskiego bohatera, duchowego krewniaka Hemingwaya i Hłaski. Na powieść z tajemnicą, szorstką wersję „Madame” Libery. Na te wszystkie entuzjastyczne recenzje, w których jak jeden mąż powtarzały się słowa o pięknie i kunsztowności języka. Na wywiady z pisarzem, w których ten opowiadał o powieści swojego życia, o opus magnum, po którym nie wie, czy jeszcze cokolwiek napisze. Nabrałem się na autobiograficzne wątki, na rzekomą mądrość życiową Rylskiego. I na pierwsze zdanie powieści, bo przecież wiadomo, że pierwsze zdanie jest reklamą całości, i to ono stanowi najlepszą zachętę do lektury. Życie nas wycenia. Jeżeli w skali od jednego do dziesięciu dostaniemy pięć, możemy być zadowoleni. Ja dostałem więcej i będę musiał za to zapłacić, gdyż życie wyceniło mnie ponad moją wartość. Prawda, że wystarczający to wabik na czytelnika, który chętnie dowie się, co takiego stało się z głównym bohaterem i w jaki sposób ten będzie musiał spłacić swoje długi? Niestety, nie dowiemy się niczego na ten temat. Co gorsza, nie dowiemy się też wiele więcej.

Rylski jest moim literackim rozczarowaniem, czego nie kryję. Nie tylko z powodu omawianej właśnie ostatniej jego powieści, ale i publikowanych wcześniej opowiadań, z których jedynie nieliczne są warte uwagi. „Obok Julii”, podobnie jak poprzednie teksty, językowo jest bez zarzutu. Autor tworzy zdania w niezwykle kunsztowny i wyszukany sposób, język jego tekstów jest elegancki, a pisarz nie kryje fascynacji Iwaszkiewiczem. Te nieco melancholijne frazy, wielokrotnie złożone, leksykalnie bogate, autentycznie mogą się podobać. Rylski wie, w jaki sposób tworzyć opisy zdarzeń i jakich użyć słów, aby stworzyć świat przedstawiony. A ten z powieści rozpina się między początkiem Polski Ludowej i przechodzi płynnie od lat 40. do współczesnego nam XXI wieku. Autor jest również sprawnym twórcą dialogów, co w polskiej prozie obyczajowej nie jest takie oczywiste. I gdy większość literatów głównego nurtu poprzestaje na monologu wewnętrznym, Rylski pozwala swoim bohaterom mówić. Natomiast, mimo tak cennych przecież walorów językowych, reszta warstwy powieściowej, niestety, nie zachwyca. „Obok Julii” w zamyśle miała być ostrą męską powieścią, zadłużoną u Hłaski i Hemingwaya, niestroniącą od opisów zbrodni oraz awantur. Jest za to klasycznym „snujem”, w którym bohater bez tożsamości miota się na scenie własnego życia i czyni to w zasadzie bez powodu.

Jest nim Janek Ruczaj, który po kilku latach spotyka swoją nauczycielkę rosyjskiego. Spotkanie to staje się pretekstem do rozpoczęcia krótkiego romansu; później bohater pomaga uciec swojej kochance za granicę. Rzeczona postać żeńska, Julia Najder, już później w powieści nie występuje. Główny bohater zaś raz wspomina swoje dzieciństwo, raz młodość, by innym razem z kolei występować jako starszy facet już w czasach obecnych. Czego on w życiu nie robi! Pracuje w bazie transportowej, zostaje taksówkarzem, wikła się w szpiegowską historię inspirowaną przez tajne służby, na południu Europy działa w mafii, staje się terrorystą, po powrocie do Polski, już po przemianach ustrojowych, zostaje redaktorem pisma dla mężczyzn. Ale przede wszystkim żyje Hemingwayem, próbując swoją egzystencję przykroić do postaci tworzonych przez swojego pisarskiego idola. Do ludzi się nie przywiązuje, pozostając samotnikiem, ma jednak paczkę kolegów, których tak samo lubi, jak darzy niechęcią. W warstwie fabularnej dzieje się więc aż nadto, ale właśnie tutaj pies jest pogrzebany.

Bowiem z przygód powieściowego protagonisty nic nie wynika. Jeżeli na początku, wiedzeni wstępnym zdaniem, śledzimy losy Ruczaja, to później jego historia przestaje nas obchodzić. Do momentu wywiezienia Julii Najder za czeską granicę powieść Rylskiego jest wartka i konsekwentna. Potem jednak wydarzenia zaczynają przyspieszać, a narracja dodatkowo plącze się między różnymi momentami życia bohatera. Autor nie potrafi zapanować nad swoją postacią, mnoży nieprawdopodobne i nielogicznie skonstruowane wątki i z tego powodu nuży. Jego opowieść staje się niewiarygodna; nie ma w niej żadnego napięcia, ponieważ czytając, nie wierzymy w ani jedno słowo wypowiedziane przez główną postać. Rylski nie potrafi również tworzyć punktów kulminacyjnych, więc ani warstwa sensacyjno-przygodowa, ani psychologiczno-obyczajowa nie potrafią przykuć uwagi. „Obok Julii” gdzieś od połowy staje się torturą, której główne imię brzmi nuda.

Obok pięknej frazy i nieciekawej akcji pojawia się w tej powieści jeszcze jedna ważna cecha: pozerstwo. Mam wrażenie, że męskie walory tej prozy i postać autora stoją w wyraźnej sprzeczności. „Obok Julii” pręży muskuły, każąc swojemu bohaterowi co chwilę wypowiadać hemingwayowsko-hłaskowskie frazesy o męskości, maczyzmie, dziwkach, lojalności i honorze, lecz za tą fasadą kryje się pustka. Prężenie mięśni nie maskuje, niestety, nihilizmu wyłaniającego się z powieści. A nihilizm ten udaje cnotę i przebiera się w opowieści o przedwojennych tradycjach babek i ciotek, o pionierskości mieszkańców Ziem Odzyskanych (tam toczy się większość akcji), o męskiej przygodzie. Estetyczna warstwa językowa okazuje się pozerskim blichtrem ledwo tylko skrywającym nonsensowność przygód Ruczaja. Sam Ruczaj zaś wcale nie jest obieżyświatem i awanturnikiem, ale znanym z kiepskiej książki i kiepskiego filmu, zblazowanym snujem, który łazi z kąta w kąt. A to kogoś zabije, a to da w mordę, wypije wódkę, powspomina dawne czasy. I nawet nie będzie próbował wyjaśnić, co kryje się w pierwszych jego słowach rozpoczynających powieść.

Eustachy Rylski, Obok Julii, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2013, ss. 381.

poniedziałek, 27 marca 2017

Zacier - Podróże w czasie, czyli park, rower i wiewiórki

Już pod koniec zeszłego roku robiło mi się tęskno za nowym albumem Zaciera. Za tym specyficznym poczuciem humoru i dźwiękowym eklektyzmem, który każe łączyć Mirosławowi Jędrasowi tak dalekie od siebie gatunki jak rock progresywny i punk. Tym bardziej była to tęsknota uprawniona, że poprzedni album „Skazany na garnek” był naprawdę bardzo dobrym zbiorem absurdalnych, ale i dojrzałych muzycznie piosenek. Wówczas po raz pierwszy od wielu lat płyta Zaciera obyła się bez żadnych wypełniaczy czy po prostu słabszych utworów. I wydaje się, że dobra passa kapeli trwa nadal, bo „Podróże w czasie, czyli park, rower i wiewiórki” są albumem podobnie dojrzałym i podobnie równym. Jednak to i owo się w muzyce Zaciera zmieniło.

Pierwszą zmianą jest bardziej refleksyjny niż dotąd charakter tekstów Jędrasa. Udowodnił on jednak, że i w latach 90. potrafił nagrywać piosenki melancholijne i nostalgiczne, jak „Wiosna nierządnica”, „Homo sum” czy „Rakowiec”. Teraz jednak czuć upływ czasu i ten specyficzny nastrój unosi się nad sporą częścią kawałków. Pierwszym tego dowodem jest rozpaczliwy tekst o chłopcu, który popełnił samobójstwo, czyli „Chłopiec, który chciał latać”. Ale już pierwsze dwa kawałki – „W parku” oraz „Rowerek” – są nie tyle prześmiewczą analizą czasów, co wyrazem tęsknoty za wolnością. Tę wyraża również numer pt. Podróże w czasie”. Z kolei „Napadła mnie piosenka” i „Chaos twórczej stagnacji” to autotematyczne utwory dotyczące procesu twórczego. Inne, jeszcze bardziej gorzkie przemyślenia znajdziemy w takich ironicznych tytułach jak „Człowiek to brzmi dumnie” („A gdy zginę z nożem w plecach, odprowadźcie mnie tłumnie i napiszcie na kamieniu: człowiek, to brzmi dumnie”) i „Wszystko będzie dobrze” („Dzień nowy wstaje, starzeją się dzieci. Wierzę, że życie się nie rozleci. Że będzie dobrze, że wszystko głupota, moja słomiana golgota”). Samotność, zdrada, zakłamanie, przemijanie, erozja uczuć, potrzeba wolności, której nie można znaleźć – to główne tematy piosenek na „Podróżach w czasie”. Z drugiej strony niektóre teksty są po staremu kąśliwe i prześmiewcze, na przykład „Samochodem terenowym do przedszkola” (krytyka dorobkiewiczostwa) czy po staremu absurdalny, polsko-angielski „Overpowered by Polish Vodka”.

Drugą zmianą, tym razem muzyczną, jest zaangażowanie trzech muzyków z zespołu Z całym szacunkiem dzika świnia: lidera – Aleksandra Koreckiego, odpowiedzialnego za flet poprzeczny i saksofon, basisty Tomasza Grochowalskiego i grającego na chapman sticku (rodzaj elektrycznego instrumentu strunowego) Wojciecha Rucińskiego. I był to strzał w dziesiątkę! Chodzi przede wszystkim o Koreckiego, który oprócz zajmowania się muzyką jazzową w macierzystym zespole, nagrywał z tak różnymi zespołami jak Elektryczne Gitary, Brygada Kryzys czy Neuma. Dzięki temu charakterystyczne piosenki Zaciera, którym blisko i do punka, i do progresywnego rocka, ale i do klasycznego songwritingu, zostały ożywione saksofonowymi solówkami i przygrywkami. Sax brzmi raz drapieżnie i dziko, raz melancholijnie, a nawet naiwnie radośnie. Słuchając, trudno nie zadać sobie pytania, jak to się stało, że ta fuzja nastąpiła dopiero teraz. Przecież ta czujna i jazzowa sekcja brzmi świetnie i w rytmach reggae („Overpowered by Polish Vodka”), i w bigbandowo-bluesowych klimatach („Na moim czerwonym Nordzie”). Sprawdza się także w bardziej progresywnych rzeczach, wyciągniętych rodem z zakurzonych lat 70. („A ja stałem nieopodal”), a nawet w klasycznych formach piosenkowych, którym blisko do Elektrycznych Gitar.

Porównując najnowszą płytę Zaciera do grania kabaretowego, to znaczy nie powiedzieć o niej nic. To już nie są szalone „Konfabulacje” z prześmieszną, ale i obrazoburczą piosenką o Fryderyku Chopinie. To Zacier refleksyjny, dojrzały, nieużywający wulgaryzmów, z doskonałą sekcją. Młody miał swoje uroki, a wiekowy ma ich chyba jeszcze więcej.

Zacier, Podróże w czasie, czyli park, rower i wiewiórki, SP Records 2017.

poniedziałek, 20 marca 2017

Jakub Żulczyk - Radio Armageddon. Bunt na sprzedaż

Literacki świat Jakuba Żulczyka wygląda jak na łamach sieciowego pisma „Vice”. Jest kolorowy, różnorodny i skupiony na sobie, a wewnątrz skrywa niepokojący rys. Prowokuje, zmusza do myślenia, ale też odpycha. Tak było w „Ślepnąc od świateł”, tak jest również w „Radiu Armageddon”. Pierwsze wydanie powieści ukazało się, co prawda, dziewięć lat temu, za to drugie i poprawione ujrzało światło dzienne w 2015 roku. Nie jest to więc pozycja całkiem świeża, lecz warto poświęcić jej nieco uwagi. Chociażby dlatego, że obraz młodzieży w niej przedstawiony zbieżny jest z jej najbardziej „awangardowym” skrzydłem, z którym spotkać możemy się w największych miastach Polski. „Radio Armageddon” jest więc powieścią opowiadającą o postępowej młodzieży Polski A, przy czym Żulczyk patrzy na nią z dystansu, co ratuje jego prozę przed niebezpiecznym szarżowaniem w kierunku kiczu. Zresztą, już w „Ślepnąc od świateł” pisarz pokazał, że opisywanie świata degeneracji nie musi wiązać się z fascynacją nim.

„Radio Armageddon” to proza inicjacyjna, poświęcona dojrzewaniu w trudnych czasach. Rodzice młodych bohaterów powieści zajmują się robieniem karier: prowadzą biznesy, są lekarzami i członkami klasy średniej. Żulczyk na szczęście jednak nie stawia prostej diagnozy i nie obarcza odpowiedzialnością za dzieci tylko zabieganych rodziców. To byłoby za proste i nie do końca sprawiedliwe. W tekście pojawia się zatem sporo innych tropów, ale mam także wrażenie, że nie opowiada on o tym, jak rodzi się patologia. Ta istnieje, niczym stała wartość, w opisywanym świecie, i nikt nie jest od niej wolny. Zarówno młodzi wolnomyśliciele, jak i członkowie rockowego zespołu chrześcijańskiego. I jedni, i drudzy chorują na młodzieńczą gorączkę, motywującą ryzykowne zachowania i brutalność. Autor nie pochyla się jednak nad swoimi bohaterami i nie wprowadza tendencyjnych rozwiązań fabularnych, nie moralizuje i nie broni aktów wandalizmu, a nawet terroryzmu. Nie mówi o biednych dzieciaczkach, które są ofiarami bezdusznego kapitalizmu. Wręcz przeciwnie, zdarza mu się wykpiwać skłotersów i anarchistów, którzy kopią się z koniem, a własnej walce przydają mitycznego charakteru. Powodem prawdziwego buntu w powieści, który uosabia jeden z głównych bohaterów – Cyprian – jest nihilizm. Rodzi się zatem pytanie, co jest bardziej niebezpieczne: protest wobec kapitalizmu i tradycyjnego porządku czy wobec wszystkiego? Ten pierwszy przecież poważnie traktuje swojego przeciwnika, drugi bierze w nawias wszystko i podpala świat, aby oglądać płomienie.

„Radio Armageddon” to również powieść opowiadająca o tytułowym zespole, grającym ostrą punkrockową muzykę. Oszałamiająca kariera, jakiej doświadczają członkowie kapeli, niemożliwa przecież już dzisiaj, każe patrzeć na powieść Żulczyka nie przez pryzmat prozy realistycznej, ale przypowieści. Przecież dziś młodzież zakłada zespoły, by pojawić się u któregoś z telewizyjnych łowców talentów, a na wydanie płyty żebrze od internetowych frajerów gotowych sypnąć groszem na złaknionych sławy suchoklatesów w rurkach. Opowieść o zespole punkowym, który w przeciągu kilku tygodni zyskuje sławę godną współczesnych jutuberów, staje się więc parabolą dotyczącą losów idealistów, którzy muszą skończyć przemieleni przez system. I ta myśl wydaje się najważniejszą ideą powieści Jakuba Żulczyka. Bunt bowiem, nieważne jak mocny i do jakich środków się odwołuje, i tak zostanie zjedzony przez media oraz przez nie wyrzygany w postaci letniej papki dla nastolatków, których rebelią jest akt kupna koszulki z wywrotowym hasłem w galerii handlowej. Autor zdaje się pytać, na co komu bunt we współczesnym świecie, w którym granice zostały już obalone i można albo ćpać na skłocie, albo śpiewać rockowe hymny dla Jezusa. I jednych, i drugich, pozornie różnych bohaterów, zdają się napędzać tylko krótkotrwałe mody. Nawet sacrum zredukowało się do rozmiarów trzyminutowej pioseneczki.

Opowieść ta jest interesująca również pod względem formalnym. Składa się bowiem z dwóch narracji. Pierwsza to klasycznie trzecioosobowa forma opowiadania, a jej głosem jest Szymon, główny bohater i ofiara własnego braku woli. Bohater zdaje się wikłać we wszystko siłą bezwładu, jest zblazowanym, ale i nadwrażliwym licealistą. Marzy o karierze muzycznej, ale przede wszystkim o rzeczywistości, która nie będzie go przerastać. Jest głupio-mądry, taki, jacy są wszyscy licealiści: jego poziom intelektualny jest powyżej średniej, za to wola i rozum jeszcze wcale się nie wykształciły. Na jego tle główny katalizator wydarzeń powieści – Cyprian – jawi się jako świadomy życia cynik i manipulator. Druga narracja zaś to głos spoza świata przedstawionego, który kierowany jest do żeńskiej bohaterki – Nadziei. Oba uzupełniają się wzajemnie i snują opowieść w różnych momentach. Szymon opowiada historię sprzed zaginięcia Cypriana, a opowiadający mówi Nadziei o faktach, które miały miejsce już po tym fakcie.

Co więc nie daje mi spokoju? Pewnie nie wulgaryzmy, których jest sporo, a które przecież stanowią ważny element języka. Purystów może one zgorszą, lecz „Radio Armageddon” martwi mnie czymś zupełnie innym. Kwestią tą jest wspomniany już wcześniej nihilizm i panświnizm. W świecie Żulczyka świnią jest każdy, i każdy jest tak samo umoczony. Rzeczywistość tej powieści jest niczym Tarantino skrzyżowany z wczesnym Lynchem, a do tego doprawiony Cronenbergiem. Jest brutalna, a stosunki międzyludzkie motywuje cynizm i chęć zysku. Trochę to płytkie. Duchowość, o dziwo, ale się jednak pojawia. Odniesieniem do niej jest postać białego starca, która towarzyszy nie tylko narkotycznym wizjom bohaterów, ale i śmierci niektórym z nich.

Jakub Żulczyk, Radio Armageddon, wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, ss. 541.

sobota, 18 marca 2017

Jarosław Grzędowicz - Hel 3. Cienie zrównoważonego rozwoju

Mówi się, że przyszłość to teraźniejszość, ale cokolwiek zmodyfikowana. Prawidłowość tę chętnie wykorzystują twórcy prozy fantastycznej, strasząc czytelników bezdusznymi wizjami następnych stuleci. Mówi się również, że fantaści tak naprawdę, jako nieliczni z pisarskiego środowiska, mają głowę na karku i opisują problemy współczesności, zamiast ich unikać. A uniki te stosuje się często w literaturze głównego nurtu. Chociaż ten podział jest sztuczny i krzywdzący, nadal się go stosuje, a fantastykę próbuje się zdyskredytować nie tyle przez jej literacką materię, co z powodu poglądów większości jej twórców. Tajemnicą poliszynela jest przecież, że autorzy parający się literaturą fantastyczną w lwiej większości posiadają konserwatywne poglądy. Często są również, o zgrozo, katolikami! Tego zaś towarzystwo przy stolikach nie wybacza. Z tych właśnie światopoglądowych powodów czekałem na nowego Grzędowicza jak kania dżdżu. Szczególnie zależało mi na tym, aby spod pióra autora wyszła klasyczna science fiction. Przedwiośnie przyniosło więc nową powieść pisarza, która powinna ugruntować jego pozycję na rynku wydawniczym.

„Hel 3” jest, jak wspomniałem wyżej, klasyczną powieścią fantastycznonaukową, mamy w niej i eksplorację Księżyca, i technologiczne nowinki, i dystopijną wizję współczesnego świata. Ta wizja jest jedną z najbardziej interesujących warstw powieści. Grzędowicz udowodnił już w swoich opowiadaniach, że jako klasyczny fantasta patrzy na świat z realistycznym pesymizmem. Nie pozostawia nadziei, mówiąc: będzie gorzej, i nie ma powodów, aby mu nie wierzyć. Wystarczy spojrzeć na lękliwą, kurczącą się demograficznie i duchowo Europę, aby przestać produkować farmazony o integracji i zbawczej roli mulikulturalizmu. Grzędowicz to wie: inna przyszłość niż ta opisana w „Helu” już nas nie czeka. Mamy więc tam świat uzależniony od mediów, które przerabiają na papkę najbardziej sensacyjne wiadomości. Główny bohater, Norbert, to wolny strzelec, który pozyskuje najbardziej krwiste fakty i wrzuca je do globalnej sieci. Potem liczy zyski. Przecież to już dzisiaj znamy! Do tego opisuje autor świat zachodni rządzony pod dyktatem polityki zrównoważonego rozwoju. Karleje on ekonomicznie i każe swoim obywatelom wyzbyć się tego, co dziś uznają oni za pewnik. Grzędowicz między wierszami pisze: co dzisiaj większości wydaje się abstrakcyjne, za pięćdziesiąt lat może jednak stać się normą. Chociażby niejedzenie mięsa. Wystarczy spojrzeć, co promuje i przemyca widzom najnowszy film Agnieszki Holland „Pokot”, aby dojść do wniosku, że są wśród nas ludzie, którym zależy, aby swoje aberracje wcielić w życie i pozbawić ludzkości tego, co przez wieki stanowiło jej nieodłączny element.

Pojawia się również w „Helu” klasyczny fantastycznonaukowy motyw człowieka przyszłości, który wyzbył się własnego człowieczeństwa. Tekst uwiarygadnia częściowa przemiana głównego bohatera. Ten, unurzany w „zrównoważonym rozwoju” dziennikarz netowy, do końca powieści widzieć będzie mniej niż narrator i czytelnik. Zabieg ten powoduje, że najnowsza powieść Grzędowicza nie wpada w mentorski ton i nie staje się literaturą tendencyjną, którą produkuje się dzisiaj po przeciwnej stronie ideologicznej barykady, dla niepoznaki nazywając reportażem czy zaangażowaną powieścią społeczną. Grzędowicz zaangażowany jest, ale nie zapomina o najważniejszym w klasycznej epice: o akcji. Ta, mam wrażenie, mogłaby być bardziej wartka, ale pewnie wówczas ucierpiałaby część opisowa, dzięki której tak dobrze w tekście znajduje się aluzje do dzisiejszego świata. „Hel 3” rozpoczyna się obrazkiem z Bliskiego Wschodu, który dzisiaj, niestety, doskonale znamy. Publiczne egzekucje i zamachy bombowe to jego nieodłączna część; w tym epicentrum znajdzie się za chwilę główny bohater. Akcja kończy się zaś na Księżycu, jak na klasyczną s-f przystało.

W tym pogrążonym w kryzysie świecie znajdują się jednak pewne enklawy normalności, do których zrównoważony rozwój jeszcze nie dotarł. Jedna z nich położona jest w odciętym od reszty świata zakątku rumuńskiej Transylwanii. Autor zdaje się więc mówić do czytelnika, że to właśnie Europa Środkowa, pogardzana przez buńczuczny Zachód, przechowa resztki dawnych swobód. Bohater w pewnym momencie powieści trafia bowiem do tajnej bazy ukrytej w lesie, gdzie okazuje się, że można pić dobry alkohol, palić papierosy oraz jeść dobre mięso, nie martwiąc się wcale o poziom ekologicznej świadomości. Świat opisany w „Helu” jawi się więc jako świat na krawędzi, który znajduje się w permanentnym kryzysie. Zmęczone, dekadenckie społeczności Europy nie mają już nic do powiedzenia, poddając się poprawnościowej tresurze i lękając się nowych barbarzyńców. Kończą się surowce naturalne, a media podają do jedzenia usypiającą mieszankę krwi i rozpaczy. Jedyna nadzieja pozostaje we współczesnych katakumbach, tam, gdzie pali się papierosy i je mięso.

Jarosław Grzędowicz, Hel3, wyd. Fabryka Słów, Lublin – Warszawa 2017, ss. 493.

poniedziałek, 13 marca 2017

Jerzy Jarniewicz - All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury

Po kontrkulturze lat 60. pozostało mnóstwo świetnej muzyki i tyle samo, albo jeszcze więcej, błędnych ideologicznie haseł, które każdego konserwatystę powinny oburzać albo przynajmniej niepokoić. I przyznać trzeba, że z jednej strony chętnie słuchamy The Beatles, dajemy się ponieść rockandrollowym emocjom przy muzyce The Rolling Stones czy odpłynąć przy psychodelicznych dźwiękach Jefferson Airplane, a z drugiej odrzucamy cały ideologiczny bagaż, który stoi za tą muzyką. Trochę to schizofreniczne, ale żyjemy w dziwnych czasach. Nie tylko ja tupię nogą przy The Doors czy Hendriksie, jednocześnie zauważając niebezpieczny rys całej kontrkultury, która tych wykonawców stworzyła. Bo stworzyła ona nie tylko wykonawców rockowych, ale filmowców, plastyków, performerów, a co najważniejsze – wprowadziła do wielkiej polityki hasła emancypacyjne i pacyfistyczne, czym zadała poważny cios cywilizacji łacińskiej. Pytanie o genezę tej kontrkulturowej rewolty pozostaje jednak bez odpowiedzi: na ile była ona skutkiem oddolnych prądów, nieuniknionych z powodów społecznych, a na ile powstała z inspiracji skrytych w cieniu spiskowców. Jedno jest pewne; nawet gdyby pojawiła się spontanicznie na dole drabiny społecznej, to została potem wykorzystana przez inżynierów współczesnej kultury masowej.

Niestety, kwestii tej nie porusza Jerzy Jarniewicz, autor publikacji „All you need is love”, która nosi podtytuł „Sceny z życia kontrkultury”. Nie jest tajemnicą, że twórca książki jest bezkrytyczny wobec większości działań hipisów i pokrewnych im grup. Już blurb na okładce nie pozostawia wątpliwości: oto do głosu został dopuszczony Jerzy Owsiak zwany Jurkiem, który pokłony bije i publikacji, i ruchom młodzieżowej rewolty lat 60. Zresztą jego festiwal muzyczny jest hołdem dla prawdziwego Woodstock, który w 1969 roku zmienił oblicze muzycznej sceny nie tylko w USA, ale i na świecie. Jarniewicz jest nieco młodszy, jak sam pisze, nie pamięta tych lat, ale są one dla niego czasem mitycznym. Doskonale widać to podczas lektury „All you need is love”. Autor pochwala antywietnamski pacyfizm, cieszą go anarchistyczne akcje sytuacjonistów i innych burzycieli porządku publicznego, zadowolony jest z tego, co kontrkultura swoimi działaniami osiągnęła. A jej osiągnięcia są rewolucyjne. Dzięki nim doprowadzono nie tylko do braku penalizacji homoseksualizmu, ale wmówiono całemu Zachodowi, że jest on naturalnym wariantem życia seksualnego. Dzięki nim, o czym Jarniewicz jednak nie pisze, społeczeństwa Europy i Ameryki Północnej przestały w zasadzie dyskutować nad aborcją, a przestają powoli nad eutanazją. Z tradycyjnego punktu widzenia kontrkultura dokonała więc spustoszenia moralnego i jest za nie odpowiedzialna. Autor, przyjmując lewicowo-liberalny punkt widzenia, zdaje się brać te skutki za dobrą monetę.

Jednak „Sceny z życia kontrkultury” mówią również o negatywnych skutkach młodzieżowej rewolty, nie zatrzymując się jedynie na miłej uchu muzyce i kolorowych paciorkach hipisów. Autor bowiem zwraca uwagę na działania terrorystyczne. Nie pisze, naturalnie o wszystkich, ale wspomina o działalności niemieckiej grupy Baader Meinhof albo o amerykańskich Weathermen. Gdzieś między wierszami wybrzmiewa również zbrodnia Charlesa Mansona, który był przecież produktem ery hipisowskiej. Pojawiają się również na łamach książki bulwersujące fakty przymusu seksualnego, rasizmu wobec białych obywateli czy homoseksualnych perwersji. I to wszystko wśród „miłujących pokój” młodych ludzi, którym zachciało się (albo zostali do tego zachęceni przez kogoś z zewnątrz) walczyć o „lepszy świat”. Czytaj: przeciw religii chrześcijańskiej, rodzinie i własności prywatnej. I być może jest tu winny powojenny hedonizm społeczeństw Zachodu; z tej perspektywy widać, że i agresywny konsumpcjonizm, i lewacka rewolta są w zasadzie dwiema stronami tego samego medalu.

Z perspektywy czasu lepiej widać również, kto robił tę obyczajową i artystyczną rewolucję. Wśród jej uczestników, a przede wszystkim – mocodawców, próżno szukać by ludzi mądrych, świadomych dziedzictwa kulturalnego i tradycji. Dominują za to degeneraci (na każdym kroku autor podkreśla ich miłość do narkotyków), ćpuny, alkoholicy, komuniści zafascynowani zbrodniami Mao Zadonga i Che Guevary, niedouczeni studenci, a przede wszystkim pospolici głupcy, którzy jedynie siłą i w grupie byli zdolni, aby próbować argumentować swoje racje. Może i byli kolorowo ubrani, może i tworzyli ciekawą muzykę, ale pod względem intelektualnym byli po prostu kiepscy. Nadrabiali wojowniczością niczym dzisiejsi aktywiści przeróżnych radykalnych ruchów społecznych, ale ich wiedza składała się z szeregu powtarzanych jak mantry sloganów. Ale byli przede wszystkim niebezpieczni, co bagatelizuje i wykpiwa autor. Jeśli stworzyli świat, w którym można legalnie zabić człowieka, nazywając ten czyn aborcją lub eutanazją, nie należy nabierać się na ich długie włosy, spodnie-dzwony i kolorowe paciorki. Bo o jednym autor nie napisał ani jednego zdania: nie wspomniał mianowicie o okultystycznych inspiracjach dużej liczby kontrkulturowych działań. A fakt ten mocno zmienia spojrzenie na długowłosych miłośników pokoju i wszelakiej tolerancji.

Jerzy Jarniewicz, All you need is love. Sceny z życia kontrkultury, wyd. Znak, Kraków 2016, ss. 335.