Już pod koniec zeszłego roku robiło mi się tęskno za nowym albumem Zaciera. Za tym specyficznym poczuciem humoru i dźwiękowym eklektyzmem, który każe łączyć Mirosławowi Jędrasowi tak dalekie od siebie gatunki jak rock progresywny i punk. Tym bardziej była to tęsknota uprawniona, że poprzedni album „Skazany na garnek” był naprawdę bardzo dobrym zbiorem absurdalnych, ale i dojrzałych muzycznie piosenek. Wówczas po raz pierwszy od wielu lat płyta Zaciera obyła się bez żadnych wypełniaczy czy po prostu słabszych utworów. I wydaje się, że dobra passa kapeli trwa nadal, bo „Podróże w czasie, czyli park, rower i wiewiórki” są albumem podobnie dojrzałym i podobnie równym. Jednak to i owo się w muzyce Zaciera zmieniło.

Pierwszą zmianą jest bardziej refleksyjny niż dotąd charakter tekstów Jędrasa. Udowodnił on jednak, że i w latach 90. potrafił nagrywać piosenki melancholijne i nostalgiczne, jak „Wiosna nierządnica”, „Homo sum” czy „Rakowiec”. Teraz jednak czuć upływ czasu i ten specyficzny nastrój unosi się nad sporą częścią kawałków. Pierwszym tego dowodem jest rozpaczliwy tekst o chłopcu, który popełnił samobójstwo, czyli „Chłopiec, który chciał latać”. Ale już pierwsze dwa kawałki – „W parku” oraz „Rowerek” – są nie tyle prześmiewczą analizą czasów, co wyrazem tęsknoty za wolnością. Tę wyraża również numer pt. Podróże w czasie”. Z kolei „Napadła mnie piosenka” i „Chaos twórczej stagnacji” to autotematyczne utwory dotyczące procesu twórczego. Inne, jeszcze bardziej gorzkie przemyślenia znajdziemy w takich ironicznych tytułach jak „Człowiek to brzmi dumnie” („A gdy zginę z nożem w plecach, odprowadźcie mnie tłumnie i napiszcie na kamieniu: człowiek, to brzmi dumnie”) i „Wszystko będzie dobrze” („Dzień nowy wstaje, starzeją się dzieci. Wierzę, że życie się nie rozleci. Że będzie dobrze, że wszystko głupota, moja słomiana golgota”). Samotność, zdrada, zakłamanie, przemijanie, erozja uczuć, potrzeba wolności, której nie można znaleźć – to główne tematy piosenek na „Podróżach w czasie”. Z drugiej strony niektóre teksty są po staremu kąśliwe i prześmiewcze, na przykład „Samochodem terenowym do przedszkola” (krytyka dorobkiewiczostwa) czy po staremu absurdalny, polsko-angielski „Overpowered by Polish Vodka”.

Drugą zmianą, tym razem muzyczną, jest zaangażowanie trzech muzyków z zespołu Z całym szacunkiem dzika świnia: lidera – Aleksandra Koreckiego, odpowiedzialnego za flet poprzeczny i saksofon, basisty Tomasza Grochowalskiego i grającego na chapman sticku (rodzaj elektrycznego instrumentu strunowego) Wojciecha Rucińskiego. I był to strzał w dziesiątkę! Chodzi przede wszystkim o Koreckiego, który oprócz zajmowania się muzyką jazzową w macierzystym zespole, nagrywał z tak różnymi zespołami jak Elektryczne Gitary, Brygada Kryzys czy Neuma. Dzięki temu charakterystyczne piosenki Zaciera, którym blisko i do punka, i do progresywnego rocka, ale i do klasycznego songwritingu, zostały ożywione saksofonowymi solówkami i przygrywkami. Sax brzmi raz drapieżnie i dziko, raz melancholijnie, a nawet naiwnie radośnie. Słuchając, trudno nie zadać sobie pytania, jak to się stało, że ta fuzja nastąpiła dopiero teraz. Przecież ta czujna i jazzowa sekcja brzmi świetnie i w rytmach reggae („Overpowered by Polish Vodka”), i w bigbandowo-bluesowych klimatach („Na moim czerwonym Nordzie”). Sprawdza się także w bardziej progresywnych rzeczach, wyciągniętych rodem z zakurzonych lat 70. („A ja stałem nieopodal”), a nawet w klasycznych formach piosenkowych, którym blisko do Elektrycznych Gitar.

Porównując najnowszą płytę Zaciera do grania kabaretowego, to znaczy nie powiedzieć o niej nic. To już nie są szalone „Konfabulacje” z prześmieszną, ale i obrazoburczą piosenką o Fryderyku Chopinie. To Zacier refleksyjny, dojrzały, nieużywający wulgaryzmów, z doskonałą sekcją. Młody miał swoje uroki, a wiekowy ma ich chyba jeszcze więcej.

Zacier, Podróże w czasie, czyli park, rower i wiewiórki, SP Records 2017.

W pierwszym dniu nowego 2017 roku zapraszam do zapoznania się ze ścisłą dwudziestką najlepszych płyt minionych już dwunastu miesięcy. Tak się złożyło, że dominuje w niej muzyka metalowa, ale nie jest ona jedynym gatunkiem, który zagościł w tym podsumowaniu. Pamiętajcie jednak, że ten osobisty ranking nie każdemu musi przypaść do gustu; zachęcam więc do komentowania.

 20. Testament - Brotherhood of the Snake

Podsumowanie rozpoczyna nowy album Testament, który pokazuje lekką zwyżkę formy w stosunku do poprzednich wydawnictw zespołu. A na nich nie było czego słuchać. „Brotherhood of the Snake” to wciąż amerykański thrash metal, tym razem bez ballad, ale i deathmetalowych ciągotek. Szczęściem dla tej płyty są po prostu dobre piosenki i słyszalna radość grania. Przeszkadza tylko plastikowe brzmienie, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.


19. Fuath - I

Fuath to Andy Marshall, czyli jednoosobowy projekt z Wielkiej Brytanii. Okładka debiutanckiej płyty zwiastuje albo jakieś hipsterskie niesłuchalne plumkanie w stylu Bon Iver, albo black metal. I ten drugi wariant jest doskonale słyszalny. Debiut Fuath zawiera cztery długie transowe utwory, w których słychać przede wszystkim leśne granie. Vemod czy wczesny Ulver to dobre tropy. 



18. Metal Church - XI

Powrót Mike’a Howe’a do kapeli był dobrym pomysłem, ponieważ na swoim jedenastym albumie Amerykanie z Metal Church brzmią świeżo, w niepowtarzalny sposób łącząc motywy heavymetalowe z mocniejszym thrashem. Śpiew Howe’a jest, jak za starych lat, zadziorny i mocny, same utwory dzielą się na szybkie petardy oraz bardziej rozbudowane, bardziej epickie kompozycje.



17. Helstar - Vampiro

Dziesiąty album Helstar nie tylko utrzymuje poziom poprzednich krążków grupy, ale dodatkowo go podnosi. Na „Vampiro” zespół powrócił do wątków z klasycznego „Nosferatu”, czyli Drakuli i jego wesołych przygód. Muzyka kapeli jest niezwykle intensywna, mroczna, a w dodatku mało melodyjna, co czyni ten album jednym z bardziej udanych heavymetalowych wydawnictw tego roku.  



16. Katatonia - The Fall of Hearts

Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek zespół ten wejdzie do podsumowania, ale jak widać, zdarzają się czasem dobre zmiany. Katatonia nadal smęci, ale w muzyce zespołu zagościła długo niesłyszalna witalność. To już nie tylko łagodny rock dla żegnających się z nadzieją, ale również bardziej rozbudowane utwory, w których więcej się dzieje. Nie chcę pisać o progresywności, bo to słowo ma złą prasę.
15. Trees of Eternity - Hour of the Nightingale

Nad debiutem Trees of Eternity unosi się widmo tragedii, ponieważ wokalistka kapeli – Aleah – zmarła w tym roku na raka. Muzyka zawarta na „Hour of Nightingale” to klimatyczny doom metal z damskim wokalem, co z definicji powinno ją wykluczyć z tego rankingu. Jeszcze dziwniejszy jest fakt, że trzonem zespołu jest gitarzysta Swallow the Sun, czyli kapeli grającej najbardziej wieśniacki doom metal na tej planecie. Natomiast pierwsza i ostatnia płyta Trees of Eternity to muzyka niezwykle elegancka, stonowana i bardzo smutna. 

14. Wovenhand - Star Treatment

Kilka lat temu pojawiła się krótkotrwała moda na tę kapelę, ale zgasła tak samo szybko jak zabłysła. Lider zespołu, David Eugene Edwards, już od kilku lat konsekwentnie zmienia swoją muzykę, która z akustycznej, gotyckiej americany ewoluuje w jej połączenie z mocniejszym rockiem. A mnie się takie hałaśliwe oblicze Wovenhand bardzo podoba, bo przywołuje nie tylko uroki amerykańskiej prowincji, ale i surowość sali koncertowej.


13. Flotsam and Jetsam - Flotsam and Jetsam

Melodyjny thrash metal, który uprawia ta amerykańska kapela, to wciąż, jak się okazuje, dobry materiał, z którego uszyć można świetny album. Tym bardziej, że tym razem zespół bardziej śmiało poczyna sobie w thrashowej materii, a niektóre utwory są najostrzejsze od czasów debiutanckiej płyty. Nie ma tu oczywiście mowy o powrocie do przeszłości, ale jest za to mocne przełożenie akcentów, z posępnego heavy/power metalu na żywiołowy thrash.


12. Death Angel - The Evil Divide

Death Angel skreśliłem już osiem lat temu, po “Killing Season”. Zespół nagrywał kolejne nudne i jednostajne płyty, na których nic mnie nie interesowało. Stąd „The Evil Divide” to nie lada niespodzianka: pełen werwy, zróżnicowany, świetnie zagrany i zaaranżowany thrash metal, który nie tylko nie nudzi, ale powoduje, że najchętniej wraca się do tej płyty raz po raz. 



11. Krypts - Remnants of Expansion

Drugi album tych fińskich deathmetalowców jest wyraźnym krokiem w kierunku atmosfery. Zespół zwolnił tempo, dociążył brzmienie, zredukował melodie do minimum, czym spowodował, że przez słuchacza przetaczają się kolejne ciężąrówki gruzu. Jeśli do tego dodamy jeszcze atmosferę, która przywołuje pustkę wszechświata, powstanie bardzo dobry deathmetalowy strzał. Szkoda tylko, że taki krótki. 


10. Blood Incantation - Starspawn

Podobnie jak płyta z pozycji 11, debiut Blood Incantation jest bardzo krótkim albumem. Jak się okazuje po kontakcie ze „Starspawn”, można grać techniczny death metal, który pozbawiony jest wszelkich grzechów tego gatunku, a przede wszystkim plastikowego brzmienia. Kapela brzmi bardzo naturalnie, a to, co wyprawia się w tych utworach, prowokuje pytania o granice muzycznej wyobraźni. 


9. Schrottersburg - Ciało

Drugi album płockich nowofalowców to kontynuacja debiutu, ale w bardziej ascetycznym nurcie. Z zimnej muzyki kapeli znikły wszystkie ozdobniki i niepotrzebne melodie. Pozostał za to sam rytm, który kojarzy się z „Pornography” The Cure. Do tego miarowy puls basu i oszczędna praca gitary przepuszczonej przez maszynkę do robienia echa. Bardzo dobry kierunek, w którym liczy się przede wszystkim trans.


8. Eternal Champion - The Armor of Ire

Jeśli heavy metal ma przetrwać, to dzięki zespołom takim jak Eternal Champion. Zero tandetnych melodii, zero europejskiego brzmienia, zero grania do piwa. Ci Amerykanie grają gdzieś na pograniczu epickiego doomu i klasycznego heavy, dzięki czemu ich muzyka zaskakuje nietypowymi rozwiązaniami oraz bardzo wojowniczą atmosferą. Tu się nie stawia włosów na żel, ale filozofuje się za pomocą młota.



7. Sumerlands - Sumerlands

Podobny styl uprawia również kolejny debiutant, czyli Sumerlands. Ich album również zaskakuje i również nie zawiera niczego, co kojarzy się z europejskim, a zwłaszcza niemieckim metalem. Zespół nie gra topornych piosenek dla tępych odbiorców, ale łączy heavy metal z doomem, a nawet słyszalnymi przez niektórych wpływami gotyckiego rocka. Osobiście ich nie słyszę, ale być może jest coś na rzeczy.



6. High Spirits - Motivator

I znów heavy metal, ale tym razem przechodzący płynnie w hard rock i przywołujący nostalgię za latami 80. Chris Black, twórca i animator tego w zasadzie jednoosobowego projektu, postanowił ożywić ducha klasycznego amerykańskiego grania i udało mu się to jak mało komu. „Motivator” ma w sobie sporo elementów kiczu, ale wykorzystanych świadomie, co kojarzy mi się z podobnymi eksperymentami ze świata filmu.


5. Voivod - Post Society

Skoro dziś nagrywa się albumy trwające po pół godziny, dlaczego pominąć pięcioutworową epkę nagraną przez Voivod? Zespół dzisiaj jest na fali wznoszącej i znów nagrywa muzykę, która znalazła się na jego klasycznych albumach jak „Dimension Hatross” czy „Nothingface”. „Post Society” to pięć utworów technicznego, trudnego w odbiorze metalu, który łączy w sobie odważne struktury utworów, punkową energię oraz chłodną, kosmiczną atmosferę.

4. David Bowie - Blackstar

“Blackstar” okazał się pożegnalnym albumem Bowiego, co było dość dużym zaskoczeniem, gdyż artysta skrywał przed światem swoją chorobę nowotworową. Bowie pożegnał się ze światem w najlepszy z możliwych sposobów: nagrał album ambitny, niekomercyjny, pełen odniesień do muzyki awangardowej jak free jazz czy ambient. Nie jest to jednak muzyka, która operuje formą bez treści, artysta nagrał bowiem album, który umiejętnie połączył odważne poszukiwania z przystępną formą.

3. Khemmis - Hunted

Khemmis to młody zespół z USA, który już na swoim debiucie pokazał, w jaki sposób grać doom metal. Muzycy czerpią z tradycji Black Sabbath, spoglądają w stronę bagien Luizjany (sludge) oraz zadłużają się u Candlemass (epicki doom metal). Dzięki temu połączeniu okazało się, że w doom metalu nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Dodatkowym atutem „Hunted” są bardzo melodyjne i podniosłe partie wokalne.


2. Fates Warning - Theories of Light

Miejsce drugie należy się amerykańskim muzykom z Fates Warning, którzy udowadniają, że metal progresywny można grać po pierwsze, bez instrumentów klawiszowych, po drugie, bez karkołomnych solówek, a po trzecie bez eksponowania własnego ego. „Theories of Light” to album, który nie zadowoli fanów Dream Theater, ale z pewnością przyniesie sporo radości słuchaczom klasycznego heavy metalu. Bo metal na tej płycie to główny element.


1. New Model Army - Winter

Peleton zamykają weterani postpunka i nowej fali, New Model Army, którzy pokazują, że wartością w muzyce rockowej jest dzisiaj dojrzałość. Młode zespoły nie buntują się przeciwko niczemu, ale grają w talent show, lukę zajmują więc pokolenia ich rodziców. „Winter” to ścieżka dźwiękowa do upadającej cywilizacji europejskiej, która łączy w sobie punkową energię, folkową wrażliwość, naturalne, nieskażone komputerami brzmienie i ambitne poszukiwania muzyki alternatywnej. Nie ulega wątpliwości, że zajmuje ona w pełni zasłużone pierwsze miejsce.

Gdy kilka miesięcy temu pojawiły się pierwsze konkretne informacje na temat nowego albumu New Model Army, niektórzy przecierali oczy ze zdumienia. Zespół zapowiedział bowiem powrót do mocniejszego, bardziej wyrazistego grania, jakim parał się na pierwszych wydawnictwach, którymi definiował na początku lat 80. muzykę nowofalową. I w zasadzie od lat 90. kapela nieco zmieniła swoje utwory, bardziej stawiając na przestrzeń i atmosferę niż na mocne rockowe uderzenie. Albumy takie jak „Love of Hopeless Causes” czy „High” zawierały tylko pojedyncze żwawsze piosenki, a w głównej mierze skupiały się na kreowaniu klimatu. I chociaż zdarzył się zespołowi bardziej bezpośredni materiał („Today is a Good Day” z 2009 roku), na poprzednim regularnym wydawnictwie zatytułowanym „Between Dog and Wolf” muzycy zagrali tak nostalgicznie, jak jeszcze nigdy dotąd. „Winter” miała być odmianą, chociaż zapowiadający płytę utwór tytułowy jeszcze do końca nie odkrywał kart. Jak więc wygląda prawda?

New Model Army nigdy nie nagrali albumu, który byłby nieciekawy czy kiepski. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Ponadto zespół ten jest nazbyt świadomy własnej twórczości, aby mechanicznie przenosić się w lata 80. Nie ma więc mowy o jakimś kopiowaniu pomysłów z przeszłości. Jedno jest jednak pewne, „Winter” to najbardziej dynamiczne wydawnictwo kapeli od czasów… Właśnie, od kiedy? Pomijając „Today is a Good Day”, trzeba stwierdzić, że zespół nie grał tak drapieżnie od przełomu lat 80. i 90., czyli od „Impurity”, a nawet „Thunder and Consolation”. Nie zwiastuje tego faktu jeszcze pierwsze nagranie – „Beginning” – ale już drugi numer – „Burn the Castle”  - to punkowy rocker, w którym Justin Sullivan śpiewa na krawędzi krzyku, z mocną chrypką. I takich energicznych piosenek jest na „Winter” o wiele więcej niż na płytach poprzednich. Dość by wymienić jeszcze takie tytuły jak „Eyes Get Used to the Darkness”, „Born Feral”, „Devil”, „Echo November” czy finałowy „After Something”. To nie znaczy jednak, że pozostałe utwory to liryczne ballady. Z pewnością nie są to utwory bezpłciowe, od których roi się scena muzyki indie zaludniona przez zniewieściałych chłopców śpiewających falsetem o swoich smartfonach. New Model Army to dziady, a dziady dzisiaj są bardziej świadome, męskie i zbuntowane niż nastoletni chłopcy: odwrotnie niż jeszcze 20 lat temu.

„Winter”, w odróżnieniu od większości rockowych albumów nagrywanych w ostatnich latach, to płyta niezwykle zróżnicowana i obdarzona świadomą dramaturgią. Nie chodzi nawet o konstrukcję utworów, chociaż i ta nie jest banalna. Piszę tu o dramaturgii tego godzinnego wydawnictwa, która w trzynastu numerach nie zawiera ani minuty nudy. Dzisiaj to osiągnięcie prawie że niemożliwe. Nie ma tu miejsca, aby przeanalizować układ piosenek, ale wystarczy jedno przesłuchanie płyty (osobiście zbliżam się do dziesięciu), aby uznać, że „Winter” jest spójną całością. I zapewniam, że pierwszy kontakt z tym albumem to dopiero początek przygody, ponieważ sporo się na nim dzieje, również na drugim i trzecim planie, gdzieś w tle, co najłatwiej odkryć, korzystając ze słuchawek.

Co więc dzieje się na „Winter” poza tymi wymienionymi już utworami? Mam wrażenie, że album ten jest najbardziej „amerykańskim” wydawnictwem New Model Army. Ten zawsze do bólu brytyjski zespół brzmi tutaj miejscami jak rasowy folkowy band z południa USA. A niektóre momenty płyty kojarzyć się mogą ze sceną gothic americana. Tak dzieje się na przykład w „Drifts”, który dodatkowo zaskakuje atmosferą niczym z pieśni Nicka Cave’a. Ten specyficzny klimat zresztą rozpoczyna cały album; „Beginning” to długi, ponad siedmiominutowy kawałek, w którym na początku słyszymy przesterowany bas i głęboki śpiew Sullivana. Utwór rozwija się powoli: pojawiają się gitary, później słyszymy fortepianowe akordy, napięcie zaś powoli wzrasta aż do dramatycznego, w zasadzie gotyckiego finału. Natomiast wszystkie utwory łączy jeden wspólny mianownik, którym są emocje. New Model Army zawsze grali muzykę romantyczną (w odróżnieniu od sentymentalnej, czyli płaczliwej), w której słychać było i bunt, i zaangażowanie. Nie inaczej jest na „Winter”, jedynie jeszcze bardziej intensywnie. Emocje te przekładają się na piękne i przebojowe melodie i na teksty, w których głównym bohaterem zdaje się być natura.

Ostatnią kwestią jest brzmienie. Dzisiejsze standardy przyzwyczaiły wielu słuchaczy do sztucznego, wystudiowanego dźwięku. Natomiast słuchając najnowszego albumu Brytyjczyków, odnoszę wrażenie, że znajduję się razem z nimi w sali prób. Brzmienie jest bezpośrednie, akustyczne, oparte na dudniącej gitarze basowej i perkusji, która absolutnie nie brzmi jak z komputera (komputer to kolejna bolączka współczesnego rocka produkowanego jak z taśmy). Wokal znajduje się na pierwszym planie, blisko słuchacza, gitary brzmią surowo, natomiast dodatkowe instrumenty, takie jak fortepian, skrzypce i syntezatory, pojawiają się niezwykle rzadko i wybrzmiewają gdzieś w tle. Na tle dzisiejszej skomercjalizowanej i wyzutej z ducha rockowej sceny „Winter” jawi się więc jako fenomen: płyta uduchowiona, dynamiczna, emocjonalna, męska, a przede wszystkim nieoglądąjąca się za jakimikolwiek modami. Bo te są dla gówniarzy, nie dla mężczyzn. Dla mnie to płyta roku (jeszcze trwającego) i jeden z najlepszych albumów New Model Army w całej ich historii.

New Model Army, Winter, Attack Attack Records, 2016.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się niczego szczególnego po najnowszej płycie smutasów z Katatonii. Od kiedy w 2009 roku ukazał się rozczarowujący album „Night is a New Day”, przestałem wyczekiwać kolejnych wydawnictw kapeli. Co się takiego więc stało? Otóż po serii niezwykle udanych płyt łączących melancholię i nerwowość The Cure z ciężko brzmiącymi metalowymi gitarami, których ukoronowaniem było opus magnum zespołu „The Great Cold Distance”, panowie wydali płytę z anemiczną, płaczliwą poezją śpiewaną. Brzmiało to wszystko niczym ścieżka dźwiękowa do „Cierpień młodego Wertera”. Następny album, mimo że podobnie rozpaczliwy, był już nieco lepszy. Nadal jednak zamykał muzykę zespołu w eteryczno-poetyckiej konwencji dość krótkich piosenek. Nie czekałem więc specjalnie na „The Fall of Hearts”, a nawet miałem sobie ten album darować. Myślałem, że nie dość, iż pewnie będzie smętny niczym wegańskie wesele, to jeszcze powtórzy pomysły z poprzednich wydawnictw.
I mimo faktu, że pierwszy kontakt z „The Fall of Hearts” skutecznie mnie uśpił, postanowiłem dać tej płycie kolejne szanse, wyczuwając podskórnie, że dzieją się na niej ciekawe rzeczy. Sprawą, która od razu zwróciła moją uwagę, były dłuższe niż do tej pory czasy trwania utworów. Pięć z nich trwa bowiem dłużej niż sześć minut. Naturalnie, zmiana ta nie musi jeszcze niczego oznaczać, bo można smęcić w dłuższych zwrotkach lub powtórzyć refren nie dwa, ale dziesięć razy. Nic z tego, bo Katatonia mimo iż nie powróciła do bardziej zdecydowanego grania sprzed dziesięciu lat, poszła w nieco inną stronę. Rzecz jasna, poznamy muzykę zespołu po kilku pierwszych taktach; dzięki charakterystycznemu wokalowi Jonasa Renkse i oryginalnemu przestrzennemu brzmieniu gitar. Pierwszy utwór na płycie, „Takeover”, rozpoczyna się przecież wejściem wokalu i płaczliwych gitar. A trwa, bagatela, siedem minut. Wybrzmi więc w nim ten melancholijny wstęp, po czym muzyka objawi swoje pokrewieństwo z rockiem progresywnym z lat 70. I chociaż współczesnego progresu nie lubię, te sentymentalne podróże w tym przypadku mnie nie drażnią. Może dlatego, że zagrane są bezpretensjonalnie i bez kilometrowych solówek gitarowych. Słyszymy za to mellotron i mnóstwo ciekawych melodii, w tym nośny refren. Można przywołać tutaj innych szwedzkich melancholików – Opeth. I gdy nowe albumy formacji tej nie do końca mnie przekonują, Katatonii sztuczka ta się udała.
Lata 70. słychać nie tylko w otwierającym numerze. Co rusz pojawiają się na płycie brzmienia akustyczne, które skojarzyć można z bardziej przystępnymi i mniej jazzowymi wcieleniami zespołów symfoniczno-rockowych. Taką piosenką jest „Decima”, w której świetnie wyprodukowane akustyczne gitary łączą się z mellotronem i głębokim brzmieniem fortepianu. I nawet płaczliwy śpiew Renkse nie przeszkadza. Z kolei równie akustyczny, znajdujący się pod koniec albumu, numer „Pale Flag” przywołuje lata jeszcze wcześniejsze i legendarny duet Simona i Garfunkela. Wystarczy posłuchać tych gitarowych ozdobników, które pojawiają się w jego zwrotkach. Jednak Katatonia nie ucieka od brzmień elektrycznych, bo takie dominują w utworach takich jak „Sanction”, „Serac” czy „Passer”. Nie jest to jednak w żadnej mierze muzyka metalowa, której ślady można było w muzyce zespołu wychwycić jeszcze dziesięć lat temu.
Mam wrażenie, słuchając „The Fall of Hearts”, że tym razem obcuję z płytą dość zróżnicowaną, w której krzyżują się przeróżne brzmienia. Z pewnością więcej się tu dzieje niż na poprzednich albumach, które operowały raczej jednorodną atmosferą. Tutaj dominuje, rzecz jasna, melancholia, ale sporo jest momentów żywszych, w których śpiew wokalisty nie jest jednoznacznie płaczliwy i delikatny. Kompozycyjnie zaś mamy do czynienia z płytą, której po pierwszych kilku przesłuchaniach nie sposób poznać. Co więcej, wydaje się ona dość monotonna, ale to tylko pozory. Doceniam więc fakt, że muzycy, zamiast tkwić w znanych sobie schematach, wybrali nieco inny kierunek, wcale nie tracąc przy tym własnej tożsamości.

Katatonia, The Fall of Hearts, Peaceville Records 2016.

Okładka trzeciego albumu The Shipyard dość swobodnie kojarzy się ze złotymi i pionierskimi latami polskiego hip-hopu, gdy artyści spod tej gwiazdy rymowali o niedolach życia na wielkich osiedlach i operowali melancholijnymi klimatami w stylu pierwszej płyty Grammatik. Jednak ta trójmiejska ekipa z tą zaimportowaną z USA stylistyką wiele wspólnego nie ma. To z kolei import z Wysp Brytyjskich. Kto słyszał poprzednie wydawnictwa kapeli, ten kojarzy jej muzykę z nową falą, jednak niemającą również wiele wspólnego z drażniącą i efekciarską stylistyką indie. Kilkoma słowy rzec trzeba, że bardziej niż na Offie czy Heinekenie, The Shipyard odnaleźliby się w jakimś małym klubie.

Mówi się, że trzecia płyta to sprawdzian dla artystów. Jeśli to prawda, przyznać należy, że został on zdany i to całkiem nieźle. Poza jednym numerem. I od razu tę nieprzyjemną sytuację załatwimy na początku, aby później oddawać się tylko analizie pozytywnych aspektów „Niebieskiej linii”. Tym zgrzytem jest piąta na albumie piosenka, zatytułowana „Wielka cisza”. Nic nie zrobię, ale numer ten wyjątkowo mnie drażni. Niestety, agresja nie jest tym muzycznym aspektem, który panom wychodzi najlepiej. W zamyśle kawałek ten miał być męski i naładowany testosteronem, ale efekt wyszedł groteskowo, niczym odgrażanie się chudego hipstera w obcisłym sweterku. To na tyle, jeśli idzie o nieprzyjemne kwestie. Dalej będę słodził.

Już pierwsze takty pierwszego utworu, „Kruków i wron”, brzmią nader szlachetnie. Pulsujący bas, który rozpoczyna całe nagranie, wraz z transową perkusją, kojarzyć się może z synthpopowym okresem w twórczości Killing Joke. Jak widać i słychać, album zaczyna się stylowo. Dalej jest tym bardziej stylowo, ponieważ melodia utworu do samego refrenu przywołuje dalekie echa Klaus Mittfoch. A jeśli mówimy o tym zespole, nie sposób nie przywołać Gang of Four. Potem jest jeszcze ciekawiej: „Na barykady” zaskakuje nieco punkowym sznytem, w końcu sam tekst tego wymaga. Na całym albumie, gdy porównamy go z wcześniejszymi dokonaniami zespołu, muzyka brzmi bardziej przestrzennie. Słychać również większą liczbę piosenek wyciszonych, z dobrze zaznaczonym pulsem basu i przestrzennymi, zimnymi gitarami. Takim przykładem może być „Morze las”, w którego końcówce słychać rozmywające się brzmienia syntezatorów oraz pełne ekspresji saksofonowe solo. A saksofon był przecież jednym chętniej wykorzystywanych instrumentów w nowofalowej stylistyce lat 80. Im dalej słuchamy „Niebieskiej linii”, tym bardziej zaskakująco. I tak „Plejady” ładnie nawiązują do wczesnej Republiki pożenionej z solowym Ciechowskim i Lechem Janerką. Na polskiej scenie trudno o lepsze wzorce, tym bardziej, że The Shipyard wykorzystują je w twórczy i nienachalny sposób. Dodatkowo melancholia obecna na „Niebieskiej linii” mnie osobiście kojarzy się z pierwszymi płytami Tears for Fears.

Komplementując najnowsze dziełko panów z Trójmiasta, nie można zapomnieć o rewelacyjnej wprost produkcji, dzięki której słyszalny staje się każdy detal. Muzyka zespołu brzmi organicznie, głęboko i analogowo. Nic w miksie nie znika, ani niezbędny basowy puls, bez której nowa fala nie byłaby nową falą, ani oszczędne, chłodne dźwięki gitar, ani w końcu przestrzenne, ale ascetyczne brzmienia instrumentów klawiszowych. Gitary zyskały niezbędny pogłos, bas zdaje się natomiast dominować w aranżacjach, co sprawdza się doskonale zarówno w przebojowych i skocznych numerach jak „I Got That Feeling” (tych jest mniejszość), jak w rozlanych i transowych kompozycjach, do których należy chociażby tytułowy utwór kończący całość albumu.

Trzecia płyta dla The Shipyard okazała się szczęśliwa. W końcu, jak mówią Rosjanie, Boh trojcu lubit. I po każdym przesłuchaniu całości nie pamiętam nawet o tej nieszczęsnej „Wielkiej ciszy”. Ciężkie gitary i agresywny śpiew to nie jest stylistyka, w której panowie czują się najlepiej. Reszta zaś gra bez zarzutu, a nawet z dużym plusem. „Niebieska linia” to bowiem stylowy nowofalowy album pasujący do nowych czasów. Brawo, panowie!

The Shipyard, Niebieska linia, 2.47 Records 2016.

Z początkiem ubiegłego roku pojawiło się objawienie. Przyszło od strony Płocka, średniej wielkości miasta położonego nad Wisłą we wschodnio-centralnej Polsce. Schrottersburg, bo taką to objawienie nosi nazwę, wydało debiutancki album – „Krew” – na którym okazało się, że nowa fala wciąż jest muzyką aktualną. „Krew” wywołała poruszenie na rodzimej scenie alternatywnej, dowodząc, że można grać dźwięki zakorzenione w latach 80., ale robić to z czujnością i świeżością pożądaną w nowym milenium. Rok później kapela wyprowadza kolejny cios, którym jest „Ciało”. Ta pełna brzmień zimnej fali płyta godnie zastępuje debiut. Jest też z pewnością krokiem w nieco innym kierunku niż ten, którego można by domyślać się słuchając „Krwi”.

Materiału z „Ciała” słuchałem najpierw na żywo w małym toruńskim klubie. Sala, w której grał zespół, mieściła około pięćdziesięciu osób. W tej gotyckiej piwnicy, w której znikał zasięg, muzyki tej słuchało się przednio. Dodajmy jeszcze tajemnicze wizualizacje na ścianie i przekaz stawał się kompletny. Na płycie nie ma oczywiście multimediów, jest sama muzyka, ale ona wystarczy. W porównaniu do debiutu muzyka na „Ciele” jest bardziej konsekwentna. Co nie znaczy, że „Krew” była złym albumem. Skłamałbym, gdybym tak stwierdził. Jednak, co może nie wszystkim będzie się podobało, Schrottersburg na swoim najnowszym wydawnictwie postawił bardziej na basową przestrzeń niż na gitarowy zgiełk. Nie usłyszymy też przebojów na miarę „Bocznic”. Dzięki temu osiem utworów zawartych na drugiej płycie kapeli konsekwentnie płynie, łącząc transowe partie perkusyjne i wybijające się na pierwszy plan partie gitary basowej. W niektórych numerach ta perkusyjna powtarzalność kojarzy się z podobnie nerwowymi i zapętlonymi motywami z „Pornography”, najcięższego i najlepszego albumu The Cure. Zespół zadbał również o brzmienie, które jest bardzo organiczne i koncertowe. Nie potrzeba tysięcy nakładek, aby uzyskać odpowiedni sound. Wystarczy, czego dowodzi Schrottersburg, oprzeć się na prostym i dynamicznym brzmieniu. Chociaż utwory na „Ciele” nie są tak przebojowe jak poprzednio, nie można odmówić im braku melodyjności. O tę dbają partie gitary, podporządkowane liniom basu i monotonnym uderzeniom bębnów. Zespół często sięga po skale orientalne, które nadają muzyce nastroju tajemniczości oraz egzotyki. O mistycyzmie nie wspominam, bo teksty zespołu tych spraw nie dotykają. Interesują muzyków przede wszystkim relacje międzyludzkie oraz społeczne, a nawet zawoalowane aluzje polityczne. W końcu sztafaż postpunkowy zobowiązuje.

Widać więc, że „Ciało” jest płytą bardziej zwartą i jednorodną. Momentami jednak ucieka w zupełnie nowe rejony. Te hałaśliwe partie kończą „Kolejny krok” oraz ostatni na albumie utwór - „Pomiędzy ciszą”. Fragmenty te stają się wręcz drażniące: zgrzytliwe gitary, histeryczny wokal, monotonna powtarzalność jednego motywu. Jednak dodać trzeba, że Schrottersburg wyszedł z nich obronną ręką. „Kolejny krok” bowiem kontrastuje z bardziej klasycznym nowofalowo-punkowym „Na zawsze”, a końcówka „Pomiędzy ciszą” kończy się… ciszą. Obecnie panowie z Płocka nie mają obok siebie groźnych rywali. Wieże Fabryk milczą, a stare wygi jak DHM, Joanna Makabresku, 1984 czy One Milion Bulgarians na razie się przyczaiły.

Schrottersburg, Ciało, Extinction Records 2016.

Orwell, Huxley i Zamiatin mogliby być dumni. Chociaż każdy z nich cieszyłby się, gdyby jego pomysł pozostał na kartach powieści. Ludzie muszą jednak spróbować w praktyce każdej utopii. Począwszy od Platońskiego „Państwa” , skończywszy na pomysłach ideologów genderowych, pokusa tworzenia raju na ziemi wciąż jest w historii obecna. Domeną zaś artystów jest opisywanie tego stanu rzeczy. Do takich twórców należała w latach 80. rzeszowska grupa 1984, prowadzona przez Piotra „Mizernego” Liszcza. Zresztą kapela gra i dzisiaj. Jednak to, co stworzyła na swoim debiucie, pozostaje jej najlepszą propozycją.


„Specjalny rodzaj kontrastu”, debiut wydany prawie 20 lat po nagraniu i po kolejnych dwóch albumach? Można i tak. Historia mówi, że materiał nagrany przez zespół w roku 1987 zaginął i do dzisiaj go nie odnaleziono. Zostały jedynie kopie, z których odtworzono album, który, aby rzecz skomplikować, został wyprzedany i jest dzisiaj kompletnie niedostępny. Wróćmy jednak do antyutopii. Podobno nazwa zespołu nie ma nic wspólnego z Orwellowską wizją, ale o tekstach nie możemy już tego powiedzieć. Są one jak kronika ponurej egzystencji w peerelowskiej rzeczywistości zasnutej przemysłowymi dymami i zaludnionej wychudzonymi, brzydkimi postaciami, przemykającymi pod murami robotniczych kamienic. Kto pamięta lata 80., ten wie.

Rok 1986 to wybuch elektrowni atomowej w Czarnobylu. Początek końca marzeń o wielkim atomie i pokojowym wymiarze energii jądrowej. To gorzki smak płynu lugola i pierwszomajowe spędy, na które musiały iść dzieci, jeśli nie chciały mieć obniżonego sprawowania. Katastroficzne wizje były nie w smak radzieckim i polskim aparatczykom partyjnym. Trzeba było maszerować, aby udowodnić, że człowiek sowiecki jest w stanie wytrzymać wszystko. Co tam promieniowanie, jego - jak duszy - nie widać. Skoro władza nie widziała problemu, jak obywatel przez tę władzę hodowany miał sobie cokolwiek roić?

Atomowe lalki, dzieci słońca, dzieci czarnej wrony
Atomowe lalki, dzieci nocy, dzieci ciężkiej wody.

Świat realnego socjalizmu nie pozostawia na „Specjalnym rodzaju kontrastu” żadnych złudzeń. To miejsce, w którym wszyscy na komendę wykonują ćwiczenia gimnastyczne, klaszczą i śmieją się na rozkaz. To miejsce, w którym mieszkańcy odżywiani są dożylnie tą samą krwią z cieplarni. W którym żyje się, aby świętować urodzaj na pseudo-patriotycznych dożynkach. Wszyscy tutaj są dziećmi ciężkiej wody - wysoce toksycznego produktu potrzebnego przy produkcji broni atomowej. Czarna wrona to z kolei aluzja do Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, antykonstytucyjnego ciała powołanego przez Jaruzelskiego w stanie wojennym.

Pod pomnikiem głuchoniemych z megafonów ulatują barwne ptaki
Defilada jak modlitwa, niewidomi klęczą przed lustrami.

Czy potrzeba jeszcze bardziej dobitnej metafory, aby ukazać sytuację pojedynczego człowieka ujętego w kleszcze bezlitosnego systemu? Komunizm był jak religia, co ukazał Bohdan Urbankowski w „Czerwonej mszy”. I ta religia tworzyła sobie własne obrzędy, własnych świętych i własne piekło, którego uosobieniem były Stany Zjednoczone - kraj bezdomnych i bitych Murzynów. W raju  wszyscy uwierzyli w niebo. A niebo było na wyciągnięcie ręki. Teksty Liszcza jeszcze z jednego powodu celnie ukazują komunizm. Są ironiczne, co nadaje im dodatkowego wymiaru.

Wyhodujemy superbohaterów i dzieci mówiące wierszem
Wszystkie zwierzęta są równe, ale są zwierzęta równiejsze.

Pod względem muzycznym „Specjalny rodzaj kontrastu” jest równie ponury jak teksty. Post-punk, nowa fala, cold wave, ale 1984 to nie bezrefleksyjne czerpanie z wzorca Joy Division, czy The Cure. Da się naturalnie wychwycić te inspiracje, ale nie są one najważniejsze i nie stanowią o oryginalności muzyki. Jeszcze większy poziom depresji został osiągnięty przez mechaniczne, industrialne wręcz rytmy perkusyjne, czy agresywne partie wokalne, których próżno by szukać na typowych wydawnictwach nowofalowych. Ponury nihilizm „Specjalnego rodzaju kontrastu” to zupełnie inny poziom buntu niż śpiewane na tysiącach pijackich ognisk „Autobiografie” i „Przeżyj to sam”. A przede wszystkim warto zauważyć, kto miał pod górkę, nie Perfect i Lombard, które w PRL wydawały płyty i jeździły na trasy koncertowe, ale kapele podziemne, do których zalicza się rzeszowska formacja.

1984, Specjalny rodzaj kontrastu, Boofish Records 2003.