niedziela, 12 lutego 2017

Przemysław Bogusz - Kotan. Czy mnie kochasz?

Jestem ciekawy, czy kiedykolwiek doczekamy się książki o Jerzym Owsiaku. I to nie hagiografii, w której bohater zostanie ogłoszony narodowym świętym, a krytycznej biografii. I im dłużej obserwuję to, co dzieje się wokół człowieka w czerwonych spodniach, coraz bardziej wątpię w to rozwiązanie. Podobne wątpliwości można było mieć dwadzieścia lat temu w stosunku do Marka Kotańskiego, który na przełomie lat 80. i 90. pełnił podobną społeczną rolę co dzisiaj Jerzy Owsiak. Był idolem młodzieży, dyżurnym autorytetem zapraszanym do audycji radiowych oraz telewizyjnych. Był też megalomanem, który sądził, że wokół niego kręci się cały świat. A że pod koniec życia się nawrócił, wypadł z łask liberalnych i libertyńskich głosicieli względności prawdy. Od jego śmierci minie w tym roku równo piętnaście lat, więc emocje, które budził Marek Kotański, są dzisiaj o wiele mniejsze. I pewnie dlatego jego biografia nie rozpali ogólnopolskiej dyskusji. Nie odezwą się dyżurni oburzacze, że oto szarga się świętości. Przypomnę na marginesie, że spora część bohaterów III RP nie doczekała się do dzisiaj porządnego opracowania biograficznego. Gdzie jest niepisana na kolanach książka o Mazowieckim? Gdzie jakakolwiek biografia Geremka? Cóż, pozostaje Kotański.

Jak w każdej klasycznej opowieści o życiu, autor zaczyna od dzieciństwa bohatera. I oto dowiadujemy się, że Marek Kotański wyrastał w cieniu wielkiego ojca (który, nota bene, przeżył jego tragiczną śmierć na drodze), który był profesorem japonistyki i charyzmatyczną osobowością. Od samego więc początku główna postać książki Przemysława Bogusza stawiała na sławę. Początkowo w gronie najbliższych kolegów, potem zaś w Monarze, którego była założycielem. Patrząc na wczesne zdjęcia Kotańskiego z czasów licealnych, widzimy pewnego siebie młodzieńca, który pozuje z uniesioną głową niczym postać stojąca na pomniku. Miał więc Kotański potrzebę błyszczenia w towarzystwie; miało być o nim głośno. Dzisiaj z pewnością prowadziłby vloga, albo publikował tysiące „filmów” na snapczacie. Wówczas musiał zadowolić się analogową fotografią i kawałami robionymi w gronie kolegów. Bogusz staje się dowodzić, że ta narcystyczna osobowość Kotańskiego jest kluczem do zrozumienia powodzenia jego działań społecznych. Twórca Monaru zdawał się również rozumieć to, co dzisiaj w biznesie jest kwestią naturalną. Mianowicie, że promocja własnej osoby staje się promocją jej działań i bez pokazywania twarzy i odmiany nazwiska przez przypadki nie jest się w stanie rozpropagować nawet najbardziej szlachetnego przedsięwzięcia.

Główną częścią tej biografii, bo i stanowiła ona główną część życia Kotańskiego, jest działalność bohatera w Monarze: pionierska w całym bloku wschodnim. Do lat 70. przecież problem narkomanii oficjalnie nie istniał, a gdy się pojawił, był rozwiązywany metodami z epoki kamienia łupanego, które nie dawały żadnych rezultatów. Kotański był w swoich kontrowersyjnych działaniach nowością, zresztą improwizował, opierając się na intuicji. I to ona okazała się strzałem w dziesiątkę, bo w końcu uzależnieni od narkotyków zaczęli wychodzić na prostą. To oni stawali się terapeutami, którzy do dzisiaj pomagają ćpunom wyjść z nałogu. Ale życie Kotańskiego to nie tylko Monar, to również pomoc chorym na AIDS oraz bezdomnym. Każda z tych akcji była głośno komentowana w mediach, wiele z nich budziło burzliwe emocje społeczne. Tak działo się przecież z chorymi na AIDS.

Kontrowersją opisywaną w „Kotanie” jest także życie osobiste bohatera. Autor, co prawda, nie pisze wiele o żonie i córce Kotańskiego, ale zwraca uwagę na jego trudne cechy charakteru, między innymi emocjonalną niestabilność i skłonność do wysługiwania się innymi ludźmi, również przy naginaniu prawa. Zdaje się też mówić, że być może gdyby nie te przypadłości, nie udałoby się bohaterowi jego biografii osiągnąć tego wszystkiego. Czytając tekst, często zadawałem sobie pytanie o motywację Kotańskiego. Ile w niej było autentycznej chęci pomocy wykluczonym ze społeczeństwa, a ile z narcystycznej chęci błyszczenia? Przecież twórca Monaru potrafił śledzić doniesienia prasowe na swój temat i cieszyć się, że po raz kolejny przeczytał w gazecie swoje nazwisko. Natomiast, im dalej od jego śmierci, tym powyższe pytanie jest mniej ważne. Tak jak inne pytanie – czy mnie kochasz – które Kotański zwykł zadawać swoim współpracownikom, oczekując z nich strony wdzięczności i miłości.

Przemysław Bogusz, Kotan. Czy mnie kochasz?, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2016, ss. 318.

0 komentarze:

Prześlij komentarz