Dariusz Rozwadowski - Marksizm kulturowy. Barbarzyńcy w ataku


Gdy walił się Związek Sowiecki, a państwa Układu Warszawskiego odzyskiwały suwerenność, wielu z nas wydawało się, że dziadek Marks został już na wieki pogrzebany. Z powodu ograniczonego dostępu do informacji nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w świecie zachodnim ten brodaty maniak ma się całkiem nieźle, a jego filozofia tak naprawdę nigdy nie przestała być atrakcyjna. Ta świadomość pojawiła się nieco później, gdy na polskich uczelniach pojawił się kierunek zwany kulturoznawstwem. Ta pozornie niewinna dziedzina, łącząca wiedzę z zakresu teatrologii, filmoznawstwa czy antropologii, okazała się tak naprawdę projektem ideologicznym przemycającym treści, z którymi rzekomo mieliśmy się pożegnać po upadku żelaznej kurtyny. Tak się jednak nie stało, bo filozofia Karola Marksa okazała się niezwykle żywotna. Widoczna była w ruchu tak zwanej nowej lewicy czy teorii krytycznej, potem wybuchła wraz z rewoltą młodzieżową roku 1968, by następnie w wyniku marszu przez instytucje skazić życie społeczne Zachodu. Jej prawdziwym obliczem jest bowiem nieustanna destrukcja zastanego porządku, nienawiść do chrześcijaństwa, a bohaterami, którzy zastąpili robotników, są homoseksualiści, feministki czy jakiekolwiek mniejszości kontestujące konserwatywną wizję świata.

Zjawisko to, pewnie w sporym uproszczeniu, nazwane zostało marksizmem kulturowym. Nie mam pojęcia, kto po raz pierwszy użył tego sformułowania, ale spopularyzował je Krzysztof Karoń. Toteż Dariusz Rozwadowski, autor publikacji pod tytułem „Marksizm kulturowy”, obficie pierwszego autora cytuje i porządnie się u niego zadłuża. Kto więc czytał, słuchał lub oglądał Karonia, ten nie znajdzie u Rozwadowskiego niczego odkrywczego. Można wręcz powiedzieć, że autor recenzowanej pozycji odsiał z wykładów Karonia to wszystko, co niebezpośrednio wiązało się z tematem, i na tej podstawie stworzył swoją książkę. Nie jest to bynajmniej zarzutem, zwłaszcza że nie wszyscy muszą znać Karonia, a poza tym temat potrzebował prostego, popularnonaukowego ujęcia. Inaczej niż w „Historii antykultury” tego pierwszego, w której dygresja goni dygresję, w „Marksizmie kulturowym” mamy do czynienia z historycznym wykładem dotyczącym tytułowego zjawiska.

A powinno ono budzić przynajmniej niepokój. Tymczasem opakowane jest w humanitarne hasła i emancypacyjne pomysły. Co więcej, takiemu myśleniu ulegają również te środowiska, które tradycyjnie były odporne na lewicową nowomowę. Bo jeśli przedstawiciele Kościoła katolickiego mówią o „homofobii” czy „mowie nienawiści”, to wiedz, że coś się dzieje. W końcu przyjęcie języka wroga jest pierwszym krokiem do przegranej. „Marksizm kulturowy” może więc być pomocą dla każdego, kto chciałby rozszyfrować to, co dzieje się we współczesnym życiu społecznym. Autor w czytelny sposób omawia poglądy filozoficzne najważniejszych myślicieli nowej lewicy, którzy wpłynęli i nadal wpływają na poglądy ludzi polityki, kultury i sztuki. Niepokoi również fakt, że poglądy te przyjmowane są przez sporą część młodzieży, tylko że akurat większość tej grupy nie potrafi ich nazwać ani odpowiedzieć, po kim powtarza. A powtarza chociażby po Herbercie Marcuse, który w eseju „Tolerancja represywna” wyłuszczył, że tolerancja powinna działać tylko w jedną stronę, zaś ludzie lewicy mają wręcz obowiązek nienawidzić wszystkiego, co związane z prawą stroną życia politycznego. Powtarza również po Theodorze Adorno, który pragnął sztuki ideologicznie zaangażowanej i miałkiej w treści. Stąd w dzisiejszym życiu artystycznym kult performensu, happeningu czy wszelakiej awangardy, która nie znaczy nic, jeśli uprzednio nie opatrzy się jej odpowiednim ideologicznym przekazem.

Adorno był również twórcą pojęcia „osobowości autorytarnej”. Pojęcie to oznacza, że konserwatywne wzorce wychowawcze muszą prowadzić do faszyzmu. Aby więc uniknąć tego ostatniego, należy zrezygnować z tradycyjnej rodziny, chrześcijaństwa, patriotyzmu czy nacjonalizmu. To wszystko, zdaniem Adorna i jego współpracowników, jest oznaką choroby psychicznej. I teraz, kilkadziesiąt lat po publikacji rzeczonego filozofa, Michael Haneke, austriacki reżyser filmowy, kręci „Białą wstążkę”, która oskarża konserwatywne rodziny o przemoc, a w rezultacie o narodziny nazizmu. Hitler, jak wiadomo, był przecież członkiem takiej mieszczańskiej rodziny. W końcu dojść możemy do źródła całego zjawiska. A jest nim teoria krytyczna Maxa Horkheimera, która w istocie jest zakamuflowanym nihilizmem skłaniającym do destrukcji zastanego świata. Co w zamian? Kolejna dekonstrukcja i tak bez końca.

W świetle tych faktów nie dziwi więc inne zjawisko omawiane przez autora: islamizacja Europy. Skoro dla dzieci pokolenia 1968, dzisiaj panów w wieku coraz bardziej starczym, które jako politycy wpływają na kształt dzisiejszej Europy, tak ważna jest nienawiść do tradycji i chrześcijaństwa, będą one robić wszystko, aby tylko zetrzeć je z powierzchni ziemi. Podobnie jest z patriotyzmem, który wedle tych upiornych staruszków stał się tożsamy z szowinizmem narodowym oraz faszyzmem. Takie myślenie nie wzięło się z powietrza, a jego przyczyny doskonale widać w „Marksizmie kulturowym” Dariusza Rozwadowskiego.

Dariusz Rozwadowski, Marksizm kulturowy. 50 lat walki z cywilizacją Zachodu, wyd. Prohibita, Warszawa 2018, ss. 318.

0 komentarze:

Prześlij komentarz