czwartek, 17 kwietnia 2014

Paweł Konjo Konnak - Karnawał profuzji. Anarchia w III RP

Paweł Konjo Konnak to znana osobowość polskiego podziemia i nadziemia artystycznego. Związany z trójmiejskim Totartem, który był w latach 80. prawdziwą – jak sami twórcy o nim mówili – ariegardą polskiej kultury. A tak de facto był on awangardą, czerpiącą garściami z futurystów i punkowej bezczelności. Na rynku ukazały się już dwie pozycje poświęcone ogólnie pojętej alternatywy artowej Gdańska i Gdyni. Mowa tu o „Artystach, wariatach, anarchistach” napisanych przez Konnaka wspólnie z Krzysztofem Skibą i Jarosławem Janiszewskim, oraz o „Gangrenie”, tym razem stworzonej przez samego Konja. Dwie poprzednie książki dotyczyły lat 80., natomiast „Karnawał profuzji” wkracza w szalone lata 90., po transformacji ustrojowej, gdy w miejsce siermiężnego komunizmu pojawił się równie siermiężny mafijny kapitalizm z wąsami i łóżkiem polowym. Trzeba przyznać, że edytorsko opracowanie to przygotowane jest wzorowo; to znowu ogromny tom zawierający setki zdjęć, skanów fanzinów i przede wszystkim intrygującą treść.

Natomiast w miarę obcowania z tym tomiszczem, ciężkim niczym cegła z Nowej Huty, pojawia się pewien zgrzyt. I nie jestem do końca pewien, czy jest on winą autora i prezentowanych przez niego treści, czy samej idei Totartu, która – jak każda awangarda – zestarzała się i coraz mniej pasowała do nowych czasów. Przyznać trzeba, że niektóre akcje opisane w poprzednich tomach budzą do tej pory zdumienie i wydają się wciąż obrazoburcze oraz absurdalnie nonsensowne. Anarchiczne prowokacje w środku smutnego reżimu Jaruzelskiego jawiły się niczym łyk ożywczej wody na pustyni. Albo raczej wody z czymś jeszcze. Wprowadzały one do tej ponurej jak myśli komunisty z Komitetu Centralnego rzeczywistości jakiś ładunek groteski, która miała wielką nośną siłę i demontowała system w umysłach ludzi, którym mogło się wydawać, że PZPR będzie rządzić wiecznie. Paweł Konnak opisuje moment, gdy na chwilę skończyła się historia i nagle można było już wszystko. Cenzura, ta oficjalna, upadła i wielu ludzi zachłysnęło się wolnością.

„Karnawał profuzji” jest opisem komercjalizowania się działalności Konja, który z niszowego artysty – performera stał się profesjonalnym showmanem współpracującym z najbardziej znanymi gwiazdami polskiej estrady. Proces, który do tego doprowadził, rozłożony jest na szereg drobnych kroków, w czasie których nie widać wyprzedawania ideałów podziemia, jak powiedziałby zagorzały miłośnik artystycznego undergroundu. Przedzieramy się więc przez dziwaczną dekadę, w czasie której spotykamy postkomunistycznych aparatczyków od kultury, którzy nie rozumieją, że przyszło nowe i wciąż chcieliby organizować rockowe koncerty w salach z krzesłami i z wykorzystaniem zapyziałych wzmacniaczy. Widzimy mozolne, oddolne działania, aby samodzielnie tworzyć i promować alternatywne działania artystyczne. W końcu kapitalizm się rodzi i można wziąć sprawy w swoje ręce. I wreszcie uświadamiamy sobie, że do połowy lat 90. Rzeczpospolita Polska praktycznie nie miała muzyki pop, która teraz zalewa nasze media w najbardziej tandetnej, rodzimej odmianie. Koncerty rockowe cieszyły się ogromną popularnością. W komercyjnych stacjach radiowych można było w paśmie dziennym posłuchać Kultu, Dezertera, Heya, Republiki oraz setek innych kapel, w tym punkrockowych.

Oglądamy więc dziwny, dziwny czas, jak śpiewał Tomek Lipiński. I jeszcze dziwniejszą widzimy woltę światopoglądową, jedną w wersji ciężkiej, drugą – w lżejszej. Opowiada nam Konjo o Zbigniewie Sajnógu, jednym z ojców założycieli Totartu, który stał się jednym z mroczniejszych osobowości sekciarskiej III RP. Z anarchisty w kosmitę – takie to były przemiany. I patrzymy, ale już skromniej na przemianę duchową, którą przechodzi niegdysiejszy twórca „bruLionu”, jednego z najciekawszych pism literackich, które ujrzały światło dzienne w naszym kraju. Robert Tekieli, bo o nim mowa, za moment przestanie być awangardzistą i obrazoburcą, stanie się katolickim radykałem, jednym z nawróconych na chrześcijaństwo demaskatorów popkultury.

Co więc w tym opracowaniu zawodzi? Tak jak wspomniałem, dwie rzeczy. Styl Konja, obrazowy, oparty na absurdalnych skojarzeniach może czasem męczyć, tak jak męczyć zaczyna sam Totart, połykający własny ogon i zachwycający się sam sobą. Zaczynają rozczarowywać dawni bohaterowie walki z idiotyzmem systemu, teraz angażujący się w proaborcyjne agitki. Rozmienia się na drobne humor Big Cyca, powoli wchodzimy w normalność, w której za moment pojawią się koszmarki pseudokabaretowe, a anarchistów nikt nie będzie chciał już słuchać. Drugą kwestią jest formuła tego tomu, która pod koniec zaczyna nieco nużyć: kronika i omówienie, kronika i omówienie, i tak w kółko. Natomiast nie jest „Karnawał profuzji” złą pozycją, szczególnie dla historyka sztuki, a przede wszystkim dla odbiorców kultury, którzy zainteresowani są tym, co dzieje się pod jej powierzchnią. Alternatywny rock, jass, awangarda, happeningi, zlewy poetyckie, sztuki plastyczne – Totart obejmował to wszystko i jest już trwałym śladem w kulturze.

Paweł Konjo Konnak, Karnawał profuzji, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013, ss. 464.

0 komentarze:

Prześlij komentarz