środa, 16 lipca 2014

Jarosław Szubrycht - Vader. Wojna totalna. Generał Piotruś Pan

Fanem Vadera nie byłem nigdy, natomiast doceniam ich pierwsze wydawnictwa, szczególnie debiut „The Ultimate Incantation”, wydaną później epkę „Sothis” oraz drugi album, mocny i zwarty „De Profundis”. Później było lepiej lub gorzej, lecz granie to ani mnie nie ziębiło, ani nie grzało. Ot, solidny death metal, jednak bardziej rzemieślniczy niż artystyczny. I gdy dziesięć lat temu pisałem recenzję „The Beast” na nieodżałowany portal Millennium Metal (którego tradycje kontynuuje dzisiaj metalzine.pl), dałem do zrozumienia, że zespół zjada własny ogon i niczego nowego raczej już nie wymyśli. Kilka dni po publikacji tekstu dostałem mail z pogróżkami, naturalnie od anonimowego nadawcy, jednak z ciechocińskiego serwera. A w Ciechocinku nie tylko dom zdrojowy stoi, a mieściła się tam (i chyba mieści się do dzisiaj) siedziba managera grupy. Mądremu dość, jak mówi klasyk z Torunia. Dekadę później ukazuje się biografia polskiej grupy, pióra Jarosława Szubrychta. I wiem, że pozycja ta musi znaleźć się na mojej półce.

„Wojna totalna” jest jedną z tych biografii, które czyta się jednym tchem, ponieważ napisana jest niczym powieść sensacyjna. To jest wciągająco, z pasją, znajomością tematu, również doskonale w warstwie językowej, co nie jest oczywistością jeśli mówimy o książkach o metalowcach dla metalowców. Szubrycht z wykształcenia jest polonistą, pisze nie od dzisiaj, w dodatku lideruje reaktywowanej ostatnio kapeli Lux Occulta. Gust ma szeroki i dość wyrafinowany, na metalu się zna autentycznie, a nie jak redaktorzy „jedynego rockowego pisma w Polsce”. Interesujący jest fakt, że autor nie skupił się tylko na historii Vadera, ale szczególnie w początkowych fazach biografii naszkicował szerokie tło opisujące rozwój muzyki metalowej w kraju. A przypomnieć należy, że lata 80., w których rodził się zespół oraz rozwijał rodzimy metal, nie były łatwe dla muzyki. Metalowcy i tak mieli łatwiej niż inne zespoły alternatywne, bo ich płyty ukazywały się jednak w większej liczbie niż albumy kapel grających punk czy nową falę. Kat, Destroyers, Turbo, Open Fire, Stos, Hammer, VooDoo, Alastor – może to niezbyt wiele, gdy porównamy tę skromną liczbę do warunków dzisiejszych, ale i tak więcej niż w przypadku załóg punkowych i nowofalowych.

Jest więc etos, styropian i walka z systemem, na szczęście autor nie popada w przesadę i nie czyni z bohaterów opowieści antykomunistycznych wojowników. Możemy za to obserwować szarą rzeczywistość przedostatniej dekady wieku XX: kłopoty ze zdobyciem sprzętu do grania, organizacją koncertów, ale i romantyczny mit jedności podziemia, który – jak doskonale wiadomo – jest tylko mitem, niczym więcej. Metalowcy z lat 80. w dużej mierze byli agresywni niczym dzisiejsi kibice, a głupi niczym dresiarze. Taka prawda i być może kogoś ona oburzy, ale świętości po to są, aby je szargać, a legendy – odbrązawiać. Taki ponury, ale i barwny z drugiej strony opis, serwuje nam Szubrycht. W takiej atmosferze, w prowincjonalnym pruskim Olsztynie, powstaje pierwszy polski muzyczny towar eksportowy. To właśnie Vader, zespół deathmetalowy, grający muzykę, której w tamtym czasie bała się zdecydowana większość społeczeństwa, zdobył rynki zachodnie. Nie Budka Suflera, nie Edyta Górniak (ona próbowała w latach 90.), ale „brudasy” i „sataniści” – jak nazywają metalowców ich adwersarze. Musimy pamiętać, że to nie były jeszcze czasy, w których Nergal brylował na Pudelku, bo o tym drugim nikomu jeszcze się nie śniło, a ten pierwszy dziecięciem był w nadmorskim Danzigu.

Głównym bohaterem biografii jest lider kapeli – Peter – i to dlatego, że skład kapeli zmieniał się od zawsze, co pewnie pozostanie normą już do końca dni zespołu. Jawi się Peter jako generał, sam siebie tak określa, i tak pisze o nim autor. Generał, jadąc autokarem w czasie trasy, ma wydzielone piętro, na którym rozmawiać można jedynie o metalu lub na tematy, które zainteresowany podrzuci. Inne – surowo wzbronione. Nie ma więc żartów, bo to jest metal, a metal – jak wiadomo – jest wojną. Wojną są również stosunki panujące w zespole, więc przez całą historię kapeli winni są ci, co odeszli. Nie Peter, albo manager – Mariusz Kmiołek. Rację ma tylko generał. O wojnie jednak Piotr Wiwczarek śpiewać nie chce, woli o piekle i demonach. Wojenny epizod w tekstach uważa za pomyłkę. Tylko dziwi fakt, dlaczego pięćdziesięcioletni facet woli liryki o pierdołach, zamiast prawdziwego życia. Skąd zamiłowanie do okultyzmu? Po co szatan? To jest już nudne, szczególnie w wykonaniu kogoś, kto wyrósł już z krótkich gaci i buntu przeciwko księdzu proboszczowi. Z kart „Wojny totalnej” wyłania się jeszcze jeden obraz Petera, nie mniej interesujący niż inne, a mianowicie lekko dziadowski i konserwatywny. Mamy więc do czynienia z człowiekiem, który wszedł na ściśle określoną ścieżkę i kurczowo jej się trzyma. Nic w tym nie ma złego, gdyby nie wrażenie jakiegoś skostnienia, tworzenia na siłę i na siłę udowadniania, że Vader to wciąż ta nieokiełznana bestia, która w swoich początkach raziła dość skutecznie.

Bohater jest zmęczony i to widać mimo buńczucznych wypowiedzi dotyczących najnowszej płyty „Tibi et igni”, która jest taka, jaka jest: przewidywalna, niespecjalnie porywająca. Letnia jak cały zespół od czasów „Litany”. Zmęczenie to widać pomiędzy wierszami i ciekawie je sobie konfrontować z oficjalną linią promocyjną zespołu, która wkracza gdzieś na karty książki. Szubrycht jest jednak zbyt dobrym dziennikarzem, aby tuszować wady swojego bohatera. One wychodzą same. „Wojna totalna” zaś jest jedną z najciekawszych pozycji biograficznych dotyczących szeroko pojętej muzyki rockowej, nawet gdy jej główna postać od dawna ani ziębi mnie ani grzeje, gdyż Vader dzisiejszy to cień dawnego zespołu, który na początku lat 90. zawojował swoim potężnym death metalem cały świat.

Jarosław Szubrycht, Wojna totalna, wyd. Sine Qua Non, Kraków 2014, ss. 429.

0 komentarze:

Prześlij komentarz