wtorek, 8 lipca 2014

Jacek Hugo-Bader - Długi film o miłości. Obłęd i kamieni kupa

Alpinizm od zawsze wymagał ofiar. Na samym początku, gdy wysokie góry zaczęto odkrywać i eksplorować przy pomocy prymitywnego – z dzisiejszego punktu widzenia – sprzętu. Tak samo jest dzisiaj, gdy sprzęt jest nieporównywalnie lepszy, nowocześniejszy i bardziej pomaga przetrwać. Gdy w dodatku zawiodą jeszcze ludzie, o tragedię nietrudno. Tak stało się zimą 2013 na Broad Peak, gdy zginęło dwóch himalaistów. Werdykt był jednoznaczny: stało się tak dlatego, że pozostali uczestnicy wyprawy, zamiast poczekać na spóźniających się kolegów, pospieszyli do bazy. Przez polskie media przetoczyła się lawina oskarżeń i niezdrowych emocji. Najbardziej dostało się Adamowi Bieleckiemu. Czy sprawiedliwie, czy nie, można się nad tym zastanawiać. A można również wybrać się śladem zaginionych, tak jak zrobił to Jacek Hugo-Bader.

Jeden z głośniejszych i bardziej kontrowersyjnych reporterów współczesnych, od lat związany z „Gazetą Wyborczą”, również kontrowersyjną gazetą codzienną, Jacek Hugo-Bader, na tę wyprawę dosłownie się wprosił. W niedawno udzielonym portalowi dwutygodnik.com wywiadzie przyznał się, że musiał nieco przekoloryzować, aby uzyskać zgodę. Koloryzował również w swojej książce. I to nie pierwszy raz. Nie bez przyczyny w dziennikarskim slangu używa się zwrotu „polecieć Baderem”. Co znaczy zmyślić, dokonać konfabulacji, czy po prostu nieco nagiąć fakty. Tak działo się w rosyjskiej trylogii autora, tak zapewne dzieje się w „Powrocie na Broad Peak”. Cała sztuka polega na odgadnięciu, w których miejscach autorskie opinie te fakty naginają. Aby to uczynić, trzeba być w tych miejscach, co reporter, albo sięgnąć do innych źródeł. Reportaż, zdaniem Hugo-Badera, ale i w opinii Kapuścińskiego, jest przede wszystkim literaturą, więc czytelnik nie powinien się dziwić, skoro odnajdzie w nim sceny, które się nie wydarzyły w rzeczywistości.

Skoro nie sposób oddzielić faktów od fikcji, przyjrzyjmy się warstwie fabularnej dzieła. Obraz himalaistów, jaki się z niego wyłania, jest mocno antypatyczny. Czytając tekst, widzimy ludzi zafiksowanych na jednym temacie tak mocno, że alienują się oni od pozostałych elementów życia, a czasem wręcz sobie z nimi nie radzą. – Przed czym uciekacie – pyta w pewnym momencie Hugo-Bader jednego z uczestników wyprawy poszukiwawczej, która miała na celu odnalezienie dwóch ciał zaginionych w poprzednim sezonie wspinaczy. Bo nie ulega wątpliwości, że himalaizm jest formą ucieczki. Staje się również formą psychicznej aberracji, jak każda pasja, która polega na igraniu z własnym życiem. Nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że podczas tych kilku tygodni, które autor spędził w Himalajach, zginęło jedenastu członków innych wypraw eksplorujących okolice Broad Peak. Trochę ponura statystyka, trzeba przyznać. – Dlaczego to robicie – ponownie pyta Hugo-Bader. – Bo góry są – słyszy w odpowiedzi.

Udało się autorowi odmalować trudne, wręcz diabelnie trudne charaktery polskich himalaistów, również udało się zedrzeć nieco romantyzmu, którym obleczeni są dla laików górscy wspinacze. Że niby tacy szlachetni, mający kontakt z naturą. Chłopomania się przypomina – trochę to inna kwestia, ale mechanizm chyba podobny. Alpiniści również bywają ze sobą skłóceni, niczym nasz polityczny światek, również robią sobie pod górę i są po prostu nieprzyjemni. Taka górska arystokracja mówiąca: my podróżnicy wspinamy się, a co wy szarzy zjadacze chleba o tym wiecie? Skoro nie wiecie nic, to krytykę schowajcie do kieszeni. A krytyce podlegać może wszystko. Skoro można protestować przeciwko dziełom kultury, można również polemizować z trybem życia, jaki prowadzą himalaiści. A wydają się oni żyć wedle zasady: żyj krótko, umieraj młodo. Mają rozwalone życie rodzinne, rozregulowane organizmy niczym rockandrollowcy po długiej i wyczerpującej trasie.

Krytykować Bieleckiego i Małka publicznie nie zamierzam, bo sprawa jest świeża, a przez internet przelała się swego czasu powodziowa fala hejtu. Wystarczy. Nie byłem tam, nie wiem, jak oddycha się na ośmiu kilometrach nad poziomem morza. Z drugiej strony „Powrót na Broad Peak” napisany jest w ten sposób, że każdy może wyrobić sobie swoją opinię. Osobiście taką posiadam i można ją odczytać z akapitu powyżej. Za górską arystokracją (zresztą za każdą) po prostu nie przepadam i z tego powodu utwierdziłem się tylko w moich przekonaniach. Co jeszcze tu jest ważne, to cisi bohaterowie – bliscy zmarłych tragicznie himalaistów. Oni nigdy nie pogodzą się ze śmiercią swoich najbliższych. Czy dla kupy kamieni warto ryzykować aż tak wiele?

Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, wyd. Znak, Kraków 2014, ss. 330.

1 komentarze:

  1. Trudno stanąć po jednej ze stron - zarówno Bader kierował się własnymi aspiracjami, poszukując dobrego, mocnego tematu do książki jak i himalaiści, stanowiący środowisko bardzo hermetyczne i tak jak piszesz - trudno ich zrozumieć, ich niebezpieczną pasję, poświęcanie życia w imię adrenaliny, ambicji.
    A z drugiej strony ta publikacja to taka próba odbrązowienia portretu himalaistów - uważanych za bohaterów, wojowników, walczących z naturą. Nawet jeżeli to tylko subiektywna ocena dziennikarza, okraszona fikcją - na pewno jest znaczącym głosem w tej całej dyskusji.

    OdpowiedzUsuń