sobota, 6 lutego 2016

Wit Szostak - Sto dni bez słońca. Uniwersytecki bajzel

Złośliwy stereotyp dotyczący kadry uniwersyteckiej głosi, że składają się na nią osobniki odizolowane od rzeczywistości, które żyjąc w szklanej bańce uczelnianego świata, nie znają codziennych problemów społeczeństwa. Co więcej, taki mądrala – najczęściej humanista – potrafi całą pracę habilitacyjną poświęcić roli przecinka w jednym wierszu. Przy tym wszystkim przekonany jest o doniosłości własnej misji naukowej. A jeśli jeszcze chwyci za nogi bożka antropologii kulturowej, to huzia na Józia – wszystko rozpatruje jako emanację wiecznych mitów. Niestety, kupa opakowana w papierek po cukierku żadną słodkością się nie stanie. Podobnie jest - oczywiście według złośliwców – z lwią częścią dorobku naukowego polonistów, socjologów, antropologów kultury czy kulturoznawców. Zręczna to tylko żonglerka motywami, nadinterpretacjami i ciągami mądrych słów, których użycie jest niezbędne, niczym rower dla feministki. Dodajmy jednak, że tak myślą jedynie złośliwi.

Jednym z nich jest z pewnością pisarz średniego już pokolenia, Wit Szostak, który w przedostatniej swojej powieści tworzy uniwersytecką intrygę, podczas której bezlitośnie obnaża jałowość i mizerię humanistyki. Nie tylko polskiej – dostaje się bowiem również uczonym europejskim. Sam będąc pracownikiem naukowym, kreuje więc pisarz sugestywną powieść, która dzieje się gdzieś na rubieżach Europy Zachodniej, na wymyślonych wyspach Finneganach. Na jedną z tych wymyślonych wysp przybywa Lesław Srebroń, znawca literatury, szczególnie w jej odmianie fantastycznej. Ta niedługa wymiana naukowa (stąd tytuł „Sto dni bez słońca”) staje się pretekstem do forsowania pewnych teorii, które dla bohatera głównego pozostają doniosłe i kluczowe, dla jego zagranicznych kolegów wręcz przeciwnie. Wymyślił sobie Srebroń, że za pomocą swoich badań nad Filipem Włócznikiem – jego zdaniem najwybitniejszym pisarzem współczesnym – będzie w stanie uratować europejską, a nawet i światową humanistykę. A to już jest naprawdę bolesne.

Srebroń prowadzi pamiętnik, powieść jest więc zapisem notatek głównej postaci, która skwapliwie dodaje do nich coraz to nowe obserwacje. Przez cały czas trwania akcji bohater pozostaje nie tyle niepoprawnym optymistą i marzycielem, co patentowanym durniem. Co prawda, durniem jest kształconym, ale ten fakt boli jeszcze bardziej. Czytając zapiski Srebronia, w których ten zachwala nędzne i dęte pisarstwo swojego mistrza, nie sposób opędzić się od myśli, że większość z nas, humanistów, w taki właśnie sposób postępuje. Często bowiem bierzemy za dobrą monetę coś, co trzeźwo myślący człowiek nazwie bełkotem. Galerie współczesnej sztuki, do których nikt nie chodzi, miesięczniki literackie, których nikt nie czyta, serwisy kulturalne, na których nikt nie bywa, pełne są naszych nic nieznaczących słów, w których co drugie trzeba sprawdzać ze Słownikiem Wyrazów Obcych. Pochylamy się z uwagą nad syfem, który udaje literaturę, sztukę, film, a jego jedynym walorem jest jego niszowość. Bo – tak bardzo demokratyczni i pełni frazesów o liberalizmie – w sztuce jesteśmy do bólu arystokratyczni. Nikt nie czyta? Nikt nie ogląda? Plebs się nie zna, a dzieło z tego powodu warte wyjątkowej uwagi.

Bohater Szostaka jest takim idiotą, który nie tylko pozostaje bezkrytyczny wobec swojego Włócznika, ale nie widzi, co dzieje się wokół niego. Nie będę zdradzał fabuły, ale nawet średnio uważny czytelnik jest w stanie zauważyć, że kadra uniwersytetu na Finneganach niespecjalnie jest przychylna osobie głównego bohatera, przede wszystkim z uwagi na jego narzucanie się i nieznośną misyjność. Srebroń ma bowiem misję ratowania humanistyki, jednak nie jest w stanie podać żadnego poważnego pomysłu, jak należy to uczynić. To jego ratowanie jest tak samo niedorzeczne jak stan, który został przez bohatera zastany. A będąc człowiekiem złośliwym, warto by zapytać, co z dzisiejszej humanistyki można by ocalić. Historię? Filozofię? Historię sztuki? Historię literatury?

Aby jednak po równo rozdzielić razy, autor zagraniczną kadrę kreuje równie bezlitośnie. Jest wśród nich dziekan-karierowicz i biurokrata. Jest i pani antropolog, feministka i nimfomanka, dziecko pokolenia 1968. I Lesław Srebroń, i jego koledzy z Finneganów, to współczesny typ naukowców-humanistów, którzy przez wymienionych we wstępie ludzi złośliwych określani są również mianem darmozjadów. Ich „naukowe” badania i teorie są tylko rojeniami zmęczonych, wyjałowionych z logiki umysłów. Ich publikacji nie czyta nikt, poza nimi samymi. Aż prosi się o wywrócenie tego bajzlu do góry nogami i zaoranie tego, co po nim zostanie.

Wit Szostak, Sto dni bez słońca, wyd. Powergraph, Warszawa 2014, ss. 458.

1 komentarze:

  1. Recenzja, jak zawsze ładnie napisana. Nie potrafiłabym napisać tak długiej recenzji o książce, którą przeczytałam. A pan potrafi, a do tego z taką kulturą języka. Lektura z pewnością starannie wybrana i ciekawa.

    OdpowiedzUsuń