poniedziałek, 20 marca 2017

Jakub Żulczyk - Radio Armageddon. Bunt na sprzedaż

Literacki świat Jakuba Żulczyka wygląda jak na łamach sieciowego pisma „Vice”. Jest kolorowy, różnorodny i skupiony na sobie, a wewnątrz skrywa niepokojący rys. Prowokuje, zmusza do myślenia, ale też odpycha. Tak było w „Ślepnąc od świateł”, tak jest również w „Radiu Armageddon”. Pierwsze wydanie powieści ukazało się, co prawda, dziewięć lat temu, za to drugie i poprawione ujrzało światło dzienne w 2015 roku. Nie jest to więc pozycja całkiem świeża, lecz warto poświęcić jej nieco uwagi. Chociażby dlatego, że obraz młodzieży w niej przedstawiony zbieżny jest z jej najbardziej „awangardowym” skrzydłem, z którym spotkać możemy się w największych miastach Polski. „Radio Armageddon” jest więc powieścią opowiadającą o postępowej młodzieży Polski A, przy czym Żulczyk patrzy na nią z dystansu, co ratuje jego prozę przed niebezpiecznym szarżowaniem w kierunku kiczu. Zresztą, już w „Ślepnąc od świateł” pisarz pokazał, że opisywanie świata degeneracji nie musi wiązać się z fascynacją nim.

„Radio Armageddon” to proza inicjacyjna, poświęcona dojrzewaniu w trudnych czasach. Rodzice młodych bohaterów powieści zajmują się robieniem karier: prowadzą biznesy, są lekarzami i członkami klasy średniej. Żulczyk na szczęście jednak nie stawia prostej diagnozy i nie obarcza odpowiedzialnością za dzieci tylko zabieganych rodziców. To byłoby za proste i nie do końca sprawiedliwe. W tekście pojawia się zatem sporo innych tropów, ale mam także wrażenie, że nie opowiada on o tym, jak rodzi się patologia. Ta istnieje, niczym stała wartość, w opisywanym świecie, i nikt nie jest od niej wolny. Zarówno młodzi wolnomyśliciele, jak i członkowie rockowego zespołu chrześcijańskiego. I jedni, i drudzy chorują na młodzieńczą gorączkę, motywującą ryzykowne zachowania i brutalność. Autor nie pochyla się jednak nad swoimi bohaterami i nie wprowadza tendencyjnych rozwiązań fabularnych, nie moralizuje i nie broni aktów wandalizmu, a nawet terroryzmu. Nie mówi o biednych dzieciaczkach, które są ofiarami bezdusznego kapitalizmu. Wręcz przeciwnie, zdarza mu się wykpiwać skłotersów i anarchistów, którzy kopią się z koniem, a własnej walce przydają mitycznego charakteru. Powodem prawdziwego buntu w powieści, który uosabia jeden z głównych bohaterów – Cyprian – jest nihilizm. Rodzi się zatem pytanie, co jest bardziej niebezpieczne: protest wobec kapitalizmu i tradycyjnego porządku czy wobec wszystkiego? Ten pierwszy przecież poważnie traktuje swojego przeciwnika, drugi bierze w nawias wszystko i podpala świat, aby oglądać płomienie.

„Radio Armageddon” to również powieść opowiadająca o tytułowym zespole, grającym ostrą punkrockową muzykę. Oszałamiająca kariera, jakiej doświadczają członkowie kapeli, niemożliwa przecież już dzisiaj, każe patrzeć na powieść Żulczyka nie przez pryzmat prozy realistycznej, ale przypowieści. Przecież dziś młodzież zakłada zespoły, by pojawić się u któregoś z telewizyjnych łowców talentów, a na wydanie płyty żebrze od internetowych frajerów gotowych sypnąć groszem na złaknionych sławy suchoklatesów w rurkach. Opowieść o zespole punkowym, który w przeciągu kilku tygodni zyskuje sławę godną współczesnych jutuberów, staje się więc parabolą dotyczącą losów idealistów, którzy muszą skończyć przemieleni przez system. I ta myśl wydaje się najważniejszą ideą powieści Jakuba Żulczyka. Bunt bowiem, nieważne jak mocny i do jakich środków się odwołuje, i tak zostanie zjedzony przez media oraz przez nie wyrzygany w postaci letniej papki dla nastolatków, których rebelią jest akt kupna koszulki z wywrotowym hasłem w galerii handlowej. Autor zdaje się pytać, na co komu bunt we współczesnym świecie, w którym granice zostały już obalone i można albo ćpać na skłocie, albo śpiewać rockowe hymny dla Jezusa. I jednych, i drugich, pozornie różnych bohaterów, zdają się napędzać tylko krótkotrwałe mody. Nawet sacrum zredukowało się do rozmiarów trzyminutowej pioseneczki.

Opowieść ta jest interesująca również pod względem formalnym. Składa się bowiem z dwóch narracji. Pierwsza to klasycznie trzecioosobowa forma opowiadania, a jej głosem jest Szymon, główny bohater i ofiara własnego braku woli. Bohater zdaje się wikłać we wszystko siłą bezwładu, jest zblazowanym, ale i nadwrażliwym licealistą. Marzy o karierze muzycznej, ale przede wszystkim o rzeczywistości, która nie będzie go przerastać. Jest głupio-mądry, taki, jacy są wszyscy licealiści: jego poziom intelektualny jest powyżej średniej, za to wola i rozum jeszcze wcale się nie wykształciły. Na jego tle główny katalizator wydarzeń powieści – Cyprian – jawi się jako świadomy życia cynik i manipulator. Druga narracja zaś to głos spoza świata przedstawionego, który kierowany jest do żeńskiej bohaterki – Nadziei. Oba uzupełniają się wzajemnie i snują opowieść w różnych momentach. Szymon opowiada historię sprzed zaginięcia Cypriana, a opowiadający mówi Nadziei o faktach, które miały miejsce już po tym fakcie.

Co więc nie daje mi spokoju? Pewnie nie wulgaryzmy, których jest sporo, a które przecież stanowią ważny element języka. Purystów może one zgorszą, lecz „Radio Armageddon” martwi mnie czymś zupełnie innym. Kwestią tą jest wspomniany już wcześniej nihilizm i panświnizm. W świecie Żulczyka świnią jest każdy, i każdy jest tak samo umoczony. Rzeczywistość tej powieści jest niczym Tarantino skrzyżowany z wczesnym Lynchem, a do tego doprawiony Cronenbergiem. Jest brutalna, a stosunki międzyludzkie motywuje cynizm i chęć zysku. Trochę to płytkie. Duchowość, o dziwo, ale się jednak pojawia. Odniesieniem do niej jest postać białego starca, która towarzyszy nie tylko narkotycznym wizjom bohaterów, ale i śmierci niektórym z nich.

Jakub Żulczyk, Radio Armageddon, wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, ss. 541.

0 komentarze:

Prześlij komentarz