środa, 16 listopada 2016

Lenin i cerkwie: historyczna schizofrenia - rozmowa z Wojciechem Grzelakiem

Szaman, fot. W. Grzelak
Wojciech Grzelak nie jest może zawodowym reporterem, ale wie o Rosji więcej niż wielu żurnalistów, którzy mienią się reportażystami i opowiadają swoje historie zza Buga. Człowiek, z którym rozmawiałem, ma o tyle ciekawe spojrzenie, że jego teksty nie dotyczą tylko współczesnej rosyjskiej polityki czy obyczajowości, ale również renesansu wierzeń szamańskich wśród rdzennych mieszkańców Syberii.

Rosja jest często przedstawiana jako metafora matrioszki, w której odkrywamy kolejne warstwy. Na przykład wydaje nam się, że jest ona krajem powrotu do religijności, a tu nagle okazuje się, że na jedną kobietę przypada statystycznie cztery aborcje. Jak więc tę przenośnię ugryźć?
Churchill nazwał kiedyś Rosję sekretem owiniętym w enigmę i schowanym w tajemnicy. Bowiem interesując się tym krajem, odkrywamy kolejne dna, a potem następne i następne. W moim odczuciu taka właśnie jest Rosja. Poznawałem tam ludzi, z którymi potrafiłem się zgadzać w rozmowie, ale w pewnym momencie pojawiał się niesamowity dystans, jakby nagle ze skóry człowieka wyszedł kosmita. I to dotyczyło błahych spraw. Ukazywała się wówczas jakaś specyficzna cecha rosyjskiego myślenia lub mentalności.

O tym dystansie wspomina pan niejednokrotnie w kontekście widzenia historii przez Rosjan. Nasze wizje dziejów są kompletnie nieprzystające i z tego powodu nie potrafimy się porozumieć, szczególnie jeśli chodzi o II wojnę światową.
Rosjanie sami nie mogą poradzić sobie z własną historią, próbują tworzyć jakieś syntezy, nawiązywać do pewnych tradycji: z jednej strony – rosyjskiej, z drugiej – sowieckiej. Ta nostalgia za ZSRR jest silna, bo to również była Rosja, tylko potężniejsza i bardziej znacząca niż obecnie. Ta historyczna schizofrenia najlepiej wyraża się na centralnych placach miast rosyjskich, na których pomniki Lenina sąsiadują z cerkwiami. Jako świętych prawosławnych czci się zamordowanych na rozkaz Lenina członków rodziny ostatniego imperatora Mikołaja II. Rosjanie na co dzień nie zauważają tych sprzeczności, potrafią je jakoś godzić. Dla nas jest to niepojęte. Mentalność Rosjan jest ukształtowana przez dzieje ich kraju, w których wielkie piętno odcisnęła inwazja mongolska.

Grzbiet Saljugen - fot. W. Grzelak


Ta schizofrenia jest widoczna chociażby w Magadanie, gdzie w 1990 roku, czyli już dawno po epoce stalinowskiej, postawiono pomnik budowniczego Gułagu, Mikołaja Bierzina. Może to zbytnie uproszczenie, ale czy można tę rosyjską psychikę potraktować jako zbiorowy syndrom sztokholmski związany z podbojami i okrucieństwem?
Miałem wielokrotnie takie wrażenie, ale muszę pana w tym miejscu trochę zaskoczyć, bo syndrom sztokholmski na tle Rosji obserwowałem również u nie-Rosjan, a konkretnie u Polaków, którzy byli wywiezieni na Syberię. Widać go było na przykład w gustowaniu w piosenkach rosyjskich, które chętnie nucono, a przecież ci ludzie przeszli tam gehennę. Niemniej to były czasy ich młodości, z którymi wiążą się sentyment i nostalgia. Zaskakuje fakt, że mimo cierpień na nieludzkiej ziemi został im jakiś sentyment.

Jeździ pan przede wszystkim do Ałtaju, gdzie oprócz cerkwi prawosławnej widać renesans rdzennych wierzeń szamańskich. Na ile te oddolne ruchy religijne świadczą o prawdziwym odrodzeniu się wiary w Rosji?
To odradzanie się wierzeń szamańskich jest dość ciekawym zjawiskiem, ale nie jedynym. Po latach przymusowej ateizacji nastąpiła pewna eksplozja, może nie religii, co zjawisk parareligijnych, od Kaszpirowskiego, do konsultacji u wróżek. W lokalnych gazetach ukazują się anonse gwarantujące zwrócenie męża, a także powodzenie w wielu dziedzinach życia, związanych np. z pracą czy seksem. Poza tym, w większym stopniu niż na Zachodzie, wierzy się tam w horoskopy. A jeśli rozmawiamy o sprawach ściśle powiązanych z religią, trzeba wspomnieć o niesłychanej eksplozji działalności wszelkich sekt, które spotyka się nawet w najgłuchszych zakątkach Syberii czy Ałtaju. Jeśli chodzi o Ałtaj, rdzenni mieszkańcy powoli zaczynają odzyskiwać pamięć o swoim etnosie. Zrywają z propagandą, wtłaczaną im od lat, według której mieliby być podludźmi. Gdy mówiłem znajomym Rosjanom, że jeżdżę do Ałtajczyków, dowiadywałem się, że to są pół-zwierzęta. Jeden z lokalnych biznesmenów stwierdził nawet, że z małpami interesów nie robi. To jest podejście ludzi mieszkających tuż obok, uważających się za kogoś lepszego. Tymczasem, kiedy poznałem Ałtajczyków, zobaczyłem, że ma się to całkiem inaczej. Przede wszystkim uderzała większa czystość w domach i obejściach niż u Rosjan, a przede wszystkim znajomość swoich przodków. U Rosjan często pytanie o pradziadka powoduje wzruszenie ramion. Słabo kojarzą oni własnych dziadków, tymczasem Ałtajczycy pamiętają swoje genealogie, które zapamiętywane są w bardzo szczególny sposób. Przechowują oni w skórzanych kopertach zasuszone pępowiny chłopców i dziewczynek i wiążą te futerały w długie konstrukcje obejmujące nawet kilkanaście pokoleń. Z tym zjawiskiem wiąże się też odradzanie się tradycji wierzeń ałtajskich, m. in. także fenomenu kamłania, czyli wchodzenia przez szamanów w trans i kontakt ze światem niewidzialnym. Ci szamani w kulturze Ałtajczyków pełnią bardzo różne role. Mogą być na przykład konsultantami medycznymi. Nieprawdą jest, że wszyscy traktowani są z jednakową czcią. Mieszkańcy wiedzą, który z nich ma większą, a który – mniejszą moc, wiedzą, który lubi w czasie kontaktu z zaświatami dodać jakieś informacje od siebie i trochę zaimprowizować. Spojrzenie na szamanów jest więc dość krytyczne, co nie znaczy, że nie ma takich, których ludzie się wręcz boją.

Birkut - polowanie. Fot. W. Grzelak

A gdzie w tym wszystkim jest cerkiew?
Po latach komunizmu, gdy cerkiew była w całości na usługach służb i stanowiła instytucję fasadową, konieczną do utrzymywania pozorów wolności religijnej, zyskała na znaczeniu. Przy różnych uroczystościach musi być obecny jakiś przedstawiciel władz kościelnych. Zbudowano także sporo nowych cerkwi, wiele z nich odrestaurowano. W Bijsku, dwustutysięcznym mieście, co niedzielę przewija się przez cerkiew kilkadziesiąt osób, ale kiedy opowiadałem Rosjanom, że w Polsce w miejscowości o podobnej liczbie mieszkańców kościołów jest co najmniej kilkanaście i w niedzielę wszystkie są zapełnione, nie wierzyli mi. Cerkiew deklaruje się naturalnie jako przeciwnik aborcji i zwolennik ochroną życia, ale z drugiej strony dostojnikom kościelnym zdarzało się przejechać kogoś na pasach i niespecjalnie się interesować losem swojej ofiary. W społeczeństwie rosyjskim nadal pokutuje przekonanie, że cerkiew ciągnie tylko pieniądze, a popi chcą się otoczyć dostatkiem materialnym. W wielu wypadkach jest to prawdą, a wiara niektórych funkcjonariuszy kościelnych jest tylko deklaratywna. W prawosławiu nie ma nawet już silnych tradycji misji. Jedyną misję założono na Ałtaju sto lat temu, więc dzisiaj część mieszkańców deklaruje się jako prawosławni, co absolutnie nie przeszkadza im biegać do szamana. Noszenie krzyżyka wcale nie obliguje do przestrzegania moralności chrześcijańskiej, a nawet do znajomości religii. Nieraz w miastach ludzie w wieku dojrzałym postanawiają się ochrzcić w cerkwi, ale z moich obserwacji wynika, że to często pretekst do urządzenia imprezy towarzyskiej.

Rozmawiamy na razie o samych Rosjanach, pan natomiast wielokrotnie w swoich książkach wspomina o wzajemnych relacjach między nimi a nami. Jak z tamtej strony wygląda Polska?

To jest już kwestia edukacji rozmówcy i jego skojarzeń. Jedni sądzą, że Polska leży gdzieś między Rumunią a Czechosłowacją (nie Czechami!), a inni powtarzają znane powiedzenie: kurica nie ptica. Kobiety czują niekiedy sentyment do mody polskiej, zwłaszcza dla tych w średnim pokoleniu ikoną jest Barbara Brylska. W każdego Sylwestra telewizja puszcza film, w którym grała ona główną rolę. Natomiast, gdy prezentowano „Ekstradycję”, jej nazwisko było wyszczególnione na początku i to dużą czcionką. Chociaż Brylska grała w tym serialu tylko rolę epizodyczną. Polska więc odbierana jest przede wszystkim na zasadzie pewnych skojarzeń. Jednak rozmawiając z historykami czy tymi Rosjanami lub Ałtajczykami, którzy mieli za sobą epizod służby w jednostkach sowieckich w PRL i NRD, spotykałem się z nieco szerszym odbiorem. Pewien mój rozmówca, który 40 lat temu służył w Polsce, bardzo bolał nad zacofaniem naszego kraju. Mianowicie, widział, jadąc pociągiem, chłopa, który orał pole, posługując się koniem. Dla wszystkich żołnierzy sowieckich był to szok. Oczywiście nikt z nich nie zadał sobie trudu zastanowienia się nad tym, że w ZSRR obowiązywała gospodarka kolektywna, zaś w Polsce zachowało się rolnictwo indywidualne i używanie traktora na tak małej powierzchni nie było konieczne. Polska generalnie jest odbierana życzliwie i często się o niej mówi na imprezach. Nieraz w czasie spotkań towarzyskich Ałtajczycy słysząc, że jestem z Polski, chwalą się polskimi przodkami. Zresztą niektórzy z nich noszą polskie nazwiska. Wśród ludności niesłowiańskiej życzliwość do Polski jest więc nawet większa. Rosjanie jednak, poza pewną życzliwością i uprzejmością, odczuwają gdzieś na dnie kompleks polskiej zdrady. Ta zdrada ma parę poziomów: polski katolicyzm, co jest według nich odejściem od prawdziwej wiary, wystąpienie z rodziny państw socjalistycznych, związanie się z Zachodem i bycie prostytutką amerykańską, jak nas nazywają. Poza tym, w czasie nieformalnych spotkań, Rosjanie mówią, że my Słowianie powinniśmy trzymać się razem. Nie rozwijali, przeciwko komu mamy się trzymać, ale jasne, że przede wszystkim przeciwko Ameryce, która jest największym zagrożeniem. To bycie Słowianinem oznaczało, że jestem prawie Rosjaninem, wprawdzie nieco gorszej kategorii, ale jednak swój.

Tęcza pod Ust' Koksą - fot. W. Grzelak

Jak więc my, jako społeczeństwo, a przede wszystkim jako państwo, powinniśmy się odnosić do Rosji, bo w tej chwili przeszliśmy z jednej skrajności z drugą? Przed kryzysem ukraińskim spoglądano na Putina w zasadzie bez zarzutów, szczególnie w okolicach katastrofy smoleńskiej stał się naszym prawie że przyjacielem. Potem zaś narracja wiodących mediów, w tym „Gazety Wyborczej”, odwróciła się o 180 stopni i Adam Michnik z rusofila stał się największym rusofobem III RP.
Ta karuzela jest zabawna. Podobnie przed wojną ZSRR pierwszy wieszał psy na III Rzeszy, a potem stał się jej największym sojusznikiem. Te, nie wiadomo, na czym polegające przy niezamkniętej sprawie Katynia, nawoływania do historycznego pojednania z Rosją w 2010 roku, były żenujące. W tym samym roku przebywałem w sanatorium w Cieplicach koło Jeleniej Góry. 15 sierpnia zorganizowano tam program artystyczny, który składał się z piosenek rosyjskich, co w tym kontekście było obrzydliwe. Pamiętam też sprawę pomnika pod Ossowem, gdzie w jednozdaniowej, krótkiej inskrypcji doliczyłem się, po konsultacji z Rosjanami, czternastu błędów ortograficznych i stylistycznych. Natomiast uważam, że natury niedźwiedzia się nie zmieni i Rosja, nawet po odejściu Putina, zostanie sobą, niemniej sądzę, że w sytuacji Polski powinniśmy wygrywać na tym, ile się da. Przede wszystkim w sytuacji pewnej izolacji międzynarodowej, w której teraz znajduje się Rosja, każdy gest z naszej strony byłby zauważony. Nie mam jednak na myśli gestów wiernopoddańczych, jak w roku 2010, bo one do niczego nie prowadzą. Jeśli Rosja wyczuje słabość przeciwnika, zaczyna nim gardzić. Chodzi o wykonywanie pewnych gestów świadczących o tym, żeby traktować nas nieco inaczej niż całą masę, która jest wrogiem Rosji i wszystkimi sposobami stara się ją stłamsić. Mam na myśli przede wszystkim działalność gospodarczą, co do której Rosjanie byli otwarci i parę razy dawali takie sygnały. Mądra polityka mogłaby temu zaradzić. A że Rosja nie zmieni swojego położenia geograficznego, jesteśmy skazani na to sąsiedztwo. Na pewno powinniśmy zwalczać, jak tylko się da, każdy sojusz niemiecko-rosyjski, a sami zajmować to miejsce, ale takie działania wymagają jakiejś wizji polityki. Niestety, wśród obecnych elit politycznych nie widzę szans powodzenia. Traktowanie Rosji tylko jako wroga niczego dobrego nam nie przyniesie. Można wiedzieć, że to wróg, ale trzeba działać, pamiętając, że podając Rosji ręce należy uważać na palce.

Czyli więcej dyplomacji, a mniej machania szabelką?
Zdecydowanie tak. Rosjanie są bardzo wrażliwi na każdy taki gest, tym bardziej w obecnej sytuacji, gdy Rosja jest tylko jednym z problemów, kto wie, czy naczelnym. To pobrzękiwanie szablą przez Moskwę jest może widowiskowe, ale czy stoi za nim realna siła? Z polskiego punktu widzenia złe relacje ukraińsko-rosyjskie są pożądane, bo jeśli dwa państwa, niekoniecznie nam przyjazne, trzymają się za łby, to trzecie może skorzystać.

Więc uczucia humanitarne w polityce powinny zejść na dalszy plan?
Udało mi się pewnego razu przekonać jednego Rosjanina, że reżim komunistyczny był zły, i od tej pory on, który twierdził, że nie było gorszego systemu niż hitleryzm, zwykł powtarzać wszystkim znajomym, że Stalin był gorszy, bo zabijał swoich, a Hitler – tylko obcych. Gdy odniesiemy tę historię do relacji polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich w czasie wojny, możemy w podtekście zobaczyć, że Polacy byli, co prawda zabijani przez Rosjan, ale z powodu rozkazów, natomiast na Wołyniu swoi mordowali swoich bez rozkazu.
Przytoczę tu jedną przedziwną relację zesłańca. W momencie, gdy wieziono transport do łagru za koło polarne, pociąg stanął w szczerym polu i otworzyły się wszystkie drzwi. Niech pan zgadnie, dlaczego.

Nie mam pojęcia…
Komendant pociągu zadecydował, że będzie bardzo dobrze, jeżeli Polacy będą mogli podziwiać wspaniałą zorzę polarną, która rozkwitła na niebie. Przyszłoby to panu do głowy? Romantyzm i okrucieństwo w jednym.
Czike-Taman. Fot. W. Grzelak



0 komentarze:

Prześlij komentarz