poniedziałek, 12 lutego 2018

Maciej Płaza - Robinson w Bolechowie. Artystyczne neurozy

Gdy dwa lata temu ukazał się „Skoruń” Macieja Płazy, krytycy ogłosili go może nie objawieniem, ale bardzo mocnym debiutem prozatorskim. Mocne debiuty prozatorskie to przecież towar deficytowy, szczególnie w czasach, kiedy marketing potrafi każde badziewie zmienić w błyskotkę. Sam dołączyłem się do chóru chwalców rzeczonego tomu opowiadań, bo nie dość, że napisany był bardzo eleganckim językiem, to jeszcze nie obrażał inteligencji czytelnika przeróżnymi awangardami, teoriami krytycznymi czy innym zakamuflowanym marksizmem. Ot, zbiór tekstów połączonych wspólnym bohaterem, tytułowym Skoruniem, ale i wspólnymi przestrzenią oraz czasem. Nie był również „Skoruń” próbą dekonstrukcji wsi, obsobaczenia polskiej prowincji czy wyśmiania prostoty bohaterów w kontrze do jakiegoś majaczącego na horyzoncie wielkiego miasta, do którego miałby aspirować główny bohater. Nic z tych rzeczy. Nic też dziwnego, że po tak udanym debiucie apetyt na „Robinsona w Bolechowie” miałem mocny. Autor tym razem zamierzył się na powieść, więc gatunek wymagający większego panowania nad fabularną rzeczywistością, ale i pozwalający na głębsze sportretowanie postaci. „Robinson w Bolechowie” zaczął się obiecująco, bo sugestywnym przedstawieniem destrukcji świata przedwojennego; rozpoczął się bowiem najazd Hitlera na Polskę, a pewien hrabia ukrył swój rodowy skarb.

Jak łatwo się domyślić, przestrzeń świata powieściowego (przynajmniej z początku) to podobne tereny, jak w przypadku „Skorunia”. Znów się więc pojawia sandomierska wieś, reprezentowana przez fikcyjną miejscowość tytułową. Znów mamy prostych bohaterów, zanurzonych w rolniczej codzienności. Znów – w końcu – i to w dwóch przypadkach, śledzimy losy dorastającego chłopca. Tym razem to dwie postaci, o podobnym dzieciństwie, które później okażą się bliższe sobie, niż na początku może się wydawać. Już na początku, śledząc wydarzenia związane z wymienionymi bohaterami, zauważyć możemy pewną zmianę. Otóż Maciej Płaza wyraźnie zasmakował w długich, wielokrotnie złożonych zdaniach, które trzeba czytać uważnie, aby do końca nie zgubić ich sensu. Jest w tym szaleństwie pewna metoda, bo dzięki niemu głębiej można wejść w psychikę opowiadającego narratora. Wydaje się również, że zarówno tutaj, jak i w debiucie, autor dokonuje swoistej psychoterapii na własnej osobie. Co może nie do końca było odczuwalne w „Skoruniu”, widać w „Robinsonie…”: główny bohater jest zgorzkniały, poraniony wewnętrznie, pełen złości na świat i moralnie zdegenerowany. I w tym miejscu zaczynają się schody. Bowiem mniej więcej do połowy „Robinson w Bolechowie” jest zupełnie inną opowieścią niż później, a to jednak stanowi wadę tego tekstu.

Wydawałoby się, że będzie on gawędą o losach kilkorga bohaterów z wielką historią w tle: taką polską, prowincjonalną opowieścią o domorosłych artystach i rzemieślnikach. Że w tle pojawi się hrabiowski pałac, znacjonalizowany po wojnie i że tajemnica arystokraty nie wyjaśni się tak szybko. Oprócz niej mamy również inną tajemnicę, rodową, związaną z główną postacią powieści. Nie wiem, czy akurat to było zamierzeniem autora, ale osobiście domyśliłem się jej znaczenia zaraz na początku lektury. Natomiast, jak wspomniałem wyżej, mniej więcej od połowy „Robinsona…” staje się on czymś zupełnie innym, mianowicie irytującym monologiem nowoczesnego i uznanego artysty. Im bliżej końca, tym bardziej dość ma się tej postaci i jej irracjonalnych neuroz. Pojawiają się również dyskretnie wprowadzane aluzje literackie, między innymi do Tadeusza Micińskiego, co każe odczytywać postać bohatera w amoralnym modernistycznym kluczu. A gdy Płaza wpada na pomysł, aby wprowadzić sceny erotyczne z jego udziałem (na szczęście bardzo krótkie, bo kilkuzdaniowe), atmosfera robi się naprawdę przegięta. Nie będę tu przytaczał, na jaki „genialny” pomysł współżycia z kobietą wpadł autor, bo jest on po prostu ohydny. I gdyby nie ta druga część, pełna wkurzających zachowań bohatera i jego życiowej partnerki, tego miotania się bez celu, „Robinson w Bolechowie” zasługiwałby na miano bardzo dobrej, a nawet świetnej powieści. I chociaż nie jest on takim rozczarowaniem jak pisarstwo Eustachego Rylskiego, któremu udają się jedynie początki tekstów, w porównaniu do równego i logicznie skonstruowanego „Skorunia” jest krokiem w tył.

Mimo wszystko nie chcę jednak skreślać twórczości Macieja Płazy, bo chociażby dla pierwszej połowy warto przeczytać jego najnowszą powieść. A potem przecież do końca się jakoś wytrwa. Zresztą w tej znielubionej przeze mnie drugiej części też można dopatrzyć się wartościowych ustępów, chociażby dobrze opisanej artystycznej bohemy, z obowiązkowymi konceptualistami, anarchistami i squotem pełnym antyfaszystów-półgłówków na deser. Wnioski płynące z tych obserwacji nie są optymistyczne, ale nie od dziś wiadomo, że współczesne środowisko artystyczne ma pewne ciężkie grzechy na sumieniu, chociażby skrajny indywidualizm czy egocentryzm. Do tego towarzystwa nie do końca pasuje tytułowa postać: dobrze maluje, tworząc klasyczne figuratywne obrazy, które w dodatku są docenione przez polską i światową krytykę. W rzeczywistości tak dobrze chyba nie będzie. Nadzieję daje również zakończenie powieści, o którym naturalnie nic nie powiem, ale warto zwrócić na nie uwagę, być może jest ono pewnym oczyszczeniem tej chorobliwej atmosfery panującej pod koniec utworu. Jestem więc ciekaw, w którą stronę pójdzie twórczość Płazy; chociaż „Robinson w Bolechowie” rozczarowuje przede wszystkim swoim nierównym poziomem i pewną niekonsekwencją, to i tak wydaje się świecić niezłym światłem na tle przeróżnych modnych autorów, którzy czytani są tylko dlatego, że pojawiają się w dużych pismach.

Maciej Płaza, Robinson w Bolechowie, wyd. WAB, Warszawa 2017, ss. 453.

0 komentarze:

Prześlij komentarz