wtorek, 8 października 2013

Małgorzata Rejmer. Bukareszt. Kurz i krew. Drakul znaczy diabeł

Królobójstwo zawsze jest traumą. Nawet w przypadku, gdy władca sprawuje swe rządy w iście tyrański sposób. Dyktator Rumunii Nicolae Ceauşescu, nazywany Słońcem Karpat i najgenialniejszym przedstawicielem narodu rumuńskiego, będącego połączeniem żywiołu Daków i Rzymian, został – wraz z małżonką Eleną – zabity po błyskawicznym procesie w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia 1989 roku. Katharsis nie zostało osiągnięte, wręcz przeciwnie, niczym po mordzie założycielskim burżuazyjnej Francji wieku XVIII, naród został poturbowany i złożywszy w grobie swoje groteskowe małżeństwo Makbetów, zapadł w postkomunistyczny letarg. Trudno o bardziej pesymistyczną diagnozę, ale na przykładzie Rumunii widać całą złożoność i – niestety – fałsz transformacji ustrojowej.

Nie wiem, czy autorka „Bukaresztu” zgodziłaby się z powyższą historiograficzną interpretacją, ale da się ten smutek dziejów wyczytać z kart jej książki. Debiutująca na polu reportażu Małgorzata Rejmer skonstruowała swój tekst z pozornie niepasujących do siebie, drobnych fragmentów, w których przeszłość, ta międzywojenna i komunistyczna, składa się z teraźniejszością w patchworkowy panoptikon. Rumunia jawi się w niej jako kraj okaleczony, dogięty do ziemi, najpierw flirtem z nazistami, a potem kilkudziesięcioma latami komunizmu w najbardziej radykalnej odmianie. Ceauşescu zapatrzył się w Koreę Północną, idąc za jej wzorem, postanowił urządzić Rumunom podobny eksperyment. – Jaka jest różnica między Auschwitz a Rumunią? – pytali mieszkańcy Bukaresztu. – W Auschwitz był gaz – brzmiała prawidłowa odpowiedź. Im okrutniejszy system, tym czarniejszy humor? Może tak, ale autorka próbuje dotknąć charakteru narodowego mieszkańców Rumunii, sięgając głębiej niż do drugiej połowy wieku XX. Fataliści, katastrofiści z tendencją do makabry, których komedie zamiast śmieszyć zmuszają do skrzywienia ust w grymasie niesmaku. Jak widać, nie tylko Skandynawowie kręcą smutne komedie i dramatyczne aż do przegięcia dramaty.

Przeciętnemu zjadaczowi chleba Rumunia kojarzy się z Cyganami i Drakulą. Z tym pierwszym mitem nie zamierzam polemizować, dla w miarę inteligentnego człowieka jasnym jest, że Rom i Rumun to dwie zupełnie inne nacje. O tych pierwszych można posłuchać u Braci Figo Fagot. Natomiast Drakula to nikt inny, jak Vlad Palownik, okrutny hospodar wołoski znany z upodobania do nabijania na pal swoich przeciwników politycznych. Jeśli istnieje coś takiego, jak spójny charakter narodowy poszczególnych nacji, to w przypadku Rumunów da się jego cechy zauważyć właśnie w postaci tego ponurego bohatera historycznego, który zainspirował Brama Stokera do napisania klasycznej powieści gotyckiej o wampirze o diabelskim imieniu. Bo Dracul to w języku rumuńskim diabeł. Grecki drakon to również smok. Nie Eragon, tylko ten z Apokalipsy św. Jana. Współczesna bestia Rumunii to wspomniany już Nicolae Ceauşescu – szewc z Scorniceşti, mało błyskotliwa, przeciętna miernota, która wiedząc, gdzie i jak się przyczaić, przejęła w 1965 pełnię władzy. Jak żył, tak umarł, z rozchlapanym mózgiem pod murem w Târgovişte. I mogła bardzo chcieć Joanna Szczepkowska, mogła dziesięć razy powtarzać, że komunizm się skończył. Ion Iliescu, który objął władzę po krwawym szewcu, również był członkiem Rumuńskiej Partii Robotniczej. I całą rewolucję szlag trafił. To, co ukryło się w ładnych opakowaniach w III RP, w Rumunii leżało na wierzchu.

Smutny to kraj, o którym pisze Małgorzata Rejmer. Smutni ludzie, niczym wraki z przetrąconym kręgosłupem. I jeśli oznaką dżumy są tysiące szczurów wyłażących na ulice miast, w stolicy Rumunii ich miejsce zajmują bezdomne psy. Chude, chore na wściekliznę, niekiedy dokarmiane, nierzadko żyjące w symbiozie z mieszkańcami ponurych, betonowych osiedli, ale częściej niebezpieczne, atakujące przechodniów. Czasem śmiertelnie raniące lub rozszarpujące swoje ofiary. Co symbolizują? Autorka nie odpowie, ja także nie, ale ich widok jest znamienny. Psy w Bukareszcie są wszechobecne, podobnie jak brzydota. Nazywana Paryżem wschodu rumuńska stolica napisana jest chaosem. Chaosem, który składa się z wielu warstw. Chaosem, który niczym palimpsest z odrapaną farbą odsłania przed nami kolejne warstwy, wydawałoby się, że zupełnie zapomniane. Lecz niektórych elementów Bukaresztu nie da się odtworzyć. Na przykład starej dzielnicy Uranos, która została zburzona przez Słońce Karpat po to, aby na jej miejscu wybudować Dom Ludu, budynek administracyjny, o którym mówią, że jego wielkość przewyższa jedynie Pentagon. Z chińskim rozmachem godnym maoistowskiej rewolucji kulturalnej zrównano z ziemią kilkanaście kościołów różnych wyznań, kilka szpitali i całą masę zabytkowych, dziewiętnastowiecznych willi. Było w tym coś azjatyckiego z jednej, a diabelskiego z drugiej strony. Tepesowskiego.

Ten międzywojenny Bukareszt również jest intrygujący. To tygiel, w którym gotuje się nowy człowiek, żelazny Übermensch. Autorka zaledwie sygnalizuje tę tematykę, opisaną dokładniej i bardziej dobitnie przez Dašę Drndić w „Sonnenschein”. Są tu dziarscy chłopcy z Legionu Michała Archanioła i dokonywane przez nich pogromy ludności żydowskiej, w tym jeden najbardziej zwichrowany i chory, w rzeźni. Okrucieństwo w czystej postaci. Jest również, ale już po wojnie, osławione więzienie w Piteşti, o którym także wspomina wymieniona wyżej chorwacka pisarka. Nasze ubeckie katownie wydają się przy nim bardzo mało wyrafinowanymi, wręcz prostackimi miejscami. Dopiero w Rumunii tortury zyskały wyższy poziom wirtuozerii. Czyżby znów budził się duch Vlada Palownika? A może to już Drakul?

I może powie ktoś, że Małgorzata Rejmer napisała książkę jednostronną, w której optymizmu jest niewiele. Może paru czytelników odłoży reportaż autorki na półkę, spodziewając się opisów zabytków czy bardziej zobiektywizowanej narracji. Te obrazki zebrane pod wspólnym tytułem „Bukareszt: Kurz i krew” nie mają usypiać ani nie są łatwą lekturą. One jątrzą i zmuszają do niełatwej refleksji nad nami samymi. W końcu ludzie ludziom gotują taki los, nie piekielne stwory z dantejskiej krainy wyobraźni.

Małgorzata Rejmer, Bukareszt: Kurz i krew, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 269.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".


0 komentarze:

Prześlij komentarz