piątek, 13 grudnia 2013

Janusz Palikot. Ja, nie-ja

Jest rok 2010, jeszcze przed Smoleńskiem. Prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej jest Lech Kaczyński, premierem – już od prawie trzech lat – Donald Tusk. Janusz Palikot należy, jako lojalny, aczkolwiek nieco ekscentryczny członek, do Platformy Obywatelskiej. Akcje z wibratorem, świńskim ryjem i małpkami miały już miejsce, a przyszły szef Twojego Ruchu prowadzi prywatną wojnę z braćmi Kaczyńskimi. Wojnę, która eskaluje dopiero po feralnym upadku Tupolewa. Walkę, po której polska polityka, również za sprawą Janusza Palikota, przybierze nieznany dotąd wymiar. Walkę, która pokaże, iż można bezkarnie dworować sobie z ludzkiej tragedii i w czasie której spod ziemi wychodzą ludzie pokroju Dominika Tarasa, prowodyra oddawania moczu na znicze i atakowania modlących się staruszek.

Mamy więc rok pański 2010, w którym nikomu jeszcze się nie śni, że może spaść samolot z polskim prezydentem na pokładzie, wszakże te nie spadają. Nikomu również nie śni się, że Palikot może założyć własną partię, bo jest on wiernym pretorianem Donalda Tuska, z którym ten miał – co prawda – drobne problemy, ale składane one były na karb filozoficznego stosunku do życia, które reprezentuje biłgorajski polityk. „Ja” posiada genialny w swej prostocie tytuł. Idealny do ukazania egotyka, człowieka, który w polityce musiał błyszczeć i prowokować. Niczym Gombrowicz, na którego Palikot często się powołuje. Ten literat w mentalnych krótkich gaciach staje się dla bohatera książki wzorem i odwołaniem. Szczególnie gdy rozmawiający z nim Cezary Michalski wymienia prowokacje, które Janusz Palikot w polityce stosował. Jakże pięknie i słodko jest powoływać się na autorytet literacki, na pisarza, który z krótkich majtek nie wyrósł do końca życia i który żył w cieniu własnych obsesji, nie radząc sobie z nimi zupełnie. A stał się idolem, złotym cielcem polskiej literatury, tym samym, co Juliusz Słowacki w „Ferdydurke”. Kiedy pojawia się więc pytanie o zasadność wprowadzania do polityki gówniarstwa i zgrywy, pojawia się deus ex machina. Witold Gombrowicz. I usta krytyków winny się zamknąć.

Dlaczego Palikot? Bo jest inteligentny. Owszem, jest i nikt nie powinien mieć żadnych w tej sprawie wątpliwości. Natomiast cecha ta nie wskazuje na moralność człowieka, ani na jej brak. Jest jedynie narzędziem, dzięki któremu możemy walczyć w dobrej lub złej sprawie. Jest jak nóż, którym pokroimy chleb, albo pochlastamy nielubianego sąsiada. Inteligencja nie oznacza również sprzeczności. A tych widać sporo, szczególnie gdy wiemy, jakie były dalsze losy Janusza Palikota. Odejście z PO, ochłodzenie relacji z Tuskiem, których apogeum były wydane rok później „Kulisy Platformy”, książka jakże inna niż ta, o której mowa w tym miejscu. „Ja” to ciekawy dokument, choćby z tego powodu, że pokazuje pewien moment przed politycznym przesileniem, gdy wydaje się, że polityka ciepłej wody w kranie załatwi wszystko. Komicznie czytać, gdy na uwagi Michalskiego na temat Tuska Palikot ma jedną odpowiedź: premier rządzi krajem w sposób zachodni jako pierwszy szef rządu. Niezwykle szczerze wypadają kawałki, w których biłgorajski filozof tłumaczy dziennikarzowi „Krytyki Politycznej”, że nie warto reformować państwa, bo wówczas wyborcy mogą się na taką władzę obrazić. A wtedy spadają słupki i na karku czujemy oddech znienawidzonego Kaczora.

To jest zdecydowane, ale miękkie przywództwo, władza silna, ale nie korzystająca ze swej siły, aby ludzi pouczać czy wychowywać. Proszę zauważyć, z jakim rozmachem Tusk to zrobił, on nie tylko wprowadził aideologiczną władzę u siebie – mówi o rządzie Tuska Palikot. Dość to naiwne sformułowanie, gdy przypomnimy sobie hecę z kibicami i groźne słowa premiera dotyczące stadionowych bandytów. Tusk Palikota to mąż stanu, który gdy chce, jest łagodny, a kiedy ma ochotę – surowy. To człowiek, który ucywilizował polską politykę, pozbawiając jej anachronicznego pierwiastka ideologicznego, oraz – co ważniejsze – reformatorskiego ducha. W tym obrazku jest dla mnie jakaś głucha, twarda prawda o Tusku, którą odkryłem po godzinach, miesiącach spędzonych w jego otoczeniu. W tym zachowaniu wyrażała się jego bezwzględność, kontrolowana agresja, zawsze świetnie upudrowane, czego symbolem w tej sytuacji był właśnie dobry garnitur. To był prawdziwy Tusk: mieszanina nihilizmu i cynizmu, a z drugiej strony pewnego wdzięku, uroku – pisał sztukmistrz z Biłgoraja o tym samym człowieku rok później, we wspominanych już w tym miejscu „Kulisach Platformy”. Który Janusz P. jest prawdziwy? Ten, który chwali, czy ten, który łaje.

A może ten, wydający prawicowy tygodnik „Ozon”, w którym przeczytać można było teksty Grzegorza Górnego, byłego naczelnego „Frondy”? Może inny, ten mówiący o krwi i spermie na twarzy Grzegorza Schetyny? Janusz Palikot broniący krzyża w Sejmie, czy ten występujący przeciwko niemu? Jeszcze ciekawiej robi się, gdy polityk mówi o lewicy. Chcieli być kontestatorami, więc wzięli lewicowe sztandary. Ale okazało się, że pod tymi sztandarami można robić manifę, a nie iść do władzy. Realną tolerancję, szacunek dla wolności, opiekę nad słabszymi wprowadzają zawsze i wszędzie silne mainstreamowe partie centrowe. Na pytanie Michalskiego, czy jest konserwatystą, Palikot odpowiada: jeśli pyta pan, czy chcę adopcji dzieci dla par homoseksualnych, albo czy uważam aborcję za naturalny sposób rozwiązywania problemu niechcianej ciąży, to jestem konserwatystą.

Kończy się rok 2013, Janusz Palikot walczy z krzyżem, tańczy z posłanką Grodzką i posłem Biedroniem, trzyma w partii Kotlarczyka oraz Ryfińskiego. I wciąż sam sobie przeczy. Smutna jest ta książka, bo widzimy, jak duch literata w krótkich portkach, albo to, co za tego ducha uważa przewodniczący Twojego Ruchu, wpływa na zachowania i polityczne decyzje. Nie wiem, gdzie kończy się błazeństwo, a rozpoczyna poważna gra. Nie mam pojęcia, kim jest Janusz Palikot, bo z tej książki wygląda tylko pewna projekcja tej osoby, niespójna, fragmentaryczna i wzajemnie sprzeczna.

Janusz Palikot, Ja, rozm. C. Michalski, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2010, ss. 253.

0 komentarze:

Prześlij komentarz