sobota, 4 października 2014

Ralph Sarchie - Zbaw nad ode złego. Z pałą na demony

Moda na horrory oparte na „prawdziwych wydarzeniach” nadal trwa. Całe szaleństwo rozpoczęło się od „Blair Witch Project”, który był filmem, według legendy przykrojonej na potrzeby reklamy, bazującym na faktach. Mieliśmy „Obecność”, która powstała na podstawie historii pogromców duchów, małżeństwa Warrenów. Film ten faktycznie nieźle straszył, ale nie zasługa w tym ponoć prawdziwego tła fabularnego, ale solidnej rzemieślniczej roboty reżysera. Rok bieżący przyniósł nam kolejne widowisko oparte na historii prawdziwej: mowa o obrazie zatytułowanym „Zbaw nas ode złego”. A że u źródeł filmowej opowieści znajduje się pozycja książkowa, to i lepiej, bo można całej fabule przyjrzeć się bardziej wnikliwie. Policjant po godzinach ścigający demony, bo to główny wątek i obrazu kinowego i paradokumentalnej powieści, brzmi nieco absurdalnie. Ciekawe więc, co kryje się pod powierzchnią dość mocno reklamowanej historii, prawda? Tym policjantem jest Ralph Sarchie, autor omawianej właśnie historii. Na wyrost określiłem ją mianem powieści, ale tak naprawdę jest ona rodzajem fabularyzowanych wspomnień, w których rolę naczelną pełni główny bohater, twardziel z krwi i kości, który się duchom i kulom nie kłaniał.

Jestem sceptyczny, słysząc o takich historiach. Gdzieś mamy nawiedzony dom, w którym pewna rodzina nie może spokojnie egzystować z powodu złośliwego ducha, który rozbisurmania się coraz bardziej. A to krzesłem rzuci, przeklnie do telefonu albo zagrozi czymś nieprzyjemnym. Nie miałem nigdy z nawiedzonymi domami do czynienia, toteż mogę albo zaprzeczyć całej opowiedzianej przez Sarchiego historii, albo szukać dalej odpowiedzi, czy może autor ma nieco racji. „Zbaw nas ode złego” to zbiór kilkunastu paradokumentalnych nowelek, w których występują i nawiedzone domostwa, i duchy mówiące przez telefon, i inne tego rodzaju cyrki na kółkach. Sarchie wraz z kompanem dzielnie stawia czoła diabłom i innym maszkarom, uzbrojony w przeróżne poświęcone przedmioty jak różańce lub relikwie krzyża (do tych ostatnich jeszcze wrócimy). Cena, jaką płaci policjant, jest dość wysoka, bo straszyć zaczyna również u niego w domu. Żona stróża prawa co rusz widzi jakieś czarne kształty przenikające przez ściany. Co chwila z kart książki wyskakują kolejne rzeczy, które się filozofom nie śniły, i atakują mniej lub bardziej postronnych obywateli.

Jako literatura rozrywkowa „Zbaw nas ode złego” okazuje się dość nudnawa. I nawet niespecjalnie straszy, bo zanim zdążymy zaprzyjaźnić się z bohaterami kolejnych opowieści, ci umykają z końcem wątku i tyle ich widziano. Krótkie, dość reporterskie, ale pozbawione wnikliwości nowelki nie umywają się do tych napisanych przez Poe czy Lovecrafta. U Sarchiego jest nowocześnie, niczym w wiadomościach telewizyjnych – kawa na ławę, bo czeka kolejny materiał do emisji. Ani to więc specjalnie niepokojące, ani psychologicznie pogłębione, ot pieskie opowieści amerykańskiego psa, którego specyfiką jest fakt, że po godzinach zajmuje się walką z duchami nieczystymi. Pod względem poznawczym na pewno ciekawsi byli wydani około dwudziestu lat temu „Zakładnicy diabła” Malachi Martina (Sarchie odwołuje się do niego w kilku momentach). Tamte historie miały dreszczyk i opisane zostały z większą dozą talentu.

Jeśli ktoś tematyką opętań się interesuje i chciałby przeczytać coś napisanego w duchu katolickim, niekoniecznie musi sięgać po rzecz napisaną przez Sarchiego. Z banalnego powodu: sporo w tym tekście ustępów kontrowersyjnych, niedających pogodzić się z ortodoksją. A po wtóre, nietrzymających się kupy. Zacznijmy od wspomnianego na początku tego tekstu małżeństwa Warrenów. Autor je zna i z nim się przyjaźni. Specyficznym hobby Warrenów jest zbieranie przedmiotów owładniętych przez złe duchy. Naturalnie, po odprawionych egzorcyzmach. To pierwszy dyskusyjny wątek. Jeśli założymy na potrzeby tego tekstu, że przedmioty mogą być zaklęte i emanować złą mocą, w jakim celu pogromcy duchów gromadzą je we własnym domu? Drugą kwestią jest wywodząca się nie z chrześcijaństwa, ale z pogaństwa wiara w ludzkie dusze błąkające się po świecie. Domy według Sarchiego nawiedzane mogą być nie tylko przez diabły, ale i przez ludzkie duchy. I ostatnia teologiczna nieścisłość, mianowicie zrównywanie wszystkich wyznań. Zdaję sobie sprawę, że każde z nich ma monopol na prawdę i nie ustalimy, kto ma rację, ale taki rodzaj ekumenizmu w kontekście głębokiego przywiązania do ortodoksji, które deklaruje Sarchie, jest osobliwą nieścisłością.

Mamy więc do czynienia prawdopodobnie z literaturą udającą religijną lekturę, napisaną albo na potrzeby filmu, albo – bo rzecz ta ukazała się w USA kilka lat wcześniej – z horrorem, który ma się sprzedać, bo na mieście mówią, że oparty jest na faktach. A fakty przeczą zdrowemu rozsądkowi. Skąd u nowojorskiego policjanta relikwie krzyża z Golgoty? Średniowieczna nadprodukcja relikwii spowodowała, że w każdym zakątku Europy można było na takie trafić, ale przecież mówimy tutaj o fałszerstwie. Jeśli nawet znaleziono by prawdziwe szczątki drewna, to z pewnością nie dostałby ich nowojorski glina. Sarchie zmyśla również, pisząc o odcinaniu drogi duchom. Skoro te są niewidzialne i mogą przenikać przedmioty, czy nie poradzą sobie z blokadami z wody święconej? Droga ucieczki w tym momencie prowadzi w górę przez dach. Jak widać, niekonsekwentne to wszystko i raczej wymyślone, chociaż z pewnością są na tym świecie inne rzeczy, które się filozofom nie śniły.

Ralph Sarchie, Lisa Collier Cool, Zbaw nas ode złego, tłum. E. Stępkowska, wyd. Esprit, Kraków 2014, ss. 439.

1 komentarze:

  1. Film obejrzałam, świetny. A po książkę może sięgnę, na pewno jeszcze lepsza od filmu. Recenzja zachęcająca, panie literacie. Liczę na pożyczkę.

    OdpowiedzUsuń