środa, 22 października 2014

Ewa Winnicka - Angole. Smutek niewolników

Polacy w Anglii to temat niejednego reportażu. Wydaje się, że o naszych rodakach za granicą napisano już więcej niż o jakiejkolwiek innej kwestii społecznej. Było o zjadanych łabędziach, o przestępcach uciekających na obczyznę, z drugiej strony o tym, że dopiero w Londynie można zrobić prawdziwą karierę. Że Polska ogranicza, a Wielka Brytania daje nam skrzydła. Cóż, jednym daje, innym odbiera, jak w życiu. Mamy więc dwie skrajności. Jedni twierdzą, że emigracja to klucz do osobistego i zawodowego powodzenia. Inni patrzą w tamtą stronę z obrzydzeniem, mówiąc, że gdyby mogli, wróciliby do kraju. I nie dogadamy się, bo każdy chce mieć rację. Chwalcy mitycznego Zachodu z pogardą spoglądają na Polskę, a ci, co się sparzyli, widzą przede wszystkim wiele negatywnych stron zagranicy. Od jakiegoś czasu symbolem i archetypem emigracji stała się Wielka Brytania, nazywana w skrócie Anglią. Nasi rodacy są wszędzie, lecz myślowe uproszczenie każe podświadomie widzieć ich właśnie w tym miejscu.

„Angole” Winnickiej są drugim reportażem literackim wydanym przez autorkę. Pierwsi byli „Londyńczycy”, w których dziennikarka opisała specyfikę pierwszej, powojennej emigracji do Wielkiej Brytanii. Teraz pojawia się kolejna pozycja, w której autorski komentarz w zasadzie nie istnieje; dziennikarka oddała głos parudziesięciu Polakom, którzy z różnych powodów i z różnym powodzeniem wyjechali na Wyspy. I niekoniecznie mieszkają w Londynie, w mitycznej Anglii, ale i w Szkocji czy Irlandii Północnej. Rozmówcy Ewy Winnickiej są w różnym wieku, mają różne wykształcenie, pracują umysłowo i fizycznie. Jest lesbijka, ale i dominikanin. Są ci, którzy się na Polskę obrazili i tacy, którzy chętnie by do kraju wrócili. Jednym wyszło i ci chwalą sobie pobyt na Wyspach Brytyjskich. Inni mają dość i brak im pomysłu na siebie. Ciekawie konfrontować ze sobą ten emocjonalny i faktograficzny miszmasz. W tej mozaice faktów da się wychwycić wiele ludzkich losów, z których niektóre bywają dramatyczne, a niektóre niepozbawione humoru.

Dominuje jednak w „Angolach” kilka obserwacji, które wypływają z większości zamieszczonych w nich historii. Faktem jest, że emigracja nigdy nie ma podstaw w ekonomicznym sukcesie. U jej źródeł zawsze leży jakaś mniejsze czy większe niepowodzenie. Pomijam tu kwestię subiektywności takich odczuć, bo co dla jednego jest niskim poziomem życia, drugiego w zasadzie zadowoli. Poczucie osobistej klęski jest więc początkiem każdego wyjazdu na Zachód. A ten obiecuje raj na ziemi, pracę dla każdego, równość, tolerancję i brak tego cholernego, polskiego zaścianka, gdzie na każdym rogu kamienują gejów i lesbijki. Opowieści o zachodniej tolerancji można sobie między bajki włożyć, co dowodzi kilka historii opowiadających o brytyjskich szkołach. Zarówno te elitarne, w których uczą się dzieci middle upper class, tak zwanej wyższej klasy średniej, jak i rejonowe, w których białych ludzi ze świecą szukać (chyba, że są nimi Polacy), to siedliska prześladowań, pobić, oszustw i innych równie ciekawych przewinień. Stąd już niedaleko do stereotypu Anglika. Większość rozmówców reporterki zgodnie przyznaje, że typowy Brytyjczyk to zadęty bufon, z którym nie da się porozmawiać o niczym innym jak o pogodzie. O asymilacji i integracji można więc zapomnieć.

Innym wspólnym punktem tego szeregu historii jest istnienie pewnej bariery, która dla większości emigrantów jest kompletnie nieprzekraczalna. Wielu z nich wydawało się, że znali język. I to całkiem nieźle jak na średnią krajową. Wyjeżdżając tam, nie pamiętali oni jednak o tym, że o różnicach kulturowych świadczą pewne subtelności lingwistyczne, o których na lekcjach angielskiego nie uczą. Że diabeł tkwi w szczegółach. I że jadąc tam, trzeba tak naprawdę uczyć się od nowa. Te niewidzialne dla nas z krajowej perspektywy różnice kulturowe stają się w przypadku wielu rozmówców trudnym problemem, nieraz nierozwiązywalnym. Opisuje również Winnicka mentalne niewolnictwo dużej części emigrantów. Zamknięci we własnych gettach niczym w dramacie „Mrożka” czy w „Szczuropolakach” Redlińskiego, nadużywają alkoholu, otępiają się prymitywną rozrywką telewizyjną i przepracowują. Wpadają w zamknięty krąg, z którego nie wyjdą, ponieważ nawet nie pomyślą, że istnieje inna rzeczywistość. Nie znają języka, bo czym jest te kilka wyuczonych do matury zwrotów? Są niczym szarzy, smutni bohaterowie pozytywistycznych nowelek, których lektura powoduje depresję, ból głowy i niechęć do literatury.

Łatwo powiedzieć za tabloidową propagandą, że to tylko wina polityków. Taka teza w tekście reportażu nie pada wprost, ale widać ją między wierszami. Lesbijka narzeka na polską nietolerancję, pewien antropolog twierdzi, że się wynaradawia i jest mu z tym całkiem dobrze. Skoro jest tak świetnie, skąd wysokie odsetki samobójstw? Skąd poczucie wykorzenienia i braku przynależności? Ci, którym się udało, próbują jeszcze przed dziennikarką udawać zadowolonych ze swojego położenia ludzi sukcesu. Z tym, że badania wykazują, iż emigracja to jeden z bardziej stresujących czynników w życiu człowieka. I mogą o tym zaświadczyć ci, którym w Wielkiej Brytanii się nie udało, lub udało się średnio. A ci, którzy krzyczą głośno, że są tacy świetni i że Polska nic im nie dała, mam wrażenie, że próbują zagłuszyć własną samotność oraz poczucie bycia nieproszonym gościem w świecie, który obcych traktuje niczym bydło z innej planety.

Ewa Winnicka, Angole, wyd. Czarne, Wołowiec 2014, ss. 296.

0 komentarze:

Prześlij komentarz