poniedziałek, 17 listopada 2014

Witold Górka - Byłem gitarzystą Niemena. Bigbitowy Peerel

Życie muzyczne w PRL nie rozpieszczało ani artystów, ani słuchaczy. Normalizacja relacji muzyk – odbiorca zaczęła następować dopiero w latach 80., gdy za sprawą wentylu bezpieczeństwa, jakim był festiwal w Jarocinie, pojawiać się zaczęły zespoły kontestujące zastaną rzeczywistość. Bo rock and roll, który u nas pojawił się dwie dekady wcześniej, buntem wobec władzy nie był. Ta ukuła dla niego nawet grzeczniejsze, niekojarzące się ze zgniłą Ameryką imię: big beat. Czerwone Gitary śpiewające o strachu przed myszami to nie byli The Rolling Stones kontestujący zastany ład i porządek powietnamskiej rzeczywistości. A łobuzerska Karin Stanek to nie balansująca na krawędzi Janis Joplin. Mieliśmy więc własny rockandrollowy świat, rozciągnięty między Odrą a Bugiem, świat, którego zazdrościli nam mieszkańcy ZSRR, Czechosłowacji, czy NRD. Tyle, że to wciąż była namiastka. Świadkiem tamtych dni, narodzin i ewolucji polskiej muzyki rockowej (i nie tylko) jest Tomasz Jaśkiewicz, gitarzysta znany z gry u Czesława Niemena, twórca pamiętnej solówki w utworze „Dziwny jest ten świat”.

I faktycznie dziwnie było. Nie tylko z muzyką, ale z samą piosenką. Po publicznym jej wykonaniu w Opolu w roku 1967 nagrodził ją ówczesny reżimowy minister kultury Włodzimierz Sokorski. Władza, poluzowawszy artystyczną cenzurę w 1956 roku, już zawsze musiała zmagać się z grupami niepokornych grajków, ubierających się po swojemu i wykonujących hałaśliwą i niepasującą do reżimu komunistycznego muzykę. Do Jarocina świetnie sobie z tą kontrolą radzono. I Jaśkiewicz opisuje, na czym polegał los muzyka rockowego, czy mówiąc nomenklaturą peerelowską, bigbitowego. Sama nazwa była rodzajem oszustwa, ale Jaśkiewicz zaakceptował ją, a nawet i polubił. Trudno mu się dziwić, w końcu nie ma co się kopać z koniem, skoro dawało się na nim jeździć przez kilkadziesiąt lat. Dla dzisiejszej młodzieży jego opowieści mogą brzmieć niczym z kosmosu. Bo na przykład, aby grać na scenie, trzeba było przejść weryfikację przed komisją. I w zależności od jej rezultatu dostawało się pozwolenie na publiczne występy, albo nie. Lata, które opisuje Jaśkiewicz, nie były tożsame czasom dzisiejszym, w których idziemy sobie do sklepu, kupujemy instrument, aby za kilka miesięcy wynająwszy klubową salę, zagrać dla publiczności. Nic z tych rzeczy. Od słów pana z komisji zależało być albo nie być takiego grajka. Może i muzykowano po szkołach, czy salach gimnastycznych, ale zdecydowanej większości nie śniło się, że kiedykolwiek wyda się płytę z gotowym materiałem.

Inną specyficzną kwestią, która gdzieś umyka podczas oglądania archiwów na youtube, jest osobliwy wynalazek konferansjera. Takiego jak Konjo na discopolowych pląsach, ale o wiele mniej śmiesznego. Rolą takiego smutnego pana w garniturze było zapowiadanie zespołów, opowiadanie sucharów i kierowanie publiką, aby ta tylko nie wstawała z krzeseł, bo – jak wiadomo – muzyki słucha się na siedząco. Stać i szaleć można w zgniłej Ameryce, a my zgniłą Ameryką nie jesteśmy. Trudno więc było być muzykiem w PRL, a jeszcze trudniej było zarabiać na swoich piosenkach. Obie rzeczy Jaśkiewiczowi się udały. Najpierw jako gitarzyście Chochołów, później – Akwareli i Niemen Enigmatic. Same obserwacje legendy polskiej muzyki nie są w tym wywiadzie – rzece najważniejsze, chociaż dla fanów z pewnością książka ta i tak okaże się ważna. Rozmowa ta, przeprowadzona przez Witolda Górkę, znającego muzyka nie od dziś, jest skrótem całego życia artysty, począwszy od łobuzerskiego dzieciństwa, aż do ostatnich lat. Przyznać jednak trzeba, że niespełna trzysta stron nie jest jakąś powalającą liczbą.

Między innymi z tego powodu niektórych informacji w tym opracowaniu nie ma. Przede wszystkim rzuca się w oczy akcentowana kilkakrotnie apolityczność muzyka. Znamienna dla artystów, wszak nawet Szymborska pisząc peany ku czci panującej partii, polityką się nie interesowała. Niestety, wedle starego powiedzenia, brak politycznego rozeznania mści się na człowieku. Rok 1956, 1968, 1970 są w tym wywiadzie tylko tłem, które niespecjalnie obchodzi opowiadającego. Coś tam się działo, pewnie złego, ale artysta – boża krówka żył w innym świecie. W świecie, w którym zawsze dostawało się paszport, a to do NRD, do Włoch, do Norwegii nawet, aby grać po knajpach. Milczy Tomasz Jaśkiewicz o cenie takiego kompromisu, a przecież wiadomo, że wielu z tych, którzy za komuny za granicę jeździło, spowiadało się potem panom w szarych płaszczach. Ciekawy jestem, czy to również przypadek gitarzysty Niemena, ale ani on sam o tym nie wspominał, ani Witold Górka nie pytał. PRL jest więc tu systemem uciążliwym, ale tylko gospodarczo. Gitary nie można dostać, małe są stawki za koncerty. Społecznie nic takiego się nie dzieje, a w środowisku bigbitowców trwa nieustający karnawał. I nawet groupies się zdarzają. Nikt nie powinien więc dziwić się punkowcom, którzy działali co prawda w reglamentowanej jarocińskiej rzeczywistości, ale jednak potrafili zakrzyknąć przeciw systemowi, że mieli oni w pogardzie całe to środowisko dinozaurów. I mimo faktu, że Niemen wielkim artystą był, muzyka, którą grał, musiała wiązać się z wieloma daleko idącymi kompromisami. Szkoda tylko, że tak mało jeszcze o nich wiadomo.

Tomasz Jaśkiewicz, Witold Górka, Byłem gitarzystą Niemena, GW Foksal, Warszawa 2014, ss. 288.

0 komentarze:

Prześlij komentarz