środa, 8 kwietnia 2015

Charlie LeDuff - Detroit. Zapiski z martwego miasta

Detroit w stanie Michigan to miasto specjalnej troski. Niegdyś stolica przemysłu motoryzacyjnego, siedziba legendarnej korporacji General Motors. Dzisiaj miasto zrujnowanych fabryk i rachitycznego przemysłu. Niegdyś dwumilionowa metropolia, jankeska ziemia obiecana, do której ciągnęły pielgrzymki robotników z całych Stanów. Dziś liczące siedemset tysięcy głów upadające miasto, w którym czterdzieści procent budynków stanowią pustostany. Niegdyś przestrzeń zaludniona głównie przez białego człowieka, w której czarnoskórzy obywatele USA mieścili się w dziesięciu procentach. Dziś proporcje te zostały odwrócone, biali uciekli poza Detroit, w ścisłym zaś centrum króluje mentalność getta przyniesiona przez afroamerykańską subkulturę nic nierobienia i wyciągania zasiłków. Detroit nosi też niechlubny tytuł amerykańskiej stolicy zbrodni. Jest miastem, w którym roczna liczba morderstw jest większa niż dni podczas dwunastu miesięcy i przekracza już cztery setki. Proszę Państwa, witamy w Detroit w stanie Michigan. Udajecie się tam na własne ryzyko.

W 2013 roku miasto zbankrutowało, czym przypieczętowało swój smutny los, będący rewersem przysłowiowego amerykańskiego snu. Tutaj widać doskonale, jak ten sen może się kończyć. Zwłaszcza, gdy opiera się na polityce rozdawnictwa zasiłków, rozdmuchanej pomocy socjalnej, a lokalni przedsiębiorcy lekceważą zmiany, które dokonują się na rynku. Najpierw mieliśmy zemstę Japończyków, czyli zalew USA samochodami z Kraju Kwitnącej Wiśni. Dzisiaj – ekspansję Państwa Środka, która na całym świecie zachwiała gospodarczą pychą i pewnością, że to, co dane, będzie trwać wiecznie. Niestety, nic nie trwa w nieskończoność, o czym boleśnie przekonało się właśnie Detroit.

Niczym samotny rycerz z „Ballady o krzyżowcu”, przybywa do miasta dziennikarz Charlie Leduff, urodzony tutaj, ale przez długie lata pracujący w „New York Timesie”. Jego czyn jest tyleż szlachetny, co szalony. Wynika może ze znudzenia sytą metropolią, a może z nostalgii, tęsknoty za pozostawioną tutaj całą najbliższą rodziną. W każdym razie Leduff wraca do miasta, w którym się wychował, a my zaraz poznajemy pokręcone i tragiczne losy jego najbliższych. Dzięki temu powstaje dość specyficzny reportaż. Wiadomo nie od dzisiaj, że reporter powinien się schować za innych, pozostawać niewidoczny, nie eksponować własnego ja. Tutaj nic się nie zgadza. „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” na pierwszym miejscu stawia dziennikarza. Charlie Leduff, odmieniając się przez wszystkie przypadki, jest najważniejszym, obok upadającego miasta, bohaterem swojej opowieści. Ale to, co drażni u innych, o dziwo, u amerykańskiego żurnalisty w ogóle nie przeszkadza. Pewnie dlatego, że główna postać jest ironiczna, nie oszczędza nikogo, w tym siebie. Nie epatuje płaczliwością, narzekając na los biednego żuczka, który musiał wrócić do koszmaru, ale niczym u Steinbecka pisze szorstko: brutalnie i wulgarnie.

Poznajemy więc portret Detroit przefiltrowany przez spojrzenie skrajnie subiektywne, czego autor wcale nie kryje. Śledzimy z nim sprawę nieuczciwego burmistrza, który ma na koncie defraudacje publicznych pieniędzy oraz seksafery (skąd my to znamy?). Patrzymy na smutne losy rodziny Leduffa, w tym tragiczną śmierć siostry autora. Ten ostatni się nie oszczędza; jest mieszkańcem miasta, więc nie ucieka od tego, co Detroit swoim mieszkańcom zabiera. Stosunek do śmierci jest zresztą w metropolii tej znamienny. Wiele rodzin nie ma pieniędzy, aby odbierać z kostnic ciała bliskich zmarłych. W rezultacie erodują więzi rodzinne. Nie jest niczym osobliwym odnajdowanie na ulicach anonimowych zwłok, do których nikt się nie chce przyznać. Puste kwartały dzielnic są podpalane, giną w nich strażacy, którym brakuje na nowy sprzęt, a papier toaletowy muszą do remizy przynosić osobiście, bo w budżecie nie ma pieniędzy. Detroit przypomina więc bardziej miasta w RPA, niż amerykańskie, znane szczególnie z filmów obrazy ze szkła i betonu.

Czytając reportaż Leduffa, nie można jednak odgonić wrażenia, że oto autor pretenduje do bycia amerykańską Elżbietą Jaworowicz. Ta ostatnia histeryzuje i wyolbrzymia. Spojrzenie na miasto jedynie z perspektywy biedy Murzynów, podpaleń, morderstw, prostytucji i politycznych afer lokalnych nie może być siłą rzeczy kompletne. „Sekcja zwłok Ameryki” zdaje się przedstawiać obraz powiększony pod lupą, niczym w powieściach dziewiętnastowiecznego naturalizmu. Bo z jednej strony czasy mamy podobne jak ponad sto lat temu, z drugiej zaś dziś nikt w USA z głodu nie umiera, a osiem dolarów za godzinę pracy to marzenie większości Polaków. Z pewnością poziom przestępczości jest nieznany na naszym krajowym podwórku, nawet w tych miejscach, w których diabeł mówi dobranoc. Nieznane są również czarny rasizm i nienawiść Afroamerykanów do białego człowieka. Nie ma również w Polsce miast, w których prawie połowa budynków stoi pusta. To, co opisuje Charlie Leduff, nie jest jednak zupełnie obce. Upadek przemysłu, puste hale produkcyjne, bezrobocie i poczucie beznadziei to wszystko znana nam niewesoła piosenka, którą śpiewamy od czasu nastania demokracji.

Charlie Leduff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, tłum. I. Noszczyk, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 294.

4 komentarze:

  1. W tym wypadku już sam tytuł brzmi zachęcająco (recenzji, nie książki). Dystopia w rzeczywistym świecie. Przerażające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, to miasto jest jedyne w swoim rodzaju. Dzięki za opinię.

      Usuń
  2. Właśnie jestem w trakcie czytania tek książki. Polecam. Czyta się ją szybko, napisana przystępnym językiem. Niestety, smutna. Detroit to miasto widmo. Tylko współczuć jego mieszkańcom. Z pewnością przeczytam ją do końca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skończyłam czytać ten reportaż. Recenzja idealna, oddaje w pełni charakter książki. Może autor rzeczywiście niektóre rzeczy nieco wyolbrzymia, ale z drugiej strony ma do tego prawo. Przecież Detroit, to jego rodzinne miasto.
    Co do ostatniej frazy, bardzo mi się podoba, bo to święta prawda. Demokracja zniszczyła wiele miast i wsi, i życie ich mieszkańców. Gdzie szukać winnych?

    OdpowiedzUsuń