wtorek, 26 maja 2015

Krzysztof Potaczała - Bieszczady w PRL-u 2. Bieszczadzkim traktem

Bieszczady – kraina włóczęgów, utracjuszy, wyludniona po wojnie z powodu akcji Wisła. Terytorium, do którego prawa roszczą sobie ukraińscy nacjonaliści, wyrzuceni z publicznego dyskursu skutkiem politycznej poprawności. Miejsce, które przed 1945 rokiem zaludnione było gęściej niż dzisiaj, w epoce smartfona i komputera z nadgryzionym jabłkiem. Miejsce romantyczne, pełne ciekawych, niekiedy niesamowitych opowieści. Aż prosiło się o reportaż. I stało się tak kilka lat temu, gdy Krzyszrtof Potaczała wydał pierwszą część „Bieszczadów w PRL-u”. Seria okazała się płodna i obok części drugiej, która jest przedmiotem tego tekstu, w ostatnich tygodniach ukazała się również część trzecia. Czy będą następne? W każdym razie materiału jest sporo i warto sięgnąć po wszystkie z wymienionych. Autor znany jest już z biografii legendy punk rocka, ustrzyckiego KSU, teraz zabiera nas w podróż po górach.

Nie mamy do czynienia z przewodnikiem turystycznym, próżno szukać w tym zbiorze opisów górskich szlaków czy architektonicznych atrakcji. Nie są też „Bieszczady w PRL-u” kompilacją, skądinąd ciekawych, legend i ludowych opowieści. Głównym bohaterem tych reportaży jest człowiek. W każdej niemal odsłonie. Mamy więc wspomnienia o komunistycznym generale Świerczewskim, a co ciekawsze, krótkie dzieje jego muzeum w Jabłonkach, które w upadającej Polsce Ludowej stało się oczkiem w głowie jaruzelskiej władzy. Opowiada kustosz placówki, że dosłownie po kilku latach, po Okrągłym Stole, została ona zamknięta. Dziwne, że premier Mazowiecki tutaj nie zastosował swojej polityki grubej kreski, którą uratował od społecznej infamii tysiące sowieckich szpiegów i byłych esbeków. Okazało się, że tę rzecz można poświęcić. Pomnik w Jabłonkach stoi nadal i nie zanosi się na jego demontaż.

Są również w tej książce obecni młodzi marksiści, naiwne komunistyczne, lewackie studenciny organizujące się na Otrycie wokół Chaty Socjologa. Potaczała okazuje się rasowym reporterem, bo słucha swoich rozmówców, nie oceniając ich wyborów. Takie czasy – zdaje się mówić i osąd zostawia swoim czytelnikom. Bieszczady nie istnieją w tych tekstach tylko jako tło do politycznych zmagań, są miejscem, które w epoce gierkowskiej przyciąga robotników z całego kraju. Powstaje tutaj kombinat drzewny w Ustrzykach Dolnych, jeden z większych w regionie. gigant, który eksportuje swoje wybory za granicę. Jego losy są jednak smutne i stają się symbolem większości polskiego przemysłu, rozmontowanego kilkoma decyzjami w latach 90. Ruiny kombinatu straszą do dzisiaj. Jednym z bardziej egzotycznych pomysłów gospodarczych, opisanych na kartach „Bieszczadów w PRL-u”, jest wojskowy PGR, prowadzony z powodzeniem przez oddelegowanych do tego celu żołnierzy. Ci, powołani na dwa lata do służby zasadniczej, ponoć wstydzili się swojego zajęcia, ale mieli lżej niż tradycyjne jednostki poligonowe.

Bieszczady w PRL to nie tylko reżim i jego słudzy. To również miejsce, w którym w ciągu jednej nocy wybudowano kościół. Ciekawe, czy budowa ta trafiła do Księgi Rekordów Guinessa, bo – trzeba to przyznać – świątynia postawiona w Nowosiółkach koło Baligrodu – a raczej tempo jej montażu i cała konspiracja, musiała robić wrażenie. I robią do dziś, tym bardziej, że w przesłuchaniach nikt nikogo nie wsypał. Obowiązywała bowiem zasada trzech małpek: nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie powiem. Udało się, władze kościoła nie rozebrały. Jeszcze innym ciekawym wątkiem opisanym w zbiorze jest kwestia linii kolejowej Zagórz – Przemyśl, która prowadziła przez terytorium Związku Sowieckiego. Pasażerom nie wolno było otwierać okien, fotografować, tym bardziej niczego wyrzucać na zewnątrz. Jeden papierek za oknem skutkował kilkugodzinnym postojem i drobiazgowym śledztwem. „Winnych” nie zawsze dawało się ustalić, system wówczas już dogorywał. Co ciekawe, linia ta czynna była aż do roku 2010, gdy ZSRS dawno już nie było. Prowadziła przez Ukrainę.

„Bieszczady w PRL-u” to zbiór historii, śmiesznych, jak ta o pociągach pod specjalnym nadzorem, zaskakujących, jak ta o pracach nad bombą wodorową – naturalnie, prowadzonych w Bieszczadach, ale przede wszystkim bardzo ciekawych. Specyfika tego regionu, jednego z najbiedniejszych w Polsce, jest na tyle interesująca, że jeszcze dzisiaj przyciąga autsajderów, wyrzutków, melancholijnych wędrowców, a przede wszystkim ciekawych ludzi, z których każdy stanowi osobną opowieść.

Krzysztof Potaczała, Bieszczady w PRL-u. Część druga, wyd. Bosz, Olszanica 2013, ss. 247.

5 komentarze:

  1. Czasy PRL to moje dzieciństwo, nie wspominam ich źle. Zdaję sobie sprawę, że niektórym te czasy zdrowo dopiekły. Czy 1 i 3 część reportaży też przeczytałeś? Pochwała za kunszt literacki dla ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieciństwo zazwyczaj wspomina się dobrze, jakiekolwiek by ono nie było. Jedynki i jeszcze nie czytałem, zabiorę się za nie wkrótce. I raz jeszcze dziękuję za opinię.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. Niestety, jako autor jestem kiepska i omyłkowo usunęłam komentarze. Zazdroszczę młodzieży, którą uczysz. Myślę, że będę wierną czytelniczką tego bloga. To sama przyjemność.

      Usuń