poniedziałek, 8 czerwca 2015

Marcin Kołodziejczyk - Dysforia. Ci straszni mieszczanie

Istnienie mieszczaństwa w Polsce jest kwestią dyskusyjną. Tak samo jest z klasą średnią. W czasach komunizmu ani jedno ani drugie nie istniało, bo przecież nie ma sensu liczyć kilku promili tak zwanych wyższych sfer, tej warszawki, która rozpycha się łokciami w coraz bardziej historycznych opowieściach, a która tak naprawdę z perspektywy całego kraju nie była niczym ważnym. Od początków przemian ustrojowych minęło niespełna trzydzieści lat, a to co się urodziło i pretenduje do miana sfer wyższych niż proletariackie, jest groteską w formie czystej. W dzisiejszej rzeczywistości III RP prym nadają wykorzenione i goniące za wszelakimi zachodnimi modami jednostki, którym wydaje się, że dzięki temu są oryginalne i wolne. Dziś każdemu wolno myśleć, że jest wolny – głoszą słowa zamieszczone z tyłu okładki „Dysforii” Marcina Kołodziejczyka. Ten zbiór ni to reportaży, ni to opowiadań, celnie punktuje wszystkie najważniejsze cechy dzisiejszych mieszczan. Lemingi te sportretowane są jeszcze mocniej i odważniej niż w prawicowej prasie, a za ich niewesoły obraz odpowiada dziennikarz związany z „Polityką”.

W swoim poprzednim tekście zatytułowanym „B. Opowieści z planety prowincja” autor opisywał wstydliwe albo nieznane z perspektywy Warszawy rejony Polski, zwane najczęściej Polską B. Teraz bierze się za bary z samą stolicą, a dokładniej – z ludźmi, którzy ją zamieszkują. I chociaż nie do końca zbiór tych krótkich form koncentruje się na sferach pretendujących do wyższej klasy średniej, to właśnie one wiodą prym w „Dysforii”. Sam tytuł, za Słownikiem Języka Polskiego, oznacza objaw zaburzeń psychicznych polegający na reagowaniu rozżaleniem, złością i agresją na stosunkowo błahe bodźce. I fakt ten łączy bohaterów książki Kołodziejczyka. Są wkurzeni na świat, w którym żyją. Niektórzy z nich pod względem materialnym mają się świetnie. Narzekają jednak na nieudane życie rodzinne, niesprawiedliwość zdominowanych przez kobiety sądów rodzinnych, niedouczonych, zatrutych ideologią psychologów. Ich high-life nie dał im niczego cennego, za czym warto by pójść. Chcieliśta kapitalizmu, to go mata – zdaje się mówić autor.

Zresztą język tych kilkunastu tekstów zasługuje na osobną uwagę. Jako reporter, pracujący od osiemnastego roku życia, autor obdarzony jest słuchem absolutnym. W związku z tą umiejętnością bardzo sprawnie kreuje i odtwarza swoich bohaterów. Ci zaś nie mówią za pośrednictwem dialogów, ale najczęściej mowy pozornie zależnej. Narrator-autor mówi ich językiem, jeśli ci kaleczą polszczyznę, on robi to również, jeśli wplatają do swoich wypowiedzi modne słowa, te wszystkie eventy, account managery czy junior executivy, idzie w ślad za nimi. Postacie „Dysforii”, mówiąc, tworzą niezamierzone efekty komiczne. Dzięki kilkunastu słowom udaje się Kołodziejczykowi spunktować warszawkę lepiej niż setki poważnych, prawicowych artykułów. Mała próbka: jak oni jej gdzieś powiedzą na mieście, w kawiarni przy bezkofeinowej frappe-srappe, z posypką z czekolady o neutralnej zawartości kakaa, że powstał kościół wyznawców kotleta, który będzie, no nie wiem, wspierać feminizm, to ona będzie tam należeć. Takich smaczków jest w „Dysforii” mnóstwo.

Dostaje się więc przede wszystkim tym wszystkim metropolitarnym snobom, którzy czytając Paulo Coelho, wierzą, że to psychologia, a słuchając Kenny’ego G., myślą, że to jazz. Pakiety poglądów, które przyjmują, są absolutnie politycznie poprawne. Jest w nich miejsce na feministyczny i psychologiczny dyskurs społeczny, wrażliwość na cierpienie zwierząt, wczasy w Egipcie czy Wyspach Kanaryjskich, i last but not least, lekturę „Gazety Wyborczej”. Ci dorośli ludzie, tak na oko trzydziestolatkowie, są niedojrzali, spędzają czas na fejsbuku i grają na smartfonach w Angry Birds. Ich związki wypalają się moment po starcie, ich dzieci są tresowane szkółkami tańca, pianinami, skrzypcami i dżu-dżitsu. Autor na szczęście komentarza nie pozostawia, bo przykłady strasznych mieszczan, które pokazuje w „Dysforii”, mówią same za siebie.

Warszawskie realia opisane przez Kołodziejczyka to nie tylko świat tabletów i hond. Bohaterowie niektórych tekstów to ludzie zanurzeni w poprzednim systemie. Albo niedopasowani do niego i odsunięci na boczny tor, albo konformiści, którzy zmieniają partie polityczne – od tej robotniczej do obywatelskiej. Są też reminiscencje z peerelowskiego dzieciństwa. Czytając szczególnie te momenty, nie mogłem odeprzeć wrażenia, że w podobny sposób już ktoś pisał. Mam na myśli Marka Nowakowskiego i nie czynię autorowi zarzutu, bo przecież nie ma tutaj mowy o żadnym plagiacie. Podobieństwem jest warszawskość tej prozy i umiejętność słuchania. Kołodziejczyk jedną nogą znajduje się jeszcze w reportażu, drugą zaś w prozie fabularnej – trudno oddzielić jedno od drugiego. „Dysforia” jest trafioną diagnozą metropolitarnej tkanki społecznej w państwie postkolonialnym. Jak mówi jeden z bohaterów: tu jest miasto, tu ludzie robią sobie krzywdę, jeśli się zbyt do siebie zbliżą.

Marcin Kołodziejczyk, Dysforia. Przypadki mieszczan polskich, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2015, ss. 285.

4 komentarze:

  1. Dysforia to straszny stan ducha. Pewnie nie przez przypadek wyraz ten znalazł się w tytule tej publikacji. Recenzja świetna, pisana swobodnym i bogatym słownictwem. Z pewnością sięgnę po tę lekturę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Lektura ciekawa, zawsze mogę pożyczyć. Dziękuję za opinię!

      Usuń
    2. No cóż, nie ukrywam, że liczę na pożyczki. Moją opinię skrytykował mój syn, artysta, pojechał po mnie strasznie!

      Usuń