piątek, 12 czerwca 2015

Christian Eisert - Tydzień w Korei Północnej. Wakacje w Mordorze

Na wczasy i wycieczki można pojechać prawie wszędzie. Naturalnie, czekają na spragnionych odpoczynku turystów tysiące miejsc w Polsce. Miłośników wypraw zagranicznych, tych bardziej leniwych, zapraszają Egipt, Tunezja, Wyspy Kanaryjskie, a ci preferujący turystykę czynną mogą jeździć chociażby na Ural, do Nepalu, czy nawet do Afryki, w rejony Kilimandżaro. Są również tacy, którym nie wystarcza zwykła podróż, ci muszą dostać zastrzyk adrenaliny. Bez niego ani rusz, krew płynąć będzie leniwie, a nuda wnet zmęczy i pozbawi entuzjazmu. Aby życie miało smaczek… hej do Auschwitz weź plecaczek – chciałoby się zaśpiewać niektórym z turystów ekstremalnych, tym specyficznie zblazowanym gościom, których nic już nie zdziwi, a podniecić może tylko oglądanie wojny, skrajnej nędzy czy reżimu totalitarnego od środka. Jakby książki nie wystarczyły. Nie, im potrzeba pożywić się na ludzkiej niedoli i osobiście pokręcić bekę z ludzkich wraków, żyjących w permanentnym lęku przed terrorem władzy. Szczerze, nie rozumiem, co może być w tym pasjonującego. Ale od początku.

„Tydzień w Korei Północnej” to właśnie zapis takiej specyficznej wyprawy, na którą udał się niemiecki dziennikarz Christian Eistert. Motywację dziennikarza rozumiem, bo zdaję sobie sprawę, że pisanie o dowolnej tematyce jest bardziej wiarygodne, gdy pewne fakty pozna się z autopsji. Poza tym istnieją czytelnicy, którzy interesują się kwestiami KRLD. Dla nich każdy okruch wiedzy będzie cenny, tym bardziej, że nadal wiemy niewiele. Dopisek do tytułu tego reportażu brzmi „1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata”. Czy jest Korea Północna krajem najdziwniejszym, nie wiem. Prowadzenie takiego rankingu jest zresztą bezcelowe. Z pewnością Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, bo tak zapisuje się pełną nazwę tego państwa, należy do krajów najbardziej zbrodniczych. Tutaj już za posiadanie Biblii grozi kara śmierci, a odpowiedzialność za antypaństwowe występki, do których należy na przykład zgięcie gazety na zdjęciu któregoś z przywódców, dotyczy nie tylko „przestępcy”, ale całej jego rodziny w trzech pokoleniach. Niełatwo więc zauważyć, że kraj taki nie może być normalny. Określanie go mianem dziwnego trochę zaciemnia perspektywę, ponieważ sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z Monty Pythonem albo innym kabaretem. Natomiast nie ma niczego kabaretowego w masowych egzekucjach, powszechnym i obowiązkowym donosicielstwie czy łamaniu podstawowych praw człowieka.

Kraj, w którym pięć procent ludności siedzi w łagrach, gdzie dokonuje się eksperymentów biologicznych i torturuje niewinne istoty nie powinien być więc atrakcją turystyczną. Jest w tym fakcie coś głęboko antyludzkiego i najzwyczajniej w świecie nieprzyzwoitego. Eisert, jak wspomniałem, może być usprawiedliwiony, ponieważ on tylko wciela się w globtrotera, który zawędrował do Korei Północnej. I, jak wszyscy inni turyści, obejrzał sobie matrix. Matrix składający się z całkiem porządnych posiłków, pokoi hotelowych, ze ściśle wytyczonych tras, na których trzeba obejrzeć miejsca związane z Kim Ir Senem i Kim Dzong Ilem, wysłuchać pogadanek oraz ileś razy skłonić się przed pomnikiem Wiecznego Przywódcy, który państwem tym rządzi zza grobu od 21 lat. Z wytyczonych tras nie wolno zbaczać, zresztą dbają o to aniołowie stróże ze służby bezpieczeństwa, którzy takiego turysty nie odstąpią o krok i pójdą z nim nawet do toalety, jeśli będzie to konieczne. W tym miejscu aż się prosi o zacytowanie punkowego klasyka, utworu Dead Kennedys – „Holiday in Cambodia”. Jello Biafra, wokalista grupy, w sarkastyczny sposób wyśmiewał w nim świat Zachodu pozornie przejęty sytuacją w Kambodży, i w domyśle – we wszystkich państwach rządzonych poprzez terror. I jeśli wydaje się Wam, P.T. Czytelnicy, że człowiek to istota, która tych najważniejszych granic przyzwoitości nie jest w stanie przekroczyć, jesteście w błędzie. Założyłbym się o sporą kwotę, że znaleźliby się i tacy, którzy gotowi byliby wydać tysiące dolarów za jakieś rekonstruowane pobyty w obozach zagłady. Bo przecież adrenalina, wow, taka ważna. I przekraczanie granic. I wolność wyboru.

Trzeci raz wspomnę, że tłumaczę dziennikarza, bo pojechał tam po fakty, ale nie mogłem nie czuć satysfakcji, kiedy cały spanikowany często wspominał, że za chwilę go aresztują. Autor, oprócz opisywania Korei Północnej, z której ujrzał dokładnie tyle, na ile mu pozwolono, histeryzował, bał się nie tylko tego dziwnego kraju, dziwnych ludzi i dziwnych sytuacji, ale również wody, jedzenia i egzotycznych chorób. Jeśli tak wygląda dzisiaj niemiecki duch, wypada się cieszyć. Zresztą dla tych, którzy przeczytali więcej niż trzy pozycje książkowe dotyczące KRLD, fakty podawane przez reportera będą bardziej niż znajome. Tutaj ciekawy jest przede wszystkim ten turystyczny punkt widzenia, a zaryzykuję stwierdzenie, że jeszcze ciekawszym, chociaż powodującym estetyczne mdłości, jest wątek osobisty autora. Christian Eisert bowiem koncentruje się na sobie i to w takich momentach, w których absolutnie nie powinien. Opisuje własne lęki, traumy, strachy, te małe i te duże i oto staje się nie reporterem, a wypacykowanym, wyniańczonym produktem państwa opiekuńczego. „Tydzień w Korei Północnej” staje się więc mimowolnie dziennikiem z podróży, którego autor coraz bardziej budzi niechęć, a nawet i odrazę. Po co jechał? – zapytać by można.

Początkujący czytelnik wyciągnie z tej pozycji garstkę ciekawostek, niewolnych od kontekstu historycznego. Dziennikarz odrobił więc lekcję i przygotował garść najbardziej potrzebnych faktów, aby jego pisanie nie było tylko kartką z pamiętnika podróżnika. Czytelnik zaawansowany – cóż, może i sięgnie, ale niczego nowego się raczej nie dowie. Pozostaje przyglądać się zagubionemu w północnokoreańskiej rzeczywistości dziennikarzowi - turyście. It's a holiday in Cambodia. It's tough, kid, but it's life. It's a holiday in Cambodia. Don't forget to pack a wife.

Christian Eisert, Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata: reportaż z podróży, tłum. B. Nowacki, wyd. Prószyński i s-ka, Warszawa 2015, ss. 372.

1 komentarze:

  1. KRLD to państwo fanatyków, a wszystko co my uważamy za odrażające i nieludzkie oni uznają za normy społeczne. Tak zostali wychowani i tak im zostało. Nie chciałabym pojechać do takiego kraju, bo i po co. Nie ma tam dla mnie nic ciekawego, strata czasu. Recenzja godna uwagi, jak zawsze. Pewnie nie sięgnę po tę lekturę, bo wypożyczalnia, chyba, zamknięta.

    OdpowiedzUsuń