wtorek, 11 sierpnia 2015

Stefan Krukowski - Byłem kapo. W niemieckim obozie

Literatura obozowa to ważny element polskiego piśmiennictwa powojennego. Zarówno ta opisująca losy Polaków w ZSRS, jak i w niemieckich (nie nazistowskich) obozach koncentracyjnych. Losy te, przypominane na kartach wspomnień, łączy kilka elementów: wola przetrwania, ogromne cierpienie, niezgoda na panujący totalitarny porządek. Jest jeszcze coś, pewien element wstydliwy, przywoływany mimochodem, czynnik, który umożliwiał fizyczne ocalenie. Wiadomo, że głodowe racje żywnościowe, które otrzymywali więźniowie, obliczone były na powolne umieranie. Aby przeżyć, trzeba było „organizować”, czyli albo kraść innym, albo w taki sposób ułożyć sobie stosunki z oprawcami, aby dostać więcej. W świecie wolności politycznej i sytych brzuchów czyny takie łatwo potępiamy, w sytuacjach ekstremalnych wydają się one niezbędne do przetrwania. Jest to więc element rzeczywistości lagrowej (lub łagrowej), który występuje w każdym wspomnieniu z okresu niewoli niemieckiej lub radzieckiej. Nie inaczej jest w memuarach Stefana Krukowskiego.

Wydane pod prowokacyjnym tytułem wspomnienia Krukowskiego dobitnie pokazują niełatwą prawdę: bez układania się z Niemcami, bez cwaniactwa, sprytu i siły fizycznej obóz pracy stawał się obozem zagłady. Autor, jak sam pisze, przeszedł każdy etap lagrowej egzystencji: leżał nawet pod barakiem jako muzułman – niezdolny do pracy, nadający się według Niemców tylko do komory gazowej. Jednak, jako bardzo młody, bo niewiele ponad dwudziestoletni człowiek, znający w dodatku język niemiecki, był w stanie piąć się po szczeblach „kariery” tej specyficznej organizacji, którą był obóz koncentracyjny. Tym miejscem jest Mauthausen – obóz wybudowany na terenach Austrii, już po Anschlusie, w 1938 roku. Warunki panujące na tych terenach są tym bardziej nieprzyjazne, bowiem miejsce to leży w oddziaływaniu ostrego alpejskiego klimatu, który powoduje krótkie, upalne lata oraz srogie, długie zimy. Głównym zadaniem większości więźniów było pozyskiwanie surowca w pobliskich kamieniołomach, można więc sobie wyobrazić, jaki trud był z tym procederem związany. Gdy do tego doliczymy głodowe porcje żywnościowe i sadystycznych oprawców, obraz staje się kompletny.

Na zdjęciach z wyzwolenia obozu przez Amerykanów zobaczyć możemy wychudzonych do granic możliwości więźniów, skórę i kości czyli obraz, który wszyscy doskonale znamy chociażby z lekcji historii. Jeśli przeżyło się w takim miejscu, nie sposób było wyglądać inaczej, chyba że… No właśnie, Stefan Krukowski. To balansowanie na granicy moralności pozwoliło mu na większe racje żywnościowe, lepsze traktowanie przez Niemców, a w końcu na pracę pod dachem i to nie byle gdzie, bo w magazynie umundurowania SS. Pisze autor, że jego szczęśliwy los stał się nie tylko ucieczką od obozowego piekła, ale powinnością, która po nagięciu sporej liczby przepisów pozwoliła mu na pomoc tym, którzy znajdowali się w sytuacji znacznie gorszej. Do baraków Mauthausen dostarczano porcje żywnościowe, ubrania, buty. Ciekawy był sposób postarzania tych ostatnich, aby nikt nie zorientował się, że więzień chodzi w nowym obuwiu przeznaczonym dla rasy panów. Wstrzymajmy się jednak z negatywną oceną, jeśli ktoś miałby akurat taki pomysł, bo z punktu widzenia najedzonego człowieka może to, co robił Krukowski, było niemoralnym kompromisem. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego nasze oceny są nieadekwatne. Bo, co prawda Krukowski niejednokrotnie gawędzi sobie z esesmanami, je i sypia lepiej niż większość, ale czy przestaje się bać?

Jest jeszcze jedna rzecz, która, w tych wspomnieniach ukazuje się dość dobitnie. Jest nią brak politycznej poprawności, jeśli chodzi o sprawstwo Niemców. Tu nikt nam nie pisze o nazistach, nazistowskich czy wręcz polskich (co byłoby już kompletnym absurdem ze względu na lokalizację Mauthausen) obozach śmierci. Trzeba przyznać, że PRL, chociaż zakłamany i niezauważający drugiego agresora, w stosunku do Niemców był uczciwy. Czy fakt ten bardziej obciąża Polskę Ludową, czy nasze czasy, pozostawiam refleksji czytelników. W końcu pierwsze wydanie „Byłem kapo” ukazało się w środku epoki gomułkowskiej, w 1963 roku, a wydawcą, podobnie jak dzisiaj, była ówczesna najbardziej reżimowa oficyna księgarska – Książka i Wiedza.

Stefan Krukowski, Byłem kapo, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2014, ss. 269.

1 komentarze:

  1. Grzesiuka czytałam, więc to jest kolejna obowiązkowa pozycja. A Ty nadrabiaj zaległości. ;)

    OdpowiedzUsuń