poniedziałek, 4 lipca 2016

Death Angel - The Evil Divide. Pochwała różnorodności

Dawno, dawno temu nie było roku, w którym wyszłoby tyle bardzo dobrych thrashmetalowych albumów. Bo umówmy się, thrash metal najlepsze lata ma już za sobą, a jest to przełom 80. i 90. lat XX wieku. I jeśli wliczymy tutaj krótkie zmartwychwstanie gatunku w roku 2004, w którym ukazały się świetne płyty Exodusa i Death Angel, w zasadzie będzie na tyle. Nie bez przyczyny wymieniam tutaj tę drugą kapelę, która w 2004 roku powróciła z niebytu niezwykle udanym albumem zatytułowanym „The Art of Dying”, bo dziś kilka słów poświęcić chcę najnowszemu wydawnictwu tych Filipińczyków (przy niewielkim udziale Amerykanów z USA). „The Art of Dying” był powrotnym materiałem muzyków, na którym ci doskonale oddali to, o co chodzi w niezbyt brutalnym, ale urozmaiconym thrash metalu. I niestety, kolejne albumy rozczarowywały, ponieważ zamiast kontynuować myśl zawartą na powrotnym wydawnictwie, skupiały się na – co prawda – energetycznym i czadowym graniu, zapominając nieco o jego atrakcyjności. Wydawane później albumy Death Angel były więc mocne, parły do przodu niczym czołg, ale okazywały się ciut monotonne.

I to zmieniło się w roku 2016, który, jak wspomniałem, dość zaskakująco okazał się bardzo łaskawy dla zespołów thrashmetalowych, szczególnie tych drugoligowych, albo tych, z których dworowano, że ich członkowie zamiast w skórzanych kurtkach fotografowali się w krótkich spodenkach we wszystkich kolorach postępowej tęczy. Nie wiem, czy śmiano się z Death Angel, ale z pewnością metalowi konserwatyści podejrzliwie patrzyli na kapelę, która wydawała takie albumy jak „Act III”, na którym nie stroniła od rockowych ballad i funkowych rytmów, a potem przepoczwarzyła się w jawnie rockowy The Organization. I gdzie są teraz ci śmieszkowie, kiedy Death Angel, wydając „The Evil Divide”, dowodzi, że nie ma żadnych kompleksów i gra tak, jakby gatunek, którym jest thrash metal, nigdy nie przeżywał żadnego kryzysu?

„The Evil Divide” to dziesięć utworów odegranych w czasie trzech kwadransów. To chyba optymalna liczba kawałków i optymalny czas trwania takiej płyty. A że znów do utworów grupy wkradła się różnorodność i wyparowała z nich monotonia, albumu tego słucha się doskonale. Odkrywcze granie to nie jest, ale w zamian oferuje słuchaczowi mnóstwo energii. Tym bowiem właśnie powinna charakteryzować się każda płyta zawierająca ostre granie, czy to heavy metal, czy thrash, czy punk rock. Nie ma mowy o nudzie, gdy po dwóch początkowych petardach, czyli utworach „The Moth” i „Cause for Alarm”, pojawia się patetyczny i bardzo melodyjny „Lost”. Nie ma mowy o nudzie, gdy po akustycznej kodzie kończącej „Father of Lies” pojawia się skoczny, prawie punkowy „Hell to Pay”. Gdzie tu miejsce na nudę, gdy grupa niezwykle umiejętnie operuje kontrastami, łącząc ciszę i obłędne czady? Dodać do tego trzeba melodyjne, rockandrollowe solówki i „The Evil Divide” staje się dziełem kompletnym. Tę różnorodność zapewniają również wokalizy Marka Oseguedy, który jak trzeba, wrzeszczy, ale nie stroni od bardziej melodyjnych zaśpiewów.

Słowo należy się również produkcji płyty, która zrealizowana została pod czujnym wzrokiem Jasona Suecofa i Roba Cavestany – gitarzysty kapeli. „The Evil Divide” brzmi bardzo organicznie, chociaż poddany został cyfrowej produkcji. Nie jest to ani piwniczne, staroświeckie brzmienie, ani przeprodukowany potworek, które co rusz wypluwają z siebie zespoły metalcore’owe. Takie głębokie, naturalne, choć nowoczesne brzmienie idealnie sprawdza się w thrash metalu, czyli w muzyce, która łączy ze sobą solidną porcję energii z melodyjnością.

Dobrze zespołowi zrobił ten lifting, któremu muzycy poddali swoje dźwięki. I nawet gdyby kolejne płyty kapeli znów miały być powrotem do mało finezyjnego, dość monotonnego grania, „The Evil Divide” na zawsze pozostanie w jej karierze jako płyta niezwykle udana. A jeśli w dodatku kończy się ona takim numerem jak „Let the Pieces Fall”, trzeba zdjąć czapki z głów. Dobrze więc posłuchać płyty, która od początku do końca trzyma w napięciu, a kończy się zaś tak, że chce się ponownie nacisnąć przycisk start. Death Angel w tegorocznym thrashu – póki co – nie mają sobie równych.

Death Angel, The Evil Divide, Nuclear Blast 2016.

0 komentarze:

Prześlij komentarz