piątek, 6 stycznia 2017

Jacek Kowalski - Sarmacja. Obalanie mitów.

Gdyby wszyscy pisali o epoce staropolskiej tak, jak czyni to Jacek Kowalski, większość uczniów poznawałaby ją z wypiekami na twarzy. Natomiast przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się ona z końmi, paleniem czarownic (zespoły metalowe nawet śpiewają o tym piosenki), a bardziej wykształconemu ćwierćinteligentowi z sarmatyzmem, który utożsamia się z katolicką nietolerancją. Liczba półprawd i przekłamań dotyczących epoki staropolskiej jest wręcz porażająca, okazuje się bowiem, że większość ludzi nie wie na jej temat kompletnie nic! A ich spojrzenie na kulturę szlachecką jest wprost wywiedzione z oświecenia i składa się z wielu nieprawdziwych, przeinaczonych informacji. Czy chciałbyś Czytelniku, aby w XXV wieku, czyli pięćset lat po naszej epoce, mówiono o nas, żeśmy słuchali zespołu Akcent, jeździli pijani nad morze i głosowali na Zbigniewa Stonogę? A tak samo mówi się o kulturze sarmackiej: że to twór pijanych warchołów, którzy tylko jeździli na polowania, czym doprowadzają dziś do płaczu Adama Wajraka i „obrońców” Puszczy Białowieskiej. Należy więc przyklasnąć Jackowi Kowalskiemu, który na staropolszczyźnie zna się jak mało kto, że wziął i napisał – do tego niezwykle przystępnym językiem – „Sarmację” i obalił kilkadziesiąt mitów, które pokutują nie tylko wśród gawiedzi, ale również ludzi mieniących się wykształconymi.

„Sarmacja. Obalanie mitów” ma strukturę gawędy, czym nawiązuje do znanego gatunku literackiego tak chętnie podejmowanego przez Sarmatów. Dzięki prostemu, żywemu i nieraz dowcipnemu językowi czyta się tę pozycję jak mało które historyczne opracowanie. Te bywają najczęściej pisane w pogardzie dla przeciętnego czytelnika i najeżone są milionami przypisów. „Sarmacja” zaś adresowana jest nie tylko dla fachowca, ale przede wszystkim dla każdego. Jako tekst popularnonaukowy może sobie pozwolić na żywą metaforę czy obrazowe porównanie, a jako gawęda ma na celu przede wszystkim zainteresowanie odbiorcy. Dzięki tym prostym, wydawałoby się, zabiegom nawet laik nieobeznany w kulturze staropolskiej może się w niej zakochać. I nie wpisuje się książka Kowalskiego w postkolonialny obraz Polski jako państwa opresyjnego wobec chłopów, Kozaków i mniejszości narodowych. Podobnie jak „Winni” Dariusza Walusiaka, która próbuje odejść od gnojenia Polaków za II wojnę światową, „Sarmacja” demontuje szereg mitów, z powodu których jako społeczeństwo zaczęliśmy się wstydzić naszej historii. Bo nie mamy się czego wstydzić, a jeśli mamy jakieś grzechy na sumieniu, to podobne albo nawet mniejsze niż państwa zachodnie, które we własnej propagandzie historycznej są bez winy.

Fakt, że Jacek Kowalski obala antysarmackie mity, nie oznacza od razu, że tworzy obraz staropolszczyzny idealnej. To byłoby zbyt banalnym i – nie da się ukryć – błędnym rozwiązaniem. W żadnym miejscu publikacji autor nie pisze, że byliśmy aniołami, a że system demokracji szlacheckiej (który wcale demokracją nie był, co Kowalski udowadnia) był systemem idealnym, a nawet utopijnym. Nie przeczytamy w „Sarmacji”, żeśmy byli bez grzechu, ale dowiemy się przede wszystkim, że obraz Polski szlacheckiej wymaga wprowadzenia odcieni szarości. Banał, można by powiedzieć, ale powtarzają go przecież głowy uznawane za mądre. Tak rozprawia się między innymi autor z socjologiem Janem Sową, który za upadek Polski i Polaków wini przede wszystkim religię katolicką, upatrując w niej źródeł wszelakiej nietolerancji. Natomiast dla niektórych bolesny może okazać się fakt, że to nie polscy katolicy, a ci z Zachodu, łącznie z protestantami, mają na sumieniu o wiele więcej przewin. Okazuje się także, że to nie my od Francuzów uczyliśmy się higieny, ale w czasach, gdy w Paryżu szczało się po ścianach pałacu królewskiego, w Polsce potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod chmurką.

Obraz Polski, jaki rysuje się z kart „Sarmacji”, nie jest więc wcale obrazem zacofanym. Może pod względem technicznym i gospodarczym zostawaliśmy krok w tyle, ale w kwestii szacunku do mniejszości religijnych i narodowych to właśnie Zachód mógłby się wiele od nas nauczyć. Kowalski, pisząc o tym wszystkim, nie moralizuje, nie oburza się na poziom niewiedzy rodaków, ale operuje ciekawostkami i detalami, za ich pomocą obalając mity związane z naszą staropolską historią. Okazuje się między innymi, że zdanie o koniu, którym udowadnia się rzekomą głupotę twórcy „Nowych Aten” – Benedyktowi Chmielowskiemu – zostało przez powojennych edytorów tej późnobarokowej encyklopedii wyjęte z kontekstu i pozbawione sensu. Pisze Kowalski o religijności Sarmatów, o ich literaturze i obrzędowości, o mentalności, również o wydarzeniach historycznych i polityce, wszędzie znajdując wartości, i jak rzekłby klasyk – plusy dodatnie. Plucie na historię jest łatwe i może to robić każdy akademicki niedouk, fanatyk postkolonializmu czy kosmopolita w przebraniu zatroskanego publicysty. Natomiast trud poznania prawdy bierze się z faktów, które najczęściej nie mają nic wspólnego z ideologiami.

Jacek Kowalski, Sarmacja. Obalanie mitów: podręcznik bojowy, wyd. Zona Zero, Warszawa 2016, ss. 398.

0 komentarze:

Prześlij komentarz