Wojciech Chmielewski - Jezioro Dargin. Cierpienia starego przegrywa


W kwestii prozy Wojciecha Chmielewskiego mogę powiedzieć jedno: zaczytuję się w jego opowiadaniach, a za powieściami nie przepadam. Krótka forma nie potrzebuje tego, co obszerna fabuła, czyli sensownej, ciekawej akcji, niekoniecznie sensacyjnej, ale po prostu wciągającej. W opowiadaniu można zamieścić obrazek, impresję czy monolog wewnętrzny, który z racji krótkości formy będzie spójny i wciągający. Powieść natomiast żąda więcej, opowiedzenia dłuższej, ciekawej historii oraz przekonywających bohaterów. Co się stanie, gdy tego wszystkiego nie będzie? Może powstać rzecz, omawiana już przeze mnie, jaką jest utwór Wojciecha Kudyby „Imigranci wracają do domu”, czy „Jezioro Dargin” Wojciecha Chmielewskiego. O tym pierwszym pisałem, że cenię sobie jego krótkie formy, a dłuższe mnie nie przekonują. To samo mogę powiedzieć o drugim z nich.


Najnowsza powieść Chmielewskiego, rzeczone już „Jezioro Dargin”, jest typową inteligencką historią. Z hamletyzującym bohaterem, który, niczym postaci polskiego Romantyzmu, nie może sobie znaleźć miejsca na ziemi. Z gonitwą myśli i depresyjnymi stanami. W końcu z wielością odniesień muzycznych, zwłaszcza do wykonawców granych przez radiową Trójkę. Jest więc intelektualnie również pod tym względem. To kolejna spowiedź podstarzałego dziecięcia wieku, urodzonego, jak autor, pod koniec lat 60., załapującego się we wczesnej młodości na fascynację Solidarnością oraz antysystemowość. To również kolejny snuj, czyli literacki odpowiednik kina moralnego niepokoju, które charakteryzuje się tym, że bohater przez całą akcję nic specjalnego nie robi, tylko przegrywa w nierównej walce z systemem i cierpi. Spróbujcie dzisiaj obejrzeć któryś z wczesnych filmów Holland, Kieślowskiego czy Zanussiego. Nie da się już na to patrzeć bez zgrzytania zębami.

Podobny nastrój panuje w „Jeziorze Dargin”. Bohater powieści po śmierci przyjaciela wyjeżdża nad tytułowy akwen przemyśleć swoje dotychczasowe życie i dokonuje z nim rozrachunku. Banał? Oczywiście. W dodatku banalnie przedstawiony, chociaż bardzo dobrze napisany. To trochę jak proza Myśliwskiego, którego fenomenu zupełnie nie rozumiem, a jego powieści nudzą mnie śmiertelnie. „Jezioro Dargin” może nie nudzi aż do zgonu, bo jest o wiele krótsze – Chmielewski, w przeciwieństwie do jego starszego o pokolenie kolegi po piórze, zna umiar i nie tworzy sążnistej proustcczyzny na kilkaset stron. Nie jest to natomiast okoliczność aż tak łagodząca. Powieść ta jest bowiem nieciekawa i nie przynosi żadnego rozwiązania, nie licząc przypadkowego stosunku seksualnego na cmentarzu, który spowodował w bohaterze lekką odmianę nastroju. Cóż, nie każdemu jest dane spółkować z nieznajomą kobietą pośród grobów, skąd więc wiadomo, jak sytuacja ta jest w stanie podziałać na człowieka? Same przemyślenia wewnętrzne i muzyczne odniesienia, to jednak za mało, aby stworzyć interesującą powieść. Ta zaś wymaga pewnej historii, której tutaj zabrakło.

Wojciecha Chmielewskiego przedstawia się nieraz jako pisarza konserwatywnego, przywiązanego do wartości. Podobnie jak Krzysztofa Zanussiego. U obu słyszę jednak pewną fałszywą nutę. Oczywiście, generalnie ich twórczości pod względem moralnym nie sposób niczego specjalnego zarzucić, w końcu ich autorzy stają po jasnej stronie mocy. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, a tam co jakiś czas pojawia się drobny element, jakaś pochwała grzechu, co lekko zgrzyta. Nie przemawia przeze mnie purytanin, po prostu od pewnej twórczości wymagam więcej, libertynizm pozostawiając libertynom.


Wojciech Chmielewski, Jezioro Dargin, wyd. Czytelnik, Warszawa 2021, ss. 220.

0 komentarze:

Prześlij komentarz