środa, 13 listopada 2013

Patrząc na wschód. Chwytanie wschodniej duszy

Podróż na Wschód, przygotowałem wczoraj, gotowy koń – śpiewał Budzyński w jednym z bardziej znanych kawałków Armii. Orientować się znaczyło kiedyś ni mniej ni więcej kierować się na wschód. Tam znajduje się święta Jeruzalem, stamtąd o świcie przychodzi słońce. Budując kościoły, ołtarze nawy głównej zwracano właśnie tam. Na wschodzie znajduje się również Rosja, największe państwo świata, jeśli rzecz rozbija się o powierzchnię. Artyści pióra chętnie patrzą w tamtym kierunku, z ochotą jeżdżą tam snobistycznie nastawieni studenci, dla których Wschód jest atrakcyjnym miejscem, w którym można tanio wypić i jeszcze taniej się przemieszczać. Co jest powodem tej mody? Czy możemy mówić tylko o modzie, czy to zjawisko głębsze niż tylko powierzchniowa fascynacja? Nie możemy odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, ale próbować należy.

Mam w ręce książkę, będącą zapisem jedenastu wywiadów, które z zafascynowanymi Wschodem literatami przeprowadził dziennikarz, związany z Fundacją Sąsiedzi, Piotr Brysacz. Rozmowy te, chociaż prezentujące różny poziom znajomości tematyki, próbują odpowiedzieć na szereg kwestii, z których na pierwszy plan wybija się proste pytanie „dlaczego”? Inaczej odpowie na nie Andrzej Stasiuk, który człowiekiem Wschodu się czuje, a inaczej jedyna w składzie odpytywanych kobieta, podróżniczka Magdalena Skopek. Dla tego pierwszego jest to kwestia wyobraźni, która zdycha w nudnej Szwajcarii, hula zaś za Bugiem. Dla Skopek to ciekawość. Od razu widzimy pokoleniowe różnice. Stasiuk, człowiek wkraczający już w Conradowską smugę cienia, a Skopek, hedonistyczna poławiaczka wrażeń, to dwie odmienności, dwie motywacje, dwa sposoby na przeżywanie. Podróż może być więc kontemplacją i pójściem w głąb samego siebie, albo odhaczoną na mapie trasą, którą później pochwalimy się na Facebooku. Motywacją do wejścia w świat Wschodu może być chęć poznania egzotycznej sekty Wissarionowców, jak to uczynił Jędrzej Morawiecki. Można również związać się z nim na stałe, co nastąpiło w przypadku Mariusza Wilka, znanego chociażby z „Wilczego notesu” pisarza, o którym mówi się, że jest już bardziej rosyjski niż polski, chociaż wciąż pisze w języku ojczystym. Odmienne są więc również stopnie zaangażowania.

Pytaniem, które powtarza się w tych rozmowach, jest kwestia rosyjskiej duszy. Odpowiedzi na ten problem jest tyle, ilu rozmówców. Dla jednych pojęcie to jest jak najbardziej namacalne i możliwe do opisania, inni z kolei lokują je na mglistych terenach mitologii współczesnej. To jak z tą rosyjską duszą? Tak samo jak z popularnym stwierdzeniem mówiącym, że Rosji nie można ogarnąć rozumem. Ten, wzięty z wiersza Tiutczewa, komunał, również niczym mantra powtarza się w wywiadach i jak widmo daje złapać się na chwilę rozmówcom młodszym, tych starszych wprawia jedynie w konsternację. Wiadomo przecież, że z mitami dyskusji nie ma. A Rosja jest taka, jak jej wyobrażenie. Dla Mariusza Wilka to miejsce życia; brak dystansu do ziemi, w której przebywa pisarz i z drugiej strony duże oddalenie od spraw polskich każą zżymać się autorowi na krytyczne spojrzenie na ten kraj, związane chociażby z nierozwiązaną tragedią smoleńską. Temat ten, jeśli pojawia się w tych rozmowach, jest bagatelizowany i jako kontrapunkt wobec niego pojawiają się zaraz dobrzy Rosjanie. Owszem, nikt nie wątpi w ich istnienie, tak jak nikt nie powinien twierdzić, że Katyń i gwałty na Polkach, Niemkach czy Mazurkach były udziałem krasnoludków.

Jedynie Maciej Jastrzębski próbuje bardziej krytycznie spojrzeć na naszego wschodniego sąsiada. Mówi, że wciąż ukazują się za Bugiem opracowania historyczne, z których wynika, że za masakrę polskich oficerów w Katyniu odpowiada III Rzesza. Więc jednak coś jest na rzeczy z tymi krasnoludkami. O tym pisze również Wojciech Grzelak, autor omawianej już na tym blogu „Rosji bez złudzeń” oraz późniejszego zbiorku reportaży „Gra z Rosją: do jednej bramki”. Jego głosu, jak i antyputinowskiej retoryki Krystyny Kurczab – Redlich, zabrakło pośród tych jedenastu rozmów. Bo Rosja to nie tylko serdeczni ludzie, ale również mniej serdeczna władza, składająca się z ludzi właśnie.

„Patrząc na Wschód” nie zatrzymuje się jednak tylko na państwie ze stolicą w Moskwie. Opowiada o skomplikowanej mozaice ludów na Kaukazie, o szamańskiej specyfice Jakucji (która jest autonomicznym obwodem państwa rosyjskiego), czy po prostu wschodzie, bez konkretnych państwowych konotacji. Zdecydowana jednak większości rozważań w tej książce poświęcona jest sąsiadowi ze Wschodu. Jako kontrapunkt pojawia się tutaj również mityczny do lat 90. Zachód, do którego III RP chce dostać się za wszelką cenę. Te aspiracje śmieszą, tym bardziej, gdy zrozumiemy, że Polska nigdy w pełni zachodnia nie była. Czy wschodnia? Ile w tym wpływu zaboru rosyjskiego i postjałtańskiego porządku politycznego? Położenie geopolityczne naszego kraju zdaje się być skazane na wieczne użeranie się z sąsiadami, a co więcej na permanentną walkę o własną tożsamość. Polakom zrobimy żart i umieścimy ich między Niemcami a Rosją – mówi Bóg na jednym z rysunków Mleczki. A Stasiuk niezwykle celnie komentuje nasze zapatrzenie się w zachodnioeuropejskie Eldorado. „Lepsza” to jest Szwajcaria na przykład. I co z tego? Wyobraźnia z nudów zdycha i tyle (…). Jak słyszę gadkę o „europeizacji” to mam ochotę zesrać się w gacie (…) Pięciu złotych nie dam za ten Zachód. Jak przyjdzie co do czego, to nas załatwią bez mydła. Jak Bośniaków w Srebrenicy.

Tyle, że pytanie, czy na Wschód możemy liczyć, nie pojawia się w żadnej z tych rozmów. Tak jakby był to pewnik. A nic nie jest w tej kwestii stałe i pewne. Że Zachód nas wielokrotnie wystawił, jest jasne i nawet dziecko wie, że za pchanie się do Unii Europejskiej dopiero przyjdzie nam zapłacić. Natomiast czy iść z Rosją? Szliśmy z nią w latach 1945 – 1989 i na co nam się to zdało? Teraz Moskwę zamieniliśmy na Brukselę, spaliliśmy idola Lenina, zastępując ją bezosobową europeizacją.

Patrząc na Wschód: przestrzeń, człowiek, mistycyzm, rozm. P. Brysacz, wyd. Fundacja Sąsiedzi, Białystok 2013.

0 komentarze:

Prześlij komentarz