piątek, 22 listopada 2013

Szczepan Twardoch - Zimne wybrzeża. Nie ma ciepłych stref

Małe społeczności miewają swoje mroczne tajemnice. Wielokrotnie motyw hermetycznej grupy, sekciarskiej czy małomiasteczkowej, pojawiał się w literaturze, jako wdzięczny i fotogeniczny topos. Ludzie kryją swoje brudy, znają sekrety, których nie ujawniają obcym. Drzwi przed nimi najczęściej bywają zamknięte, a jeśli ktoś ich już do domu zaprosi, nie dokonuje wiwisekcji wspomnień. Bo te trzeba pogrzebać gdzieś w podświadomości. W powieści Szczepana Twardocha obcym jest John Smith, pracownik brytyjskiej agencji wywiadowczej, zaś skrywającymi swoje nieczyste postępki osobami są polarnicy pracujący na Spitsbergenie: Polacy, Norwedzy, Rosjanie. Utwór zaczyna się od klasycznego motywu tajemniczej śmierci. Od zębów białego niedźwiedzia ginie jeden z badaczy, a za moment rozpoczyna się trudne śledztwo.

Nie jest to jednak kryminał. Powieść inaczej rozkłada akcenty i nie wiadomo, ile w tym zamierzonych działań, a ile przypadku. Kryminał trzyma (przynajmniej teoretycznie) w napięciu, które rozciąga się pomiędzy ciekawością czytelnika, który chce wiedzieć, kto zabił, a autorem, który celowo myli tropy. Trochę tego u Twardocha brakuje, ale jak pisałem, nie wiem, na ile „Zimne wybrzeża” są spójną formalnie wizją, a na ile dziełem niezamierzenie chaotycznym. Napięcie, które pojawia się w powieści, ma zupełnie inne źródła. Są to przede wszystkim kwestie polityczne. Akcja dziełka rozgrywa się w 1957 roku, w czasie rządów Chruszczowa, rok po śmierci Bieruta, cztery po zgonie Stalina. Na zimne brzegi Arktyki przybywa tajemniczy bohater, nostalgicznie przywołujący czasy międzywojenne. John Smith, nazywający się w rzeczywistości zupełnie inaczej, jest człowiekiem pogranicza. Wychowany na Śląsku w polsko-niemieckiej rodzinie zdaje się mocować z własną tożsamością narodową. Polskość? Niemieckość? Śląskość? To tylko puste hasła, z których nic nie wynika. Na kryminał więc powieść Twardocha nie wygląda.

Może więc powieść przygodowa w duchu Londona i Hemingwaya? Męska przygoda, fascynacja bronią, ciężkie warunki atmosferyczne, konflikt między życiem a śmiercią – to wszystko wyraźnie rysuje się na palecie utworu śląskiego literata. Polarnicy, ukazani przez Twardocha to grupa silnych mężczyzn o surowym sposobie bycia, niczym ze staroświeckich utworów z okresu belle epoque, w której kobiety nosiły suknie do ziemi, a ród męski polował i przechwalał się swoimi trofeami w oparach whisky bądź w czasie rodzinnego obiadu. Takiego Twardocha już nie ma. Smitha zastąpił morfinista i dandys okupacyjny – Konstanty Willemann. Bohaterowie „Zimnych wybrzeży” nie mówią zbyt wiele, ich powściągliwość w okazywaniu emocji i używaniu słów pozwala na zaakcentowanie wewnętrznych przemyśleń głównej postaci powieści.

A te są niezwykle gorzkie. Człowiek, wyrwany ze swoich korzeni, bijący się z sobą samym o polskość, niemieckość, śląskość, grzebie się w historii i wyciąga wnioski – logiczne, ale w swojej logiczności bolesne. Poziom bólu i poziom logiki rosną proporcjonalnie względem siebie. Dostaje się przede wszystkim postaciom historycznym. Tym, które – jak dzisiaj nasi polityczni włodarze – rządzili, albo raczej próbowali rządzić Polską. A ta ich przerosła, jak zawsze. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle – mówi Maciej Stuhr w „Weselu” Smarzowskiego. Taka postawa zdaje się przyświecać Beckowi czy Sikorskiemu, aby zatrzymać się tylko na dwóch mężach stanu. Przy czym stan ten zdaniem głównego bohatera „Zimnych wybrzeży” wydaje się cokolwiek nieświeży. Beck w trzydziestym dziewiątym odgrażający się, że nie da ani guzika od płaszcza, a oddal w dwa tygodnie całe państwo, dwa dziesięciolecia ciężkiej pracy całego narodu, ojca i matki Smitha również. Przesrał to wszystko w dwa tygodnie, bo mu się chciało uwierzyć, że są silni, zwarci i gotowi, a Niemcy przewalili się po nich, jakby jechali na piknik.

Smith jest duchowym dzieckiem Józefa Mackiewicza, autora „Drogi donikąd”, antykomunisty i literata nieposiadającego złudzeń w kwestii komunizmu oraz Związku Sowieckiego. Również nie posiada idealistycznych poglądów politycznych, takich, które kazały komendantowi Armii Krajowej Tadeuszowi Komorowskiemu rozkazać rozpoczęcie akcji „Burza”. To faktyczne ujawnienie się przed Sowietami stu tysięcy członków AK było prezentem uczynionym Stalinowi, który mógł oszczędzić swoje wojsko, a po drugie, po zakończeniu działań wojennych wyłapać rękami UB i Milicji „wrogów ludu”. Antykomunista Smith nie jest również chwalcą aliantów. Zdaje sobie sprawę z faktu, że zostaliśmy przez Zachód wyrolowani: I przyszły kolejne porażki: żałosna konspiracja, żałosna ucieczka, żałosne pseudowojsko w Kampaniach Wartowniczych. Kiedy ci dzielni ludzie w czarnych brytyjskich mundurach do swojego nocnego stróżowania dodawali cała wojskową obrzędowość, Amerykanie musieli pękać ze śmiechu, bo uważali ich za kogoś w rodzaju uzbrojonych stróżów właśnie. Ci żołnierze – nie żołnierze, de facto cywilni pracownicy armii Stanów Zjednoczonych prężyli muskuły, stroili ogony i grzebienie niczym koguty, byli tylko chłopcami od czarnej roboty – mówi ustami Johna Smitha Szczepan Twardoch. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść z torbą paciorków. Zamiast spinać się o to, że potraktowano nas jak najemników gorszego sortu, może zapamiętajmy, aby już nigdy nie dać się wciągnąć w nieswoje wojny. Ale co ja mówię, przecież były już Irak i Afganistan, a nasi cieszyli się z dziurawych Hummerów jak świnia w deszcz.

I chociaż sama intryga nie jest z tej najwyższej półki, bo domyśleć się można rozwiązania akcji, to książka zyskuje właśnie na tych celnych i gorzkich obserwacjach oraz realistycznie odtworzoną atmosferą dalekiej Północy. Ważne są również detale opisu, które odszyfrowuje się niczym kod społeczny przedwojennej Polski i jej etosu. Świat korporacji akademickich, sporów polsko – żydowskich, specyficznej estetyki, honoru i odrobiny szaleństwa, tak charakterystycznego dla klas średniej i wyższej, już dzisiaj nie istnieje. Im od niego jesteśmy dalsi, tym bardziej nas fascynuje. Dla Johna Smitha był żywym punktem odniesienia i powodem rozczarowania jego schyłkiem. Dla nas staje się etycznym i estetycznym wzorcem metra.

Szczepan Twardoch, Zimne wybrzeża, wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2009, ss. 246.

0 komentarze:

Prześlij komentarz