sobota, 2 listopada 2013

Szczepan Twardoch - Epifania wikarego Trzaski. Kościół i zło



Wielu wierzących, ale powątpiewających, chciałoby spotkać Jezusa twarzą w twarz. Nie w sensie symbolicznym, czy na kartach czterech ewangelii, nie poprzez transsubstancję, , ale zwyczajnie, w ramach prywatnego objawienia. Zaszczyt ten spotyka księdza Jana Trzaskę, wikariusza w jednej z górnośląskich parafii. Pewnego wieczoru kapłan doznaje epifanii (czyli objawienia) i nic już nie jest takie, jak przedtem. Pojawiają się nagle uzdrowienia śmiertelnie chorych, nawrócenia antyklerykałów, peregrynacje pielgrzymów. Czy sytuacja, którą opisuje Szczepan Twardoch, właśnie tak wyglądałaby w rzeczywistości? Przecież od czasu do czasu pojawiają się w mediach sensacyjne wiadomości o Matce Boskiej, która ukazała się, czy to na działkach w Oławie, czy to na brudnej szybie szpitala w Zabrzu. Tylko czekać, aż Maryja ukaże się umęczonemu sesją studentowi w talerzu ze stołówkową zupą. Kpimy sobie zazwyczaj z tego typu doniesień, racjonalizujemy i zrzucamy winę na karb wyzwolonej (aż za bardzo) wyobraźni. „Epifania wikarego Trzaski” każe nam zgasić nasze luzackie, wszystkowiedzące uśmiechy młodych wykształconych z wielkich miast.


Szczepan Twardoch jest jak cierń, który uwiera zarówno prawicowców, jak i skrajnych lewaków. Pisarz, który na początku swojej drogi twórczej określał się jako konserwatysta i publikował w pismach chrześcijańskich, obecnie wysyła swoje teksty do „Polityki” i „Gazety Wyborczej”; wciąż jednak jeszcze można przeczytać jego przemyślenia na łamach dalekiego od wszelkiej lewicowości mesjanistycznego kwartalnika „44”. W marcu na łamach portalu Krytyki Politycznej Jaś Kapela (syn głęboko wierzącej katoliczki, nawiasem mówiąc) skrytykował Twardocha za jego stare teksty o wyraźnej prawicowej proweniencji. Zresztą uczynił to, jak to zwykle u Kapeli bywa, łzawo, po gówniarsku i tak, jak to robią wszelkiej maści ideologowie – z dużą dawką nieznośnego patosu. Z drugiej strony prawicowcy nie trawią autora za jego odejście od konserwatyzmu, przywiązanie (nieco prowokacyjne, o czym można się przekonać, czytając jego esej opublikowany w „Znaku”) do narodowości śląskiej, czy również obliczone na medialność kontestowanie polskości. A przecież nikt nie zaprzeczy, że autor „Morfiny” w tejże książce, jak i wielu poprzednich, bierze się z polskością za bary jak mało kto. Większość naszej prawicy (jak i lewicy, rzecz jasna) wyrosła na gruncie rodzimego romantyzmu, więc podważanie mesjanistycznego obrazu Polski jako kraju, który niekoniecznie jest tym, w co romantycy wierzą, musi skutkować jej podniesionymi emocjami.

Polskość, jako zjawisko, nie jest głównym problemem „Epifanii wikarego Trzaski”, wczesnej powieści autora, a trzeciej opublikowanej przez niego książki. Głównym zagadnieniem jest tutaj wiara. I przyznam się, że dawno nie czytałem prozy, która tak mocno dotykałaby problemu naszego katolicyzmu. Przy czym, ani nie jest ona książką antyklerykalną, ani także naiwną reklamą religii chrześcijańskiej. Powieść Twardocha zadaje mnóstwo pytań. Unde malum? Skąd zło? – kwestia ta wydaje się jednym z ważniejszych problemów opisanych w „Epifanii…”. Czy zło może przybrać maskę dobra i czy może powodować takie zmiany, jakie większość logicznie myślących jednostek uznaje za korzystne? Czy można uzdrowić, czy można nawrócić, wykorzystując zło? I czy, w końcu, dobrem jest poddanie się chorobie, śmierci, a może własnej niewierze? Zło dotyka również Kościoła katolickiego, co widać chociażby w pobocznym wątku lustracyjnym. Przedstawiciele Episkopatu, umoczeni w tajemnicze sprawki dawnego systemu i mroczne gry z komunistami, to nie tylko bohaterowie tej książki, jak i postacie z kolejnej powieści autora – „Przemienienia”. To, niestety, osoby z krwi i kości, o których opinia publiczna, poza opisanym szeroko i głęboko przypadku arcybiskupa Wielgusa, milczy niczym głaz.

Kościół, polityka, historia – nie uciekniemy od tych tematów, nawet gdybyśmy wyrzucili telewizor, odcięli internet i zabawiali się na łąkach w pogańskie harce ku czci boga o czterech twarzach, którego to ostatnio proboszcz wyrzucił ze Ślęży. Mogą Brytyjczycy albo Holendrzy pozwolić sobie na luksus areligijności, u nas nawet ateista jest katolem. I pewnie dlatego tak łatwo przychodzi nawrócenie powieściowej dziennikarki „Fikcji i mitów”, książkowego odpowiednika antyklerykalnych „Faktów i mitów”. Bohaterka jest typową przedstawicielką przaśnej, postkomunistycznej klasy średniej. O kobietach takich jak ona mówił Twardoch w wywiadzie dla „Wyborczej”: Te wszystkie wypindrzone dupy podobne do siebie, jakby je w jednej fabryce robili, Warszawa, Kraków czy Poznań, korporacja, mieszkanko na strzeżonym osiedlu, pierdolony kotek i jego kuweta, bo na dzieci jeszcze „się nie zdecydowały”, wydaje im się, że o wszystkim decydują, takie pewne siebie, samorealizacja, samodoskonalenie, inwestowanie w siebie.

Historia pojawia się w powieści Twardocha jako logiczna przyczyna teraźniejszości. Kto czytał „Wieczny Grunwald”, ten zauważy podobną koncepcję dziejów. Uwikłanie w dzieje najnowsze zalicza Kościół, ale również z ich sideł nie wyzwoli się tajemniczy pustelnik zamieszkujący w głębinach kopalni. Ten były żołnierz Wehrmachtu, który pod koniec wojny brutalnie gwałci polską radiotelegrafistkę służącą w Armii Kościuszkowców, przechodzi moralną metamorfozę, żyjąc przez kilkadziesiąt lat w odosobnieniu. Ciekawym kontrapunktem do jego postaci jest osoba głównego bohatera, tytułowego Trzaski. On, ksiądz, intelektualista z rozpoczętym doktoratem, mający na poparcie swojej wiary wiele filozoficznych oraz religijnych dowodów oraz poszlak, i ten spod ziemi, dziki, jurodiwy, wiedzący jedno, że jest pyłem i prochem, stanowią wobec siebie dwa przeciwległe bieguny. Kapłan potrzebować będzie nawrócenia, a jego motorem będzie właśnie uwikłany w historię kopalniany eremita Bogislav Freiherr von Tschiwitz. Czyja wiara jest więc mocniejsza? Inteligenta z Warszawy, czy dzikusa z Górnego Śląska?

„Epifania wikarego Trzaski” nie przynosi łatwych rozwiązań, i podobnie jak Twardoch – zbyt prawicowy dla lewicowców i za mocno lewicowy dla konserwatystów – dla wojujących ateuszy może okazać się li tylko apoteozą katolicyzmu, dla dewotów prawdopodobnie będzie szkalującą Kościół, postmodernistyczną pulpą. Żadna odpowiedź z powyższych nie jest prawidłowa i w tym leży siła tej krótkiej powieści.

Szczepan Twardoch, Epifania wikarego Trzaski, wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2007, ss. 171.

0 komentarze:

Prześlij komentarz