niedziela, 15 listopada 2015

Krew, ogień, śmierć. Historia pewnej pasji

Gdy z początkiem ostatniej dekady XX wieku mało obecna do tej pory na rynku muzyki metalowej Szwecja zaczęła wypuszczać kolejne młode zespoły, wielu przecierało oczy ze zdumienia. Wszak do tej pory na scenie międzynarodowej liczyły się tylko Bathory i Candlemass, a w światku komercyjnym Abba oraz Europe. Skandynawia, do której kraj ten należy, była pustynią nieporównywalną do sceny niemieckiej, brytyjskiej czy amerykańskiej. To Wielka Brytania wydała na świat nowoczesny heavy metal, a USA zapoczątkowała thrash metal, który w prostszej i brutalniejszej wersji pojawił się niewiele później w Niemczech. Pod koniec ósmej dekady nic jeszcze nie wskazywało na fakt, że te łagodniejsze odmiany muzyki metalowej zostaną za moment zdetronizowane przez ich brzydszego kuzyna – death metal. Duża część tych agresywnych, napakowanych testosteronem, hałasujących po garażach kapel pochodziła właśnie ze Szwecji. Pojawił się fenomen szwedzkiego death metalu i szwedzkiego, charakterystycznie bzyczącego brzmienia. Przyrost nowych grup był nieporównywalny z niczym, co do tej pory można było obserwować na ziemi Wikingów. Szwecja zaistniała niczym supernowa.

Odpowiedzi na pytanie, jak doszło do tej erupcji młodych metalowych wilczków, można szukać w wielu miejscach. Na pewno pomogła w tym opiekuńcza polityka państwa, zapewniająca sale prób wszystkim głodnym amatorskiego grania, na pewno przyczyną była też stojąca podobno na wysokim poziomie edukacja muzyczna w szkołach. Jednak odpowiedzi te nie tłumaczą wszystkiego. Równie dobrze boom ten mógł nastąpić kilka lat wcześniej, wraz z pojawieniem się na scenie thrash metalu. A kapel grających tę odmianę muzyki było w Szwecji dosłownie kilkanaście, większość skończyła swoje kariery po wydaniu jednego czy dwóch albumów. Odpowiedzi na to pytanie szukają również Ika Johannesson oraz Jon Jefferson Klingberg – szwedzcy dziennikarze, którzy postanowili w formie reportażu ogarnąć całość zjawiska, jakim był metal z kraju ze stolicą w Sztokholmie. Udało im się ta sztuka połowicznie. Grzechem głównym ich publikacji jest lekki brak dystansu do opisywanego tematu: da się odczuć, że sami piszący są fanami muzyki metalowej. Skupili się w dodatku na sensacyjnych czy kryminalnych aspektach metalowej subkultury, zamiast dokonać rzetelnej, socjologicznej analizy całości zjawiska. Rozumiem jednak ten punkt widzenia: „Krew, ogień, śmierć” jest książką adresowaną do fanów metalu, mniej do akademików.

Nie jest ten tekst również historią szwedzkiego metalu, jak chce tytuł, ponieważ pominięto w nim kilka ważnych zjawisk. Osobiście dziwi mnie najbardziej brak poświęcenia uwagi na Candlemass – twórców nowoczesnego doom metalu, którzy do dziś stanowią wzorzec tego, jak tę muzykę grać. Ale zespół nie uwikłał się w żadne skandale, nie pisał piosenek o diable, ani jego członkowie nie cięli się na scenie. To ostatnie jest za to udziałem lidera blackmetalowego Shining – Niklasa Kvarfortha – człowieka, który w zasadzie powinien przebywać w zakładzie zamkniętym, ale niczym Werter po turbodoładowaniu zaraża swoich słuchaczy chęcią robienia sobie dobrze za pomocą sznyt i targania się na własne życie. Cały rozdział poświęcony jest również kapeli Dissection – owszem wpływowej, mającej na koncie dwa albumy dobre i jeden słaby, ale bez satanistycznej otoczki, jaką wykreował nieżyjący już lider kapeli Jon Nödtveidt (popełnił samobójstwo), kapela ta byłaby pewnie jednym z wielu przedstawicieli melodyjnego black/death metalu. Nie oszukujmy się, metalowcy w dużej mierze to wychowani na tandetnych horrorach, niezbyt rozgarnięci intelektualnie przedstawiciele klasy robotniczej lub ćwierćinteligenci, którzy żyją wieloma mitami rodem z blogów członków nieistniejącej już partii Janusza Palikota. Dla nich satanizm, jako bunt przeciwko tradycyjnej moralności oraz chrześcijaństwu, jest idealnym sposobem ekspresji. Jedni z niego wyrastają, innych prowadzi on do chorób psychicznych i autodestrukcji.

Tym, który z niego wyrósł, a tak naprawdę wykorzystał go w celach jedynie handlowych, był Thomas Forsberg, bardziej znany jako Quorthon, lider, a potem jedyny członek Bathory. Jako zbuntowany młodzian, bardziej punkowiec niż metalowiec, był jednym, którzy zdefiniowali black metal, jeszcze przed drugą, skandynawską falą tego muzycznego zjawiska. To, co zrobił na swoich trzech pierwszych płytach, stało się pożywką dla wszelkiej maści zbuntowanych, zafascynowanych satanizmem nastolatków. Potem Forsberg wielokrotnie odżegnywał się od swojej młodości, zrzucając winę na własną głupotę, ale mleko się rozlało i niemożliwym było posprzątanie tego bajzlu. Mimo faktu Quorthon pozostał jednym z nielicznych rozsądnych gości w światku ekstremalnego metalu. Inne ikony stylu, jak wymienieni wyżej Nödtveidt (uwikłany w morderstwo, siedział w więzieniu) czy Kvarforth, trudno było nazwać ludźmi zdrowymi na umyśle.

Jednak nie należy tracić z pola widzenia ważniejszej kwestii opisanej w książce, ważniejszej niż złowrogie ekscesy kilku zaledwie kapel. Opisując nieliczne zespoły heavymetalowe z lat 80., a potem rzesze grup deathmetalowych, autorzy zwracają uwagę na czynnik, którego próżno szukać dzisiaj u młodych ludzi, na pasję grania. Gdyby nie garażowe tłuczenie w przesterowane gitary i perkusję, gdyby nie wymiana nagrań za pomocą poczty, gdyby nie autentyczna miłość do muzyki, a przede wszystkim jej głód, scena (nie tylko szwedzka) przełomu lat 80. i 90. nie miałaby racji bytu. Gdyby metalowa młodzież, tak jak dzisiaj, słuchała tylko dwóch kapel na krzyż, z pewnością nie doszłoby do powstania nowych gatunków muzycznych. Ćwierć wieku po deathmetalowym boomie można już tylko zazdrościć. A jest czego: zaangażowania, wyrzeczeń, pasji, nieoglądania się na oficjalny rynek muzyczny, a nawet odrobiny anarchizmu. Dzisiaj w to miejsce pojawiły się rureczki, grzyweczki i granie indie w talent show.

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg, Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu, tłum. E. Gryglewicz, wyd. Kagra, Poznań 2015, ss. 336.

0 komentarze:

Prześlij komentarz