poniedziałek, 30 listopada 2015

My lunatycy. Republikańskie emocje

Zjawisko bycia fanem swoje apogeum w naszym kraju miało w latach 80. Wtedy, w siermiężnych latach schyłku jaruzelsko-kiszczakowego komunizmu, pojawił się wentyl bezpieczeństwa, którym stała się scena rockowa. Na jej łonie wyrosło sporo znanych do dzisiaj zespołów, większość z nich – szczególnie tych podziemnych, jarocińskich, miała utrudnione działania. Nie nagrywała płyt, nie rejestrowała koncertów, tak że ich dorobek zaginął. Było natomiast kilkanaście kapel, którym udało się zarejestrować nagrania, a przy tym zachować wiarygodność. W tych ponurych czasach, które nie niosły ze sobą nadziei na szybkie zmiany polityczne, społeczne i gospodarcze, zwracano się więc ku bogom rocka, jako tym, którzy podsycali ufność w jakiekolwiek pozytywne zmiany. Jednym z takich zespołów, który w ósmej dekadzie XX wieku mocno wyrył się w świadomości słuchaczy, była toruńska Republika.

Nie doczekaliśmy się jeszcze biografii zespołu, ani Grzegorza Ciechowskiego, z prawdziwego zdarzenia, a „My lunatycy. Rzecz o Republice” stara się wypełnić lukę na rynku rodzimych wydawnictw poświęconych muzyce rockowej. Nie ma ich wcale aż tak wiele, bo fani rocka – mam wrażenie – niespecjalnie interesują się historią swojej ulubionej muzyki. Książka Anny Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego poświęcona jest nie tyle losom jednego z ważniejszych zespołów rockowych w naszym kraju, co wywiadom z ludźmi, dla których Republika była i pozostaje ważna. Są wśród nich zwykli fani, nie tylko ci przeżywający swoją młodość w latach świetności grupy, ale również ci młodsi, którzy nie pamiętają lat 80., bo po prostu nie było ich wtedy na świecie. Łączy ich jedno – emocjonalny stosunek do zespołu. Wśród rozmówców Sztuczki i Janiszewskiego znaleźli się również członkowie zespołu, oprócz – rzecz jasna – Grzegorza Ciechowskiego, który zmarł dwa dni przed Wigilią 2001 roku. Są również ci, którzy od początków działalności zespołu, byli blisko, jak Andrzej „Kobra” Kraiński z Kobranocki, Zbigniew Cołbecki z Bikini, czy Grzegorz „Gelo” Sakerski z Rejestracji. W sumie otrzymujemy kilkadziesiąt rozmów, z których najbardziej treściwe są te ostatnie. Równie interesujące, z punktu widzenia historyka sceny muzycznej lat 80., są wywiady z fanami, a w zasadzie fanatykami Republiki. Paradoksalnie najmniej interesujące są te zapisy rozmów, które odbyły się z członkami kapeli. Znajdują się na samym końcu i powielają sporo informacji, których czytelnik dowiaduje się z wywiadów wcześniejszych.

Obraz zespołu, jaki rysuje się z większości zamieszczonych rozmów, jest dość niezwykły. Czytając wywiady z miłośnikami kapeli, miałem wrażenie obcowania z prawdziwymi wariatami, którzy nie dość, że słuchają swojej ulubionej grupy codziennie, to mają do niej stosunek nabożny. Starałem się wejść w ten sposób rozumowania i popatrzeć na dzieła Ciechowskiego oczami wyznawcy, ale nie byłem w stanie. Niewiele jest zespołów, które budzą aż takie emocje, których twórczość zastępuje ludziom religię, albo istnieje obok niej, równolegle. Przyczyniły się do tego faktu w dużej mierze teksty Ciechowskiego, które w porównaniu do tych wyśpiewywanych przez Lady Pank, Lombard czy Perfect, mogły istnieć samodzielnie jako literatura. Pełne odniesień do klasyki powieści XX wieku, były dla niektórych fanów wstępem do poznawania na przykład Franza Kafki.

W tych fanowskich historiach uderza jeszcze jedna rzecz. Próżno jej szukać dzisiaj wśród młodzieży słuchającej muzyki rockowej. Jest nią pasja. A im większa trudność dotarcia do twórczości zespołu, tym większa żarliwość w próbach jej zdobycia. Nierzadko w opowieściach tych powtarza się motyw podróży do Torunia, całkiem w ciemno, i szukania własnych idoli. Dzisiaj egzotycznie brzmią historie opowiadające o fanie, który potrafi koczować w pod klatką schodową, albo o fance, która chodzi po wielkim osiedlu mieszkaniowym w poszukiwaniu Ciechowskiego, bo ten gdzieś tutaj mieszka. W naszych czasach, z bożkiem bezpieczeństwa nad głowami, osoby takie przez dzisiejszych twórców odsyłane byłyby do diabła, albo na policję, bo przecież uprawiają stalking i nie pozwalają artyście na spokojne, prywatne życie. Członkowie Republiki takich maniaków wpuszczali do własnych mieszkań, chodzili z nimi na spacery, z niektórymi zaś zaprzyjaźniali się. Te więzi trwają do dzisiaj.

Z punktu widzenia kogoś, kto słucha paru setek zespołów, obdarzanie czcią jednej i tylko jednej kapeli wyglądać może zabawnie. Również z perspektywy etycznej taka idolatria wydaje się podejrzana. Można jednak zadać sobie pytanie o to, co lepsze. Czy maniakalne „fanowanie” skupiające się na jednym wykonawcy i idąca za nim pasja nadająca życiu odpowiedni koloryt, czy może obcowanie z muzyką wielu grup, co wiąże się z dość powierzchownym jej odbiorem? Pierwsza alternatywa może zaowocować utratą dystansu, druga – wiązać się będzie z traktowaniem muzyki jako dodatku do życia. Jedno jest pewne, dzisiejszy twórcy takich emocji nie budzą.

Anna Sztuczka, Krzysztof Janiszewski, My lunatycy. Rzecz o Republice, wyd. Muza, Warszawa 2015, ss. 569.

0 komentarze:

Prześlij komentarz