piątek, 23 grudnia 2016

High Spirits - Motivator. Łyk ożywczego spirytusu

Czy można wydać trzy płyty z rzędu i wszystkie świetne? Jeśli jest się Chrisem Blackiem, jest to możliwe. Sztuki takiej dokonał High Spirits, zespół, w którym Black obsługuje gitary, bas, perkusję i śpiewa, czyli robi absolutnie wszystko. Ale kto zna zespoły takie jak Nachtmystium, Pharaoh i Dawnbringer, wie, że człowiek ten nie stroni od różnych stylów muzycznych. Ale jego zainteresowania to głównie heavy i black metal, więc style dość od siebie odległe. Najbardziej eklektycznym jego zespołem jest bardzo interesujący Dawnbringer, natomiast High Spirits to hołd dla hard rocka i heavy metalu lat 80. Wyraźnie słychać w tej muzyce echa Thin Lizzy, Skorpions, wczesnego Def Leppard czy Saxon, a nawet łagodniejszych dźwięków opisywanych jako AOR (adult oriented rock – rock dla dziadów a la Foreigner). Wydany pięć lat temu debiutancki album „Another Night” okazał się nie lada sensacją na metalowej scenie, chociaż w zapatrzonym w ekstremalne dźwięki naszym kraju furory nie zrobił. Co więcej, gdy duża część europejskiego heavy metalu granego przez stare kapele brzmi obecnie sztucznie za sprawą zbyt skompresowanego dźwięku, High Spirits jest ożywczym spirytusem w natłoku skisłego, śmierdzącego siarą wińska.

W starej Europie liczą się przede wszystkim zespoły familijne, czyli Sabaton, Avantasia lub Hammerfall, grające i dla młodzieży, i dla jej rodziców, dla których heavy metal to kwadratowe brzmienie i disneyowskie melodie. Nie od dzisiaj wiadomo, że za Oceanem gra się po prostu lepiej, może to kwestia przestrzeni, którą oferuje ten ogromny kraj. High Spirits wpisuje się więc w ten naturalnie brzmiący, melodyjny heavy metal i hard rock. Słuchając trzeciego albumu zespołu, zatytułowanego „Motivator”, trudno zresztą określić granicę, gdzie jedna stylistyka się kończy, a druga zaczyna. Bardziej hardrockowy jest z pewnością niezwykle przebojowy „Do You Wanna Be Famous”, za to pierwszy po krótkiej introdukcji kawałek „Flying High” to stuprocentowy heavy metal! Z kolei „Haunted By Love” zaczyna się miarową perkusją i dudniącym basem w stylu Judas Priest z początków lat 80. skrzyżowanym z Def Leppard. High Spirits jest więc wehikułem czasu, który wiezie swoich słuchaczy wprost do początków ósmej dekady lat 80., gdy jeszcze nikomu nie śniło się o death metalu, a kapele thrashowe kupowały pierwsze instrumenty. Trzydzieści lat temu Chris Black z kolegami wypełniałby stadiony, dziś gra w swojej niszy, w której czuje się pewnie i nie potrzebuje rozgłosu.

A dlaczego „Motivator” jest tak dobrym albumem? Z tych samych powodów co „Another Night” i „You Are Here” – poprzednie płyty kapeli. Każdy utwór zawarty na najnowszym krążku mógłby być przebojem, każdy jest bardzo melodyjny i chwytliwy, każdy również zaskakuje wykonawczym luzem i radością grania. Tu nie trzeba udowadniać swojej awangardowości, ani ścigać się w biegu po sławę i pieniądze, tu gra się płynący prosto z serca hard & heavy. Brzmi to wszystko naturalnie i szczerze, bo nie wpisuje się w żadną obowiązującą modę. Dźwięk na albumie jest żywy, pozbawiony komputerowego wspomagania, chociaż nie mam pojęcia, jakich zabawek użyto w studiu. Nawet gdyby nagrywano z użyciem elektroniki, fakt ten nie przeszkadza, bo w ogóle go nie słychać. Piosenki brzmią więc niezwykle energicznie, a krótki czas trwania albumu (niewiele ponad pół godziny) powoduje, że chętnie słucha się go kilka razy z rzędu.

Tradycyjny heavy metal podobno nie ma już nic do zaoferowania. Owszem, jeśli liczy się na starych wyjadaczy z wymienionych na początku kapel, tak to pewnie wygląda. Inaczej sprawa ma się z High Spirits. Tutaj, niczym na okładce „Motivatora”, lot dopiero się zaczyna.

High Spirits, Motivator, High Roller Records, 2016.

0 komentarze:

Prześlij komentarz