wtorek, 27 czerwca 2017

Jill Leovy - Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Dwieście pięćdziesiąt. Tyle morderstw popełniono w Los Angeles w 2013 roku. Dużo to czy mało? Wszystko zależy od punktu odniesienia. Jeśli będzie nim jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie, czyli Polska, liczba będzie ogromna. Jeśli zaś zostaniemy w USA, liczba ta nie będzie już tak szokująca. Wręcz przeciwnie, w Mieście Aniołów może być interpretowana jako wyraz postępu, bo od kilku lat sukcesywnie maleje. O zabójstwach w Los Angeles dużo się pisze, a raperzy tacy jak Ice-T śpiewają o nich piosenki, w których wyklinają na policję i ostrzeliwują fuckami, aż wióry lecą. O sprawie morderstw, ale koncentrując się na czarnych obywatelach Stanów, napisała również amerykańska dziennikarka Jill Leovy. Poświęciła im opasły reportaż, który w oryginale nosił tytuł „Ghettoside: A True Story of Murder in America”. Polski wydawca postanowił zagrać na karcie rasizmu, stąd nieoddające istoty problemu tłumaczenie „Wszyscy wiedzą. O morderstwach czarnych w Ameryce”. Nie znając publikacji, pomyślałbym, że chodzi znów o rasizm. A on zupełnie nie gra tutaj roli, bowiem lwia część inicjatorów zbrodni na czarnych to Murzyni.

„Wszyscy wiedzą” stanowi klasyczny przykład fabularyzowanego reportażu, czyli jest tekstem z pogranicza literatury faktu i powieści. Naturalnie, bohaterowie, o których pisze Leovy, to postacie autentyczne, z którymi autorka spotykała się podczas pracy nad książką. Należą do nich policjanci, mieszkańcy gett murzyńskich czy świadkowie morderstw, w tym członkowie rodzin zabitych. Autorka, pracując nad swoim reportażem, spędziła setki godzin na komisariatach, za kółkiem samochodu, a przede wszystkim na cierpliwych rozmowach z nie zawsze przyjaźnie usposobionymi świadkami. Materiał źródłowy, który udało jej się zebrać, musiał okazać się imponujący. Z drugiej strony Jill Leovy wprowadza do utworu typową dla powieści narrację, w której znalazło się nawet miejsce na opisy pogody. Bohaterów przedstawia jak powieściowe figury, dbając o to, aby różnili się między sobą i aby naszkicować szeroki kontekst ich działalności. Jej metodyką ukazywania świata przedstawionego jest jego fragmentaryzacja; autorka nie ma ambicji ukazania całości problemu, ale wiedząc o jego ogromie, wybiera kilka spraw i na nich się skupia.

Głównym wątkiem reportażu jest więc jedno morderstwo, a jego ofiarą jest Bryant Tennelle, czarnoskóry syn policjanta, który ginie od kuli w biały dzień. Jego zabójcą okazuje się Devin Davis, równie młody chłopak z murzyńskiego getta. I jak się okazuje, przyczyną morderstwa nie były ani gangsterskie porachunki, ani konflikt między ofiarą a zabójcą. Wszystko odbyło się przypadkowo, bowiem Davis został przymuszony do sprawdzenia się na ulicy. Nie zabijając przypadkowego przechodnia, nie okazałby się godny przynależności do gangu i stałby się pośmiewiskiem. Autorka ma zresztą na temat gangów dość oryginalną opinię, uważa, że media wyolbrzymiają ich obraz. Wydaje się więc, że według niej bardziej niż grupy przestępcze winny jest system, którego częścią są policjanci. Jill Leovy przedstawia jednego z nich, tworząc głównego bohatera. Jest nim John Skaggs, typowy twardy gliniarz, charakteryzujący się dodatkowo wyjątkową wytrwałością. I to ona – zdaje się mówić autorka – jest głównym powodem powodzenia śledztwa. Reporterka oskarża bowiem zbiurokratyzowany system policyjny o niedobór śledczych i niewystarczające zaangażowanie. Najbardziej bulwersuje ją fakt, że morderstwa czarnych są bagatelizowane. Dzieje się tak, ponieważ sprawcy również sa czarni; zabójstwa te traktuje się więc jako wewnętrzne sprawy gangów. Policja, zdaniem autorki, nie kwapi się do rozwiązywania spraw, co potęguje jeszcze ich liczba, wynosząca nieraz kilka dziennie. W takich warunkach trudno pracować.


Tytuł „Wszyscy wiedzą” odnosi się do sytuacji, w której tożsamość sprawców najczęściej znana jest w ich sąsiedztwie. Zabójcą okazuje się czyjś syn lub mieszkaniec sąsiedniej posesji. Dlatego tak trudno o zebranie zeznań świadków; ludzie boją rozmawiać się z policją, gdyż szybko mogą stać się następnymi ofiarami. Wolą przygotować zemstę, niż wyspowiadać się śledczym, zresztą zeznawanie na komisariacie jest źle widziane w czarnej społeczności. Autorka, chcąc jednak pokazać wyjątek, nakreśla obraz Jessiki Midkiff, byłej członkini gangu, prostytutki i striptizerki, która po złożonych zeznaniach, na policji i w sądzie, zmienia swoje życie i wychodzi na prostą. Nie oszukujmy się jednak, takich przypadków nie ma wielu, a casus młodej Jessiki dowodzi wyjątkowego hartu ducha dziewczyny, co nie zdarza się zbyt często.

Co jest więc, według autorki, przyczyną tak wielu zbrodni dziejących się w czarnych społecznościach USA? Diagnoza Jill Leovy wydaje się niewystarczająca, bo skupia się na braku państwa. Jak każdy socjalista, amerykańska reporterka lekarstwo na wszystkie problemy widzi w ochronnym parasolu instytucji rządowych. Trochę banalne to rozwiązanie, a Leovy powtarza je co chwilę; takie natręctwo jest charakterystyczne dla amerykańskiej publicystyki. Nie jestem socjologiem, więc nie odpowiem na pytanie, dlaczego zbrodnie wśród czarnych pojawiają się o wiele częściej, niż w białych środowiskach. W każdym razie mamy do czynienia z faktem, który da się udowodnić za pomocą statystyki.

Jill Leovy, Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce, tłum. J. Ochab, wyd. Czarne, Wołowiec 2017, ss. 411.

0 komentarze:

Prześlij komentarz