poniedziałek, 5 czerwca 2017

Michał Olszewski - #upał. Rechot głupców

Pamiętacie maratończyka, który zostawił psa przed schroniskiem dla zwierząt? W każdym razie ja zdążyłem zapomnieć o całej tej w zasadzie banalnej historii. Historia ta była też o wiele mniej bulwersująca, niż jej medialny obraz, który przetoczył się przez elektroniczne i drukowane publikatory dwa lata temu. A lato 2015 było bardzo gorące; w takim sezonie ogórkowym muszą pojawiać się podobne historie. Nie tyle ochładzają one, co jeszcze bardziej ożywiają rozpalone wysokimi temperaturami głowy. Świat mediów natomiast już dawno (o ile kiedykolwiek był) przestał opierać się na racjonalnych przesłankach. Brukowce jawnie odwołują się do emocji czytelników, bardziej ukrywają tę przypadłość gazety, którym nie jest wszystko jedno. Natomiast w zasadzie wszystko jedno, bo manipulacja zawsze będzie manipulacją, a podkręcony w dobrej wierze news niewiele różni się od fałszywej informacji. Co więcej, cierpienie zwierząt dzisiaj rusza coraz większą liczbę osób niż cierpienie ludzi (zagadka: jaki procent wegan i obrońców zwierząt to zwolennicy aborcji?), więc maratończyk i jego pies stali się na kilkanaście dni świetną zachętą do klikania.

Piszę o tym dlatego, że mam przed sobą fabularny debiut Michała Olszewskiego. „#upał”, bo o nim mowa, nie jest pierwszą książką wydaną przez autora; dwa lata temu ukazał się tom reportaży o współczesnej Polsce zatytułowany „Najlepsze buty na świecie”. Teraz Olszewski w swojej pierwszej powieści, jako zawodowy dziennikarz, w dosadny sposób ukazał świat współczesnych mediów, dokładając w zasadzie wszystkim jego ogniwom. Od razu przypomina mi się dictum Roberta Mazurka, w którym znany żurnalista stwierdził, że od dziennikarzy jeszcze głupsi są tylko aktorzy. Prowokacja czy efekt wieloletniej obserwacji? I jedno, i drugie, ponieważ ta grupa zawodowa ignorancję wpisaną ma w życie, co również opisuje Michał Olszewski. Goniąc od tematu do tematu, nie mogąc skupić się na pogłębionej analizie, większość dziennikarzy znajduje się tylko jeden stopień niżej od komediantów. W ten obraz doskonale wpisuje się główny bohater, Fej, który swój pseudonim zawdzięcza uzależnieniu od fejsbuka. Fej to więc klasyczny przykład ignoranta, który pędzi od jednego niusa do drugiego, aby podgrzewać atmosferę na miejskim portalu. Od rana ciska się z kąta w kąt, a to odbierając snapy od kochanki, esemesując z żoną, odbierając telefony i w końcu wyszukując informacji. Ten przerysowany obraz nie jest jednak daleki od rzeczywistości; uzależnienie od mediów widać nie tylko u dziennikarzy, wystarczy wsiąść do publicznego środka transportu, by ujrzeć dziesiątki zombie przesuwających paluchem ekran i tępo wpatrujących się w smartfona.

Jeszcze głupsi od Feja są jednak jego praktykanci, w których widzę z kolei odzwierciedlenie dziennikarskiej drużyny jednego z teleturniejów telewizyjnych. To średnio rozgarnięta młodzież, która używa modnych wyrazów i to zupełnie bez ich zrozumienia. Ci adepci żurnalistyki piszą o „kontrowersyjnym śniegu” i chodzeniu na spacery „z dziećmi oraz innymi zwierzętami”. Obraz tego młodego narybku nie jest, niestety, daleki od rzeczywistości. Dziennikarstwo nie jest więc w „#upale” niczym więcej jak małpią umiejętnością podgrzewania emocji; powieściowi redaktorzy mówią wprost o „grzaniu tematów” i „podkręcaniu niusów”. Wystarczy jedna wizyta na dowolnym portalu informacyjnym, również tym nieplotkarskim, aby przekonać się, że współczesnym dziennikarstwem rządzi fejk i przeinaczanie faktów. A prawda? Cóż jest prawda – pytał kiedyś pewien Rzymianin.

Siłę rażenia tej powieści podnosi również język, stylizowany na korporacyjny żargon oraz internetowy slang. Bohaterowie mówią półsłówkami, stosując prymitywne komunikaty, nie lepszy jest narrator, czyli Fej we własnej osobie. Jego język jest groteskową mieszaniną mowy potocznej, telewizyjno-internetowego żargonu oraz wulgarnej dosadności. Bohater, nie mogąc skupić się na niczym dłużej niż pół minuty, rwie swoją opowieść, co chwilę popadając w liczne dygresje. Natomiast struktura powieści jest skonstruowana zgodnie z regułami literackiej dyscypliny i czytelnik nie ma poczucia, że gubi się w chaosie. Co więcej, łatwo podążać za kolejnymi strumieniami świadomości, bo przypominają one internetowe linki, prowadzące do kolejnych informacji. W strukturę „#upału” umiejętnie wpleciono również imitacje sieciowych komentarzy oraz cztery autonomiczne opowiadania. Skąd taki pomysł? Otóż powieściowy miejski serwis informacyjny zorganizował konkurs na krótki tekst literacki. Te cztery miniatury to równie dobre zwierciadło naszych czasów, jak główna część utworu.

Mimo tych niewątpliwych eksperymentów formalnych debiut Olszewskiego jest logiczną strukturą, nad którą autor doskonale zapanował. Wszystkie wydarzenia w tekście, poza dygresjami, dzieją się jednego dnia i prowadzą do mocnego finału, w którym odnajdziemy ślad kolejnego niusa, który grzany jest zawsze, gdy wydarzy się podobna tragedia. „#upał” jest z pewnością rodzajem gorzkiej satyry na dzisiejsze czasy, lecz jest również obrazem dehumanizacji, której przyszło nam dożyć. I jest to bardzo smutna powieść, pomimo sporych walorów komicznych, które pojawiają się zwłaszcza na jej początku. Potem szybko odechciewa nam się śmiać, ponieważ oblicze współczesności ukazane w powieści to rodzaj permanentnego święta głupców, podczas którego ludzka menażeria z rechotem podcina gałąź, na której siedzi.

Michał Olszewski, #upał, wyd. Znak, Kraków 2017, ss. 318.

2 komentarze:

  1. Ach, jakiś czas temu nabyłem tę książkę, ale zabieram się do niej jak pies do jeża. Cieszę się, że ją zrecenzowałeś - w pełni przekonałeś mnie, by sięgnąć po tę pozycję. Cenię sobie takie mocno krytyczne powieści, które brutalnie uświadamiają wszechobecną głupotę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Te zmanipulowane światy najbardziej mnie dobijają, coraz rzadziej ujrzeć można prawdę i rzetelne informacje...

    OdpowiedzUsuń