niedziela, 17 marca 2013

Adam Hochschild - Duch króla Leopolda. Belle epoque pod znakiem chicotte


Kolonializm nie ma obecnie dobrej prasy. Jednak na przełomie wieku XIX i XX był opisywany niczym cudowne panaceum na niedole Afryki. Biedne Murzynki musiały dostać przysłowiowe paciorki od białego pana. Biały pan pilnował, aby nikt nie handlował niewolnikami. Biały pan inwestował zagraniczny kapitał i obsadzał urzędy swoimi ludźmi. Na końcu biały pan wyprowadzał z podbitego kraju gotówkę. Czy nie tak działa Eurokołchoz w stosunku do krajów Europy Środkowo – Wschodniej? To już refleksje niedotyczące książki Hochschilda, ale ciekaw jestem, jaka historiografia dotycząca naszego rejonu kontynentu będzie dominować w przyszłym dyskursie naukowym. My się tego nie dowiemy, ale przykład Kongo Belgijskiego pokazuje, że to, co było uznawane za niesienie kaganka postępu, po latach okazuje się zwykłym szwindlem.

Wszyscy znamy „Jądro ciemności” i opisaną w niej historię Kurtza, szalonego kolonizatora, biznesmena, który wyprowadzał z Afryki kość słoniową, aż w końcu uwierzył w to, że jest bogiem dla czarnego luda. Ten Conradowski psychopata, niewątpliwie niezwykle inteligentny, ale równie okrutny, miał swojego protoplastę. Nazywał się Leon Rom i podobnie, jak jego literacki naśladowca, „ozdabiał” swoją posiadłość uciętymi głowami nieposłusznych autochtonów. Był również, niczym Kurtz, wrażliwym intelektualistą, malował pejzaże, kolekcjonował motyle, napisał nawet książkę. Intelektualiści, mówiąc nawiasem, to ciekawa kasta. Zawsze fascynowali się oni dawaniem w mordę, jednostkowym, jak i systemowym praniem po pysku. A takie pranie – mówiąc eufemistycznie – urządzali Kongijczykom ich biali, starsi i cywilizacyjnie wyżej stojący, bracia z Europy. Notabene, z Brukseli. W wyniku ich działań mogło zginąć nawet pięć milionów tubylców. Czyżby ludobójstwo? A dlaczego? – zdziwi się jakiś pięknoduch ze stolicy Belgii, z wysokości swojego siedzenia w holenderskim rowerze i popedałuje dalej, myśląc, iż przecież w szkole uczono go, że ten termin zarezerwowany jest dla zupełnie innego narodu.

Sporo budynków znajdujących się w centrum Brukseli, wśród których znajduje się chociażby monumentalny Łuk Pięćdziesięciolecia, nie powstałoby, gdyby nie rabunkowa polityka króla Leopolda II – głównego bohatera tego historycznego reportażu. Zapóźnienie cywilizacyjne krajów dawnych demoludów w stosunku do państw Zachodu to nie tylko kwestia pięćdziesięciu lat rządów komunistów, nieumiejętnie kierujących gospodarką. Powód leży również w kolonializmie, który polegał na tym – najkrócej mówiąc – aby jak najmniej zainwestować, a jak najwięcej ukraść. A czarny lud wszystko kupi, bo jest przecież naiwny. Przypominam, to działo się jeszcze przed Leninem, Stalinem i Hitlerem.

Działania Leopolda – króla Belgów – jako żywo przypominały dzisiejsze akcje humanitarne, poparte dziesiątkami sympozjów i kongresów. Władca, chcąc posiadać swoją kolonię, bo przecież Kongo Belgijskie pozostawało własnością brukselskiego rządcy, musiał zamydlić oczy swoim współczesnym i wysłać tam ludzi w jakimś szlachetnym celu. Cel się pojawił od razu. Byli nim arabscy handlarze niewolników. Oświeceni kolonizatorzy wyprawiali się więc do jądra ciemności po to, aby z nimi walczyć. Tak przyjął to papier i tak przyjęły to kongresy. Leopold zaplanował stworzenie konfederacji wolnych republik murzyńskich, których prezydent zamieszkiwałby na Starym Kontynencie i z niego rządził tą niezwykle humanitarną misją. A faktem jest, że żadnych arabskich handlarzy niewolników nie zamierzano karać. Chodziło o to, co zwykle. O rabunkową gospodarkę, aby żyło się lepiej. O zabicie paru opornych, o pokazanie władzy absolutnej wobec tubylców.

Perkal i paciorki? Oczywiście. Pieniędzy za zdobywaną kość słoniową oraz kauczuk mieszkańcy Kongo nie ujrzeli w ogóle, ale za to europejski pan wprowadził im nową walutę – drut miedziany. Stał się on oficjalnym środkiem płatniczym i głównym pieniądzem kraju. A jeżeli ktoś się buntował wobec tej światłej polityki, zawsze mógł skorzystać z łaski bycia ukaranym. Chłosta za pomocą chicotte, bata zrobionego z wysuszonej skóry hipopotama, była częstą karą, którą piętnowano nieposłusznych. Chociażby tych, którzy mieli czelność zaśmiać się w obecności białego. Ponad dwadzieścia pięć uderzeń powodowało utratę przytomności, od setki mógł nastąpić zgon.

Hochshild, unikając taniego moralizatorstwa, ukazuje niezwykle plastyczny i mroczny obraz końca wieku XIX – belle epoque. Europejska wersja tej pięknej epoki była okresem bez wojen i z ustabilizowanym życiem politycznym, afrykańska była czasem świszczącego bata - chicotte. Ukazuje amerykański autor psychopatyczną i narcystyczną osobowość króla Belgów, Leopolda II. Władca ten owinął sobie wokół palca dużą część ówczesnej Europy tak, że ta jadła mu z ręki, wierząc w jego kłamstwa. Są w „Duchu króla Leopolda” również pozytywni bohaterowie. Tacy jak Edmund Dene Morel i sir Roger Casement. Dzięki ich uporowi świat powoli dowiadywał się prawdy na temat radosnej twórczości Europejczyków w Kongu. O tym, ile warta jest ich męska przygoda, przez którą miliony ludzi poszły do piachu. Natomiast happy endu tutaj nie ma. Ostatni rozdział książki nosi tytuł „Wielkie zapominanie” i rozpoczyna się pewnym porównaniem. Z jednej strony mamy Muzeum Rewolucji w Moskwie, zmienione po pierestrojce (jednak można!), z drugiej Królewskie Muzeum Historii Afryki Środkowej, w którym nie znajdziemy żadnej wzmianki o prawdziwym celu misji Leopolda. Bo przedstawienie musi trwać.

Adam Hochschild, Duch króla Leopolda: Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce, tłum. P. Tarczyński, Świat Książki, Warszawa 2012.

0 komentarze:

Prześlij komentarz