wtorek, 5 marca 2013

Wojciech Grzelak - Rosja bez złudzeń. I smieszno, i straszno

Gerard Depardieu kocha Rosję. Daniel Olbrychski kocha Rosję. Mariusz Wilk kocha Rosję. Wszyscy kochają Rosję, aż się leje krew. To tylko parafraza „Pokoju i krwi” Dezertera, ale dobrze tłumaczy ona stosunek, jaki do Rosji przejawiają wszyscy pożyteczni idioci rozprawiający o rosyjskiej demokracji, o przewodnictwie Rusi w peletonie Słowiańszczyzny, o czystych rękach Putina i samych Rosjanach – szlachetnych dzikusach Rousseau, którzy kochają na zabój, jak to określił aktor Piotr Gąssowski. A Robert Mazurek, dziennikarz, powiedział niedawno, że od dziennikarzy głupsi są tylko aktorzy.

O największym państwie świata napisano ostatnio sporo książek. Pożytecznych i ciekawych, jak trzy pozycje Jacka Hugo – Badera, albo głupich i płytkich jak „Ruski ekstrem” Borisa Reitschustera. Jednak wydaje mi się, że nawet te dobre książki niekoniecznie odkrywają przed czytelnikiem to, co zwiemy rosyjską duszą, a w każdym razie nie robią tego tak dobitnie, jak uczynił to Wojciech Grzelak. Nasz stosunek do Rosji można określić mianem ambiwalentnego. Z jednej strony patrzymy na naszego wschodniego sąsiada jak na barbarzyńcę, który pije na umór. Z drugiej fascynujemy się kulturą i słowiańską melancholią tego narodu. A Grzelak mówi stop i twierdzi, że nie ma się czym fascynować. Wykształcenie historyczne Rosjan pozostawia wiele do życzenia nawet przy porównaniu do jego analogicznego poziomu w naszym kraju. Mieszkańcy Federacji, a na pewno ich zdecydowana większość, żyją w micie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, rozpad ZSRS uznają za klęskę ich cywilizacji, a do Polski i innych krajów byłej demokracji ludowej żywią pretensje, że te odrzuciły karmiącą rękę Matuszki Rosji.

Wojciech Grzelak, piszący niezwykle ciekawe felietony do „Najwyższego Czasu”, niegdyś zrezygnował z osiedlenia się na stałe w Federacji Rosyjskiej, a jak wielu z nas, przeżywał okres fascynacji tym – przyznać trzeba to uczciwie – ciekawym krajem. Jednak okazał się on ciekawy z pewnego dystansu, a w sytuacji stałego pobytu ta ciekawość zmieniłaby się pewnie w piekielną niedogodność. Bo Rosjanie to inna planeta, co potwierdzają fakty zebrane w książce Grzelaka. Składa się ona z kilkudziesięciu tekstów, które są i reportażami i felietonami, i oboma naraz. Autor, co podaje informacja na okładce, dzieli miejsce zamieszkania między Beskidy i leżący na Syberii, tuż przy granicy z Kazachstanem, Ałtaj. Walor tych opowieści bierze się z przeżycia faktów, z bliskiego kontaktu autora z opisywanymi ludźmi, z setkami litrów wypitej wódki i tysiącami kilometrów przejechanych tras.

„Rosja bez złudzeń” to nie jest więc książka z cyklu „Jak spędziłem najdziksze dwa tygodnie mojego życia w Rosji”, albo „Jak studenciaki pojechały Koleją Transsyberyjską”. A fakty, które w niej się pojawiają, po pierwsze, mogą skutecznie osłabić miłość do Federacji, po drugie zaś, dotyczą przeróżnej tematyki. Autor, jako pracownik naukowy, styka się między innymi ze studentami polskiego pochodzenia, potomkami zesłańców, którzy chcieliby kontynuować naukę w Polsce. Niestety, obserwacje Grzelaka nie napawają optymizmem. Rzeczpospolita Polska bardzo często utrudnia tak prozaiczne sprawy jak integracja polonii z macierzą. Albo Katyń. Ta, pisana jeszcze przed katastrofą smoleńską, książka nie pozostawia złudzeń również w tej kwestii. W najlepszym przypadku rzeź polskich oficerów w czasie II wojny światowej to dla Rosjan takie samo wydarzenie jak każde inne. Najczęściej jednak zupełnie nieznane. Przecież wojna rozpoczęła się w roku 1941!

Kolejna sprawa. Rządy Putina i tak zwana demokracja. Autor widzi, że rządy demosu i praktyka Rosji to zupełnie dwie inne sprawy. Pokazuje również, jak mieszkańcy Ałtaju (i całego imperium) wcale tej demokracji nie potrzebują. Car na ziemi, Bóg na niebie. Chociaż z tym drugim też za wesoło nie jest. Mówi się ostatnio sporo o odrodzeniu się prawosławia w Federacji. To tylko rzekomy renesans. W rzeczywistości Rosjanie wierzą najczęściej w gusła, zabobony i chińskie horoskopy.

Stosunek Rosjan do innych to przedziwna mieszanka kompleksów i manii wielkości. Mieszkańcy Rosji to potomkowie pogromców faszyzmu (faszysta to jedno z gorszych wyzwisk), ale i nieudacznicy, którzy korzą się przed władzą. Doskonale pokazuje to Grzelak na przykładzie milicji drogowej, której boją się wszyscy miejscowi kierowcy. Milicjanci z kolei lękają się prokuratora. Wracając z Polski, Rosjanie są pod wrażeniem naszej obsługi w sklepach, uprzejmych przechodniów i kierowców, przestronnych hal hipermarketów, ale zaraz po przekroczeniu granicy wyłazi z nich zawiść. Twierdzą wtedy, że i tak u nich jest lepiej, bo „naszo”.

Nie brakuje w „Rosji bez złudzeń” absurdu. Ale nie jest to taki, po studencku wykładany absurd w stylu „Pośmiejmy się z >>Misia<<”, albo „Powspominajmy PRL, chociaż go nie pamiętamy, tak wesoło się żyło”. Ten absurd to nieodłączna cecha rosyjskiej rzeczywistości i nie ma on niczego wspólnego ze śmiesznością. Dowodem może być sposób tankowania na tamtejszych stacjach benzynowych. Najpierw się płaci, deklarując, ile litrów paliwa potrzebujemy. Potem się wlewa, a gdy okaże się, że bak jest pełny, a my zapłaciliśmy za więcej, nikogo to nie obchodzi. Albo kwestia dróg. Dziury w nich to aksjomat. Kolej Transsyberyjska? Żadna romantyczna przygoda, tylko kilka dni nudnej podróży w śmierdzących wagonach z ludźmi dojrzewającymi niczym sery, jak obrazowo określił Grzelak indywidua zalegające w kuszetkach bez mycia (bo niby jak?). A okna w wagonach się nie otwierają, bo zaspawane. Czyta się tę książkę niczym relację z Marsa, co byłoby całkiem zabawne, gdyby nie jeden drobny szkopuł. Ten Mars leży już za naszą północną granicą i niezbyt nas lubi. W końcu kurica nie ptica...

Wojciech Grzelak, Rosja bez złudzeń: uroki demokracji suwerennej, Wyd. 3S Media, Seria Biblioteka Wolności, Warszawa 2008, ss. 302.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".

0 komentarze:

Prześlij komentarz