sobota, 23 marca 2013

Christopher Browning - Pamięć przetrwania. Pamięć zniekształcenia

Co to znaczy nazistowski obóz pracy? Kim byli tajemniczy naziści? Czyżby przybyszami z obcej planety? Trzeba przyznać, że Niemcy wzorowo wykonali robotę, która oddzieliła ewidentną winę ich narodu od działań nazistów, którzy zostali przysłowiowym czarnym ludem II wojny. A Niemcy to biedni wypędzeni. Fakt, że w większości głosowali na NSDAP, jakoś ucieka w pomroce dziejów. Z drugiej strony mówi się o polskich obozach zagłady, bo przecież znajdowały się one na terenach Polski. Budowali je nie Niemcy, tylko naziści. Sprytnie sobie to wszystko wykoncypowano.

Książka Christophera Browninga „Pamięć przetrwania” wpisuje się w taką ponowoczesną narrację dotyczącą wydarzeń lat 1939 – 45. Pojawiają się w niej, rzecz jasna, Niemcy, ale dla przeciwwagi mamy wspomnianą Armię Krajową, która dla amerykańskiego historyka jest organizacją nacjonalistyczną i ma na swoim koncie rasowe zbrodnie na Żydach. Pokłosie Grossa. Pojawiają się w „Pamięci przetrwania” również czarne charaktery z NSZ, dla przeciwwagi również z AL. A Polacy są różni, z czym nie da rady się nie zgodzić. Bo przecież prezentowali oni bardzo odmienne od siebie postawy, co nie znaczy, że wszystkie domniemane akty agresji kierowane przeciwko przedstawicielom narodu mojżeszowego były prawdą. Weźmy „Malowanego ptaka” Kosińskiego i jego bezlitosną demitologizację, której dokonała w doskonały sposób Joanna Siedlecka w swoim „Czarnym ptasiorze”. Sporo gromów spadło na jej głowę, a obecnie panteon dyżurnych autorytetów moralnych oskarżających tych, co antysemityzm z mlekiem matki wyssali, do Kosińskiego odwołuje się nader rzadko..

Pozycja Browninga jest jednak interesująca z innych przyczyn. Mianowicie, stanowi ona monografię jednego obozu pracy, znajdującego się w Wierzbniku na Kielecczyźnie. Autor metodycznie, w chronologiczny sposób, przedstawia dzieje wierzbnickiej społeczności Żydów, przywołując impresje sprzed wojny, a potem rysując powolne narastanie grozy, która zaczęła się wraz z wybuchem wojny. Historyk opisuje dzielenie się społeczności ze względu na działania Niemców, powstawanie Judenratu, formowanie się policji żydowskiej, której członkowie mogli odroczyć sobie wyrok śmierci w obozie. Jednak los ich dopadł, zostali najprawdopodobniej zabici w transporcie do Birkenau. Getto wierzbnickie było specyficzne, ponieważ nie posiadało muru, co było dużym ułatwieniem dla hipotetycznych uciekinierów. Ponadto, w zamian za kosztowności, ukraińscy strażnicy wypuszczali czasem więźniów do miasteczka, aby ci mogli zakraść się do własnych domów, które zostawili po aresztowaniu, i przynieść z nich ukryte precjoza.

Potem mamy opis stosunków panujących w obozie, co nie jest żadnym novum w literaturze dotyczącej tego tematu. Jednak wierzbnicki lager, w odróżnieniu od analogicznego w Birkenau, nie był obozem śmierci, ale obozem pracy. I w związku z tym faktem Żydzi, zwłaszcza ci pracujący w tartaku, mieli nieco lepsze warunki niż w Sobiborze czy Majdanku. Ale nie oszczędza autor również opisów chorób, szczególnie tyfusu, życia seksualnego, gwałtów, oszustw i codziennego kombinowania. Wychodzą różnice między bogatymi a biednymi, w takiej strukturze są one nakreślone jeszcze mocniejszą linią. Ci ostatni mieli najmniejsze szanse na przeżycie. W warunkach ekstremalnych wychodzi ludzka podłość, albo szlachetność. Niestety, z narracji Browninga wynika, że ta pierwsza występuje częściej. Świat w miniaturze – obóz pracy.

Bohaterem zbiorowym książki amerykańskiego badacza jest jednak pamięć. Ta zbiorowa i ta indywidualna. Pisze autor, że po latach wspomnienia ulegają wykrzywieniu, co pokazuje doskonale sytuacja pewnej domniemanej egzekucji, która opisana zostaje z perspektywy kilkunastu świadków. Punktem wspólnym jest pewien moment, w którym młoda dziewczyna, doprowadzona do ostateczności, atakuje niemieckiego żołdaka. Potem nie zgadza się nic. Co uderza najbardziej to fakt, że każdy z rozmówców przekonująco udowadnia, że jego percepcja jest słuszna. Posłuchawszy wyizolowanej opowieści, bylibyśmy w stanie uwierzyć na słowo, bo przecież indagowana jest tutaj ofiara. Przyzwyczajono nas do tego, że świadek makabrycznych wydarzeń ma rację i przez szacunek dla jego wspomnień nie powinniśmy ich podważać. Browning nie podważa niczego. Niczym chłodny analityk zestawia te kilkanaście zeznań, czym udowadnia, że pamięć ludzka, zwłaszcza narażona na skrajne emocje i skrajne przeżycia, ulega odkształceniom. Dla historyka nie powinna być ona ostateczną instancją.

W świetle tych wniosków, do których dochodzi również Browning, dziwić musi fakt, że w przypadku prawdziwie lub domniemanie złych stosunków polsko – żydowskich przed wojną autor pozostaje jednak bezkrytyczny. Dopuszcza myśl, że makabryczna sytuacja z młodą Żydówką i jej niemieckimi oprawcami może mieć kilkanaście wersji, a z drugiej strony nie bierze pod uwagę faktu, że negatywne wspomnienia związane z Holokaustem nakładają się na te przedwojenne. Nie twierdzę, że wszystko układało się idealnie. Daleki jestem od idealizowania moich rodaków, wiedząc, że postawy, jakie prezentowali, były bardzo różne. Jednak przedstawiając sytuację w tak jednoznaczny sposób, kłamiąc na dodatek o rzekomym nacjonalizmie AK, można coś zgubić i wpisać się w Grossowską wizję rzeczywistości. Łatwy do zamazania jest fakt istnienia tych postaw heroicznych, o których opowiada między innymi film Gołębiewskiego i Pawlickiego „Rodzina Kowalskich”. Za ukrywanie Żydów w Polsce można było stracić życie i o tym zdają się nie pamiętać krytycy zachowań naszych rodaków w czasie okupacji. Wystarczy zajrzeć na witrynę instytutu Yad Vashem, by zobaczyć, jaka nacja najliczniej w czasie okupacji ratowała przedstawicieli narodu żydowskiego.

Gdy odsiejemy te ewidentne uproszczenia i subiektywizmy, książka Browninga zyska na wartości. Po pierwsze dlatego, że jest ona monograficznym przedstawieniem pewnego mikrokosmosu, na którym można w doskonały sposób uzmysłowić sobie tragedię, jaka była udziałem Żydów w latach 1939 – 1945. Po drugie, autor nie mitologizuje swoich bohaterów. Pokazuje różne postawy, szlachetność i małość, a najczęściej biologiczną chęć przetrwania. Po trzecie, zadaje pytanie o sprawiedliwość, odwołując się do powojennych procesów, w których sądzeni byli zbrodniarze odpowiedzialni za ponury los mieszkańców Wierzbnika. A Temida w tym przypadku była bardzo wybiórcza.

Christopher R. Browning, Pamięć przetrwania: Nazistowski obóz pracy oczami więźniów, tłum. H. Pustuła - Lewicka, wyd. Czarne, Wołowiec 2012, ss. 463.

2 komentarze:

  1. Zawsze trochę dziwił mnie fakt, że w Polsce za pomoc przedstawicielom narodu żydowskiego z miejsca groziła śmierć, natomiast w takiej Francji na przykład ludność nie musiała się bać o swój byt, gdy wykazywała się szlachetnością...

    Nie od dzisiaj wiadomo, że antysemityzm kwitł w Europie zanim Hitler był w planach swych rodziców, także i w Polsce nic nie stawało na przeszkodzie w jego szerzeniu, jednakże informacje, przeinaczenia, które od jakiegoś czasu krążą w prasie wydają się okrutnym żartem idioty, który lubi dużo mówić zanim coś dokładnie zgłębi (dlatego tez na przykład nie dotykam się książek amerykańskich autorów na temat II Wojny Światowej, z których wynika, że w gettach jadło się banany i pomarańcze). Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałam o Polskich obozach koncentracyjnych, naprawdę uważała, że to jakieś jaja, a tu proszę tekst wyprodukowany przez osobę całkiem poważną... z nazistami i Niemcami to też dobra zagrywka - a historia siedzi i płacze.

    Tytuł zapisuję na liście do szybkiego przeczytania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Książką pewnie się zdenerwujesz, bo kilka razy padają w niej tezy o nacjonalistycznej AK. I masz oczywiście rację. Wystarczy wejść na stronę Yad Vashem, aby sprawdzić, jaka nacja odebrała najwięcej medali "Sprawiedliwy wśród narodów świata". I nie będą to Francuzi, a Polacy właśnie. We Francji notorycznie wydawano Żydów Niemcom.

    Co do antysemityzmu, ciekawa sprawa i moim zdaniem biorąca się od darwinizmu społecznego i wynikającej z niego eugeniki. Teoria ta, niezwykle popularna od początków XX wieku pozwalała na stwierdzanie - naukowe rzecz jasna - kto jest podczłowiekiem, a komu należy się szlachetne miano przedstawiciela ludzkości. Ta teoria obowiązywała w Szwecji jeszcze do lat 70. XX wieku i w jej myśl wysterylizowano tysiące niepełnosprawnych. Szwajcaria wprowadziła prawa wyborcze dla kobiet w latach 70. XX wieku, Polska od razu po odzyskaniu niepodległości. U nas nie karano za homoseksualizm, na Zachodzie owszem. Tam płonęły stosy i wypędzano Żydów, od średniowiecza włącznie. U nas od Kazimierza Wielkiego ci mogli się chronić, przyjeżdżali do nas innowiercy z całego Zachodu. A teraz te państwa mają czelność pouczać nasz kraj i oczerniać go za rzekomy antysemityzm.

    OdpowiedzUsuń