niedziela, 23 lutego 2014

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy. Portret podwójny. W cieniu śmierci

Beksińscy byli w moim życiu obecni od zawsze. Najpierw Tomasz, dzięki któremu nagrywałem z radia dyskografie The Cure, Depeche Mode, The Sisters of Mercy, koncerty Marillion. Potem Zdzisław, którego malarstwem interesowali się moi rodzice. Początkowo nie wiedziałem nawet, że coś ich łączy, uznając, że to zwykła zbieżność nazwisk. Później, gdy zorientowałem się, że to ojciec i syn, układanka w głowie uporządkowała się. Zacząłem łączyć fakty. Apokaliptyczne malarstwo ojca i wampiryczne zainteresowania syna. Głośna muzyka w pracowni ojca, mroczna w audycjach syna. Gotycka atmosfera prezentowanych w radiu dźwięków i kosmiczna pustka bijąca z obrazów. I kiedy dowiedziałem się o śmierci Tomasza Beksińskiego, jego audycji słuchałem już sporadycznie. A gdy zginął tragicznie Zdzisław Beksiński, zacząłem się zastanawiać nad tajemnicą, która wisiała nad tą rodziną. Pojawiać się zaczęły filmy dokumentalne, reportaże, krótkie notki, ale informacji wciąż było zbyt mało.

Tajemnicy tej dotknęła w swojej książce Magdalena Grzebałkowska. Na ponad czterystu stronach autorka stara się dokonać zestawienia biografii dwóch osobowości. I ojciec, i syn zajmują w tym na poły reportażu, na poły biografii, ważne miejsce. Trudno powiedzieć, kto jest tu bardziej istotny. Wiadomo, kto wydaje się podczas lektury bardziej interesującą postacią. Nie jest to Tomasz, chociaż w latach fascynacji audycjami redaktora nie zgodziłbym się z tą tezą. Tomasz Beksiński po latach wydaje się gasnącą gwiazdą, człowiekiem, w którym więcej rzeczy drażni niż urzeka. Na przykład skrajny egocentryzm, nieprzygotowanie do dorosłego życia, skupienie na własnych przeżyciach, apodyktyczna osobowość, często po prostu chamstwo w stosunku do rodziców. Beksiński junior to podstarzały Werter promujący na falach radiowych spore ilości irytującej, czułostkowej muzyki. Chociaż – i to jest siłą tej książki – obraz postaci jednoznaczny nie jest. To raczej moja antyteza w stosunku do niegdysiejszego zachwytu tym bohaterem.

Poznajemy w „Beksińskich” dzieciństwo obu – seniora i juniora. Czytamy o młodości, jednej powojennej, ascetycznej, wyizolowanej, drugiej, również samotnej, ale w zupełnie innych warunkach materialnych. Biografia równoległa splata wątki, raz wprowadzając na scenę ojca, a raz syna. Dzięki temu zabiegowi możemy prześledzić podobieństwa osobowości dwóch postaci, jak i różnice między nimi. Beksiński – ojciec szczęśliwy mąż jednej kobiety, oddanej mu bez granic Zofii, i Beksiński – syn – wikłający się w przeróżne tragiczne miłosne historie, kończące się nie tylko z winy wybranek, ale często zrywane przez męską stronę tych relacji. Łączy tych bohaterów śmierć. Nie tylko ta dosłowna, ale również ta, którą się fascynowali. Malarz tworzył przede wszystkim naznaczone piętnem śmierci obrazy i rysunki (chociaż nienawidził ich interpretować), a dziennikarz interesował się tym motywem w muzyce: rocku progresywnym, gotyckim, nowej fali czy new romantic.

I chyba było tak, że śmierć dogoniła obu. Chociaż „Beksińscy” nie są dziełem fabularnym, nie zdradzę ostatniej sytuacji, którą opisuje autorka. Dzieje się ona już rok po morderstwie, w którym ginie Zdzisław Beksiński. Włos może się zjeżyć na głowie. Uważny czytelnik wyczyta między wierszami więcej takich metafizycznych nastrojów czy sygnałów. Są one ważnym atutem książki, ponieważ tworzą legendę obu osobowości. Sytuują ich w cieniu śmierci, pod jej czarną gwiazdą. Tak, jakby obaj swoim życiem przywoływali ciemną potęgę, która później ich zgniotła. Jednego sznurem, drugiego finką nastoletniego mordercy. 

Inną ważną składową tego pół-reportażu, tej pół-biografii, jest smutek. Przejmujący smutek panujący nad życiem Zdzisława Beksińskiego. Człowieka o zimnej osobowości, chociaż na swój sposób sympatycznego i niepozbawionego poczucia humoru. Smutek ten gęstnieje po śmierci żony i samobójstwie syna. Chociaż, jak wynika z książki, malarz nigdy nie będzie myślał o samobójstwie. W przeciwieństwie do własnego syna, który z kolei przez całe dorosłe życie podejmował przeróżne próby skończenia ze sobą. Gwiazda Tomasza blaknie przy Zdzisławie. I co by nie powiedzieć na temat wpływu audycji redaktora na tysiące radiosłuchaczy w Polsce, ich autor budzi coraz mniejszą sympatię. Jego pęd do autodestrukcji powodowany miłosnymi rozterkami, ale i problemami egzystencjalnymi, jest czynnikiem, który odpycha i buduje mur. Prawdziwy smutek pozostał wśród żywych, w pustym mieszkaniu, bez żony i bez syna, wśród obrazów i lodówek z jedzeniem. Za moment ten smutek się skończy; z chwilą morderstwa ród Beksińskich przeminie jak łzy w deszczu.

Bardzo dobrą rzecz napisała Grzebałkowska, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że to tylko przyczynek i biograficzne szaleństwo może dopiero się zacząć. Obaj bohaterowie pozostawili po sobie tysiące listów, zapisków, wideo- i audio-dzienników. Nie wszyscy świadkowie chcieli opowiadać, nie do wszystkich udało się dotrzeć, toteż mam świadomość, że biografia ta może posiadać luki. Jednak nie pozbawia to jej wartości. Wręcz przeciwnie, to fascynująca lektura, w której poznajemy intrygujące, nietuzinkowe osobowości, naznaczone piętnem tajemnicy i grozy.

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy: portret podwójny, wyd. Znak, Kraków 2014, ss. 424.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.

BEKSIŃSCY w cieniu śmierci, pod jej czarną gwiazdą. RECENZJA

1 komentarze:

  1. Być może fascynacja (wręcz kult) mroczną stroną świata wciąga człowieka w przestrzeń, z której nie ma powrotu do zwykłej rzeczywistości, a zmierzenie się z codziennością, z ludźmi, relacjami rodzi fobie. Mroczne osobowości, otoczone tajemnicą, tym bardziej autorka podjęła się ogromnego wyzwania, ukazania portretu biograficznego, opowieści o życiu ojca i syna. Autorka zastrzega sobie, że nie jest to pełna biografia - moim zdaniem o wielu rzeczach z ich życia, nigdy się nie dowiemy...

    OdpowiedzUsuń