poniedziałek, 16 marca 2015

Marcin Wójcik - W rodzinie Ojca Mego. Rydzyk Horror Story

Polska rzeczywistość jest pełna strachów. Jedni boją się Jarosława Kaczyńskiego, inni ojca Rydzyka. Jedni i drudzy czytają „Gazetę wyborczą”, a to pierwszorzędne źródło horroru wszelakiego. W latach 90. siała wśród wielkomiejskiej inteligencji lęk przed disco polo; lęk zaś przed religią był jej głównym refrenem w zasadzie od samego początku powstania pisma. A Radio Maryja – wisienką na torcie wśród historyjek z dreszczykiem opowiadanych przez przejętych swoją misją dziennikarzy. Cóż, jedni boją się duchów, inni czarnych kotów przebiegających im drogę, inni zakonników w czarnych sutannach. Jeszcze gdy ci ostatni mają tajemnicze życiorysy (nie ukrywam, o. Rydzyk taki właśnie ma), historia staje się jeszcze bardziej pasjonująca. I nie byłoby w tym niczego złego, wszak każdy musi mieć swojego stracha, gdyby nie wyolbrzymianie faktów, którym spora część dziennikarzy ulega. Uległ im niestety, Marcin Wójcik, który przepracowawszy siedem lat w „Gościu Niedzielnym”, przeskoczył do „Dużego Formatu”, a teraz wydał demaskatorską w zamyśle książkę o środowisku Radia Maryja.

Gdy półtora roku temu czytałem „Imperatora”, reportaż o o. Tadeuszu Rydzyku, napisany przez Piotra Głuchowskiego i Jacka Hołuba (dziennikarzy „Gazety wyborczej”), byłem pod wielkim wrażeniem ich obiektywizmu i roboty, którą wykonali, aby stworzyć swój tekst. Umówmy się, nie jest ojciec Rydzyk bohaterem mojej bajki, a Radio Maryja i Telewizja Trwam to nie moje ulubione źródła informacji. Natomiast można pisać obiektywnie o czymś, czego się nie lubi, co udowodnili wyżej wymienieni reporterzy. Redaktor Wójcik zadania domowego nie odrobił i wybrał się na prywatną krucjatę z mediami toruńskimi. Wali cepem jak Grzegorz Kopcewicz w tekstach zespołu Butelka, natomiast ten jest tylko rockmanem, a ci nie muszą być ani lotni, ani obiektywni. Dziennikarz powinien zachować chociaż pozory. Może to kompleks bycia za blisko środowiska, które Wójcikowi zbrzydło? Kompleks ministranta, który służył co niedziela w kościele, a teraz śpi z każdą napotkaną na dyskotece dziewczyną i wciąga nosem koks, aby nadrobić stracone przy ołtarzu lata? Rozumiem, że bycie blisko sacrum najczęściej człowieka paczy i być może właśnie temu zjawisku uległ autor reportażu „W rodzinie ojca mego”.

Grzechem głównym tej pozycji jest jej nierówny poziom. Są w niej rzeczy całkiem niezłe, jak teksty poświęcone Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej, w której Marcin Wójcik studiował przez jeden semestr w charakterze kreta (albo Konrada Wallenroda). Tylko, że niczego sensacyjnego, co zapowiadają recenzje z tyłu okładki, znaleźć w nich nie sposób. Ledwie zarysowane postaci kilkorga studentów, w tym jednego kibica Lecha, któremu autor poświęca najwięcej miejsca. Kibic ten ani nikogo nie chce zabić, ani nie opowiada o ustawkach, nuda, panie, niczym w polskim filmie. A że poglądy ma raczej opozycyjne wobec rządzących, czytelnik wychowany na „Wyborczej” dopasuje już sobie swoje elementy układanki i stwierdzi, że ma rację: u Rydzyka hodują wyznawców Kaczora. Tylko, że nazwisko Kaczyńskiego w tej historii nie pada. Ale nie wymagajmy wiele od lemingów. Są w reportażu tym elementy skandaliczne, manipulatorskie, na przykład historia z księdzem Natankiem w roli głównej, który nie dość, że w Radiu Maryja nie występuje, to jest przez swojego biskupa zawieszony w czynnościach kapłańskich. Znajduje się więc poza wspólnotą Kościoła katolickiego. Jest historia o mężczyźnie, który zabił własną żonę. Ona słuchała Zetki, on – Radia Maryja. Rydzyk mu kazał? A może od razu Kaczyński? Szeptał: zabij sukę, bo niewierna.

W ogóle z całej książki wyłania się bardzo stronniczy obraz słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam. To mniejsze lub większe świry, umysłowo ograniczone, a w najlepszym stopniu nieszczęśliwe i zmanipulowane przez diabelskiego Rydzyka. Ma dyrektor radia sporo za uszami, osobiście znam osoby, które pracowały w jego „firmach”, a potem odeszły z nich, bądź zostały poproszone o odejście. Nasłuchałem się różnych ciekawych historii, które mogłyby ubarwić ten tekst. Natomiast na grubymi nićmi szytą manipulację jestem wyczulony. Tę z lewa i tę z prawa, żeby było po równo. Nie uwierzyłem prawicowcom, że Nergal to nazista, nie uwierzę lewakom, że Rydzyk to szatan. Niektórych rzeczy po prostu robić nie wypada, a jeśli mamy chęć zorganizowania prywatnej krucjaty przeciwko komuś, kogo nie darzymy szacunkiem, udajmy się na siłownię przerzucić kilka ton żelastwa, zamiast pisać, bo zawsze ulegniemy naszym niezdrowym emocjom.

Manipulacja zaczyna się już z tyłu okładki, gdzie w polecającej reportaż recenzji Lidia Ostałowska pisze: czemu dopuściliśmy, by sympatyczne panie w moherowych beretach pakowały w koperty kał i wysyłały je urzędnikom państwa? Urzędnik, który opowiada o rzeczonych kopertach, to członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Krzysztof Luft. Nie wspomina, kto wysyłał te niespodzianki do urzędu, bo skąd mógłby to wiedzieć, skoro były anonimowe? Ale pani Ostałowska doskonale to wie, jako specjalistka od reportaży o uciśnionych mniejszościach pisanych dla lemingów. Szósty, wybiórczy zmysł? Ktoś powie, że to tylko metafora. Ale zaraz, zaraz, metafory, to drodzy państwo zostawcie poezji. To mogła być dobra książka, bo temat ciekawy, a osoba ojca Tadeusza Rydzyka budzi niemałe kontrowersje. Nic z tego, bo w zamian dostajemy horror katolicki skrzyżowany z powieścią tendencyjną, w którym od początku wiemy, kto jest dobry, a kto zły. Wszystko, co złe w Kościele, jest winą tego strasznego Rydzyka, a dobro kryje się po katakumbach. Straszna wizja, szkoda, że nieprawdziwa.

Marcin Wójcik, W rodzinie ojca mego, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 265.

0 komentarze:

Prześlij komentarz