niedziela, 26 lipca 2015

Ferenc Molnar - Galicja. Widma upadłego cesarstwa

Ferenca Molnara nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jest on autorem znanej lektury szkolnej „Chłopcy z placu broni”. Oprócz działalności wydawniczej był on także dziennikarzem. W 1914 roku Molnar w obliczu Wielkiej Wojny postanowił zaangażować swój talent pisarski i został korespondentem wojennym armii austro-węgierskiej. W latach 1914-1915 pisał artykuły do gazet węgierskich z frontu w Galicji. W ten sposób powstał zbiór korespondencji wojennych pt. „Galicja 1914-1915”.

Zaangażowanie żywego słowa prosto z linii frontu na pewno pozwoliło trochę odświeżyć przykurzoną I Wojnę Światową, zwłaszcza że niewielu ludzi skupia się na froncie wschodnim tej wojny. A na wojnie w Galicji w szczególności. W powszechnej świadomości Wielka Wojna jest obecna tylko na Zachodzie, a i to niezbyt silnie, bo przykryta jest ogromem zniszczeń następnego konfliktu. Wychodząc z tego założenia, warto zapoznać się z tą publikacją, bo dzieje się wiele, bywa i straszno i śmieszno. Dowiedzieć możemy się na przykład, że CK Marynarka Wojenna, patrolując rzekę w Serbii, całkowicie przypadkiem wzięła do niewoli żołnierzy serbskich, dla żartu krzycząc z patrolowca do piechoty na brzegu: „Poddajcie się!”.  W Galicji także działo się całkiem dużo: odbywały się ciężkie walki o przełęcz dukielską i o Limanową na terenach dzisiejszej Polski.

W książce znajdziemy na pewno obraz wojny bardziej żywy, niż w innych relacjach, bo pisany praktycznie rzecz biorąc na miejscu, kilkaset metrów od okopów. Molnar pisze w nieco staroświecki sposób i oszczędza czytelnikom naturalistycznych opisów walk. Ta staroświeckość ma także swoje wady, które, niestety, widać – mianowicie wyzierającą z każdego kąta nachalną propagandę austro-węgierską. Oto nasi węgierscy żołnierze są waleczni jak lwy i dzielnie zdobywają kolejne reduty całkowicie niezorganizowanego przeciwnika. Oficerowie nasi są czuli dla żołnierzy jak własny dziadunio i dają im nawet pieniądze na przepustkę do domu. Cesarz Franciszek Józef czuwa nad nami, a wspólnym wysiłkiem (dewiza cesarza FJ) osiągniemy zwycięstwo.
Takimi opisami Molnar, niestety, osiąga fatalny efekt: przez pompatyczne relacje męstwa naraża się na śmieszność. Podobny skutek osiągnął Jaroslav Haszek w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka”, z tym że u niego był to efekt zamierzony. Czytelnik znający dzieła Haszka będzie miał wrażenie po lekturze Molnara, że cała armia austro-węgierska to radosna zbieranina gałganów, którzy niewiele  potrafią, ale bawią się „w wojenkę” i dorabiają do tego habsburską ideologię monarchistyczną. Przypomina się Haszkowy heroiczny do granic śmieszności opis czynu telefonisty Chodounskiego z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. Chodounsky, zasypany ziemią przez szrapnel, telefonuje do sztabu ze swojego grobu, gratulując zwycięstwa w walce. Czytając zbiór korespondencji wojennych, można zorientować się, skąd Haszek brał swoje absurdalne opisy. Najprawdopodobniej tylko trochę ubarwiał styl obecny w krajowej prasie.
Taka propaganda dodaje tej książce smaku, bo widać wyraźnie, że wojna nie toczyła się tylko na froncie, ale i na szpaltach gazet, a wydziały kontroli prasy pracowały pełną parą. Zbiór artykułów Molnara wpisywał się w powszechnie obowiązującą ówcześnie „linię”. Naiwna CK propaganda jest dziś żywym świadectwem klasycznego warsztatu dziennikarskiego sprzed stu lat, ale na pewno nie będzie wartościowym źródłem historycznym na temat postępów (czy tym bardziej strat) armii w walce. I przed tym należałoby ostrzec czytelników poszukujących źródeł historycznych.
Ferenc Molnar, Galicja 1914-1915. Zapiski korespondenta wojennego, Oficyna Wydawnicza MOST, Warszawa 2011, ss. 296.

Autorem recenzji jest Pan porucznik od saperów.

1 komentarze:

  1. Skoro pan zatwierdził mój ostatni komentarz, to chyba nie był taki najgorszy. Pozwolę sobie na odrobinę prywaty i powiem, że recenzje druha są o niebo lepsze od tych, które pisze porucznik. Kupiłam ostatnio ładne reportaże, jakby co, to mogę pożyczyć, oczywiście po wakacjach.

    OdpowiedzUsuń