sobota, 19 marca 2016

Wielość interpretacji - rozmowa z zespołem George Dorn Screams

źródło: georgedornscreams.com
Z zespołem George Dorn Screams spotkałem się w bydgoskim Miejskim Centrum Kultury z okazji premiery najnowszej płyty kapeli zatytułowanej „Ostatni dzień”. Rozmawialiśmy pół godziny przed koncertem, na którym muzycy zaprezentowali nowy materiał w całości. Gawędziliśmy o „Ostatnim dniu”, ale również o wizycie zespołu w Stanach Zjednoczonych, o gościnnych występach wokalistki Magdaleny Powalisz na najnowszej płycie zespołu Variété. Poza Magdą na pytania odpowiadali Radosław Maciejewski – gitarzysta, Wojciech Trempała – basista. Swój skromny udział w wywiadzie miał też nowy bębniarz grupy – Marcin Karnowski.

Skąd pomysł na paradoksalny tytuł singla „Ósmy dzień tygodnia”?
Radosław Maciejewski: Wszystkie teksty utworów pochodzą od tytułów polskich filmów pochodzących z okolic lat 60. Więcej szczegółów podałaby Magda Powalisz, a najlepiej zrobiłaby to Emilia Walczak, gdyż to ona jest autorką tekstów. Tytuł płyty powstał od piosenki „Ostatni dzień lata”. Przez cały okres naszej działalności marzyło się nam mieć piosenkę tytułową. Poniekąd udało się nam to na pierwszej płycie, ponieważ „Snow Lovers are Dancing” jest też tytułem utworu; jest to jednak tylko kontynuacja „More Than This”, więc nie jest to pełnoprawna piosenka. Myśleliśmy o tym, aby nazwać płytę „Ostatni dzień lata”, potem Wojtek wpadł na pomysł, aby uciąć ostatnie słowo. W taki sposób każdy może sobie dopowiedzieć, o jaki ostatni dzień chodzi.

Wojciech Trempała: „Ostatni dzień lata” jest dość wyświechtaną formułą, stwierdziliśmy, że skorzystamy z szerszego tytułu, który daje większą możliwość interpretacji. Dla każdego ten ostatni dzień może oznaczać coś innego. Możesz mieć ostatni dzień nałogu, ostatni dzień szkoły, relacji z drugą osobą itd. W taki sposób każdy może ten tytuł odnieść do własnej sytuacji.

Najbardziej widoczną nowością jest zmiana tekstów, z angielskich na polskie. Czym spowodowana jest taka metamorfoza?
Magdalena Powalisz: Już od dłuższego czasu myśleliśmy o tym, aby śpiewać po polsku. Problemem były jednak same teksty. Nie jestem w stanie napisać polskich tekstów tak dobrze, jakbym chciała. I tu dość przypadkowo pojawiła się Emilia Walczak, z którą kiedyś rozmawiałam o śpiewaniu po polsku. Zaproponowała, że może ona spróbowałaby coś dla nas napisać. Z początku podeszłam do tego pomysłu sceptycznie, bo zawsze pisałam sama. Trochę się bałam, jak to będzie, gdy zacznę śpiewać czyjeś teksty.

Czy będziesz czuła to, co śpiewasz…
MP: Właśnie. Emilia napisała małą próbkę i okazało się, że trafiła w samo sedno. To są teksty, z którymi bardzo się identyfikuję, więc śpiewanie ich wyszło bardzo naturalnie. Teksty Emilii są więc nadal tak melancholijne oraz introwertyczne, jak te na poprzednich płytach?

MP: Myślę, że tak. Chociaż na pewno są inne.

Po wysłuchaniu singla wydało mi się, że idziecie w nieco lżejszym kierunku. Może jest to kwestią polskiego tekstu, ale mam wrażenie, że skręcacie w inne obszary muzyczne, nie do końca popowe, ale na pewno bardziej piosenkowe.
MP: Być może to dlatego, że polskie teksty śpiewa się inaczej. Całkowicie inaczej pod tyloma względami, że mogłabym o tym mówić i mówić. Ale myślę, że na ten weselszy klimat miało wpływ również to, że znowu gramy, że dołączył do nas Marcin (Karnowski – perkusista – dop. red.) i nagle poczuliśmy się jak te dziewięć lat temu. Mamy z tego powodu wielką frajdę i może ona się przełożyła na tę weselszą atmosferę.

Nie rozpieszczacie słuchaczy liczbą płyt. Między jedynką a dwójką były dwa lata, a późniejsze przerwy trwały około trzech lat.
RM: Pojawiło się trochę problemów. Raz, że mieliśmy etap przejściowy w życiu, bo nasza trójka, oprócz Marcina, który wówczas z nami jeszcze nie grał, była jeszcze studentami, kończyliśmy studia, wchodziliśmy w dorosłe życie. Drugą kwestią były problemy personalne. W międzyczasie odszedł od nas Kuba Ziołek.

Już na stałe? Bo współpracował z wami jeszcze na poprzedniej płycie.
RM: Tak, grał z nami jeszcze na epce („The Large Glass” – dop. red.) i na poprzednim albumie, ponieważ większą część utworów komponowaliśmy jeszcze razem z nim. Wydawało nam się to oczywiste, że na płycie również musi to tak zabrzmieć.

WT: Te utwory były tak samo Kuby, jak i nasze.

RM: Nie zagralibyśmy ich po prostu bez niego tak dobrze. Poza tym Kuba śpiewa w jednym z utworów.

Jesteśmy kilkadziesiąt minut przed premierą płyty, słyszałem tylko singiel. Jaka będzie więc muzyka na „Ostatnim dniu”? 
RM: Będzie trochę postrockowego klimatu, jakiego do tej pory było sporo, a poza tym dużo piosenek.

WT: Są trzy utwory nawiązujące do tej melancholii z poprzednich płyt, a pozostałe trzy różnią się dynamiką, są szybsze, krótsze, nieco bardziej optymistyczne.

Dlaczego tak krótko?
WT: Gdybyśmy poczekali jeszcze miesiąc, pewnie mielibyśmy materiał na całą płytę, bo piosenki były. Ale gdy graliśmy te kawałki na próbach, okazało się, że nieco odbiegają one od tego, co znalazło się na płycie. Z tego powodu nie mogliśmy ich dokończyć, to byłoby jak droga w nieco innym kierunku. A po drugie, musieliśmy ten materiał nagrać jak najbardziej sprawnie, zmieścić się w czasie. Dlatego zdecydowaliśmy, że najrozsądniej będzie pójść nie na ilość, ale na jakość. Stąd wybór sześciu piosenek.

RM: Miały być cztery. To miał być bardzo krótki materiał.

I tak go zapowiadaliście.
RM: Chcieliśmy w miarę szybko wydać jakiś materiał oficjalnie, żeby zaznaczyć fakt, że sporo czasu gramy już z Marcinem i wróciliśmy do regularnego grania.

Na kolejną płytę nie trzeba będzie czekać trzech lat?
RM: Mam nadzieję, że nie, aczkolwiek chcemy jak najwięcej czasu poświęcić promocji tego materiału, aby nie odłożyć go na półkę i rozpocząć nowy rozdział. Bo dla wszystkich oprócz nas jest on zupełnie nową rzeczą. Musimy trochę pograć i pokazać go ludziom.

Marcin Karnowski: Nie wiemy też, ile będziemy czekać na kolejną rzecz. Musimy być gotowi, a nowe utwory muszą nam się podobać.

WT: Wydaje mi się, że niedosyt jest lepszy niż przesyt.

Zgadzam się. Krótkie płyty mają to do siebie, że można je włączyć raz jeszcze bez znużenia. Przejdźmy dalej. Jakie są wasze realne oczekiwania dotyczące promocji nowej płyty? Nie pytam o nierzeczywiste fantazje, ale o to, co jest możliwe do spełnienia.
MP: Na pewno nie będziemy grać jakiejś bardzo długiej trasy, bo czas nam na to nie pozwala. Wszyscy chodzimy do pracy, wiadomo, ile można w ciągu roku wziąć wolnego. Planujemy zrobić trasę na przełomie lutego i marca. Pewnie będą to jakieś rzuty weekendowe i może jedna dłuższa wycieczka.

RM: Odwiedzimy miasta i kluby, które są sprawdzone, w których zawsze się dobrze czuliśmy. Trasa, którą teraz zagramy, nie będzie mocno odbiegała od tych poprzednich.

Drugą płytę nagrywaliście w Stanach Zjednoczonych. Nie chcę pytać o to, jak wam się tam nagrywało, jak przebiegała sesja, bo takie pytania prowokują jednolite odpowiedzi. Chcę zapytać o Polaka w USA. W jaki sposób odbieraliście Amerykę Północną, która przez niektórych wciąż uznawana jest za ziemię obiecaną?
WT: Byliśmy (podobno) w mało reprezentatywnym miejscu dla całych Stanów, w Dallas w Teksasie. Rozmawiając z kolegami z Variété, którzy nieco wcześniej albo w tym samym czasie także nagrywali materiał (w Nowym Jorku), mieliśmy zupełnie różne wrażenia. Nasz wypad był zdominowany przez takie Stany, które znamy bardziej z historii, w których funkcjonują jeszcze pewne podziały.

Północ-południe, biali-czarni?
WT: Tak, troszeczkę to było odczuwalne. Mimo że USA są zupełnie innym światem, kompletnie odbiegającym od tego, który zna się z filmów, to chce się tam wrócić. Nie wiesz, dlaczego tak się dzieje, ale jest coś takiego w powietrzu. Byliśmy tam już parę lat temu, co było dla nas tak dużym przeżyciem, że brakuje nam obiektywizmu w ocenie. Poza tym wchodziliśmy rano do studia wychodziliśmy wieczorem, znajdowało się ono w piwnicy, a w zasadzie to w krematorium (śmiech). Nie, to było prosektorium. Ulica nazywała się chyba Elmwood Boulevard. Myślę, że jednak za mało obcowaliśmy z tą kulturą. W gruncie rzeczy, jakiekolwiek byśmy odnieśli wrażenie, nie spotkało nas tam nic naprawdę przykrego, poza kilkoma incydentami, w których mogliśmy się czuć zagrożeni.

Mówisz o typowo ulicznych incydentach?
WT: Tak, więcej było strachu niż w rzeczywistości zagrożenia.

Za dużo filmów?
WT: Za dużo filmów, za dużo wyobraźni. Natomiast generalnie był to superwypad, supermiasto, okolica. Naprawdę było to niesamowite przeżycie. Magdo, chciałem spytać cię o współpracę z Variété. Na nowej płycie zaśpiewałaś w jednym utworze, „Kim”. Jak współpracowało ci się z Grzegorzem Kaźmierczakiem? Trudny człowiek?

MP: To może dziwne, ale bardzo dobrze.

Dlaczego dziwne?MP: Bo chodzą takie słuchy, że Grzesio jest groźny, że jest trudny we współpracy. Rzeczywiście musiałam kilkanaście razy powtórzyć pewne partie, ale to także czemuś służyło. W zasadzie oprócz barwy swojego głosu nic innego do utworu nie wniosłam. Linia wokalna już była przygotowana.

Przyszłaś po prostu na gotowe.
MP: Tak, to miało funkcjonować jako tło. Ale w zasadzie pojawia się też taki fragment, w którym tylko ja śpiewam.

RM: Gdy słuchałem tego utworu, miałem świadomość, że Magda śpiewa w nim gościnnie. Jeżeli ktoś kupuje płytę Variété gdzieś w sklepie i wkłada ją do odtwarzacza, czeka i myśli: Grzesiu, wchodzisz. Potem tam słyszy damski głos i dochodzi do wniosku, że chyba sprzedali mu nie ten album.

MP: Przyznam się, że ja też byłam zaskoczona rezultatem. Variété dość długo nad tą płytą pracowali, ale jak na nich, był to i tak krótki okres. Wokal do tej piosenki nagrywałam dobry rok temu, któregoś razu wchodzę na Facebooka, patrzę: o, nowa płyta Variété. Zupełnie zapomniałam o tym, że rok temu byłam z nimi w studiu i nagrywałam. Włączam sobie teaser, który przygotowali, i słyszę siebie (śmiech).

RM: Gdy ja odpaliłem numer, nie wiedziałem, że Magda będzie w nim gościnnie śpiewać. Albo raczej, nie byłem tego pewien, chociaż coś mi świtało.

MP: Mój wokal brzmi tam dość nietypowo, jest inaczej zmiksowany, ma inną barwę.

Można cię nie poznać.

MP: Z początku też nie byłam pewna, czy to jestem ja (śmiech). Nie wiedziałem, że to ty śpiewasz. Dopiero, gdy przeczytałem gdzieś, że faktycznie zrobiłaś wokale na nowym Variété, złożyło mi się to w jedną całość. „Kiedyś wydawało mi się, że Bydgoszcz to jakaś zielona wyspa, że rodzi się tu mnóstwo świeżych projektów. Ale to chyba było złudne. Na horyzoncie trudno odnaleźć młode grupy, działające z dużą determinacją i konsekwencją” - stwierdziliście kilka lat temu w jednym z wywiadów. Zespoły takie jak wy, 3moonboys, Upside Down, Variété są już uznane. Sytuacja się zmieniła, czy nadal jest tak, jak te kilka lat temu?

WT: Zeszły rok to ogromny sukces promocyjny Bydgoszczy, dzięki artystom, którzy dotarli do szerszej publiczności. Mówię tu przede wszystkim o Biszu, który zrobił ogromną furorę w całej Polsce, z czego się cieszymy. Mam też na myśli naszego kolegę, Kubę Ziołka, który osiągnął – wydawałoby się – nieosiągalne.

RM: Gdyby on poruszał się jeszcze w innych rejonach muzycznych, nie byłoby to zaskakujące.

Gdzie Kuba w tej chwili się udziela?
RM: On ma mnóstwo projektów, ale Stara Rzeka osiągnęła największy sukces. Poza tym udziela się w zespołach jazzowych, noise’owych, rockowych, gra ambient. Jest to bardzo szeroka działalność.

Można powiedzieć, że duch „Mózgu” wciąż jest w Bydgoszczy obecny? Mówię nie tyle o yassie, ale o otwartym, eksperymentalnym podejściu do muzyki.
RM: Tak, można się z tym zgodzić.

MP: Kuba nawet bierze udział w takim projekcie, Innercity Ensemble, w którym grają ludzie mocno związani z „mózgową” sceną...

Wywiad ukazał się na portalu wpolityce.pl.
http://wpolityce.pl/kultura/250343-wielosc-interpteracji-rozmowa-z-zespolem-george-dorn-screams

0 komentarze:

Prześlij komentarz