poniedziałek, 9 maja 2016

Julia Marcell - Proxy. Piosenki o jutubie i guglu

„Chodzę po Tesco i myślę o seksie” – tymi słowami rozpoczyna się drugi utwór na czwartej płycie Julii Marcell zatytułowanej „Proxy”. Piosenka nosi tytuł „Tesko” i zawiera szereg podobnych wynurzeń współczesnego dziewczęcia ery cyfrowej. Z kolei w numerze „Więcej niż Google” słyszymy frazy dotyczące tego, że kochanek podmiotu lirycznego zna go bardziej niż popularna przeglądarka internetowa. Gdy Julia Marcell postanowiła, że śpiewać będzie polskie piosenki w języku polskim, odsłoniła mizerię swoich przemyśleń, do tej pory dobrze ukrytych pod angielszczyzną. W tej chwili nawet fani niebędący poliglotami mogą poznać głębię znaczeń i metafor używanych przez artystkę, a sama piosenkarka dołączyła do Brodki i Marii Peszek – produktów udających alternatywę kierowanych do egzaltowanych studentek kulturoznawstwa.

Naprawdę lubiłem dwie pierwsze płyty Julii Marcell. Pisałem już o tym przy okazji recenzji poprzedniego wydawnictwa wokalistki, które w porównaniu do poprzednich dość niebezpiecznie zbliżyło się do hipsterskiego popu. To, co artystka pokazała na „Proxy”, jest niestety naturalną konsekwencją poprzedniego krążka. Jeśli na debiucie Marcell udanie eksperymentowała z rockową ekspresją przy użyciu fortepianu, a na „June” zadłużała się – bardzo umiejętnie – u szeregu alternatywnych wokalistek z Zachodu – na najnowszej płycie romansuje z muzyczną konfekcją, którą można usłyszeć w odzieżowych sieciówkach i modnych reklamach. Dramat to, a nawet tragedia. Album został już przez modne media obwołany sensacją, bo w końcu czego nie robi się dla marketingu. Na „Proxy” mamy, co prawda, dobre, profesjonalne brzmienie, ale co z tego, jeśli dźwięki to potworny banał, słyszalny wielokrotnie i to w lepszym wykonaniu na szeregu albumów z komercyjną odmianą alternatywnego popu. Możemy więc usłyszeć irytujące melodyjki (nie melodie), niczym z piosenek dla dzieci, albo z reklam, okraszone paskudnymi brzmieniami syntezatorów: jakimiś dzwoneczkami, czy brzmieniami wziętymi nie wiadomo skąd.

Najgorsze są jednak teksty. Nieco próbek pojawiło się na początku, ale nie mogę opanować się, aby nie zacytować jeszcze. „Tam w jutuba głębinach gdzieś zapisane być musi, jak zatrzymać czas”, „Marek śni tylko w połowie. Mówi, że nie może spać z telefonem przy głowie”, „Gdy tak sobie przeglądam twój profil setny raz już w tym roku, historię swojej przeglądarki studiuję z drżącym sercem”. I tak dalej, i tak dalej. Trudno słuchać tych liryków bez poczucia zażenowania. I nie wiem, kto tu jest pusty, podmiot liryczny czy autorka tych wynurzeń. Rozumiem, że żyjemy w erze technologii, zwiększającego się pośpiechu i nowych mediów, ale nie wszystko da się wyśpiewać. Czekam teraz z utęsknieniem na piosenki o snapach czy kwejkowych memach. Może pojawią się na kolejnej płycie Julii Marcell?

I warto wspomnieć  o jeszcze jednym akcencie, który wokalistka porusza na „Proxy”. Mianowicie, w ostatnim utworze – „Andrew” – odkrywa w końcu karty, wyzbywając się wszędobylskiej ironii. Z tekstu tej smutnej piosenki dowiadujemy się, że podmiot liryczny w erze mediów cyfrowych i włączonego non stop internetu jest przeraźliwie samotny. Tylko że ja takim dorosłym dzieciom sieci nie potrafię współczuć. Życie bez ducha, bez idei, w świecie konsumpcji, hedonizmu, spełniania swoich coraz bardziej perwersyjnych zachcianek, musi skończyć się glebą i zgrzytaniem zębów. W tym sensie „Proxy” nawet jest cennym świadectwem egzystencji pustej, jałowej, pozbawionej sensu, gdzieś w wielkim mieście w otoczeniu cyfrowych świecidełek. Wydaje mi się jednak, że autorka tekstów próbuje krytykować ten świat, a jednocześnie wpadła w niego po uszy. Dowodem tego są płyty takie jak „Proxy”: tekstowo nieudolne, a muzycznie zdziecinniałe.

Julia Marcell, Proxy, Mystic Production 2016.

5 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pełna zgoda, ja uważam, że wręcz nie da się tego słuchać. Teksty i muzyka tworzą niestrawną mieszaninę na Proxy. Gratuluję zdrowego rozsądku w gąszczu zachwytów nad tym czymś. I zapraszam do siebie na bloga. Marcin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za opinię. Nie rozumiem tych zachwytów, chyba że chodzi o zmasowane działania marketingowe, aby sprzedać ten wątpliwej jakości towar.

      Usuń
  3. Za frazę: "piosenkarka dołączyła do Brodki i Marii Peszek – produktów udających alternatywę kierowanych do egzaltowanych studentek kulturoznawstwa" należy się Panu burza oklasków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Pani za komentarz! Zgadzamy się w tej kwestii, jak widać.

      Usuń