środa, 4 maja 2016

Joanna Bator - Ciemno, prawie noc. Zero, prawie nic

Do nagród literackich mam stosunek obojętny. Nie grzeje mnie fakt otrzymania przez autora takiej czy innej gratyfikacji. Zwłaszcza gdy chodzi o Nike, najbardziej prestiżową nagrodę literacką przyznawaną w Polsce, takiego naszego Nobla. I podobnie jak w przypadku nagrody międzynarodowej, wielu krytykuje Nike za upolitycznienie werdyktu, z powodu którego wyróżniane książki mieszczą się po lewej stronie wrażliwości artystycznej. Tradycjonalista nie ma tam czego szukać, a tym bardziej ktoś, kto w literaturze ceni sobie logiczność akcji i dobrą opowieść. Nike to często złe historie, tak złe jak „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Powieść ta nagrodzona została trzy lata temu i zbiera większość grzechów głównych krajowej literatury, zwłaszcza tej z sercem po lewej stronie: tendencyjność, epatowanie perwersją, skąpe pomysły fabularne, nadmierną i niczym nieumotywowaną groteskowość, w końcu plucie na Polskę i Kościół katolicki. Przyznaję się, że czasem zaglądam w te rejony, aby dowiedzieć się, co siedzi pod czaszką pisarzy ukochanych przez mainstreamowe media i tych nagradzanych za rzekome walory własnej prozy. „Ciemno, prawie noc” niczym w tej materii nie zaskakuje.

Jedno trzeba Joannie Bator przyznać. Umie pisać. Szczególnie, gdy wdaje się w detaliczne charakteryzowanie brzydoty średniej wielkości poprzemysłowego miasta na Dolnym Śląsku. Chodzi o Wałbrzych, rodzinne miasto pisarki, które miejscami wygląda jak z horroru. Autorka świetnie oddaje jego atmosferę, opisując istniejące dzielnice czy konkretne miejsca, ulice, domy i górujący nad wszystkim zamek Książ. Również gdy dokonuje historycznych retrospekcji i wspomina o gwałcicielach z Armii Czerwonej czy pierwszych latach na Ziemiach Odzyskanych, udaje się autorce stworzyć sugestywną i wiarygodną opowieść o Wałbrzychu. Tak samo, wchodząc w przeszłość swoich bohaterów, Joanna Bator snuje przerażające, ale przecież znane doskonale historie, które zdarzyć się mogą w każdej rodzinie. Problem zaczyna się, gdy okazuje się, że świat bohaterów „Ciemno, prawie noc” składa się wyłącznie z takich epizodów: gwałtów, molestowania seksualnego, odrazy do świata, samobójczych śmierci. Cierpią wówczas nie tylko bohaterowie powieści, cierpi też czytelnik, nie tyle z powodu nagromadzonego koszmaru, ale z braku logiczności całej fabuły.

A ta, przyznać trzeba, nie klei się od samego początku. Mamy w niej zgorzkniałą reporterkę „największej gazety w Polsce”, pracującą w Warszawie (w War-sza-wie!). Ta wielka warszawianka zdaje się zapomniała już o swoim mieście rodzinnym, bo przy byle okazji pluje na nie jadem, widząc w nim siedlisko moherowych beretów, januszów z wąsami i bezrobotnych patoli, którzy sami są sobie winni, bo przecież nie mieszkają w War-sza-wie. I ten żałosny słoik z pretensjami do całego świata prowadzić zaczyna śledztwo w sprawie zaginionych dzieci. W zasadzie od początku można domyśleć się, kto te dzieci porywa. Akcja jest więc spartolona od samego początku. Autorka tłumaczy takie, a nie inne rozwiązania fabularne, konwencją baśni. Tyle że zapomina o tym, iż każda konwencja literacka wymaga logiki, a ta fantastyczna tym bardziej. Zabawny jest na przykład fragment, w którym główna bohaterka – Alicja Tabor (autobiograficzne oczko puszczone w stronę czytelnika) – przedziera się przez labirynt podziemnych korytarzy, aby wyjść z nich w nieczynnej od lat zamkniętej palmiarni. Przypadek chce, że akurat w tym samym momencie do palmiarni wchodzi jej znajomy, którego ta będzie widzieć po raz drugi. Po co tam szedł? Skąd wiedział, że Taborówna tam się znajdzie? Skąd miał klucze? Na te pytania autorka, rzecz jasna, nie odpowiada, bo nie logika opowieści jest tu ważna, ale coś zupełnie innego.

A tym czymś jest tendencyjność, kategoria niesłusznie kojarzona z pozytywizmem i wczesną Orzeszkową albo produkcyjniakami z lat 50. XX wieku. Bo tendencyjność ma się dzisiaj świetnie w środowiskach takich jak „Krytyka Polityczna” i „Gazeta Wyborcza”, której „Duży Format” co tydzień daje powody do niezamierzonej beki. Podobnie postępuje Bator, która w „Ciemno, prawie noc” od razu, i to dużymi literami, informuje nas, co jest dobre, a co złe. „Czy wy nas macie za idiotów?” – powtarzam za Kazikiem Staszewskim. Zła jest więc cała społeczność Wałbrzycha (na miejscu mieszkańców przygotowałbym jakiś medal z kartofla na okoliczność odwiedzin pani pisarki), oprócz nielicznych znajomych głównej bohaterki, między innymi transseksualnej bibliotekarki Celestyny. Serio? Źli są członkowie postkatolickiej sekty, którzy domagają się ekshumacji zwłok własnego guru. Przecież od razu widać, do kogo autorka pije. Takich grubymi nićmi szytych grepsów jest w „Ciemno, prawie noc” jeszcze więcej. Bardzo to śmieszne, niczym roast u Jakuba W. Tendencyjność tę widać również w tym, że autorka nie kryje się, że nie lubi swoich bohaterów. Naturalnie - poza Taborówną i jej kilkoma towarzyszami niedoli. Nie sili się na jakikolwiek niuans, dystans do opisywanego świata, na uniwersalność historii. Jest „wyborczo”, niczym z reportaży, w których dzielni KOD-owcy, dzieci z in vitro i zbiegłe zakonnice walczą z księdzem Oko, Tomaszem Terlikowskim i twórcą całego zła na świecie – Jarosławem Kaczyńskim.

Szkoda, bo potencjał autorka posiada i marnuje go na agitacyjną prozę tylko dla zmyłki nazywaną baśnią czy horrorem miejskim. Jeszcze gorzej, że w kilku miejscach funduje opisy niczym z hard porno i wyraźnie lubuje się w makabrze, którą stwarza. Narratorki, Alicji Tabor, nie sposób polubić, a że wydaje się alter ego Joanny Bator (autobiograficzne aluzje napotykamy na każdym kroku), autorka również nie zaskarbia naszej sympatii. Obie wywyższają się nad świat, który ich ukształtował, obie dostają dreszczy na samo brzmienie słowa „Polska”, obie w końcu mają zwichrowaną wyobraźnię, w której miast pokoju i harmonii (wszak zerwanie z tradycją powinno je gwarantować) hulają demony gorsze od tych, które przypisują własnym wrogom.

Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, wyd. WAB, Warszawa 2013, ss. 526.

3 komentarze:

  1. Ocena, czy książka jest dobra, to zawsze kwestia osobistego odbioru. Ta , to jakieś poplątanie z pomieszaniem. Recenzja super, jak zawsze.Spartolona, to dobre określenie dla tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z recenzją co kwestii fabularnej. Jednak zarzucanie książce, że jest polityczna nie trafia do mnie. Gdybyśmy mięli przeczytać w ten sposób lektury szkolne okazałoby się, że prawie wszystkie są polityczne, z "Lalką" Prusa na czele.

    "Jeszcze gorzej, że w kilku miejscach funduje opisy niczym z hard porno i wyraźnie lubuje się w makabrze" Ma Pan na myśli tę długą scenę pościgu i „lubowanie się” w roli wymierzającego sprawiedliwość? No i chyba trochę przesadzone z tym Hard Porno :)

    Szkoda, że wciąga Pan w to wszystko autorkę. I dlaczego zerwanie z tradycją powinno gwarantować harmonię?

    OdpowiedzUsuń
  3. Uważam swoje poglądy za lewicowe ale prozy Joanny Bator nie mogę strawić. Nie wiem co mają poglądy do jakości np. Literatury czy muzyki.

    OdpowiedzUsuń