Przez długi czas nie byłem w stanie przypomnieć sobie pewnego tytułu filmu. Chodziło o naparzankę w stylu wschodnich sztuk walki, która nakręcona była zgodnie z ideologiczną linią partii komunistycznej. Naturalnie, chodziło o obraz północnokoreański, a oglądałem go podczas jednego ze szkolnych wyjść do kina, organizowanych w podstawówce. Potem zachodziłem w głowę, kto mógł nakręcić film opowiadający o dzielnych wojownikach kung-fu, lub innych zbliżonych do nich sztuk walki, i w niemal surrealistyczny sposób wpleść w nieskomplikowaną, opartą na mordobiciu akcję, akcenty komunistyczne. Sprawa wyjaśniła się niedawno, podczas lektury debiutanckiego reportażu Paula Fischera zatytułowanego „Kim Dzong Il. Przemysł propagandy”.

Już pierwszy komunistyczny zbrodniarz, Włodzimierz Iljicz Lenin, stwierdził, że film jest najważniejszą ze sztuk. Ten brodaty, chorujący na kiłę zwierzchnik rewolucji miał niebywałą intuicję. W czasach, gdy inteligencja czytała książki, miast oglądać ruchome obrazy, wypowiedzenie takiego zdania miało prorocze konotacje. Jednak już wtedy, w początkach rozwoju przemysłu filmowego, wiedziano, jakie potężne narzędzie stanowi kamera i taśma filmowa, za pomocą której ożywały sekwencje obrazów. Za pomocą filmu można bowiem manipulować, jak mało którą dziedziną sztuki. Doskonale wiemy to dzisiaj i równie doskonale zdawał sobie z tego sprawę inny masowy morderca i komunistyczny satrapa – Kim Dzong Il. Znany był on nie tylko ze swoich okrutnych rządów, ale również z filmowej pasji, która nakazywała mu kolekcjonować kasety wideo i filmy DVD, szczególnie z Zachodu. W swojej (jak twierdzi Fischer) naiwności zwykł on brać przygody Jamesa Bonda za opowieści niemal dokumentalne. Sceny porwań, samochodowych pościgów brał za prawdę objawioną. Zasmakowawszy w filmach akcji i szpiegowskich obrazach, zapragnął upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pierwszą z nich było porywanie ludzi na potrzeby północnokoreańskiego reżimu. Drugą – porwanie konkretnej osoby związanej z przemysłem filmowym własnego południowego sąsiada.

Tą osobą był Shin Sang-Ok, południowokoreański reżyser i producent filmowy, bardzo znany w swojej ojczyźnie, ceniony i często nagradzany za swoją twórczość. Został zwabiony przez ludzi Kim Dzong Ila i porwany do Korei Północnej. To samo przydarzyło się kilka miesięcy wcześniej jego byłej żonie – Choi Eun-Hee, aktorce grającej w filmach małżonka. Mieliśmy więc do czynienia z bezprecedensowym zdarzeniem. Porwano mianowicie osoby publiczne, a potem, trzymając pod pistoletem, zmuszono do nakręcenia szeregu filmów. Jednym z nich był wspomniany na początku Hong Kil Dong, obraz, którego tytuł przypomniał mi dopiero reportaż Fischera. Był to jedyny północnokoreański film popularny w całym bloku sowieckim, chętnie oglądany przez widzów, z uwagi na wartką akcję i liczne sceny walki wręcz.

Pobyt Shin Sang-Oka i jego partnerki Choi Eun-Hee w Korei Północnej można określić mianem pasma licznych paradoksów. Z jednej strony oboje trzymani byli z początku pod kluczem, a z drugiej zgodnie z praktyką syndromu sztokholmskiego przyzwyczajali się do swoich prześladowców. Zdania o Kim Dzongu Ilu, które wygłaszali, nigdy nie stały się jednoznacznie negatywne. Innym paradoksem był fakt, że Shin w państwie Kimów po dłuższej przerwie ponownie stanął za kamerą i absolutnie nie odgrywał Konrada Wallenroda, ale autentycznie angażował się w proces twórczy. Jego pierwszy nakręcony w tym państwie film, „Emisariusz bez powrotu”, stał się sensacją, bo o lata świetlne bił artyzmem inne północnokoreańskie obrazy – przede wszystkim ideologiczne produkcyjniaki o znikomej wartości artystycznej. Ten, kręcony w Korei i w Europie film, zachwycił Wielkiego Wodza na tyle, że ten całkowicie zaufał reżyserowi i dawał mu nieograniczone fundusze na realizację kolejnych dzieł.


Niestety, przebywając nawet poza granicami państwa-więzienia, reżyser i jego żona nie byli w stanie oddalić się samotnie, nie mówiąc już o ucieczce. Ochrona była tak silna, że skutecznie uniemożliwiała obojgu to, o czym usilnie marzyli. Shin zrealizował w Korei Północnej siedem filmów, w tym również nawiązujący do „Godzilli” obraz zatytułowany „Pulgasari”. Dzieło to dostąpiło wątpliwego zaszczytu bycia w zbiorze najgorszych filmów wszech czasów. Film był nudny, a dodatkowo tytułowy potwór, zrealizowany za pomocą skromnych środków technicznych, śmieszył, co więcej – angażował się w walkę klasową. Tego było już za wiele. Publiczność Korei Północnej zjawiała się na projekcjach chętnie, reszta świata zaś oceniła „Pulgasari” jako niezamierzoną groteskę.

Łatwo domyślić się jednak, że reżyserowi i jego żonie udało się uciec. Gdyby nie to, Fischer nie miałby materiału na swoją książkę. A ta, oprócz faktu, że opisuje burzliwe i dramatyczne dzieje dwojga bohaterów, nakreśla szerokie tło społeczne i polityczne obu Korei. W tym więc stanowi kolejną cenną, nieprzegadaną pozycję dotyczącą państwa, o którym wie się niewiele.

Paul Fischer, Kim Dzong Il. Przemysł propagandy, wyd. Sonia Draga, Katowice 2015, ss. 389.

W medialnym szumie informacyjnym dotyczącym uchodźców wszelakim obrońcom praw człowieka i obywatela umyka jedna zasadnicza kwestia. Chodzi o pytanie, kto tak naprawdę do Europy przyjeżdża i kto tak naprawdę pomocy potrzebuje. Bo gołym okiem widać, że ci, którzy za uchodźców w dużej mierze chcieliby uchodzić, przybywają nie z nękanej wojną domową Syrii lub niespokojnego Libanu, ale z obozów przesiedleńczych w Turcji. Szukają nie bezpiecznego schronienia, bo to znaleźli w kraju rządzonym przez Erdogana, ale socjalu, a co chyba ważniejsze – terenów do głoszenia muzułmańskiej misji religijnej, zgodnie z teorią i praktyką hidżry. Jeśli wyciszyć ten medialny wrzask, okaże się, że prawda jest zupełnie inna. Dzisiaj grupą, która jest najbardziej prześladowana z uwagi na swoje poglądy, nie są muzułmanie (śmiechu warte), ni tak zwane mniejszości seksualne, czy ateiści, ale chrześcijanie. I nie trzeba chrześcijaninem być, aby ten problem zauważyć. Jakoś tak dziwnie się składa, że tych prześladowanych wyznawców Chrystusa wcale tak wielu do Europy nie przyjeżdża. Powodem nie jest tylko brak funduszy.

Dariusz Rosiak, dziennikarz i reporter znajduje tę przyczynę, rozmawiając z chrześcijanami z Turcji, Egiptu, Libanu, Iraku, Izraela i Zachodniego Brzegu. Część z nich wyjeżdża, to fakt, ale ci, którzy zostają, mają przeświadczenie, że znajdują się na własnej ziemi. A skoro są u siebie, nie ma powodu, aby opuszczali swoje domy. Bo jeśli oni wyjadą – mówią – to kto pozostanie? Czytając „Ziarno i krew”, trudno nie zauważyć tego, powtarzanego wielokrotnie przez rozmówców Rosiaka, zdania, które ustawia się w kontrze do dzisiejszych imigrantów i emigrantów z różnych stron świata. Skoro jest źle, szuka się szczęścia gdzie indziej. Wielu z bohaterów książki tak nie myśli. Kierują się oni heroizmem, poczuciem przyzwoitości, przyzwyczajeniem? A może po prostu miłością do własnych ojczyzn, w których powoli stają się elementem niepożądanym. Statystyki pokazują, że tylko w ubiegłym roku życie z powodu wiary straciło ponad sto tysięcy chrześcijan na całym świecie. Z tego powodu nikt nie organizował marszów milczenia, nie przyoblekał zdjęcia na fejsbuku w tęczową albo trójkolorową flagę, nikt również nie grał „Imagine” – hymnu ludzi bez własnej tożsamości religijnej i narodowej.

Oddajmy zatem głos bohaterom reportażu Dariusza Rosiaka. Na początku autor wysłuchuje ich w Szwecji, dokąd niektórzy z nich udali się na emigrację. Jest ich jednak o wiele mniej niż imigrantów muzułmańskich. Tym, co daje się od razu zauważyć przy lekturze „Ziarna i krwi”, są podziały i sojusze. Wśród chrześcijan znajdują się bowiem i Asyryjczycy, i Chaldejczycy. Ci pierwsi nie chcą, aby mylono ich z Aramejczykami. Aramejczycy zaś nie poczuwają się do wspólnoty z Asyryjczykami. Z zewnątrz waśnie te wyglądają nieco groteskowo, bo przecież i jedni, i drudzy wyznają praktycznie tę samą odmianę swojej religii. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Wspólnota chrześcijańskich imigrantów w Szwecji wydaje się więc zatomizowana i nieskora do zjednoczenia. A na obczyźnie trudno bez konsolidacji utrzymać własne wartości. Takiego obrotu rzeczy boją się zapewne ci, którzy zostają w domach, mimo coraz większego zagrożenia terrorystycznego czy państwowych represji dotykających tych, którzy nie wierzą w Allaha.

Represje te narastają w Turcji, Libanie, czy irackim Kurdystanie. Pierwsze z państw, rządzone przez Recepa Tayyipa Erdogana, coraz mocniej radykalizuje muzułmański przekaz. To, nie tak dawno, liberalne państwo, w którym religia nie wchodziła w politykę, staje się powoli miejscem, w którym innowiercy stają w obliczu coraz większych, stopniowo zauważalnych represji. Liban z kolei, jedyne chrześcijańskie państwo na Bliskim Wschodzie, jest non stop wstrząsany politycznymi i militarnymi wybuchami, a rosnąca w nim w siłę islamska społeczność staje się coraz większym zagrożeniem dla topniejących w liczbach chrześcijan. Natomiast w Kurdystanie słychać bez ustanku echo toczonej w Syrii wojny domowej i czuć na karku oddech Państwa Islamskiego. Nie są to warunki życia, do których przyzwyczailiśmy się w sytej i bezpiecznej (coraz mniej jednak) Europie.

Warunki te wprost proporcjonalnie przekładają się jakość wiary i jej istnienie. Że w Europie Zachodniej, rozpieszczonej po II wojnie światowej planem Marshalla, chrześcijaństwo przegrało, jest truizmem. Natomiast tam, gdzie prześladowania, strach przed jutrem i niepewność przyszłości, wiara i religia trzymają się dobrze. Jasne również, że byle jaki psycholog w pół minuty znajdzie banalne rozwiązanie tego problemu, ale kto powiedział, że to psychologowie mają rację? Na Bliskim Wschodzie ta kurcząca się fizycznie wspólnota chrześcijańska przeżywa swoją wiarę w sposób mistyczny, z towarzyszącymi wszem i wobec cudami i przekonaniem, że te istnieją. Rosiak, jako rasowy reporter, przede wszystkim słucha, nie mądrzy się za pomocą uniwersyteckich komunałów. Nie pozostawia nas autor w optymistycznym nastroju. Nietrudno bowiem wyobrazić sobie, jaki los czeka tych ludzi, jeśli tylko oblicze islamu nie stępi swojej brutalnej retoryki.

Dariusz Rosiak, Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 410.

Nieodżałowaną stratą była śmierć Pawła Paliwody, która nastąpiła prawie trzy lata temu, w styczniu 2013 roku. Ten związany z polskimi mediami publicysta słynął z ciętego języka oraz z ewolucji poglądów, które zaobserwować mógł każdy czytelnik śledzący jego felietony i artykuły krytyczne regularnie ukazujące się na łamach „Życia”, „Ozonu” (jedynej dobrej rzeczy, jaką zrobił Janusz Palikot), „Gazety Polskiej”, „Nowego Państwa” czy na stronach prawica.net. Paliwoda, na początku swojej drogi rozwoju antyklerykał i agnostyk, zawsze jednak antysocjalista, przechodzić zaczął sukcesywnie na drugą stronę barykady. Nie stał się w związku z tym socjalistą (i bardzo dobrze), ale świadomym własnej wiary katolikiem, który umiejętnie i z pozycji filozoficznych potrafił bronić własnych przekonań, dokładając przy okazji swoim adwersarzom. Bo był Paweł Paliwoda niezwykle inteligentnym, błyskotliwym historykiem filozofii, zaprawionym w bojach publicystą oraz polemistą, któremu niestraszne były hydry liberalnej demokracji, którą to demokrację z lubością atakował i obnażał jej słabości.

„Kambei Shimada” to właśnie zbiór artykułów – raz dłuższych, raz krótszych – poświęconych jednemu głównemu wątkowi, którym są filozoficzne, społeczne czy religijne (a raczej antyreligijne) mielizny liberalnej demokracji: systemu, który przez nowoczesne salony uznany jest za jedyne rozwiązanie w naszym kraju. Z lektury tych tekstów wynika, że to nieprawda. Nie jest wcale liberalna demokracja systemem jedynym słusznym, co więcej – jest systemem wadliwym, który czym prędzej należałoby obalić. Tu zgadzam się w całej rozciągłości z nieżyjącym już publicystą. A co proponuje w zamian Paweł Paliwoda? 1. Bandyci na szubienicach. 2. Socjaliści w drodze na Kubę. 3. Uczciwie zarobione na wolnym rynku pieniądze w mieszkach prawowitych obywateli. 4. Małżonkowie złączeni heteroseksualną miłością – w łożnicach. 5. Pan Bóg w sercach. Prosty to program dający zamknąć się w haśle: własność, tradycja, rodzina. Prosty, a jednocześnie powodujący agresję czy wręcz furię w lewicowo-liberalnym establishmencie III RP. Bo przecież im bardziej nienormalnie, tym lepiej – zdają się wrzeszczeć przeróżne pajace z opiniotwórczych środowisk profesorsko-artystycznych. Czyli wykształciuchy, jak powiedziałby Aleksander Sołżenicyn, ojciec tego określenia.

Nienormalność tę tropi więc Paweł Paliwoda i używa do tego polowania narzędzi wyprowadzonych z racjonalnej filozofii, klasycznej logiki oraz zdroworozsądkowego podejścia do rzeczywistości, tak obcego przeróżnej maści antropologom kultury, socjologom i psychologom. Zresztą, nieco prowokacyjnie, stwierdza niejednokrotnie na łamach swoich tekstów, że wymienione wyżej dyscypliny są tylko paranaukami, którym sporo brakuje do tego, aby móc nazwać je mianem poważnych dziedzin wiedzy. Ciekawe stwierdzenie, z którym nie sposób się nie zgodzić. „Kambei Shimada” zawiera więc wyselekcjonowane z bogatego dorobku Paliwody artykuły, pogrupowane w odpowiednie działy odnoszące się do filozofii, kryzysu cywilizacji, elit III RP, sądownictwa, nieprawidłowości społecznych oraz religii. Spaja je prorockie wołanie na puszczy, którego – nie mam w tej kwestii wątpliwości – syci i zadowoleni z siebie hedoniści współczesnych czasów nie wezmą do siebie. Jest więc „Kambei Shimada” smutnym zapisem walki współczesnego Don Kichote’a, który paradoksalnie musi istnieć. Istnieć musi jak samotny wojownik, który z całym złem tego świata nie wygra, ale przynajmniej przysłuży się dobrej sprawie.

Ta dobra sprawa to przede wszystkim sprawnie działające i oparte na zdrowych zasadach moralnych społeczeństwo, w którym fakt, że jest się na przykład artystą, nie będzie zwalniał od dobrego obyczaju nieobrażania drugiego człowieka za to, że ten posiada poglądy konserwatywne. W społeczeństwie takim istnieć powinna zdroworozsądkowa zasada mówiąca, że pewnych rzeczy się nie robi w imię dobrych obyczajów, a jeśli komuś ten fakt się nie podoba, zawsze istnieje cały wachlarz krajów zachodnich, w których takie zachowania razić nikogo nie będą i do których można sobie wyjechać. Niejednokrotnie więc autor przywołuje nazwiska pseudoartystów, których pseudodzieła zatruwają współczesne galerie sztuki. Mówi o zdegenerowanych feministkach, o kryzysie męskości, o dyktaturze mniejszości czy opacznie rozumianej tolerancji. Ironizuje ze świętych III RP, takich jak telewizyjni filantropi zbierający „na chore dzieci”, a którzy promują moralny nihilizm i kult lewicowego libertynizmu. Broni zaś przede wszystkim zwykłego człowieka, którego nazywa „bożym prostaczkiem”.

W czasach, w których jedyny normalny program dotyczący Polski i naszego społeczeństwa proponuje prawica, lewica zaś próbuje go albo zawrzeszczeć (zaKODować), albo zasłonić tęczowymi wizjami liberalnych ziemskich rajów pełnych parad tolerastów i kolorowych współczesnych Młodziaków, teksty Paliwody są niczym drogowskaz normalnego, zdrowego, polskiego myślenia. I ciekawe, co dzisiaj powiedziałby autor na tę naszą siermiężną rzeczywistość? Co powiedziałby na narastające tendencje samobójcze współczesnej Europy, na fale nachodźców ze smartfonami w rękach, na obłudne, podszyte lękiem o uciekające stołki, histeryczne reakcje byłej już władzy? Jedno pewne – trzeba kroczyć drogą wojownika, dla mądrości z sercem, dla głupoty z pogardą.

Paweł Paliwoda, Kambei Shimada. Pisma wybrane, Teologia Polityczna, Warszawa 2015, ss. 494.

Jarocin był z pewnością przeżyciem pokoleniowym dla dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięcioparolatków, czyli w zasadzie wczesnych dziadków i tatusiów. Jedni na festiwal jeździli, inni słyszeli o nim w mediach, a nawet w kazaniach w kościele. W stosunkowo skąpym życiu popkulturalnym PRL-u nie sposób było przeoczyć żadnego takiego zjawiska, a to z tej prostej przyczyny, że w latach 80. tego typu wydarzeń było niewiele. Nie były to czasy codziennych koncertów, a już poza Warszawą każdy występ byle jakiego zespołu stawał się sensacją miesiąca czy kwartału. Zdesperowani punkrockowcy na początku dziewiątej dekady, nie mając na kogo chodzić, pojawiali się nawet na występach takich grup jak Mech albo Bank. Kto ich muzykę słyszał, być może zgodzi się, że było to duże wyrzeczenie. Zaistnienie Jarocina stało się więc szansą, aby w jednym miejscu spotkać się z fanami podobnych, nieistniejących w mediach dźwięków, a co ważniejsze – posłuchać na żywo zbuntowanej muzyki.

Że festiwal w Jarocinie był wentylem bezpieczeństwa zorganizowanym przez partię komunistyczną wraz z długim ramieniem Służby Bezpieczeństwa, wiadomo nie od dziś. Że był jedynym spędem, który odbył się w stanie wojennym, podczas gdy w Opolu i Sopocie nie działo się nic, również jest sprawą jasną. Ale że nie lata 80. stworzyły ten festiwal, tylko na muzycznej mapie PRL pojawił się on wcześniej, może wie już mniejsza liczba czytelników. Z początku były organizowane przecież Wielkopolskie Rytmy Młodych, w czasie których obok zespołów rockowych (no, powiedzmy) i popowych wokalistek występowały również zespoły pieśni i tańca. Istne pomieszanie z poplątaniem! Dopiero lata 80. uporządkowały ten chaos, a Jarocin zaczął być kojarzony z mainstreamowym rockiem, a potem z punkiem. Bo przecież z początku królowała w tym miejscu tak zwana Muzyka Młodej Generacji, sztucznie wykreowany twór, w którym prym wiedli wąsaci młodzieńcy niepierwszej już młodości.

Dopiero erupcja punk rocka stworzyła ten Jarocin, który widzieliśmy w „Fali” czy „Mojej krwi, twojej krwi” – dokumentach będących świadectwem epoki siermiężnych lat 80. w kontekście młodej sceny rockowej. Paradoksem jest fakt, że partia i tajne służby nie dopatrzyły, że dając młodym ludziom możliwość pohałasowania, tak naprawdę otworzyły ich umysły na coś więcej niż tylko przeżycie muzycznej przygody. Młodzi adepci punk rocka, nowej fali czy metalu to już nie była grzeczna młodzież z bigbitowych zespołów z lat 60., ani długowłosi hipisi z dekady kolejnej. Z drugiej strony system komunistyczny już padał, a władzom nie robiło różnicy, czy pozwolą paru obdartusom pograć trzy akordy i pokrzyczeć ze sceny. Dobrze więc, że powstają takie książki jak kolejna część „Grunt to bunt” – już czwarta. Przeczytać w niej możemy kolejne kilkadziesiąt wywiadów z ludźmi, którzy pamiętali tamte czasy i żyli wówczas tą muzyką. Grzegorz Witkowski rozmawia z muzykami, fanami, organizatorami związanymi z festiwalem, a wśród dialogujących z autorem znajdują się takie osoby jak Maciej Maleńczuk, Jacek Pałucha (związany z pierwszym, najlepszym składem Formacji Nieżywych Schabuf), Piotr Metz, Piotr Wierzbicki (czyli Pietia, znany animator sceny punkowej) czy Zdzisław Jodko (kolejna osobistość na punkrockowej scenie, wydawca zina „Garaż”).

Do najciekawszych rozmów należy jednak wywiad z Krzysztofem Karnkowskim – pseudonim „Budyń” – liderem punkowego Spirit of 84 – ciekawej kapeli łączącej ostry, melodyjny punk rock z niepoprawnie politycznymi tekstami, udzielającym się na nieodżałowanym, nieistniejącym już dzisiaj forum Conservative Punk. I chociaż punkowe lewactwo spod znaku Antify i anarchizmu odsądzało tę inicjatywę od czci i wiary, okazało się, że środowisko to niekoniecznie musi wpisywać się w narrację skrajnej lewicy. Karnkowski, opowiadając o swoim widzeniu dzisiejszej sceny, której symbolem stał się Woodstock, wypowiada sądy niekoniecznie oczekiwane przez chwalców Owsiakowej imprezy. Niektórzy chcą, by przedsięwzięcie to stało się drugim Jarocinem, lecz zdaniem Budynia, nigdy nim nie będzie. A powodem tej sytuacji jest komercjalizacja i polityczne zindoktrynowanie festiwalu. Wystarczy popatrzeć tylko, kto co roku występuje na Akademii Sztuk Przepięknych – imprezie towarzyszącej Przystankowi. Paradoksalnie, w czasach o wiele bardziej upolitycznionych, jakimi były lata 80., ponura dekada Kiszczaka i Jaruzelskiego, w Jarocinie tej polityki prawie nie było. Chyba, że uznamy za nią socrealistyczne happeningi zespołu Piersi czy antysystemowe teksty punkrockowców.

„Grunt to bunt” jest inicjatywą tym bardziej nieocenioną, że stanowi źródło dla wszelkiej maści historyków, nie tylko tych zajmujących się wąską niszą, jaką jest muzyka rockowa. Przy tym, jako zapis wywiadów z bardzo różnymi rozmówcami, jest ciekawą kompilacją interesujących, nieraz zabawnych historii, które składają się na większą całość – obraz życia codziennego w ostatniej dekady realnego socjalizmu w Polsce.

Grzegorz K. Witkowski, Grunt to bunt IV, wyd. In Rock, Czerwonak 2015. ss. 434.

Zjawisko bycia fanem swoje apogeum w naszym kraju miało w latach 80. Wtedy, w siermiężnych latach schyłku jaruzelsko-kiszczakowego komunizmu, pojawił się wentyl bezpieczeństwa, którym stała się scena rockowa. Na jej łonie wyrosło sporo znanych do dzisiaj zespołów, większość z nich – szczególnie tych podziemnych, jarocińskich, miała utrudnione działania. Nie nagrywała płyt, nie rejestrowała koncertów, tak że ich dorobek zaginął. Było natomiast kilkanaście kapel, którym udało się zarejestrować nagrania, a przy tym zachować wiarygodność. W tych ponurych czasach, które nie niosły ze sobą nadziei na szybkie zmiany polityczne, społeczne i gospodarcze, zwracano się więc ku bogom rocka, jako tym, którzy podsycali ufność w jakiekolwiek pozytywne zmiany. Jednym z takich zespołów, który w ósmej dekadzie XX wieku mocno wyrył się w świadomości słuchaczy, była toruńska Republika.

Nie doczekaliśmy się jeszcze biografii zespołu, ani Grzegorza Ciechowskiego, z prawdziwego zdarzenia, a „My lunatycy. Rzecz o Republice” stara się wypełnić lukę na rynku rodzimych wydawnictw poświęconych muzyce rockowej. Nie ma ich wcale aż tak wiele, bo fani rocka – mam wrażenie – niespecjalnie interesują się historią swojej ulubionej muzyki. Książka Anny Sztuczki i Krzysztofa Janiszewskiego poświęcona jest nie tyle losom jednego z ważniejszych zespołów rockowych w naszym kraju, co wywiadom z ludźmi, dla których Republika była i pozostaje ważna. Są wśród nich zwykli fani, nie tylko ci przeżywający swoją młodość w latach świetności grupy, ale również ci młodsi, którzy nie pamiętają lat 80., bo po prostu nie było ich wtedy na świecie. Łączy ich jedno – emocjonalny stosunek do zespołu. Wśród rozmówców Sztuczki i Janiszewskiego znaleźli się również członkowie zespołu, oprócz – rzecz jasna – Grzegorza Ciechowskiego, który zmarł dwa dni przed Wigilią 2001 roku. Są również ci, którzy od początków działalności zespołu, byli blisko, jak Andrzej „Kobra” Kraiński z Kobranocki, Zbigniew Cołbecki z Bikini, czy Grzegorz „Gelo” Sakerski z Rejestracji. W sumie otrzymujemy kilkadziesiąt rozmów, z których najbardziej treściwe są te ostatnie. Równie interesujące, z punktu widzenia historyka sceny muzycznej lat 80., są wywiady z fanami, a w zasadzie fanatykami Republiki. Paradoksalnie najmniej interesujące są te zapisy rozmów, które odbyły się z członkami kapeli. Znajdują się na samym końcu i powielają sporo informacji, których czytelnik dowiaduje się z wywiadów wcześniejszych.

Obraz zespołu, jaki rysuje się z większości zamieszczonych rozmów, jest dość niezwykły. Czytając wywiady z miłośnikami kapeli, miałem wrażenie obcowania z prawdziwymi wariatami, którzy nie dość, że słuchają swojej ulubionej grupy codziennie, to mają do niej stosunek nabożny. Starałem się wejść w ten sposób rozumowania i popatrzeć na dzieła Ciechowskiego oczami wyznawcy, ale nie byłem w stanie. Niewiele jest zespołów, które budzą aż takie emocje, których twórczość zastępuje ludziom religię, albo istnieje obok niej, równolegle. Przyczyniły się do tego faktu w dużej mierze teksty Ciechowskiego, które w porównaniu do tych wyśpiewywanych przez Lady Pank, Lombard czy Perfect, mogły istnieć samodzielnie jako literatura. Pełne odniesień do klasyki powieści XX wieku, były dla niektórych fanów wstępem do poznawania na przykład Franza Kafki.

W tych fanowskich historiach uderza jeszcze jedna rzecz. Próżno jej szukać dzisiaj wśród młodzieży słuchającej muzyki rockowej. Jest nią pasja. A im większa trudność dotarcia do twórczości zespołu, tym większa żarliwość w próbach jej zdobycia. Nierzadko w opowieściach tych powtarza się motyw podróży do Torunia, całkiem w ciemno, i szukania własnych idoli. Dzisiaj egzotycznie brzmią historie opowiadające o fanie, który potrafi koczować w pod klatką schodową, albo o fance, która chodzi po wielkim osiedlu mieszkaniowym w poszukiwaniu Ciechowskiego, bo ten gdzieś tutaj mieszka. W naszych czasach, z bożkiem bezpieczeństwa nad głowami, osoby takie przez dzisiejszych twórców odsyłane byłyby do diabła, albo na policję, bo przecież uprawiają stalking i nie pozwalają artyście na spokojne, prywatne życie. Członkowie Republiki takich maniaków wpuszczali do własnych mieszkań, chodzili z nimi na spacery, z niektórymi zaś zaprzyjaźniali się. Te więzi trwają do dzisiaj.

Z punktu widzenia kogoś, kto słucha paru setek zespołów, obdarzanie czcią jednej i tylko jednej kapeli wyglądać może zabawnie. Również z perspektywy etycznej taka idolatria wydaje się podejrzana. Można jednak zadać sobie pytanie o to, co lepsze. Czy maniakalne „fanowanie” skupiające się na jednym wykonawcy i idąca za nim pasja nadająca życiu odpowiedni koloryt, czy może obcowanie z muzyką wielu grup, co wiąże się z dość powierzchownym jej odbiorem? Pierwsza alternatywa może zaowocować utratą dystansu, druga – wiązać się będzie z traktowaniem muzyki jako dodatku do życia. Jedno jest pewne, dzisiejszy twórcy takich emocji nie budzą.

Anna Sztuczka, Krzysztof Janiszewski, My lunatycy. Rzecz o Republice, wyd. Muza, Warszawa 2015, ss. 569.

Gdy skończyła się II wojna światowa, ustalono nowe porządki. Churchill, Roosevelt i Stalin dogadali się w kwestii podziału Europy Środkowej oraz Dalekiego Wschodu. Kat i morderca masowy – Józef Wissarionowicz – okazał się bohaterem pozytywnym, a Hitler – taki sam łajdak, tyle, że Austriak – szwarccharakterem. Krótko potem rozpętała się zimna wojna. Wujek Stalin stał się groźnym wujem, a granice między obozem komunistycznym i kapitalistycznym zdawały się coraz bardziej zabetonowane. Cofając się nieco, zobaczyć można, że nastroje antykomunistyczne przejawiał (od ataku na ZSRS w 1941 roku) sam Hitler. Wedle myśli, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, Stany Zjednoczone postanowiły dokładniej przyjrzeć się niemieckim zbrodniarzom wojennym i wykorzystać ich umiejętności dla własnych korzyści. W zasadzie od razu po zakończeniu działań wojennych służby USA rozpoczęły akcję łowienia niemieckich nazistów i przewożenia ich za Ocean. Rozpoczęła się operacja „Paperclip”.

Eric Lichtblau, amerykański dziennikarz, pracujący niegdyś dla „Los Angeles Times”, wziął się z całą sprawą za bary i w „Sąsiadach nazistach” uporządkował wiele informacji dotyczących tego, w jaki sposób Stany Zjednoczone – w konspiracji, rzecz jasna – ściągały do siebie ludzi, którzy w przypadku pozostania w Niemczech prawdopodobnie nie wywinęliby się od wyroków skazujących. Stałoby się tak z pewnością z doktorem Wernherem von Braunem, nadzorującym w czasie wojny powstawanie legendarnych rakiet V-2, podczas produkcji których wykorzystywano niewolniczą pracę więźniów. Po przyjeździe do USA stał się on ojcem nowoczesnej kosmonautyki, którego umiejętności wykorzystano przy procesie powstawania rakiet kosmicznych, a nawet przy lądowaniu na Księżycu. Innym członkiem tego zespołu był Hubertus Strughold, zajmujący się medycyną kosmiczną. Natomiast w czasie II wojny jego zainteresowania medyczne kierowały się ku eksperymentowaniu na więźniach obozów koncentracyjnych.

Są wymienieni w „Sąsiadach nazistach” inni zbrodniarze, nie tylko niemieccy, ale również pochodzący z krajów bałtyckich, Rumunii czy Węgier. Z początku ich kariery przebiegają bezboleśnie, CIA obiecuje ochronę i słowa dotrzymuje. Tajemnica wychodzi na jaw nieco później, w zasadzie od ery hipisów pęka medialna i służbowa ochrona wokół byłych oprawców. Zmienia się układ sił politycznych w Stanach, do głosu dochodzi wzmocnione lobby żydowskie, więc CIA zaczyna umywać ręce i mniej jej zależy na chronieniu tych, których wcześniej wykorzystała. Naziol zrobił swoje, naziol może odejść. Cały ten proces pokazuje, w jaki sposób działa współczesne mocarstwo; w zasadzie niczyje oburzenie niczego tutaj nie zmieni. Liczą się przede wszystkim cele doraźne, a że w czasie trwania zimnej wojny takim celem była walka z komunizmem, należało wykorzystać wiedzę byłych nazistów z Europy Wschodniej.

W miejscach, w których Lichtblau ciska gromy na kolaborantów z Europy Wschodniej, widać, że nie łapie on specyfiki tego miejsca. Należałoby autorowi jak dziecku wytłumaczyć, że mieszkańcy Łotwy, Litwy czy Estonii zaczęli przystępować do SS i Wehrmachtu nie z przyrodzonej miłości do Adolfa Hitlera, ale dlatego, że od Stalina doznali niewyobrażalnych dla pismaka z Los Angeles mąk i podpisaliby pakt z samym diabłem, aby mieć gwarancję, że Związek Sowiecki pokonają raz na zawsze. Bez zrozumienia tej prostej prawdy, pisząc o specyfice państw bałtyckich, zawsze się będzie wylewało dziecko z kąpielą i oskarżało o nazizm każdego antykomunistę. Skądinąd wiadomo, że sami Żydzi mieli do komunizmu stosunek przynajmniej ambiwalentny, a ich walka z nazizmem kilkadziesiąt lat po wojnie przez niektórych interpretowana jest jako pewna obsesja.


Ta obsesja zaowocowała również pewnym procesem, w czasie którego zniszczono życie człowiekowi, który sądzony był wbrew twardym dowodom świadczącym o jego niewinności. Mowa o Johnie Demianiuku, domniemanym Iwanie Groźnym, sadystycznym kacie z obozu w Treblince. Autor relacjonuje historię Demianiuka, opisując nagłe zaangażowanie Izraela, który po pokazowym procesie Eichmanna stracił ochotę na sądzenie hitlerowców na własnym terytorium. W tym przypadku stało się inaczej, a kilka lat żmudnego dochodzenia i pobytu podejrzanego w więzieniu okazało się pójść na marne. Demianiuk, co ustalił sąd, w tamtym okresie z pewnością nie przebywał w Treblince, był strażnikiem w innym obozie. Notabene, za ten czyn sprawiedliwość dopadła go dopiero pod koniec życia.

„Sąsiedzi naziści” to więc historia mówiąca o złu, które bardzo często powraca do oprawcy. Może być próbą odpowiedzi na pytanie, czy karać staruszków u progu śmierci, za to, co jako młodzi ludzie robili kilkadziesiąt lat wcześniej. Zdaniem Lichtblaua, zbrodnie przeciw ludzkości nie ulegają przedawnieniu i należy je ścigać aż do śmierci ostatniego z katów. Pozostaje jednak pewien niesmak. Po pierwsze, wątpliwa moralnie rola CIA, która najpierw obiecywała ochronę, a potem pod naciskiem pewnych lobbies wycofywała się z danego słowa. Po drugie, walka z komunizmem, którą bagatelizują lewicowi dziennikarze, była jednak sprawą, której nie można było zaprzepaścić.

Eric Lichtblau, Sąsiedzi naziści, tłum. K. Skonieczny, wyd. Literackie, Kraków 2015, ss. 412.

Gdy z początkiem ostatniej dekady XX wieku mało obecna do tej pory na rynku muzyki metalowej Szwecja zaczęła wypuszczać kolejne młode zespoły, wielu przecierało oczy ze zdumienia. Wszak do tej pory na scenie międzynarodowej liczyły się tylko Bathory i Candlemass, a w światku komercyjnym Abba oraz Europe. Skandynawia, do której kraj ten należy, była pustynią nieporównywalną do sceny niemieckiej, brytyjskiej czy amerykańskiej. To Wielka Brytania wydała na świat nowoczesny heavy metal, a USA zapoczątkowała thrash metal, który w prostszej i brutalniejszej wersji pojawił się niewiele później w Niemczech. Pod koniec ósmej dekady nic jeszcze nie wskazywało na fakt, że te łagodniejsze odmiany muzyki metalowej zostaną za moment zdetronizowane przez ich brzydszego kuzyna – death metal. Duża część tych agresywnych, napakowanych testosteronem, hałasujących po garażach kapel pochodziła właśnie ze Szwecji. Pojawił się fenomen szwedzkiego death metalu i szwedzkiego, charakterystycznie bzyczącego brzmienia. Przyrost nowych grup był nieporównywalny z niczym, co do tej pory można było obserwować na ziemi Wikingów. Szwecja zaistniała niczym supernowa.

Odpowiedzi na pytanie, jak doszło do tej erupcji młodych metalowych wilczków, można szukać w wielu miejscach. Na pewno pomogła w tym opiekuńcza polityka państwa, zapewniająca sale prób wszystkim głodnym amatorskiego grania, na pewno przyczyną była też stojąca podobno na wysokim poziomie edukacja muzyczna w szkołach. Jednak odpowiedzi te nie tłumaczą wszystkiego. Równie dobrze boom ten mógł nastąpić kilka lat wcześniej, wraz z pojawieniem się na scenie thrash metalu. A kapel grających tę odmianę muzyki było w Szwecji dosłownie kilkanaście, większość skończyła swoje kariery po wydaniu jednego czy dwóch albumów. Odpowiedzi na to pytanie szukają również Ika Johannesson oraz Jon Jefferson Klingberg – szwedzcy dziennikarze, którzy postanowili w formie reportażu ogarnąć całość zjawiska, jakim był metal z kraju ze stolicą w Sztokholmie. Udało im się ta sztuka połowicznie. Grzechem głównym ich publikacji jest lekki brak dystansu do opisywanego tematu: da się odczuć, że sami piszący są fanami muzyki metalowej. Skupili się w dodatku na sensacyjnych czy kryminalnych aspektach metalowej subkultury, zamiast dokonać rzetelnej, socjologicznej analizy całości zjawiska. Rozumiem jednak ten punkt widzenia: „Krew, ogień, śmierć” jest książką adresowaną do fanów metalu, mniej do akademików.

Nie jest ten tekst również historią szwedzkiego metalu, jak chce tytuł, ponieważ pominięto w nim kilka ważnych zjawisk. Osobiście dziwi mnie najbardziej brak poświęcenia uwagi na Candlemass – twórców nowoczesnego doom metalu, którzy do dziś stanowią wzorzec tego, jak tę muzykę grać. Ale zespół nie uwikłał się w żadne skandale, nie pisał piosenek o diable, ani jego członkowie nie cięli się na scenie. To ostatnie jest za to udziałem lidera blackmetalowego Shining – Niklasa Kvarfortha – człowieka, który w zasadzie powinien przebywać w zakładzie zamkniętym, ale niczym Werter po turbodoładowaniu zaraża swoich słuchaczy chęcią robienia sobie dobrze za pomocą sznyt i targania się na własne życie. Cały rozdział poświęcony jest również kapeli Dissection – owszem wpływowej, mającej na koncie dwa albumy dobre i jeden słaby, ale bez satanistycznej otoczki, jaką wykreował nieżyjący już lider kapeli Jon Nödtveidt (popełnił samobójstwo), kapela ta byłaby pewnie jednym z wielu przedstawicieli melodyjnego black/death metalu. Nie oszukujmy się, metalowcy w dużej mierze to wychowani na tandetnych horrorach, niezbyt rozgarnięci intelektualnie przedstawiciele klasy robotniczej lub ćwierćinteligenci, którzy żyją wieloma mitami rodem z blogów członków nieistniejącej już partii Janusza Palikota. Dla nich satanizm, jako bunt przeciwko tradycyjnej moralności oraz chrześcijaństwu, jest idealnym sposobem ekspresji. Jedni z niego wyrastają, innych prowadzi on do chorób psychicznych i autodestrukcji.

Tym, który z niego wyrósł, a tak naprawdę wykorzystał go w celach jedynie handlowych, był Thomas Forsberg, bardziej znany jako Quorthon, lider, a potem jedyny członek Bathory. Jako zbuntowany młodzian, bardziej punkowiec niż metalowiec, był jednym, którzy zdefiniowali black metal, jeszcze przed drugą, skandynawską falą tego muzycznego zjawiska. To, co zrobił na swoich trzech pierwszych płytach, stało się pożywką dla wszelkiej maści zbuntowanych, zafascynowanych satanizmem nastolatków. Potem Forsberg wielokrotnie odżegnywał się od swojej młodości, zrzucając winę na własną głupotę, ale mleko się rozlało i niemożliwym było posprzątanie tego bajzlu. Mimo faktu Quorthon pozostał jednym z nielicznych rozsądnych gości w światku ekstremalnego metalu. Inne ikony stylu, jak wymienieni wyżej Nödtveidt (uwikłany w morderstwo, siedział w więzieniu) czy Kvarforth, trudno było nazwać ludźmi zdrowymi na umyśle.

Jednak nie należy tracić z pola widzenia ważniejszej kwestii opisanej w książce, ważniejszej niż złowrogie ekscesy kilku zaledwie kapel. Opisując nieliczne zespoły heavymetalowe z lat 80., a potem rzesze grup deathmetalowych, autorzy zwracają uwagę na czynnik, którego próżno szukać dzisiaj u młodych ludzi, na pasję grania. Gdyby nie garażowe tłuczenie w przesterowane gitary i perkusję, gdyby nie wymiana nagrań za pomocą poczty, gdyby nie autentyczna miłość do muzyki, a przede wszystkim jej głód, scena (nie tylko szwedzka) przełomu lat 80. i 90. nie miałaby racji bytu. Gdyby metalowa młodzież, tak jak dzisiaj, słuchała tylko dwóch kapel na krzyż, z pewnością nie doszłoby do powstania nowych gatunków muzycznych. Ćwierć wieku po deathmetalowym boomie można już tylko zazdrościć. A jest czego: zaangażowania, wyrzeczeń, pasji, nieoglądania się na oficjalny rynek muzyczny, a nawet odrobiny anarchizmu. Dzisiaj w to miejsce pojawiły się rureczki, grzyweczki i granie indie w talent show.

Ika Johannesson, Jon Jefferson Klingberg, Krew ogień śmierć. Historia szwedzkiego metalu, tłum. E. Gryglewicz, wyd. Kagra, Poznań 2015, ss. 336.

Ucieczki z Korei Północnej stają się coraz częściej opisywanym tematem. A dzieje się tak, ponieważ coraz większa liczba tych, którym udało się zbiec, przede wszystkim do Korei Południowej, zaczyna spisywać swoje wspomnienia bądź udziela się w filmach dokumentalnych. Do głosu dochodzili już ci, którzy byli urzędnikami systemu i później wypadli z łask przywódców. Mówili również byli strażnicy i więźniowie obozów koncentracyjnych. W końcu zwykli ludzie. Do tych ostatnich należy Hyeonseo Lee, której historia jest o tyle nietypowa, że opowiadająca ją żyła w Korei we względnym dostatku, nawet w czasach wielkiego głodu, który zdziesiątkował populację jej kraju, zmniejszając ją o dwa miliony mieszkańców. Lee zamieszkiwała miasto położone nad chińską granicą (Hyesan), co powodowało lepszą dostępność towarów i większą możliwość ewentualnej ucieczki. Dostępność granicy wpływała na fakt, że autorka i jej rodzina nie znajdowały się w takiej izolacji, w jakiej zmuszeni byli przebywać mieszkańcy miast położonych w głębi kraju. Drugą przyczyną była sytuacja zawodowa rodziców Lee – oboje pracowali dla reżimu.

Wspomnienia, jakie zachowała autorka z Korei Północnej, nie porażają grozą, którą spotkać można w opowieściach byłych więźniów. Życie, jakie toczyła Hyeonseo Lee, w tym totalitarnym państwie, chociaż dalekie było od bogactwa i zbytku, jednak mimo swojej skromności nie stawało się dla autorki torturą. Chodząc w latach 90. do szkoły, wówczas gdy nasilenie głodu było największe, Lee opisywała tylko, że z jej klasy ubyło uczniów. Nie była zmuszona jeść szczurów, sproszkowanej kory czy głodować jak inni jej ziomkowie. Miała więc szczęście. Dodatkową ciekawostką jest fakt, że bliskość granicy z Chinami powodował przepływ nie tylko towarów materialnych, ale i muzyki. Lee opisuje, jak z przyjaciółkami, bojąc się donosów, słuchała zakazanych wykonawców południowokoreańskich. Pokazuje to, że izolacja obywateli w reżimie pjongjańskim nie jest jednak całkowita i że mają oni możliwość – ograniczoną, co prawda – zdobywania informacji spoza kraju. Dzieje się tak najczęściej na granicy, przez którą szmuglowane są sprzęty elektroniczne czy płyty DVD z filmami nakręconymi przez południowego sąsiada.

Nieco inna jest więc motywacja ucieczki, która przyświecała Lee. Nie chodzi w niej o wyzwolenie się z bezlitosnego ucisku tyranii, ale o powody bardziej ekonomiczne. Jako osoba bardziej zorientowana w panujących przygranicznych realiach życia, miała autorka więcej szans na przedostanie się do Chin i tamtejszą aklimatyzację. Przekroczyła rzekę w wieku lat szesnastu i wykorzystując znajomości, skutecznie ukryła się, a potem ruszyła w głąb Państwa Środka, gdzie przybrawszy nową tożsamość, znalazła pracę. Nie znaczy to, że Koreańczycy są w Chinach całkiem bezpieczni. Wręcz przeciwnie, grożą im północnokoreańscy agenci oraz chińskie służby, które chętnie odsyłają złapanych do miejsca, z którego uciekli. Z tego powodu życie w tym państwie wiąże się dla Koreańczyka z Północy z nieustannym strachem i ukrywaniem się. Autorce, mimo grożącego niebezpieczeństwa, udało się przetrwać w Chinach, uciekając ponadto przed niechcianym małżeństwem, a potem zbiec do Korei Południowej. Co więcej, Hyeonseo Lee wraca na Północ po najbliższą rodzinę, której – po wielu perturbacjach nie tylko w Chinach, ale i w Laosie – udaje się również dotrzeć do Korei Południowej.

W związku z tak cudownymi nieraz splotami okoliczności pojawia się naturalne pytanie o wiarygodność relacji Lee. Skądinąd wiadomo, że ludzie ocaleli z wojen czy traum powodowanych przez państwa totalitarne mają w podorędziu jeszcze bardziej niesamowite historie. Natomiast gładkość opowieści autorki, wzmocniona dodatkowo poetyką literatury kobiecej, każe przyjrzeć się tym wspomnieniom z dozą krytycyzmu. Jest to jednak tylko intuicja recenzenta, który nie przepada za łzawymi opowieściami konstruowanymi na wzór historii o heroicznych kobietach, wprost dla czytelniczek kolorowych magazynów. Może to więc tylko kwestia języka tej opowieści, który nieraz grzęźnie na romansowych mieliznach. Może to kwestia jej sfabularyzowania? Przecież niemożliwe, aby autorka zapamiętała wszystkie dialogi z przeciągu kilkunastu lat, które zdarzało jej się prowadzić.

Z lektury „Dziewczyny o siedmiu imionach” wysuwa się kilka wniosków. Pierwszym jest kwestia szczęścia, osobistego powodzenia, które niezależne jest od czynników obiektywnych, a przecież w wielu przypadkach stanowi dominujący czynnik powodzenia. A to szczęście niewątpliwie autorce przyświecało, nawet gdy sięgała po najbardziej ryzykowne rozwiązania. Drugą kwestią jest problem odpowiedniego uposażenia. Nie sposób sobie wyobrazić, aby ucieczki tej mógł dokonać ktoś, kto przymierał głodem. Imigrant nigdy nie będzie należał do najbardziej pokrzywdzonych ekonomicznie warstw społeczeństwa kraju, z którego ucieka. W końcu warto pamiętać, że historii tego typu, które kryją w sobie szczęśliwe zakończenie, jest niewiele. Ci, którym udaje uciec się do Korei Południowej, nierzadko nie odnajdują się w tym obcym dla siebie świecie i zaczynają marzyć o podróży w kierunku odwrotnym.

Hyeonseo Lee, David John, Dziewczyna o siedmiu imionach, tłum. J. Szajkowska, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, ss. 513.

Południe Stanów Zjednoczonych nigdy nie miało dobrej prasy i to w zasadzie od Wojny Secesyjnej. Uznawane przez postępową Północ za ciemnogród i zacofany, dziki kraj, w literaturze i filmie występowało jako siedlisko wstecznych poglądów oraz wyznających kreacjonizm rednecków. W dodatku klimat również był przeciwko i pogłębiał ten niewesoły obraz. Na Południu więc straszyli, jak nie dziwaczni wyznawcy kultów voodoo, to równie osobliwi jegomoście w białych kapturach uganiający się za Murzynami. Obraz tych ostatnich zdominował najnowszą książkę reporterską Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Z okładki straszy ubrana w biały strój (bynajmniej nie komunijny) mała dziewczynka, z równie białym krzyżem w dłoniach. Sama treść również straszy tematyką, która na polskim podwórku nie była chętnie podejmowana. To znaczy, temat rasizmu wciąż znajduje się na ustach przeróżnej maści tropicieli prawicowych odchyleń, ale sam Ku Klux Klan nie zaistniał mocniej w naszej świadomości. Nie ma się co dziwić, bo z jednej strony to nie nasz problem, a co więcej, oddalony od nas kilkanaście tysięcy kilometrów.

Jestem ciekaw, jak na tę pozycję zareagują nasi obrońcy praw człowieka i czy stanie się ona kolejnym ich argumentem za wrodzoną niższością moralną białego człowieka. Z pewnością dzisiejszy wychowany na liberalnych mitach człowiek z podejrzliwością patrzy na jednorodne kultury (ale tylko białe), a do jego najważniejszych dogmatów należy myśl o multikulturalnej strukturze społeczeństwa. Bo wtedy jest kolorowo, tęczowo i po prostu fajnie. Natomiast myśl, że ktoś mógłby chcieć żyć wśród swoich, od razu kojarzy się z rasizmem. Chyba, że tym kimś jest przedstawiciel innej kultury niż ta zbudowana przez białych ludzi. Taki, budzący podejrzliwość autorki pogląd, pojawia się na kartach jej reportażu. Dziennikarka w celu opisania Ku Klux Klanu wybiera się do Arkansas na Zjazd Partii Rycerzy KKK, gdzie przebywając w otoczeniu amerykańskich działaczy ruchu, zbiera materiały. Same informacje dotyczące dzisiejszej działalności klanu nie są zbyt obfite, więc autorka dodaje do nich sporą liczbę faktów historycznych i prowadzi czytelnika przez wszystkie mutacje cyklicznie pojawiającego się, to znikającego KKK.

W przypadku Ku Klux Klanu mamy do czynienia ze społeczną utopią, natomiast jego kryminalne skojarzenia stanowią raczej odległe echa przeszłości. Czytając ten reportaż, można spróbować zrozumieć, skąd bierze się na południu USA taki osobliwy punkt widzenia, w którym surowa, protestancka religijność krzyżuje się z wrogością i nieufnością do Murzynów. Co więcej, animatorzy ruchu twierdzą, że ci ostatni z pewnością nie zostaną zbawieni; swoje teorie popierają odpowiednio przykrojonymi cytatami z Biblii. Cierpliwa to księga, za jej przyczyną udowadniano chyba już każdą głupotę. Na ile współczesne oblicze KKK jest niebezpieczne? Surmiak-Domańska zdaje się mówić, że skoro w przeszłości nienawiść rasowa przechodziła w czyn, nie inaczej może stać się tym razem. Osobiście jednak odniosłem wrażenie, że tym razem motorem Ku Klux Klanu jest strach i to w większej dawce niż dawniej. Biali ludzie widzą bowiem, że stanowić zaczynają mniejszość, w związku z czym próbują się bronić. Budują mentalne mury, okopują się we własnych teoriach. A jaka jest różnica między krzykiem o zagrożonej białej tożsamości, a krzykiem o wolności czarnego człowieka?

Wizerunek Ku Klux Klanu, jaki wyziera z tego reportażu, wydaje się dość groteskowy. Widzimy bowiem starsze małżeństwa śpiewające country, młodzieńców w wojskowych spodniach noszących się wedle prawideł militarnej mody, a końcu małych chłopców przekonanych o tym, że mieszanie ras jest wielką nieprawidłowością. Mamy do czynienia z garstką niegroźnych fanatyków, którzy przedstawieni zostali jako ciemna, zagrażająca demokracji siła. Folklor przedstawiono jako awangardę zmian; wiadomo, że kilkanaście (lub kilkadziesiąt) tysięcy obywateli nie jest w stanie zmienić własnego kraju. Trudno wyobrazić sobie, że ta garstka – nawet jeśli rasistów – Amerykanów nagle sięgnie po władzę albo wprowadzi na terenach USA narodowy socjalizm. Jednak ci, którym polityczna poprawność już do szczętu pomieszała zmysły, nie zauważą odpowiednich proporcji i w swoim patetycznym stylu zaczną bić na kolejny alarm w poszukiwaniu kolejnych, coraz bardziej widmowych, faszystów.

Skoro pozwolono na tolerancję czarnego rasizmu, którego najlepszym reprezentantem były Czarne Pantery i postać Malcolma X, skoro systemem zasiłków stworzono w murzyńskich dzielnicach pokoleniowe siedliska patologii, to dlaczego dziwi się teraz białym ludziom, którzy boją się eskalacji przestępstw w swoich miastach czy dystryktach? Polityczna poprawność jest bowiem ślepa i głucha na argumenty. A jej zwolennicy będą krzyczeć o białym rasizmie nawet wtedy, gdy pozostaną ostatnimi przedstawicielami białej mniejszości. Do odpowiedniej lektury reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej trzeba zatem porzucić uprzedzenia.: te, które dotyczą pozornej dominacji białego człowieka we współczesnym świecie. Ten ostatni ulega przecież na naszych oczach diametralnej zmianie, a kryzys cywilizacji, jaki ten zmiana funduje, stawia każdego myślącego człowieka w obliczu sporych zagrożeń. Ku Klux Klan, nawet jeśli tak sądzi autorka, w ogóle do nich nie należy.

Katarzyna Surmiak-Domańska, Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość, wyd. Czarne, Wołowiec 2015, ss. 288.

Ile już napisano w Polsce o Rosji! Raz mądrze, co rzadsze, raz głupio i naiwnie, co zdarza się częściej. Z niekłamaną przyjemnością sięgam więc po pozycje z tej pierwszej grupy, a ich siłą jest autentyczność przeżycia autorskiego. Głównym grzechem piszących o tym największym kraju świata jest perspektywa wielkich miast: Moskwy oraz Petersburga. Reporterzy ci próbują ogarnąć swoim umysłem niełatwy przecież temat, rzadko albo w ogóle nie wyjeżdżając na prowincję. Innym grzechem jest podejście zblazowanego turysty, który łazi, co prawda, z plecakiem, włócząc się po mniej oczywistych rejonach Rosji, ale miejscowych się boi i z obawy, żeby nie dostać po mordzie, ucieka wieczorem do hotelu, miast – na przykład – posiedzieć w knajpie i posłuchać gawęd miejscowej ludności. Okalecza więc tym samym swój reportaż, który zaczyna przejawiać cechy pamiętniczka z podróży. Skądinąd wiadomo, że tchórzy i konformistów jest w społeczeństwie więcej niż ludzi odważnych, a fakt ten niewesoło przekłada się na jakość pisanej literatury faktu. Z perspektywy wygodnego pokoju hotelowego relację napisze byle głupi, ale zdobyć się na prawdziwą przygodę potrafią nieliczni.

Z tym większą przyjemnością powitałem w moim rozrastającym się księgozbiorze pozycję, napisaną przez Jacka Mateckiego, pod prowokacyjnym tytułem „Co wy, *****, wiecie o Rosji?!”. Że autor nie przepada za reporterską ściemą i patrzeniem na świat z perspektywy wygodnej kanapy, wiadomo od razu. Że nie wymądrza się na tak ogromny temat i raczej relacjonuje, zamiast snuć analizy politologiczne, również rzuca się w oczy od pierwszego kontaktu. Siła więc jego książki polega na opowieści, a Matecki potrafi opowiadać jak mało kto. Nie są to jednak historie Jacka Hugo-Badera, reportera skądinąd zdolnego, ale często czytanego z przymrużeniem oka, ani tym bardziej grzeczne opowieści Igora Miecika, czy duetu Jastrzębski – Morawiecki. Bliżej autorowi „Co wy wiecie o Rosji” do niepoprawnego politycznie pisarstwa Wojciecha Grzelaka, autora kilku cennych pozycji dotyczących nie tylko polityki rosyjskiej, ale i syberyjskiego szamanizmu. Przede wszystkim nie widać u niego (jak i u Grzelaka) poczucia wyższości, które każe sporej części autorów po pierwszej kilkutygodniowej wizycie snuć pozornie spójne teorie dotyczące tego, czym Rosja jest. Bo, czytając Mateckiego, poznamy owszem wiele oblicz tego tajemniczego państwa, ale skończymy lekturę jego opowieści z przeświadczeniem, że – cholera – jesteśmy tak samo głupi jak przed otwarciem książki. W tym jednak tkwi siła tej opowieści, tu otwiera się inna rzeczywistość, którą chłoniemy, bo jednocześnie w niej i smieszno, i straszno, ale i pięknie.

Pisze autor: Gdzie nie ma prawdy? Nie ma jej w dziesiątkach książek-reportaży napisanych przez młodych zdolnych z dużych miast, którzy postanowili przejechać Rosję koleją transsyberyjską, rowerem, albo zgoła Nissanem 4x4 Off Road Trophy (…). Po dwóch tygodniach wrócili i napisali książkę o świecie oglądanym zza szyby (…). Dodaje na koniec: do dupy z takimi przygodami. I ma rację, bo skoro włóczył się tam z przerwami pięć lat, spał u przypadkowo poznanych ludzi, a nieraz w lesie, gubił się na rozstajnych drogach, a przede wszystkim rozmawiał, rozmawiał i jeszcze raz rozmawiał. Ja mu wierzę. Wierzę mu tym bardziej, że wypił morze wódki z autochtonami, że nie szlajał się w modnych ciuszkach i plecakiem z tysiącem sznurków, jak wielu studenciaków wyjeżdżających na hipsterskie wyprawy z wyspecjalizowanymi biurami podróży. Bo trzeba przyznać, że do takich wypraw, w jakich brał udział autor, trzeba mieć jaja. Jaja i mocną głowę. I dopiero później powstaje opowieść.

A opowieść ta, zupełnie inaczej jak u tych miśków z wielkich aglomeracji, ma posmak prawdy, nie Wikipedii i kilku artykułów z rosyjskiej prasy przetłumaczonych naprędce w internetowym translatorze. Czytając Mateckiego, wiemy, że jednej prawdy o Rosji nie poznamy, ale co odróżnia go od innych to mocne zakotwiczenie w tamtych rejonach. Dzięki niemu historie, które opowiada autor, są wiarygodne i przekonujące. Jego obserwacje, z pozoru drobne, wnoszą więcej realności do opisu Federacji Rosyjskiej niż komentarze naszych dziennikarskich tuzów spędzających czas na wędrówkach między Placem Czerwonym a hotelem. U Mateckiego jakaś drobna tabliczka na drzwiach, rozpadający się blok czy kobieta w kasie na dworcu kolejowym mówią więcej niż mądre analizy politologów, socjologów i blogerek podróżniczych.

Za co jeszcze lubię tę książkę? Za polityczną niepoprawność, o której już pisałem. Autor nie boi się snuć spiskowych teorii dotyczących upadku komunizmu, nie boi się wypowiadać sądów, za które w salonach warszawskich XXI wieku człowieka spotyka ostracyzm. W końcu Matecki to nie wydelikacony następca Kapuścińskiego, który fałsz i skąpe obserwacje, które dałoby się zamknąć na stronie opisu, pompuje poetyckim językiem i kiczowatą metaforą. A Rosja w jego wydaniu to kraj interesujący, z jednej strony kraina nihilizmu, ale oszałamiająco pięknej przyrody i nielicznych wysepek duchowości. To tajemnica, której tak łatwo nie poznamy. Co wy, *****, wiecie o Rosji? – pytam więc za autorem tych wszystkich, którym wydaje się, że poznali ten kraj. Bo ja nie wiem prawie nic, ale dzięki książce Mateckiego coś przeczuwam.

Jacek Matecki, Co wy, *****, wiecie o Rosji?!, wyd. Trzecia strona, Warszawa 2015, ss. 335.